18.03.2021

Ki diabeł

 Cud? W naszej wsi?  Przestałem jeść, skierowawszy na matkę zaciekawione spojrzenie.

 Pamiętasz tę wierzbę, co rośnie na podwórku przed domem Ubeka?  Matka postawiła na stole talerz z rosołem i siadła.  Ubek obciął parę gałęzi zasłaniających mu okno na podwórko. Na konarze, który się odsłonił, zauważył dziwną narośl, wypisz wymaluj twarz Matki Boskiej Częstochowskiej  zaczęła jeść rosół.  Nawet te dwa ślady po mieczu szwedzkiego żołdaka wyraźnie widać. Ten konar Ubek też chciał odciąć, ale całe szczęście, że po ścięte gałęzie pojawiła się Jankowska i mu zabroniła. A potem… Wiesz, jaka ona jest: całej wsi o cudzie rozpowiedziała. I od tamtego dnia co wieczór ludzie pod wierzbą się zbierają, żeby się pomodlić. No bo i jak się tutaj nie modlić  skoro już sama Matka Boska przychodzi, to zapowiedź, że źle będzie się działo. Może nawet koniec świata nadejdzie…

 A co na to proboszcz?  Rozważając słowa matki, obserwowałem przez okno dwa gołębie, które usiadły na dachu stodoły. Gdy żył ojciec, nieraz mi się wydawało, że te dwa jarzębate ptaki są dla niego ważniejsze niż ja i matka. Pomyślałem, że powinienem im sypnąć zboża.

 Był pod wierzbą, obejrzał narośl.  Matka mówiła, nie przestając jeść.  Myślałam, że się z objawienia ucieszy, a on nie. Dziś na mszy powiedział, że oddawanie czci drzewu to pogaństwo. I zabronił się modlić pod wierzbą. Bo jeśli nie, to z Warszawy komisję sprowadzi, no, żeby to zbadać.  Sięgnęła po herbatę. Z przejęcia nie zauważyła, że bierze moją szklankę.  A niech sobie choćby i papieża sprowadzi, może przyjedzie, chociaż dopiero co był w kraju. Ludzie i tak będą pod wierzbę przychodzić, najwięksi zatwardzialcy…

 Ubek też?  spytałem z niechęcią.

 Gdzie tam!  syknęła.  On ma diabła w sobie! Ani razu nie przyszedł, żeby chociaż jedną zdrowaśkę za swoje grzechy zmówić… Za brata księdza proboszcza, świeć Panie nad jego duszą, należałoby się… A on nic, tylko ciągle się upija. Że też Bóg wyciąga rękę do takich grzeszników! Jedz rosół  zmieniła temat  bo ci wystygnie.

Była już szarówka, gdy wyszedłem z domu i ruszyłem kamienistą drogą przez wieś. Wznosiła się ku ciemniejącemu na widnokręgu łańcuchowi Gór Świętokrzyskich. Kiedy mijałem ogrodzone płotami gospodarskie obejścia, poszczekiwały na mnie wioskowe kundle. Stałem się dla nich obcy, od kiedy wyjechałem na studia. Ich ujadanie przypomniało mi o moim psie.

Droga skręciła w lewo i w zasięgu mojego wzroku znalazł się stary, parterowy dom Ubeka. Wszedłem na nieogrodzone podwórko. W domu, przed którym rosła wierzba, nie paliło się światło, co mogło znaczyć, że Ubek albo jeszcze nie wrócił spod sklepu, albo zdążył się już upić i śpi. Nie ożenił się, mimo że się podobał kobietom. Może to i dobrze: jak większość mężczyzn we wsi tylko w piciu i biciu był dobry. Nawet na donosicielstwie nie potrafił się wzbogacić  wciąż mieszkał w odziedziczonej po rodzicach drewnianej chałupie. Nie wybaczono mu we wsi, że w czasie stanu wojennego współpracował ze Służbą Bezpieczeństwa. Zasłynął denuncjacją brata księdza proboszcza naszej parafii  działacza Solidarności. Milicja urządziła mu takie przesłuchanie, że w tydzień po wyjściu z aresztu zmarł.

Wydarzenie to znałem jedynie z opowieści. Powód, by nienawidzić Ubeka, miałem inny. Niedawno zabił mojego psa, gdy matka poszczuła nim jego krowę, która weszła na naszą łąkę. Z siekierą do niego doskoczył, łeb mu odrąbał  gdy matka mi o tym opowiedziała, w oczach miałem łzy. To mi się zdarzyło pierwszy raz od śmierci mego ojca.

