22.08.2019

Nowy Napis Co Tydzień #011 / Może być różnie

Obejrzyj całe wystąpienie Zbigniewa Macheja oraz debatę o twórczości

1.

Kiedyś pisywałem wiersze i interesowałem się poezją. Zaczęło się to w drugiej połowie lat 70. ubiegłego wieku, kiedy jako siedemnastolatek porzuciłem naukę gry na instrumentach, a dojmującą pustkę po rozstaniu z muzyką próbowałem zapełniać lekturą książek. Teraz jednak były to inne książki niż w moich latach chłopięcych, kiedy czytywałem powieści Jamesa Fenimore’a Coopera, Karola Maya, Jules’a Verne’a, Alfreda Szklarskiego i Edmunda Niziurskiego. Teraz przede wszystkim chciałem się dowiedzieć, kim mam zostać, kiedy dorosnę, co mam robić, jaki mam być, jak mam żyć. Teraz gorączkowo szukałem dla siebie istotnej wiedzy życiowej, jakiegoś azymutu na drogę, jakichś sensownych drogowskazów i – oczywiście – dalekosiężnego celu, którego nie umiałem jeszcze wskazać ani sformułować. Z własnej nieprzymuszonej woli sięgnąłem wtedy po Odyseję Homera i Ulissesa Joyce’a, Zbrodnię i karę Dostojewskiego i Zmartwychwstanie Tołstoja, Demiana Hessego i Mdłości Sartre’a, Zamek Kafki i Śniadanie mistrzów Vonneguta. Ktoś bardziej uduchowiony polecił mi lekturę Myśli Pascala, ktoś lepiej zorientowany podrzucił Aforyzmy o mądrości życia Schopenhauera, ktoś bardziej oczytany wskazał wreszcie Outsidera Wilsona. Nie od razu się rozpoetyzowałem, nakręciłem na poezję, nastroiłem na poetyckość, nie tak łatwo dałem się złapać na lep poezji. Czytałem jednak obsesyjnie, lawinowo, bez opamiętania, w każdej wolnej chwili. Czytałem maniakalnie, odurzałem się lekturą, książkami, literaturą. Czytałem głównie powieści i pisma filozoficzne. Kupowałem książki z serii Biblioteka Klasyków Filozofii: Platona, Arystotelesa, Kierkegaarda. Jako osiemnastolatek czytałem Ucztę Platona i próbowałem czytać Alboalbo Kierkegaarda. Teraz trudno mi powiedzieć, czy to było czytanie ze zrozumieniem. Jednak coś niecoś z czytanych wówczas książek musiałem zrozumieć, coś musiałem w nich dosłyszeć, zobaczyć i przeczuć, skoro mnie tak absorbowały.

*

Wkrótce jednak do filozofii zaczęła mnie zrażać jej spekulatywna analityczność i logika formalna. Coraz częściej sięgałem po wiersze. Pewnego zimowego dnia kolega ze szkolnej ławki wyjął z torby książkę Wszystko jest poezja Edwarda Stachury. Jej tytułowa teza wydała mi się w swojej prostocie rewelacyjna. Poszedłem do księgarni i sobie również kupiłem książkę Stachury. Wszystko jest poezja, każdy jest poetą – przeczytałem na jej początku, na wejście, na otwarcie. I dałem się uwieść temu objawieniu. Książkę pochłonąłem jednym tchem i natychmiast stała się ona moją ewangelią. Z niej dowiedziałem się mniej więcej, co powinienem czytać. Ale w szkolnej bibliotece nie było książek Pounda czy Lautreamonta. Były natomiast Kwiaty zła Charles’a Baudelaire’a i wiersze wybrane Zbigniewa Herberta, wydane w zgrabnej serii LSW. Z biblioteki publicznej wielokrotnie wypożyczałem antologię Surrealizm Adama Ważyka oraz dwujęzyczną książkę Wizjonerzy i buntownicy – wybór współczesnej poezji amerykańskiej. To mi na początek wystarczyło.

