05.02.2020

Wierzyński – Bobkowski. O literackim dialogu

Egzulowie i emigranci w rozpoznawaniu własnego losu, w oswajaniu katastrofy historycznej i biograficznej, posiłkują się wzorami kulturowymi, tworzą zbiorowe rytuały, oddają się magii zaklinania. W polskiej literaturze emigracyjnej lamentacje, polityczne filipiki, katastroficzne diagnozy napotykały na próby wyswobodzenia się z obowiązków wobec wspólnoty. Nie wystarczała odziedziczona romantyczna retoryka, a nostalgiczne wzory – jako remedium na nieszczęście wygnania – szybko się wyczerpywały. Niekoniecznie należało utrwalać traumę. Pisarze, głównie z formacji po-skamandryckiej, odrzucali gotowe wzory przeżywania, starali się rewidować funkcjonujące pewniki myślowe i zakorzenione przesądy, ale też wprowadzali nowe wątki w obszar rozważań o wygnaniu, inności, nomadycznym wędrowaniu. Komplikowali reguły literackiej gry, sięgali po narzędzia polemiki, a także prowokacji.

Konfrontacje i spory bywały siłą napędową tej literatury. Podobnie narzucanie odbiorcom niezależnych postaw. Wspomnieć też należy o próbach odnowienia języka artystycznego, nie tylko o eksperymentach i komplikacjach semantycznych, ale też o poszukiwaniu dystansu, ironii, o literackim humorze. Pisarz zuchwały, który wyśmiewał zbiorowe celebracje, przynajmniej nie był nudny. Józef Wittlin nie wierzył w kreacyjną moc „dziwacznych guseł” i magicznych polskich obrzędów w literaturze i obyczajach społecznych emigrantów, a natręctwu wspomnień, a także potrzebie tworzenia mitów, przeciwstawiał doświadczenie obczyzny, pojmowane jako szansa przenikliwego, krytycznego widzenia aktualnych spraw. Czesław Miłosz uniwersalizował wygnanie, ujmował je w kategoriach wewnętrznej wolności, poszukiwania, rozszerzania horyzontów, a tego rodzaju program łączyć się musi z ryzykiem. Witold Gombrowicz nieustannie demaskował formę polską, a spętanie powinnościami wobec niej pragnął przemienić w relacją swobodną. Eksponował więc niezależne stanowisko myślowe, bywało, że obrazoburcze.

Andrzej Bobkowski odrzucał gesty cierpiętnicze, uciekał od bohaterów i grobów, przezwyciężał emigracyjny „polrealizm”M. Kisiel, „Z historii współczesnych doktryn literackich. Polrealizm“ [w:] „Literatura emigracyjna 1939–1989“, red. J. Olejniczak, Katowice 1996, s. 234. [1]. Jak przybliżał rzecz Wierzyński:

Nowy rewizjonizm polski odżegnywał się od dawnej martyrologii i dążył do wyzwolenia indywidualności spod władzy historycznego dziedzictwa. Namiętność zrównania Polski z resztą świata doprowadziła potem Bobkowskiego do teorii „Kosmopolaka” nieobciążonego kompleksem klęski, świadomego własnej wartości, człowieka, który wszędzie mógł znaleźć swoje miejsce na ziemi K. Wierzyński, „Andrzej Bobkowski“ [w:] tegoż, „Cygańskim wozem“, Londyn 1995, s. 114. [2].

Z dysgustu, jaki wywoływała marniejąca Europa, wywiódł Bobkowski pochwałę szerokiego świata, w decyzjach oraz działaniach dotyczących zmiany miejsc eksponował pierwiastek wolicjonalny, nie uznawał przewagi artysty nad człowiekiem, świetny intelekt poddawał sobiepańskim kaprysom, nie kiełznał temperamentu, wierzył intuicji. Odrzucał przyjęte i powielane recepty na to, jak być emigrantem, kimś osiedlonym na jakiś czas, może krótki, i na próbę, w innym miejscu, nie tym, w którym chciałoby się być. W tym przypadku pogoń za pełnią życia nie wykluczała marzenia o stabilizacji, ale zdobytej własnym wysiłkiem, okupionej wyrzeczeniami.

Szczególny fenomen Andrzeja Bobkowskiego, najpierw pisarza-amatora utrwalającego relacje z rowerowej podroży po Francji, a po Szkicach piórkiem oddalonego od ośrodków kulturalnych diaspory polskiej, twórcy-samotnika i ekscentryka, musiał przyciągać uwagę. Zaciekawienie budziły nie tylko dokonania literackie, ale też cechy osobowe tego artysty. Należy uchylić wahanie i powiedzieć, iż Bobkowski nosił w sobie niezwykły splot właściwości psychicznych, sprzecznych, lecz w dziwny sposób połączonych w jedność. Nikogo podobnego w literaturze polskiej dotąd nie było. Ograniczając opis do głosów z emigracji, chciałbym wskazać charakterystyki sporządzone przez wybitnych pisarzy, którzy Andrzeja Bobkowskiego znali i cenili. Józef Czapski wskazywał (zapewne sarmackie) „szukanie zwady”, przybliżał sylwetkę gwałtownika „podszytego humorem”J. Czapski, „Querido Bob“ [w:] tegoż, „Czytając“, Kraków 1990, s. 385.[3], upatrywał źródeł tego pisarstwa w samodzielnej obserwacji zjawisk, podkreślał rolę biograficznego doświadczenia w praktyce twórczej. Natomiast Tymon Terlecki tak rekonstruował swoisty konglomerat raczej przymiotów, niż wad człowieka i pisarza. Bobkowski: „Był hedonistycznym witalistą, estetą jak Wilde, człowiekiem postawy etycznej jak Conrad”T. Terlecki, „Andrzej Bobkowski“ [w:] tegoż, „Spotkania ze swoimi“, Wrocław 1999, s. 156.[4]. Z Wilde’a wywodził krytyk estetyzm, z Conrada – moralizm, dodając, że Bobkowski-witalista swą afirmację życia, która wyprzedzała filozoficzną spekulację, przeciwstawiał egzystencjalistycznym lamentom człowieka zwróconego ku śmierci.