Wierzba wyglądała jak bożonarodzeniowa choinka: cała obwieszona różnokolorowymi wstążeczkami i odpustowymi obrazkami z wizerunkiem Matki Boskiej. Szukałem wzrokiem narośli, o której mówiła mi matka. Na jednym z konarów dostrzegłem jakieś zgrubienie. Wdrapałem się na wierzbę, bo zrobiło się zbyt ciemno, żeby mu się przyjrzeć z ziemi. Narośli dotknąłem ostrożnie: nie byłem jednak pewien, czy to cud, czy wierzba ma raka. Postanowiłem odpowiedzi poszukać przy świetle dziennym i zeskoczyłem z drzewa.

Wracając do domu, więcej myślałem o moim zabitym przez Ubeka Diable niż o cudownym wizerunku. Ubek zemścił się w ten sposób za coś, co wydarzyło się kilka miesięcy wcześniej. Próbował po pijanemu włożyć mojemu psu rękę do mordy. Nie był jednak świętym Franciszkiem: pies rzucił się na niego i szpetnie rozerwał mu policzek.

Matka czekała w progu. W smudze światła, która padała na nią z przedsionka, sama wyglądała jak Matka Boska oprawiona w futrynę drzwi.

 Prawda, że to cud?  Jej wzrok był rozpromieniony: pragnęła, żebym w objawienie się Bożej Rodzicielki w naszej wsi wierzył równie mocno jak ona.

 Muszę to jeszcze raz obejrzeć  minąłem ją w drzwiach  jak będzie widno.

 Ale pójdziesz ze mną teraz  w jej głosie pobrzmiewało rozczarowanie  pomodlić się pod wierzbę?

 

Wiosna była wczesna  zdejmując swój podniszczony płaszcz, pomyślałem, że o tej porze jest chłodnawo. Gdyby się okazało, że narośl na wierzbie to tylko rak, wymarzłbym, bez zasługi w niebie.

Poszliśmy, choć wahałem się, czy nie zawrócić, aż do chwili, gdy w oddali ujrzałem kilkadziesiąt migających ogników. Zaczynałem już sądzić, że widzę robaczki świętojańskie.

 Palą świece  powiedziała matka i kazała mi sprawdzić, czy nie zapomniałem gromniczek.

Zbliżyliśmy się na tyle, że mogłem rozróżnić słowa modlących się pod wierzbą. Odmawiano Litanię loretańską: znałem ją na pamięć, bo kiedy regularnie chodziłem się spowiadać, właśnie tę modlitwę ksiądz najczęściej zadawał mi za pokutę. Ludzie stali zwróceni twarzami do wierzby. Płomienie świec trzymanych w rękach pełgały i dymiły. Stojąca najbliżej drzewa kobieta w jaskrawej chustce na głowie intonowała:

 Królowo Wszystkich Świętych…

 … módl się za nami  wtórowano.

 Królowo bez zmazy pierworodnej poczęta…  Po głosie rozpoznałem naszą sąsiadkę  Jankowską. Była przewodniczącą modliszek, jak w myślach nazywałem członkinie parafialnego kółka różańcowego.

 … módl się za nami.

Matka przesunęła się ku wierzbie, a ja zająłem miejsce w ostatnim szeregu. Od sąsiada, a był nim Suchy, odpaliłem gromniczkę. Słysząc, z jakim przekonaniem syn sołtysa śpiewa: „Z Synem swoim nas pojednaj, Synowi swojemu nas polecaj…”, pomyślałem zazdrośnie, że przynajmniej on nie ma wątpliwości, dlaczego znajduje się pod wierzbą. Bo ja nie tylko nie śpiewam  to mogę usprawiedliwić nie najlepszym głosem  ale zupełnie nie potrafię się skupić na adoracji. Nie mogę się pozbyć myśli, że zasłyszane w dzieciństwie od matki historie biblijne to coś w rodzaju legend o Górach Świętokrzyskich, opowiadanych mi przez ojca. Może moja ucieczka z tej wsi jest nie tylko ucieczką od tych ludzi, ale też od ich wiary? Żeby odegnać niewesołe myśli, zająłem się wspomnieniami moich szkolnych czasów. Uśmiechnąłem się, przypomniawszy sobie lekcję chemii w ósmej klasie, na której ośmieszył się syn sołtysa. Nauczyciel próbował go odpytać z alkoholi. Szybko się przekonał, że jego wiedza na ten temat może być co najwyżej praktyczna. Zaczął go pytać od podstaw. Syn sołtysa, spytany o symbol tlenu, milczał uparcie, oczekując od klasy podpowiedzi. Zgiąłem kciuk i palec wskazujący w taki sposób, że utworzyły kółko i pokazałem mu pod ławką. Jego twarz się rozpromieniła i odpowiedział dumnie: „Zero”.