W wierszach dostrzegałem coś niezwykłego, dziwnego, lecz istotnego. Poprzez słowne zderzenia i skróty często zmierzało się w nich do odkrywczej pointy. Czytało się tylko chwilę, zaczynając od szczegółu, konkretu i niemal od razu osiągało się intelektualną i uczuciową niespodziankę. Szybko rozkręcał się w nich kalejdoskop znaczeń i roztaczała niezwykła atmosfera. Procedura tej niemal alchemicznej syntezy nie była żmudna i długotrwała, ale w najlepszych wierszach oferowała wyniki wręcz rewelacyjne. Takie oddziaływanie niektórych wierszy bardziej kojarzyło mi się z energią niż z pięknem. Tę szczególną energię niektórych wierszy, niektórych fragmentów, chciałem przy sobie zatrzymać, aby z niej jakoś później czerpać.

Książki z „energetycznymi” wierszami zazwyczaj nie były moją własnością i musiałem je oddawać, dlatego też wiersze, które zrobiły na mnie szczególnie mocne wrażenie, przepisywałem sobie do zeszytu. Nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby uczyć się ich na pamięć. Uczenie się wierszy na pamięć zawsze szło mi opornie. Wiedziałem ze szkoły, że pamięć mam słabą, niespolegliwą, dziurawą. W tym przepisywaniu było coś z rytuału i coś ze wspólnictwa. Może też jakaś gotowość do podjęcia służby skryby, sekretarza, przysposabianie się do wykonywania pracy kopisty. Może też kult samego pisma. A także radość pisania – skąd my to znamy? – która wibrowała nie tyle pomiędzy okiem i ręką, ile iskrzyła w moim młodocianym jeszcze umyśle.

*

Wybierałem do przepisania takie wiersze, które szczególnie działały na moje zmysły i wyobraźnię, właśnie takie, co rozjaśniały na chwilę mój umysł, sprawiały mi coś w rodzaju ulgi, zdejmowały ze mnie jakiś dławiący ciężar, wyjmowały z mojego czasu i przestrzeni i lekko unosiły nad ziemią. Taki przemyślny drobiazg ułożony ze słów, którego można było uchwycić się uchem, okiem, a przede wszystkim umysłem, notowałem ręką wyposażoną w długopis. Przyswajałem go swoim charakterem pisma. Imitowałem duktem swojej niezręcznej, niewprawnej, niedouczonej, wiejskiej kaligrafii. Stosując technikę imitacji, wyuczonym ruchem własnej ręki budowałem echowe relacje możliwych powinowactw, trochę z wyboru, trochę z przypadku. W grubych brulionach w kratkę przybywało przepisanych odręcznie wierszy Friedricha Hölderlina, Arthura Rimbauda, Jules’a Laforgue’a, Georga Trakla, Johannesa Bobrowskiego, Osipa Mandelsztama, Aleksandra Wata, Czesława Miłosza (przepisałem niemal całe Ocalenie), Sylvii Plath, Ryszarda Krynickiego i Rafała Wojaczka. Czy to był ciemny pęd do niemal ślepego naśladowania niekoniecznie dla mnie jasnych czy oczywistych wzorów? Czy kopiując wiersze innych poetów, odprawiałem jakąś magię? Czy nie było w tym żadnego snobizmu, fałszu, pretensji? Czy chciałem uciec w ten sposób od swojej siermiężnej, małomiasteczkowej codzienności? Czy chciałem znaleźć dla niej jakąś alternatywę? Czy chciałem się nauczyć magii poezji na potrzeby mojego życia, które dopiero się przepoczwarzało, osiągało biologicznie dojrzalszą formę? Czy chciałem zostać buntownikiem i wizjonerem w moim małym, rodzinnym mieście na granicy? Czy jeszcze nie wiedziałem, że próby bycia prorokiem we własnym kraju zazwyczaj kończą się fiaskiem, żenadą albo nawet tragedią? Nie myślałem o tym wszystkim. Dużo było tego przepisywania, bo najciekawsze książki pozostawały trudno dostępne, jakby w ukryciu. Trzeba było za nimi chodzić, szukać ich, wyciągać je z jakichś prowincjonalnych bibliotek publicznych, antykwariatów i prywatnych księgozbiorów.