Pewne formuły i nazwy określające fenomen Bobkowskiego, oryginalne w chwili powstania, przyjęły się i nawet nieco zbanalizowały. Powtarzana jest autoprezentacja Bobkowskiego, który uważał siebie za „chuligana wolności” (Terlecki proponuje korygujące określenie „euforyk wolności”Tamże, s. 151. [5]) czy rozpoznanie Józefa Wittlina „zawiedziony kochanek Francji”, które, powołując się na odczyt autora Orfeusza w piekle XX wieku, rozszerza Czapski, układając formułę: „zawiedziony kochanek całej Europy”J. Czapski, „Querido…“, s. 391. R. Zimand pisał, iż „przedmiotem refleksji Bobkowskiego” jest „problem ucieczki od wolności, na co chora jest Europa i jej kultura” (tegoż, Wojna i spokój. Szkice trzecie, Londyn 1984, s. 19 – esej tytułowy). [6]. Do tego wyliczenia dołączyłbym nośną metaforę Kazimierza Wierzyńskiego „Wulkan polski” z wiersza O wulkanach (Sen mara, 1969). Wykraczając poza lakonizm nazw, Wierzyński tak otwierał swój szkic-pożegnanie z tomu Cygańskim wozem: Bobkowski „był to talent pisarski o niezwykłych walorach. O słowie elektryzującym, o brawurze narracyjnej, niespotykanie bystrym widzeniu rzeczy, odwadze sądów”K. Wierzyński, „Andrzej Bobkowski“, s. 112. [7]. Wittlin, który cenił Bobkowskiego za „arcyświetne Szkice piórkiemJ. Wittlin, [List do Wita Tarnawskiego z lutego 1958] [w:] tegoż, „Listy“, wstęp i oprac. T. Januszewski, Warszawa 1996, s. 144. [8], wysoko szacował jego „wigor pisarski”, wspierający wypowiadanie prawd niepopularnychJ. Zieliński, „Zagadka życia, młodość“ [posłowie do:] J. Wittlin, Orfeusz w piekle XX wieku, Kraków 2000, s. 720. [9].

Nie miałem zamiaru sporządzać antologii opinii o Bobkowskim, pominąłem kontrowersje z Miłoszem, a także wypowiedzi JeleńskiegoZob. K. Ćwikliński, Appendix: „Sprawa Bobkowskiego”. „Archiwum Literackie. Studia - Szkice - Dokumenty” 1998 z. 1, s. 86–89. Także wymiana korespondencji Jeleński – Grydzewski, tamże, s. 90–94. [10] oraz Łobodowskiego. Jednakże, jak rzecz można najogólniej ująć, w rozważaniach i wspomnieniach poświęconych autorowi Szkiców piórkiem trzy wątki wydają się najważniejsze: krytyka kultury europejskiej i stanu świadomości moralnej mieszkańców tego kontynentów; po wojennej klęsce, radykalny gest człowieka wolnego – wyjazd do Gwatemali (poszukiwacz przygody zmienia się w „sklepiczarza”, buntownik osiedla się i ustatecznia); dzielność i heroiczna pochwała życia w prywatnej ars moriendi tworzonej w listach pisarza. W czynie i słowie Andrzej Bobkowski destabilizuje wyobrażenia „typowych” emigrantów, chce inaczej zagrać swoją rolę, nie według gotowych scenariuszy. W dwutorowej twórczości Andrzeja Bobkowskiego, w utworach literackich, podawanych przez pisarza do druku i prywatnej epistolografii, istotne są manifestacje indywidualności, pragnienie wolności, sprzeciw wobec dyktatu wszelkich ideologii, wyostrzony krytycyzm, który w każdej chwili może się przekształcić w atak. Zatem powiemy o stronach apologii oraz polemiki – w pisarstwie Bobkowskiego.

*

Zaprezentowany tu przegląd sądów przydatny będzie w rozważaniach o dialogu Wierzyńskiego i Bobkowskiego. Pierwszy z wymienionych pisarzy to autorytet, uznany i czytany poeta, drugi, w czasach, kiedy zażyłość się zadzierzgnęła, był artystą na dorobku, buntownikiem, outsiderem. Podziwiali go nieliczni. Uznanie zyskał u tych, którzy rozpoznali istotę niezwykłego talentu. Jak wiadomo, Kazimierz Wierzyński na emigracji, rozpoczynając od tomu Korzec maku z roku 1951, odnowił warsztat poetycki, wzbogacił światoodczucie, porzucił dykcję skamandrycką, która nie obiecywała już wielu pożytków artystycznych, poszerzył poszukiwania tematyczne, wyeksponował problematykę słowa ocalającegoZob. między innymi J. Dudek, „Liryka Kazimierza Wierzyńskiego z lat 1951–1969“, Wrocław–Warszawa–Kraków–Gdańsk 1975, s. 6–9; A. Hutnikiewicz, „Pierwsza i druga młodość Wierzyńskiego“ [w:] tegoż, „Portrety i szkice literackie“, Warszawa – Poznań – Toruń 1976, s. 194–197; K. Dybciak, Wstęp do: K. Wierzyński, „Wybór poezji“, Wrocław–Warszawa–Kraków 1991, s. XLVIII–L.[11]. Odkrywał „światowe znaczenie” dzikiej natury amerykańskiej, przywoływał z pamięci wędrówki po Karpatach Wschodnich, kiedy przygoda życia była nęcąca, mit wolności i potrzebę podróżowania-poznawania przeciwstawiał egzystencjalnym rozterkom, wreszcie – w przywołaniach, cytatach i centonach dał wyraz fascynacjom modernistyczną literaturą amerykańską i europejską. Nie należy też zapominać o sentymentach paryskich i roli kultury francuskiej w tej poezji. Jakkolwiek uzasadnienia wyborów tematycznych są inne, to jednak pokrewieństwo literackie obu twórców staje się od razu widoczne.