Po litanii Jankowska zaintonowała: „Idźmy, tulmy się jak dziatki…”, ja tymczasem rozmyślałem o tym, że górę Święty Krzyż nazywano dawniej Łysą Górą. Kiedyś na jej szczycie znajdował się ośrodek pogańskiego kultu. Najprężniej działał za panowania plemienia Wiślan na tym terenie, z którego to okresu pochodził usypany dokoła wierzchołka kamienny wał. Wtedy prawdopodobnie zbudowano również świątynię  w jej miejscu odkopano w siedemnastym wieku posąg „osypanego węglem”, jak podaje klasztorny zapisek, bożyszcza. Zastanawiało mnie, ile pogaństwa tkwi w zamieszkujących pod Świętym Krzyżem chrześcijanach. Oderwawszy wzrok od świecy, spojrzałem w okno Ubekowej chałupy. Właśnie zapaliło się w nim światło. Po chwili drzwi się otworzyły i stanął w nich gospodarz domu. Miał na sobie koszulę w kratę i kalesony. Zataczał się, był pijany. W spojrzeniach ludzi pojawiła się niechęć, ale nie przerywali śpiewu.

 Idźta do domu, ludzie!  Ubek próbował przekrzyczeć śpiewających.  Śpiwota i śpiwota! Dejta mi się wyspać! Śpiew nieco przycichł. Wśród tłumu rozeszły się pomruki niezadowolenia.

 Bo jak nie  Ubek chwiejnie sięgnął po siekierę, która tkwiła w pniaku przed domem  to zetnę wirzbe! Ślady kłów mojego psa dodawały jego przystojnej niegdyś twarzy wyrazu tępej zawziętości. Śpiew zupełnie umilkł.

 A idźze, ty bezboźniku! Kumunisto! Śpiclu! Diobła mos w sobie!  ludzie się rozwrzeszczeli.  Som się nie modlis, to i drugim nie dos?

Co zapalczywsi mężczyźni wygrażali Ubekowi pięściami. Co swarliwsze kobiety, zwłaszcza modliszki, w znaku zwycięstwa rozcapierzały palce.

Ani chybi, jeśli Ubek ściąłby wierzbę, to zostałby zatłuczony jak pies. Jak pies. Widocznie Ubek pomyślał tak samo, bo z rezygnacją wbił siekierę w pniak i odszedł, a właściwie umknął do domu. Światło w oknie zgasło i ludzie zaczęli przyklękiwać, powtarzając:

 Jak było na początku, teraz, zawsze i na wieki wieków, amen.

 „Maryjo, Królowo Polski…”  rozchodzili się.

Kiedy podeszła do mnie matka, powiedziałem, żeby poszła sama.

 Jeszcze zostanę, żeby się pomodlić…  ukląkłem.

Dostrzegłszy radość w jej oczach, spuściłem wzrok. Odeszła. Gdy pod wierzbą nie było już nikogo, wstałem z klęczek i, oświetlając sobie drogę gromniczką, ruszyłem po siekierę. Wróciwszy pod drzewo, ustawiłem świecę w taki sposób, żeby jej płomień oświetlał pień tuż przy ziemi. Splunąłem w dłonie, jak mnie nauczył ojciec. Wziąłem zamach, żeby z całej siły uderzyć. O tak, będzie miał Ubek za swoje. Nic nie usłyszy, jest pijany jak bela. Wtem zauważyłem na drodze światło latarki. Skręciło na podwórko Ubeka. Zgasiłem gromniczkę, żeby zanurkować w otchłań ciemności. Po drodze odrzuciłem siekierę w stronę pniaka.

Światło latarki omiotło wierzbę i przybysz ruszył ku domowi Ubeka. Pomyślałem, że to jakiś jego spóźniony kompan do kieliszka, ale cień nie wszedł do środka. Zaczął się kręcić, jakby czegoś szukał. W końcu się schylił, coś podniósł i wrócił pod wierzbę. Oświetlił latarką pień tuż przy ziemi. Obserwując jego powolne ruchy, domyśliłem się ze zdziwieniem, kim jest. Na pień wierzby spadło pierwsze uderzenie siekiery. Gdy nastąpiło kolejne, mogłem iść do domu, wiedząc, że rankiem matka obudzi mnie z krzykiem:

 Ubek ściął wierzbę!