Dużo więc było tego przepisywania na początku, także z czasopism, bo dużo było we mnie młodzieńczej, entuzjastycznej ciekawości. Wciąż pojawiały się jakieś nowe nazwiska, które obiecywały rozkosze poetyckiego wtajemniczenia, nazwiska poetów jak hasła do sezamów kalejdoskopowych olśnień, klucze do dziwnie kwitnących ogrodów, bramy do innych światów, a nawet zaświatów. Może wydawało mi się, że kolekcjonuję zbiór zaklęć, dzięki którym tajemnicza rzeczywistość nie tylko odsłoni się przede mną, ale przede wszystkim, że dzięki nim ta niesamowita, zwykle banalna, lecz czasem dziwna, zwykle bezpieczna, lecz nieraz straszna rzeczywistość będzie mniej groźna i bardziej zrozumiała, że dzięki nim będę wiedział, dokąd iść, co robić i co mówić. Przepisywanie było koniecznością, jeśli miało się słabą pamięć do literatury. Pisałem także dziennik, żeby zapamiętać i może potem łatwiej pojąć, co się ze mną dzieje. Coraz bardziej przyzwyczajałem się do pisania. Pisałem więc dziennik, przepisywałem sporo wierszy, ale sam jeszcze swoich wierszy nie pisałem. Po raz pierwszy zdarzyło mi się to dopiero po maturze.

2.

Pierwszy wiersz napisałem w lipcu 1977 roku. Był to rok szczególny, dla mnie na pewno przełomowy. Właśnie skończyłem liceum i dostałem się na studia polonistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Zapisany na studia, musiałem jeszcze w lecie, przed rozpoczęciem roku akademickiego, zaliczyć obowiązkową praktykę robotniczą, żeby się dowiedzieć, jak pachnie proletariacki pot. Czekałem na to ze spokojem, aczkolwiek w pewnym napięciu, ponieważ wiedziałem, co się stało w Krakowie w maju tego samego roku. Niewyjaśnione zabójstwo studenta Stanisława Pyjasa miało charakter polityczny i obciążało nie tylko nieznanych sprawców z bezpieki, lecz także ich partyjnych mocodawców. Po Czarnym Marszu krakowskich studentów, który był zarazem żałobną procesją i protestacyjnym pochodem, zawiązała się w Krakowie pierwsza w PRL niezależna, opozycyjna organizacja studencka – Studencki Komitet Solidarności. Chciałem się przyłączyć do tego ruchu, ale na razie mieszkałem z rodzicami i młodszą siostrą w Cieszynie, małym mieście na polsko-czechosłowackiej granicy, podzielonym pomiędzy dwa państwa, które określały siebie jako socjalistyczne. W obu tych państwach rządziły partie komunistyczne, a właściwie pseudokomunistyczne, ale za to poddane Kremlowi. Porządku w nich pilnowały podległe tym pseudokomunistom milicje i służby bezpieczeństwa. Te państwa miały charakter totalitarny, władza dyktowała ludziom, co mają robić. Posługiwała się przy tym rozpoznaną przez George’a Orwella nowomową, która nadawała zwykłym pojęciom ludzkiego języka opaczny sens. W języku totalitarnej władzy dyktaturę nazywano wolnością, kłamstwo uznawano za prawdę, bezprawie za sprawiedliwość, wojskową agresję za akcję pokojową. Wiedziałem coś o tym, bo niemal codziennie słuchałem zagranicznych rozgłośni nadających w języku polskim, Radia Wolna Europa i Głosu Ameryki, które odkłamywały PRL-owskie porządki. Czytywałem też wtedy „Tygodnik Powszechny”, jedyne niezależne od pseudo-komunistów, choć przez nich cenzurowane, w miarę liberalne, choć katolickie, pismo społeczno-kulturalne, które poświęcało dość dużo miejsca literaturze. Słuchanie radia i oglądanie PRL-owskiej telewizji stanowiło uzupełnienie lektury książek i czasopism.