Kazimierz Wierzyński, choć był lirykiem z natury swego talentu, próbował sił w paszkwilach, napaściach, oskarżeniach, bezlitosnych diagnozach, o czym dobitnie świadczy Czarny polonez. Nie trzeba udowadniać, że Andrzej Bobkowski pozostał pełnym inwencji paszkwilantem, polemistą hiperkrytycznym i bywało, że niesprawiedliwym. Wynikało to z rodzaju temperamentu tego pisarza, ale także z istoty gatunku dziennika czy listu, gdyż w prywatnych wypowiedziach kurtuazja wobec bliźnich, czasem sławnych, przestawała się liczyć. Różnica pokoleń i doświadczeń sprawia, iż Wierzyński, który ojcował Bobkowskiemu, jak się zdaje, choć nie można tego udowodnić, w osobie pisarza z Gwatemali widział młodszą postać samego siebie, alternatywną, nie zrealizowaną. Ideę „rozpoczynania od nowa” Kazimierz Wierzyński rzutował w przeszłość, bądź poszukiwał wzorów w literaturze bieżącej, w takich realizacjach, jak właśnie pisarstwo Andrzej Bobkowskiego. Odległość (zresztą pozorna) między programami literackimi obu pisarzy-emigrantów w znacznej mierze się zmniejsza.

Wierzyńskiego i Bobkowskiego łączy zacięcie epistolarne. List w obu przypadkach to swoiste okno na świat – z samotni pisarskiej, narzędzie podtrzymywania przyjaźni, miniaturowa agora, czyli miejsce wymieniania wrażeń z lektur, obserwacji kulturowych i środowiskowych, nawet plotek. Wielką politykę, której korespondenci byli spragnieni, pozostawiam tu na boku. Krążenie listów służy również poszukiwaniu empatycznego słuchacza. Zapewne zasoby archiwalne dokładniej oświetliłyby relacje pomiędzy Wierzyńskim i Bobkowskim, gdyż korespondencja pisarzy była obfitaTa korespondencja (około 200 pozycji) znajduje się w Bibliotece Polskiej w Londynie: Archiwum Kazimierza Wierzyńskiego 1360/Rps – VI,1a, VII, 1a. Informację zawdzięczam Krzysztofowi Ćwiklińskiemu. [12]. W tym szkicu chciałbym przywołać ogłoszony w „Dekadzie Literackiej” list Andrzeja Bobkowskiego do Kazimierza Wierzyńskiego z 3 lutego 1961 rokuList Andrzeja Bobkowskiego do Kazimierza Wierzyńskiego. „Dekada Literacka” 1993 nr 15. Wszystkie mikrocytaty pochodzą z tego źródła.[13], pochodzący z archiwum Aliny Kowalczykowej, oraz świadectwa pośrednie, czyli wzmianki poświęcone Wierzyńskiemu, bądź Wierzyńskim, jak również „przekazywane dalej” informacje pochodzące od autora Korca maku. Tego typu odwołania znajdziemy między innymi w korespondencji Andrzeja Bobkowskiego z Mieczysławem Grydzewskim i Jerzym Giedroyciem.

We wskazanym liście z lutego 1961 roku (w tym samym roku, w czerwcu, Bobkowski zmarł) materii pomieszanie i swobodny dygresyjny tok narracji mają zatrzymywać uwagę adresata na interesujących, kalejdoskopowo zmiennych tematach rozważań, ale też chimeryczność przekazu wiąże się z prezentacją nieprzeciętnej osobowości. Przebywający w Paryżu Kazimierz Wierzyński dowiaduje się o planach wyjazdu Bobkowskiego do Stanów Zjednoczonych. Otrzymuje „sprawozdania z życia” – odświętnego i codziennego (minęło właśnie Boże Narodzenia i zaczęły się zwykle „zajęcia sklepiczarza”), relację o literackich pracach i planach, odczytuje dywagacje o komunizmie – fenomenie dziwacznym w dziejach współczesnych, w Gwatemali określanym mianem „ideologia exotica”, a także o postępach komercjalizacji w kraju osiedlenia, o „Guatemali na sprzedaż”. I jeszcze: autor listu omawia krystalizujący się pomysł napisania recenzji z III tomu Najnowszej historii politycznej Polski 1864–1945 Władysława Poboga Malinowskiego, wygłasza pochwałę Tymona Terleckiego w związku z jego szkicem o Juliuszu Osterwie – „ukochanym wuju”, bo kultura polska splata się tutaj z historią rodziny. Przy okazji wprowadzone zostają jadowite uwagi o Mieczysławie Limanowskim oraz współpracownikach teatru „Reduta”.