Rano ubrałem się i pobiegłem na miejsce modłów. Już z daleka dostrzegłem kłębiący się tłum. Mężczyźni wskazywali ze złością to na ściętą wierzbę, to na chałupę Ubeka. Kobiety czyniły podobnie, tyle że lamentując. Wyłamano drzwi i wyciągnięto na wpół ubranego, zaspanego gospodarza. Mężczyźni okładali go pięściami, a potem z pazurami do ataku na twarz Ubeka przystąpiły modliszki.

 Puśta mnie, ludzie  szarpał się.  Ło co się wom rozchodzi?

 Ty dioble!  Zawodzenie kobiet przeszło w histeryczny charkot.  Ni ma dlo ciebie zodnych świentości! I na ksiendzowego brataś doniós, i na Matke Boskom nie bołeś się reki podniś!  Ubek oprzytomniał: zatrzymał wzrok na ściętej wierzbie.

 To nie jo!  krzyknął.  Nie jo! Nie jo! Przysiengom na wszyskie świen…

Nikt mu nie uwierzył  jeszcze więcej zaciśniętych pięści, rozcapierzonych rąk dosięgło jego twarzy.

 Zabić tego diabła!  rozkazałem donośnie, jak na Księcia przystało.

Chciałem tylko jeszcze bardziej nastraszyć Ubeka i nie sądziłem, że syn sołtysa spełni mój rozkaz tak ochoczo. Z domu Ubeka przyniósł postronek i, zawiązawszy pętlę, założył Ubekowi na szyję, mimo że ten zaczął się miotać jak opętany.

 To nie jo! Nie jo! Nie jo!  z jego ust sączyła się piana.

 Diaboł z niego wyłazi.  Jankowska przeżegnała się i wyjęła modlitewnik z torebki.  „A gdy ujrzał Jezusa, z krzykiem padł przed Nim…”  zaczęła recytować urywki z Ewangelii świętego Łukasza o uzdrowieniu opętanego.

 Prose wos, nie dręcta mie…  jęczał Ubek.

 Proszę cię, nie dręcz mnie…  przedrzeźniała go przewodnicząca kółka różańcowego.  „Nakazywał duchowi nieczystemu, by wyszedł z tego człowieka…”.

Opadłszy z sił, Ubek pozwolił się poprowadzić do sadu. Gdy tłum zatrzymał się przy jabłoni o rozłożystych konarach, próbowałem odwołać wykonanie wyroku, a kiedy słowa nie poskutkowały, uciekłem się do siły. Odepchnięto mnie. Przyglądałem się bezradnie, jak syn sołtysa ze sprawnością kata przerzuca koniec postronka przez konar jabłoni. Ubek utkwił we mnie przerażony wzrok. Domagał się cofnięcia wyroku? Myślał, że mogę go ułaskawić? A może to mnie obwiniał o ścięcie wierzby?

 Puśćcie go!  donośny głos księdza rozległ się tuż za moimi plecami. Tłum się rozszeptał.

 Ksiądz proboszcz…

 Ale, księże proboszczu…  wskazywano z rozżaleniem w stronę niewidocznej z tego miejsca wierzby.  To diaboł… – Skarceni przez księdza spojrzeniem, umilkli. 

 Puśćcie go  powtórzył, wycierając z potu skronie okolone siwizną.  To ja mu kazałem ściąć wierzbę. Nie wolno czcić drzew…

Skłamał, więc pomyślałem, że pewnie gdy ścinał wierzbę, czynił to w innym celu niż zapobieżenie pogańskiemu obrzędowi… A powód miał  śmierć brata. Ludzie nie odważyli się podnieść ręki na duchownego. A jeśliby wiedzieli, że wierzbę ściął własnoręcznie? W końcu zaczęli się rozchodzić. Ruszyłem z tłumem. Obejrzałem się. Pod jabłonią pozostali tylko ksiądz proboszcz i niedoszły wisielec. Stanąłem w taki sposób, żeby być dla nich niewidoczny. Ubek się trząsł z zimna, a może wciąż ze strachu.

 Dobrześ zrobił, synu  ksiądz pomógł mu zdjąć pętlę z szyi  żeś ściął wierzbę. Będziesz miał opał na następną zimę zdobył się na żart, odchodząc.

 To nie jo  upierał się Ubek, krzycząc za duchownym.  Nie jo! Nie jo! Przysiengom na wszystkie świen…  znów nie dokończył. Rozcierając czerwieniejącą dokoła szyi pręgę, ruszył w stronę wierzby. Stanąwszy nad ściętym drzewem, zaczął powtarzać, nic nie rozumiejąc:  Ki diaboł?

 

Opowiadanie zostało opublikowane dzięki programowi Tarcza dla literatów.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Zbigniew Masternak, Ki diabeł, Czytelnia, NowyNapis.eu, 2021

Przypisy

    Powiązane artykuły