Miałem wtedy radio tranzystorowe Unitra i magnetofon szpulowy marki Grundig i – oczywiście – nie wiedziałem, że w Ameryce zaczęto właśnie masową produkcję i sprzedaż komputerów osobistych takich jak Commodore PET czy Apple. Nadal słuchałem jazzu, ale z radia dochodził też jazgot rebelii punk rocka. Był to rok, kiedy Sex Pistols wydali singiel God Save the Queen i debiutował zespół The Clash. Prezydentem USA był demokrata Jimmy Carter, obrońca praw ludzkich i obywatelskich, a w Związku Radzieckim twardą ręką rządził Leonid Breżniew. Po 1975 roku, po Konferencji Helsińskiej, pojawiła się nadzieja na pewne poluzowanie w stosunkach między Zachodem i Wschodem, lekkie odkręcenie śruby. Łatwiej dostawało się paszport i bez problemu, na pieczątkę w dowodzie osobistym jeździło się do innych krajów socjalistycznych. Mniej mówiło się także o wojnach gwiezdnych, a częściej o wspólnym badaniu kosmosu. W 1975 roku doszło do wspólnej amerykańsko-radzieckiej misji kosmicznej Sojuz-Apollo. To działało na wyobraźnię młodych ludzi na Wschodzie. Wkrótce pojęcie Star Wars nabrało nowego sensu, bo w kinach na całym świecie robiła furorę hollywoodzka produkcja George’a Lucasa pod właśnie takim tytułem. W polskim kinie tymczasem, z dala od Hollywood i międzygalaktycznych batalii, lecz po ciemnej stronie mocy za żelazną kurtyną, narastała fala moralnego niepokoju. W rok po protestach robotników w Radomiu i Ursusie, parę miesięcy po powstaniu opozycyjnego Komitetu Obrony Robotników, komuniści niespodziewanie pozwolili Andrzejowi Wajdzie nakręcić Człowieka z marmuru, bardzo ważną dla ówczesnego polskiego społeczeństwa, choć jeszcze oględną próbę rozliczenia się z polskim stalinizmem. Wśród ówczesnych polskich komunistów, w ekipie Edwarda Gierka, też było paru liberałów.

Nie czułem się wtedy jakoś specjalnie zniewolony. Odnosiło się wrażenie, że pole wolności w PRL poszerza się, a oficjalna propaganda jest tylko grą pozorów. Komuniści prowadzili politykę kija i marchewki. Owszem, wprowadzono właśnie reglamentację cukru i jego sprzedaż w systemie kartkowym, ale braki na rynku spożywczym starano się społeczeństwu osłodzić szerszym dostępem do rozrywki i popkultury. Na przykład w telewizyjnym Studio 2 na żywo wystąpił zespół ABBA. Polski realny socjalizm w gierkowskiej dekadzie był mocno spękany i wewnętrznie sprzeczny. Owszem, trzeba było ścierpieć partyjną nowomowę i powszechne dwójmyślenie, ale w masowych nakładach wydawano świetną literaturę i w kinach wyświetlano wybitne zachodnie filmy. Owszem, obowiązkowo organizowano dni kina radzieckiego i w dużych nakładach drukowano pisarzy NRD, ale było wiadomo, że to propagandowe serwituty związane ze współpracą z bratnimi państwami socjalistycznymi, do których, zresztą, zwłaszcza na Węgry i do Bułgarii, jeździło się chętnie na wczasy. Owszem, gdzieś tam w Polsce były PGR, lecz ja sam wychowałem się na wsi, gdzie moi dziadkowie mieli małe gospodarstwo, które zaopatrywało rodzinę w zdrową żywność. Małe, prywatne piekarnie piekły smakowity chleb.