Andrzej Bobkowski nie byłby sobą, gdyby unikał napaści i zaniechał zapuszczania się na obszary tematów ryzykownych. Tak oto pisarz po upływie ponad wieku, starając się przelicytować Boya-Żeleńskiego, raczy adresatów rewelacjami o Towiańczykach, Mickiewiczu, Ksawerze Deybel i Celinie Mickiewiczowej, o wysokiej duchowości i czuciu mistycznym połączonym z domowym nierządem. Rozpoznawalne są pogłosy gawędy szlacheckiej, wszakże list rozpoczyna od narzekania na podagrę – „chorobę szlachecką”. Znamienne dla epistolografii Bobkowskiego jest posługiwanie się żartem dosadnym, słowem grubym, nieobyczajnym konceptem (w listach do innych adresatów obscena językowe są bardziej wyeksponowane). To upodobanie, jakby piszący cieszył się drobnymi prowokacjami w przyjacielskim kręgu, sąsiaduje z wyrafinowanymi intelektualnie wywodami, z subtelnością myśli, z nowością spostrzeżeń.

Wrażenia z lektury ostatniego zbioru Leopolda Staffa Wiklina Andrzej Bobkowski kwituje celną metaforą: „przepiękna kropka nad życiem”. To dyskretnie przemycone zdanie nabiera szczególnie dramatycznej wymowy, jeśli pamiętamy o chorobie pisarza. Zapowiada również partię zamykająca, bowiem w zakończeniu listu pojawia się rzeczowe sprawozdanie dotyczące operacji oraz samopoczucia. W tej prozie epistolarnej można przeczytać między wierszami o przyjacielskiej więzi z Kazimierzem Wierzyńskim. Zarówno tryb zwierzeń (powagę tematu tylko pozornie oddala lekkość stylu), jak i zestaw poruszanych kwestii – w kapryśnym, dygresyjnym trybie – wskazują na adresata jako kogoś bliskiego. Na pewno tak ukierunkowane powiadomienia zostaną przez poetę właściwie odebrane. W liście Bobkowskiego ozdobna konwencjonalność wygłosu przełamana zostaje przez spontaniczność zmniejszającą dystans – wszak nie do wszystkich tak można napisać: „zawsze oddany i kochający – Andrzej”Tamże. [14].

Weźmy pośrednie świadectwo przyjaźni utrwalone w liście do Mieczysława Grydzewskiego z 20 sierpnia 1957 roku, w którym Bobkowski pochwala inicjatywę przedpłat związanych z wydaniem Poezji zebranych Kazimierza Wierzyńskiego i jednocześnie prosi redaktora „Wiadomości” o podtrzymanie na duchu pozbawionego wiary w powodzenie pomysłu, nieco zgnębionego autora. Warto zacytować znamienny fragment: Wierzyński „to człowiek, do którego tak się przywiązałem, jak mało do kogo w życiu. On ciągle mnie piłuje, ciągle podpycha, ciągle szturcha. Strasznie się denerwował, że ja nic do «Wiadomości» nie piszę”Andrzej Bobkowski do Mieczysława Grydzewskiego - listy, oprac. K. Ćwikliński. „Archiwum Emigracji. Studia – Szkice – Dokumenty” 1998 z. 1, s. 70. [15]. Komentarz ogranicza się do rzeczy oczywistych. Autor listu wspomina o literackiej kurateli, a także o tym, że strategia publikowania powinna być starannie obmyślona. Otrzymujemy miniaturowy portret przyjaznego opiekuna, akuszera twórczości, współtowarzysza pisarskiej tortury nadziei. W liście z Gwatemali (datowanym na 12.11.1957) do Grydzewskiego istotny jest spontaniczny odruch serca, bez względu na to, że wyprawa ratunkowa ogranicza się do słów: „p. Kazimierz miał atak serca. Nic nie wiedziałem i roztrzęsło mnie to zupełnie. Gdyby nie to, że w tym okresie nie mogę zostawić sklepu samego, od razu poleciałbym tam. No, ale dzięki Bogu wyszedł cało i już wstaje”Tamże, s. 75.[16].

Dodajmy, iż pośrednią odpowiedzią na zatroskanie przyjaciela z Gwatemali jest dedykowany Bobkowskiemu liryk Medycyna, który należy do niewielkiego cyklu wierszy szpitalnych z tomu Tkanka ziemi (1960). Wierzyński używa formy apelatywnej, mobilizując wyobraźnię adresata, spodziewając się empatycznego zrozumienia. Podział na „tu” i „tam” – po dwóch stronach okna, czyli na dwa obszary rzeczywistości, które do siebie nie przystają, obejmuje zderzenie racjonalnej pragmatyki medycznej, która wie, jak postępować z ciałem chorego i tajemnicy ludzkich ostatecznych przeznaczeń. Słowa te kierowane są jednocześnie do abstrakcyjnego czytelnika i konkretnego odbiorcy – pisarza wymienionego w dedykacji wiersza:

   A tam – słyszysz?
Mój demon, wiatr,
Liście zrywać zaczyna
I deszczem w okno parska.

A tam jest wszystko, co ma się stać:
Łaska boska i skrzypce,
Jak się mówiło w KrakowieK. Wierzyński, „Medycyna“ [w:] „Poezje zebrane“, opracowanie i posłowie Waldemar Smaszcz, Białystok 1994, t. II, s. 222. [17].

Zasadnie można przypuszczać, iż dystans wobec nieuniknionego, które przyzywa niejasnym językiem, które wabi zamazanymi znakami, jak również postawa nonszalanckiej dzielności wyrażającej się w przypomnianym (malowniczym) kolokwialnym zwrocie, bardzo by odpowiadała Andrzejowi Bobkowskiemu.

Niektóre tematy powtarzają się w wymianie korespondencji między Andrzejem Bobkowskim a Jerzym Giedroyciem. W tej kolekcji wzmianki o Wierzyńskim należą do najczęstszych. Bobkowski śledzi wyjazdy i zmiany miejsc pobytu Wierzyńskich, odnotowuje ważne rozmowy, notuje gorzkie skargi poety o tym na przykład, że pozostaje on w odosobnieniu i nie posiada literackiej szkoły. Również przekazuje wiadomości o szczególnych chwilach dla dziejów literackiej emigracji, chwilach podwyższonego emocjonalnego napięcia: „wczoraj dostałem rozklekotany list Wierzyńskiego o samobójstwie Lechonia. Właściwie tylko parę słów” J. Giedroyc, A. Bobkowski, „Listy 1946–1961“, wybór, oprac. i wstęp J. Zieliński, Warszawa 1997, s. 373.[18]. Najczęściej tak się zdarza, że w omawianym bloku korespondencji listy Wierzyńskiego uznane zostały za wiarygodne źródło informacji, które – podawane dalej – krążą w obiegu drobinowych faktów składających się na kulturalne, literackie i towarzyskie życie polskiej diaspory. Życie w epistolografii. Ta intensywna wymiana tworzyła inną rzeczywistość, lepszą od gwatemalskiej dni powszednich, a także od samotności w Sag Harbor.

*

Pragnąłbym zatrzymać się przy prowadzonej przez obu korespondentów lekturze wierszy Kazimierza Wierzyńskiego. Andrzej Bobkowski przyjmuje rolę czytelnika poezji, sprzeczną z konstruowanym wizerunkiem własnym – kogoś, kto stąpa po ziemi, nie daje się zaczarować magii słowa artystycznego, nie ulega wzruszeniom. Zresztą, powołując się na Gombrowicza Przeciw poetom, pisarz powiada, iż poezja w większych dawkach nieodmiennie wywołuje nudę. Jedynie Staff i Wierzyński nie podlegają temu prawu i w ustalanej hierarchii książek czytanych przez Bobkowskiego stanowią znaczące wyjątki. Weźmy cytat z listu do Jerzego Giedroycia z datą 6 grudnia 1954 roku i zważmy, że oto zachwyca się pisarz nieskłonny do pochwał: Wierzyński „to wielki poeta. Teraz przeczytałem dwa ostatnie tomyMowa o zbiorach „Korzec maku“ (1951) i „Siedem podków“ (1954). [19]. Nie chcę przesadzać, ale to chyba jeden z największych obecnie liryków na świecie. Jestem «niemuzykalny», jeżeli chodzi o poezję, a to mnie wzięło”J. Giedroyc, A. Bobkowski, „Listy 1946–1961…“, s. 267.[20]. Passus kończy się niewielkim obniżeniem skali podziwu, gdyż pisarz zaznacza, że osiągnięciem Wierzyńskiego nie należy gardzić, choć jest ono „skamandryckie”. Ocena się relatywizuje, bo przyjaciel-poeta to jedyny wielki i sprawiedliwy wśród Skamandrytów, a może już - post-Skamandryta.

Dopowiedzenie do cytowanego listu znajdziemy w zapisie z 5 sierpnia 1954 roku w cyklu Z notatek modelarza: „Kupiłem kilka książek. Wittlina, Lechonia, dwa ostatnie tomy Wierzyńskiego. I po powrocie do hotelu, w samym środku Nowego Jorku, przeleżałem całe popołudnie, zatopiony w poezji […]. Poezja jest na pewno jedną z najtrudniejszych sztuk, nie znosi bujdy, mydlenia. Najmniejsza kropla grafomanii rozlewa się w wierszu, jak kleks na serwecie”A. Bobkowski, „Coco de oro“, Paryż 1970, s. 243. [21]. W nowojorskiej księgarni pisarz wybrał to, co najlepsze z ówczesnych nowości literatury polskiej. Miniaturowy wykład o semantyce i ekonomii słowa poetyckiego, a także sprawdzalnej próbie artyzmu, wydaje się bardzo przenikliwy. Zapewne szyderstwa Gombrowicza Bobkowski odnosiłby do wierszy niższego lotu, niż utwory Wierzyńskiego i Lechonia.

Uczestnik dyskusji, Jerzy Giedroyć, nie podziela tego entuzjazmu, studzi zachwyty Bobkowskiego, pisząc, że najlepsze wiersze Wierzyńskiego należą do jego twórczości wczesnej, a emigracyjne utwory są „nierówne”. Spostrzega też nadprodukcję poetycką: „Nawet największy poeta – konstatuje Giedroyc – nie jest w stanie wydawać tyle, co Wierzyński. Kończy się tym, że drukuje również rzeczy «brulionowe», by wywatować tomik”J. Giedroyc, A. Bobkowski, „Listy 1946–1961…“, s. 269.[22]. Dodajmy, iż Giedroyć waży racje, dobiera argumenty, a jego epistolograficzny dyskurs lokuje się bliżej krytyki literackiej, niż świadectwa spontanicznego odbioru poezji przez Bobkowskiego, który przede wszystkim czyta „całym sobą”, a światy tekstowe umieszcza w nurcie życia.

*

Wypadnie powrócić do dwóch ważnych tekstów Wierzyńskiego – szkicu Andrzej Bobkowski (ze zbioru Cygańskim wozem) oraz wiersza O wulkanach z tomu Sen mara, które wzajemnie się uzupełniają. Esej wspomnieniowy napotyka tu na poetycką sugestywną opowieść paraboliczną – o wyrazistym, niezwykłym obrazowaniu. Prozatorski tren w szkicu Wierzyńskiego Andrzej Bobkowski ma wiele ogniw, gdyż włączają się tu kolejno zarys biografii, krytyczna charakterystyka twórczości, wspomnienia i tristia, żal po zmarłym artyście. Pożegnanie, które skomponował Wierzyński, można porównać z przytoczonymi już esejami – Józefa Czapskiego Querido Bob oraz Tymona Terleckiego Andrzej Bobkowski, w których analizy pisarstwa oraz anegdoty biograficzne splatają się z poetyką eseistycznego nekrologu literackiego. Hybrydyczna forma szkicu Wierzyńskiego tym się tłumaczy, że obowiązek encyklopedyczny, co jest praktykowane w wypowiedziach upamiętniających, znakomity poeta łączył z perspektywą osobistą, ze wspomnieniami o człowieku bliskim. Wierzyński opowiadał o dwóch spotkaniach z Bobkowskim – w Nowym Jorku i „domowym” Sag Harbour.