*

Ówczesne polskie, PRL-owskie dwójmyślenie wynikało z dialektycznego bądź co bądź porządku rzeczywistości społecznej i politycznej. Został on wszak narzucony przemocą przez Wielkiego Brata ze Wschodu, ale radzieccy żołnierze, których nie widywało się na ulicach, wydawali się raczej odległą abstrakcją. Dwójmyślenie to przejawiało się w moim życiu rodzinnym przede wszystkim faktem, że mój ojciec, który pracował jako księgowy w jednej z miejscowych fabryk, był członkiem PZPR, ale co niedziela jeździł z rodziną do kościoła na mszę i na święta przystępował do spowiedzi i do komunii. Nie wiem, z czego się spowiadał, ale wyglądało na to, że katolicki Kościół rozgrzeszał go z jego komunizmu. W tym czasie kościoły w Polsce były pełne. Może większość społeczeństwa czuła się przez to rozgrzeszona ze swojej współpracy z komunizmem.

Z kościoła zwykle wracaliśmy do domu samochodem zastava, którego szczerze nie lubiłem, ale nie chciało mi się „drałować” do kościoła na piechotę. Było tak również w tę pamiętną niedzielę w lipcu 1977 roku, kiedy napisałem swój pierwszy wiersz. Nasz rodzinny domek z garażem w piwnicy i małym ogrodem znajdował się już właściwie za miastem. Jeszcze dwa lata wcześniej, przed reformą administracyjną Gierka, mieszkaliśmy we wsi Pastwiska, niedaleko za cieszyńskim cmentarzem komunalnym, przy drodze do Katowic. Teraz ta droga awansowała do rangi ulicy, która nosiła nazwę Armii Ludowej. Po drugiej stronie, vis-à-vis naszego domu, dyskretnie w głębi za parkingami stał motel „Orbis”, wybudowany niedawno przez Austriaków. Przez okno naszej kuchni widywało się autokary zajeżdżające do motelu. Tuje posadzone przez moją mamę wzdłuż płotu jeszcze nie zasłaniały widoku na drogę. Pod oknem stał stary, prostokątny stół z dwiema wielkimi szufladami pod blatem. W każdą niedzielę zasiadaliśmy we czwórkę przy tym stole do niedzielnego obiadu. Tym razem za oknem padał deszcz. Po obiedzie, który moja mama ugotowała z moją niewielką pomocą – a mógł to być wyborny, dymiący rosół z lanym ciastem i pietruszką, pieczony kurczak z młodymi ziemniakami posypanymi drobno posiekanym koperkiem i z mizerią, na deser zaś kompot z agrestu oraz pyszny sernik – najpierw z ojcem pozmywaliśmy naczynia, a potem odszedłem do swojego pokoiku. Tam miałem biurko, niezbyt wygodne krzesło, zawsze rozłożony tapczan i książki, których zbiór rozrastał się z tygodnia na tydzień. Pokoik w sam raz dla początkującego skryby, cela niemal mnisia. Z okna widziało się szpaler jeszcze niestarych, owocowych drzew, krzaki agrestu i czarnej porzeczki. Z boku, przy płocie, za wjazdem do garażu, stał niewielki kurnik, za którym w oddali, na horyzoncie majaczył ciemny zarys Beskidu Śląskiego z masywną sylwetką Czantorii. Teraz to wszystko tonęło w szarozielonym, monotonnym deszczu. I może właśnie ten wytrwały, monotonny, spokojny, szeleszczący deszcz skłonił mnie do napisania pierwszego w moim życiu wiersza.

3.