Prywatna relacja – umieszczona w tle – odsłania swe zasadnicze znaczenie. Otóż można już rozprawiać (i nie będzie to mieć znamion niedyskrecji) o sprawach, o których należało wcześniej milczeć. Andrzej Bobkowski nie afiszował się z pewnymi wymiarami doświadczenia, zachowując wobec nich dystans, unikając niegodnych mężczyzny konfesji. I tak Wierzyński wspominał o religijności żarliwej i mocnej, o przebiegu choroby, o umieraniu – obnażonym, wyzbytym literackiego Bobkowskiego – kostiumu. Cytowane w szkicu listy autora Szkiców piórkiem (do Wierzyńskich i do Szymona Konarskiego) świadczą o przenikliwym rozpoznaniu sytuacji, ale też szczególnej tanatologii. Choć gra była śmiertelna, pisarz nie porzucał bagatelizującego dyskursu, autoironii, konceptów słownych. Przegrana ciała z Thanatosem miała pozostać oddzielona od niezależnego, niepoddającego się ducha. Kiedy jednak Bobkowski w diarystycznych fragmentach prowadzi rozmowę z samym sobą – niepokój się zwiększa, ton refleksji o śmierci staje się poważny. We Fragmentach z notatnika tragizm umierania - niezgoda i uspokojenie, poszukiwanie więzi z życiem i dociekanie tajemnic ostatecznych wzajemnie się przeplatają. Pisarz sięga po wiersz Wierzyńskiego, by u tego mistrza znaleźć styl mówienia o zjawisku śmierci i o własnym umieraniu.

W epicedium dla Andrzeja Bobkowskiego O wulkanach, wierszu Kazimierza Wierzyńskiego z tomu Sen mara, uderza pomysł odbiegający od zakorzenionych w kulturze konwencji starego – i modernizowanego gatunku, a także oryginalność wysłowienia. Pominięcie osoby, obecnej wszakże w domyśle, łączy się z przyjętą przez poetę regułą głębokiej retardacji. By wyminąć przewidywalną retorykę żalu, ale też przenieść rozpamiętywanie pośmiertne w inne regiony, odległe od siły przyciągania konwencji, Wierzyński zestawia życie pisarza z krajobrazem Gwatemali, posiłkuje się wykładem z geologii, dodaje parabolę o wieży i zdobywcy. Prowadzi dwie równoległe narracje liryczne – o długich dziejach planety i krótkiej, lecz intensywnej biografii pojedynczego człowieka, a następnie rozwiązuje analogię w ostatnich dwóch energicznych wersach. Wulkany w Gwatemali i „wulkan polski”, czyli zmarły pisarz, jak ustala tę relację koncept poetycki, mają ze sobą wiele wspólnego. Przebieg biograficznych wydarzeń, ale też niezłomny (niezwykły) charakter Bobkowskiego zostaje zestawiony z nieprzewidywalną naturą wulkanów.

Możemy tutaj zauważyć symboliczną translokację geografii (czy topografii) znaną z innych liryków Wierzyńskiego, w wierszach takich jak Wisła i wyspa czy Zasypywanie Morza Śródziemnego, bowiem to, co obce i w jakiejś mierze egzotyczne, staje się polskie. W tym wierszu następuje także zbliżenie żywiołów odległych – niszczącej siły wulkanicznych erupcji, złowrogiej, apokaliptycznej i przyjaznej aury pisarza, literackiego zdobywcy nieznanego w kulturze polskiej terytorium, prywatnego konkwistadora. Kazimierz Wierzyński w wierszu O wulkanach układa przypowieść o człowieku dzielnym – w obliczu wyzwań życiowych, w których sobie trzeba sobie radzić samemu, oraz o jego spotkaniu z rzeczami ostatecznymi.

W odczytywanym utworze poeta wprowadza efekt niespodzianki oraz obcości. Kiedy rozpoczynamy lekturę od opisu dłuższego niż dzieje ludzkie trwania wulkanów, ich nie dającej się przewidzieć aktywności, nic nie zapowiada trenu dla pisarza. Co prawda wyczuwamy artystyczny podstęp, jakąś trudną do rozpoznania premedytację, ale w którą stronę rozwinie się parabola, na razie nie wiadomo. Paradoksalnie, mówienie nie na temat właściwy przedmiot refleksji, wprowadzany jak głos obligatoryjny w polifonicznej fudze, poeta opracowuje w sposób niezwykle inwencyjny. Niepowtarzalność wyrazu oraz asymetryczna kompozycja, która przywodzi na myśl transpozycję formy barokowej, liczy się tu najbardziej. Pierwsze rozświetlające sens całości napomknienie pojawi się w zdaniu o śmierci wulkanów. Niektóre z nich, najsłynniejsze to Stromboli i Wezuwiusz, choć dawały o sobie znać od czasów Homera:

gasną powoli
I umierają z otwartymi ustami
Czarnych kraterówWszystkie fragmenty z wiersza „O wulkanach“ cytuję według wydania: K. Wierzyński, „Poezje zebrane…“, t. II, s. 389–390. [23].

Co znamienne, o cierpieniu wulkanów, o ich jakby-ludzkiej śmierci, nikt dotąd nie pisał, trudno bowiem o tego rodzaju współczucie, jeśli weźmiemy pod uwagę i skalę katastrof, i rozmiar spustoszeń. O spektakularnych wybuchach pisano jedynie ze zgrozą, gdyż nic pięknego nie można było znaleźć w zagładzie, jak choćby dowodzi tego rzeczowa relacja Pliniusza Młodszego w listach do Tacyta poświęcona słynnemu wybuchowi Wezuwiusza w roku 79 naszej ery (zniszczone wtedy zostały Pompeje i Herkulanum). Echa tragedii powracają w tekstach literackich – u Leopardiego czy DickensaM. Grant, „Miasta Wezuwiusza. Pompeje i Herkulanum“, tłum. H. Rowińska, Warszawa 1986.[24]. Wulkan to także figura potęgi natury, składnik wyobraźni romantycznej, obraz otwierający krainy marzenia. Jak pisze Jean-Pierre Richard:

Wulkan to przecież płomienna grota, grota aktywna, dostępna, a zarazem niebezpieczna. […] Wulkan jest więc dwuznaczny; dobroczynny jako ogień możliwy, jako głęboki byt, złowieszczy zaś jako ogień uobecniony, jako byt w stanie wybuchuJ. P. Richard, „Magiczna geografia Nervala“ [w:] tegoż, „Poezja i głębia“, tłum. i posłowie T. Swoboda, Gdańsk 2008, s. 23–24[25]

Wierzyński uruchomił tę ambiwalencję znaczeń, ale też poszedł własną drogą, uczłowieczając groźny obszar natury, opisując ludzkie i twórcze sprawy w dziwnym na pozór języku fenomenów geologicznych. Poeta połączył obraz wulkanów z żywym sposobem reagowania na świat oraz zdecydowanym charakterem Bobkowskiego, a raz użyty symbol antropologiczny posłużył do tego, by ukazać dramatyzm walki z losem i pojedynku ze śmiercią. Zresztą nie kuźnia Wulkana, lecz umieszczona w „ognistej grocie” kuchnia zajęła eksponowane miejsce. W Gwatemali – pisał Wierzyński:

Dwadzieścia wulkanów, armia bojowa,
Gotuje w kotłach zupę lawy,
W piecach wypieka ogniste kamienie.

Poeta celowo pozostawia napięcie znaczeń pomiędzy militarną mobilizacją sił natury a ich udomowieniem.  

Postępując z lekturą wiersza O wulkanach, posuwamy się po liniach przyległości. Czytelnik deszyfruje przesunięcia semantyczne oparte na niecodziennym zestawieniu: wulkan-człowiek i człowiek-wulkan. Metafory tworzą tu układ sprzężenia zwrotnego, tłumaczą się nawzajem, a koncept wyjściowy rozwijany jest do końca wiersza. Przybysz z Europy „przystał” do wulkanów, osiedlił się na ich terytorium, ale też przejął ogień wewnętrzny i – wybuchową naturę. Z kolei terytorium usiane wulkanami uznane zostaje za obszar wolności i dopiero tutaj mogła się zrealizować w pełni suwerenna idea porzucenia kulturalnych korzeni i życia na własny rachunek. Zapewne egzystencjalne ryzyko było w Gwatemali wyraźniej odczuwane. Wierzyński – w języku metafor – przedstawia biografię Bobkowskiego jako niebezpieczną grę z wulkanami.

Decyzja artystyczna, by sięgnąć po parabolę czy też zasadę mówienia pośredniego, lekceważącą przy tym reguły trenu, bliska jest duchowi pisarstwa Bobkowskiego oraz osobowości twórcy, który, jeśli powołamy się na jego epistolografię, unikał skarg, eliminował literacki lament. Podobnym wierszem jak O wulkanach, też unikatowym w kolekcji polskich nowoczesnych wierszy żałobnych, jest Autotomia Wisławy Szymborskiej z tomu Wszelki wypadek. Tren dla Haliny Poświatowskiej rozpoczyna się od rozważań o strzykwach i dziwnych właściwościach tych szkarłupni, które potrafią w chwili zagrożenia tak podzielić organizm, by zachować połowę istnienia. Możliwości człowieka są mniejsze, gdyż dzieli się on na „ciało i poezję”, śmiertelny może jedynie zyskać inne życie w pamięci kultury. W pierwszej warstwie znaczeń Autotomia staje się wypowiedzią filozoficzną o śmierci, a dopiero dedykacja upamiętniająca Poświatowską odsyła do jednostkowego przypadku i tragicznej biografii – funkcjonującej w świadomości czytelników, poza tekstem wiersza. Podobnie, lecz nie identycznie, postępuje Kazimierz Wierzyński. Pierwszy sygnał w tytule O wulkanach – jest mylący, sprowadza lekturę na boczny tor, żeby dopiero poprzez równoległe prowadzenie opowieści „geologicznej” i biograficznej, zrazu o nie nazwanym z imienia bohaterze, stopniowo w umyśle odbiorcy powstawały skojarzenia z Andrzejem Bobkowskim. Zgodnie z przyjętą retardacją w zamykającym wersie, mającym postać swoistej kody, pojawia się określenie „Wulkan polski, Andrzej Bobkowski”.

Jak napisałem, w żalu po Bobkowskim ważne są konstrukcje paralelne. W refleksji o zastygłych wulkanach i o odejściu pisarza powtarza się obraz ust krateru – czarnej przestrzeni porażonej przez śmierć. Natomiast w strofie drugiej i czwartej, o identycznej ilości wersów, co spaja obie historie, powraca obraz flagi na szczycie, oznaczającej triumf potężnej natury manifestujący się w przypominającej sztandar erupcji lawy oraz kameralny sukces emigranta, który świętuje ukończenie kameralnego podboju terytorium Gwatemali. Wierzyński stylizuje swoją opowieść na mit bohaterski, bądź też epos. Zwróćmy uwagę na monolog zdobywcy, który żywo przypomina rozsiane w listach wyznania Bobkowskiego na temat porzucenia Europy i zmitologizowane spodziewania związane z kontynentem amerykańskim. W tym miejscu pojawia się nadzieja na rozbudzenie egzystencji, jak w wybuchu zwielokrotnienie własnego życia. Z nowym miejscem, nie całkiem oswojonym i bezpiecznym, zawarty zostaje niepisany pakt. Zmiana miejsca ma przynieść spodziewaną wolność wyborów, decyzji, zachowań. Oto przyjechał „śmiałek”:

Rozdmuchał swój żar,
Parzył sobie ręce i język
Ale wołał triumfująco:
Nie chcę Europy, tam umierałem,
Gwatemala należy do wolnych wulkanów,
Ja tu odżyję.

Kryzys Europy i upadek Europy, niesmak i rozczarowanie, potrzeba zmiany i nowej samorealizacji składały się na skomplikowaną decyzję pisarza wyjeżdżającego do GwatemaliS. Stabro, „Europa odrzucona“, „Twórczość” 1991 nr 9; K. Ćwikliński, „Sześć lat w oku cyklonu“ [w:] tegoż, „Znani i nieobecni. Studia i szkice o Andrzeju Bobkowskim i innych pisarzach emigracyjnych“, Toruń 2011, s. 36–40. [26]. Spełniony, lecz nie do końca, projekt odnowionej egzystencji napotkał na ironię losu. Miejsce spontanicznego życia i związanych z nim wartości uległo metamorfozie, przekształciło się w terytorium śmierci, w walkę z innym niszczącym żywiołem. Zauważyć warto u Wierzyńskiego znamienną tautologię: „wulkany wyznaczają śmiałkom / los wulkaniczny”. Oznacza to, iż nie ma żadnych wyjątków w śmiertelnej grze egzystencji. Odbywa się to na podobieństwo wybuchu wulkanu – wyzwolenia i zniszczenia, drodze ku szczytowi i strąceniu w dół. Takie wyobrażenie krainy wulkanów odczytywałbym jako przestrzeń nowych wyzwań i samorealizacji emigranta, a zarazem – metaforę egzystencjalną.

Na kanwie przypowieści Wierzyński rozsnuwa wątki epitafium, przy czym pośredniczący obraz nie znika, a poetyka żalu uwidacznia się pośrednio. Oto obraz ostatecznej tragicznej rozgrywki. „On” – człowiek-wulkan:

Pokrył się czarnymi plamami,
Erozja szarpała go sępim dziobem,
Otrząsał się, burzył daremnie,
I gasł wysoki i wolny
Aż usnął doszczętnie
Z otwartymi ustami krateru.

Tak wypalił się w Gwatemali
Wulkan polski, Andrzej Bobkowski.

Nie jest to relacja-pożegnanie, ani konsolacyjny poetycki wywód. Pośrednictwo metafor sprawia, iż temat funeralny – poza wskazanymi wyobrażeniami geologicznymi, żywi się kulturowym odwołaniem do prometejskiego cierpienia. W tym wierszu ciało wulkanu podlegające zniszczeniu i wygasaniu pokrewne jest ciału ludzkiemu. W suchym powiadomieniu o śmierci pisarza w Gwatemali jest więcej siły dramatycznej, niż w retorycznym deklinowaniu zasług zmarłego. Poeta stara się odnaleźć wzniosłość innego rodzaju. Hiperbole poetyckie, obrazy wybuchu, szkice wznoszenia się ognia ku górze, stygnięcia lawy, erozji, ubytków istnienia przybliżają istotę walki artysty o własną niezależność, mówią o triumfie jego woli, a jednocześnie odnoszą się do heroicznej walki z egzystencjalnym wyrokiem.

Wierzyński żegna pisarza o wielkiej emocjonalności oraz intensywnym sposobie przeżywania świata. Można by powiedzieć, że w swym pożegnaniu opisuje osobowość eksplozywną. Dzieje przyjaźni literackiej i wielopiętrowy dialog twórców z różnych pokoleń wybrzmiewa w jednym z najpiękniejszych wierszy Kazimierza Wierzyńskiego. W „ostatnim słowie jego życia”M. Dłuska, „Kazimierz Wierzyński 1894–1969“ [w:] tejże, „Studia i rozprawy“. Tom III, Kraków 1972, s. 46. [27] – w tomie Sen mara wierszy-pożegnań jest więcej, a medytacje o katastrofach historii, rozpadzie rzeczy, kruszeniu się wyobrażeń, śmierci i sensie ludzkich przeznaczeń powracają w rozmaitych kształtach. Wierzyński – mentor i nauczyciel – u Bobkowskiego znajdował pochwałę spontanicznego życia, podziwiał jego śmiałe pomysły samorealizacji, doceniał Conradowski etos i – jak można przypuszczać – poprzez korespondencję z pisarzem młodszego pokolenia i dialog literacki – przezwyciężał samotność poety-emigranta. Z kolei Andrzej Bobkowski, pisarz niezależny, wciąż tworzący samego siebie, dzięki literackiej przyjaźni ze słynnym poetą rozszerzał granice własnego doświadczenia, a poprzez lekturę wierszy odbierał lekcję mądrości, lekcję przyjęcia losu.

 
Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Wojciech Ligęza, Wierzyński – Bobkowski. O literackim dialogu, Czytelnia, nowynapis.eu, 2020

Przypisy

    Powiązane artykuły