Niewiele mogę dziś, po ponad czterdziestu latach, powiedzieć o moim pierwszym wierszu. Jego tekst się nie zachował. Pisałem go, rzecz jasna, odręcznie, długopisem, na jakiejś wyrwanej ze szkolnego zeszytu kartce. Jako nastolatek miałem zwyczaj palenia zeszytów zaraz po zakończeniu roku szkolnego. To moje małe dzikie święto przypadało co roku w okolicy nocy świętojańskiej. Odprawiałem je bez celebry i skoków przez ogień, ale ze złośliwą satysfakcją. Palenie zeszytów szkolnych miało charakter symbolicznego odwetu, a nawet zemsty za miesiące szkolnego mozołu, lekcyjnej nudy, tortury zadań domowych i moich licznych uczniowskich niepowodzeń, zwłaszcza z przedmiotów ścisłych. Chodziło też o zatarcie śladów, zniszczenie kompromitujących dowodów mojego nieuctwa. Rozpalałem małe ognisko w ogrodzie za domem i wrzucałem do ognia zapisane, podarte zeszyty, żałosne dokumenty moich zmagań ze szkołą. Przedtem jednak wyrywałem z nich niezapisane kartki. Było mi ich żal, więc zostawiałem je sobie, nie tyle do pisania, ile do rysowania, bo w latach chłopięcych robiłem to często. Wyrywałem więc kartki białe i w kratkę. Nie lubiłem natomiast zeszytów w linie, zwłaszcza z różowymi lub fioletowymi marginesami. Kojarzyły mi się z chodzeniem po linie, z mrozem, z linią wysokiego napięcia, ze śmiercią. Skazywałem je na spalenie, nawet jeżeli miały sporo niezapisanych kartek.

Najchętniej pisałem na kartkach w kratkę, które kojarzyły mi się z pszczelimi plastrami. I prawdopodobnie właśnie na takiej lekko żółtawej kartce w kratkę stawiałem litery swojego pierwszego wiersza. Było niedzielne popołudnie na przedmieściu małego, prowincjonalnego miasta. Padał deszcz. Trochę inny niż w popularnym wierszu Leopolda Staffa. Owszem, jednostajny i monotonny, ale przede wszystkim łagodnie szumiący w listowiu ogrodowych drzew. Siedziałem w swoim pokoju przy biurku, zwrócony prawym profilem do otwartego okna. Wielokrotnie wstawałem od biurka, odsuwałem firankę i wyglądałem przez okno. Próbowałem bowiem opisać deszcz, a właściwie nie tyle deszcz, ile kałużę, która nazbierała się na płycie betonowego wjazdu do garażu na tyłach domu moich rodziców. Widziałem niepoliczalną ilość spadających kropel deszczówki i rozpościeranych przez nie niewielkich kręgów na tafli kałuży. W tej tafli, w tysiącach kropel, które rozbryzgiwały się i rozszerzały w jedną kałużę, odbijał się okoliczny świat, mój świat, znajomy, lecz jednak nieznany, a jego odbicie, bombardowane przez nieustannie spadające krople deszczu, rozbijało się i rozlewało w kolistych fałdach wody. Powstawała z tego delikatna mgiełka, przesłaniająca rozbryzg kropel delikatną poświatą. Teraz opisuję to bardzo nieporadnie, ale wtedy byłem sto razy bardziej bezradny wobec tej kałuży obserwowanej przeze mnie z długopisem w ręku z okna mojego pokoju. Pamiętam, że miał to być wiersz wolny. I nie chciałem, żeby był długi. Podzielony na krótkie wersy miał mieć co najwyżej trzy zwrotki. Rym wydawał mi się niedopuszczalny i nawet o nim nie pomyślałem. Jedno zdanie, drugie zdanie, bez dużych liter i interpunkcji, zdania poprzycinane w wersy, wersy rozdzielone na nieregularne zwrotki. Tak się wtedy pisało. Tak było nowocześnie.

*

Według jakich zasad jakiej poetyckiej sztuki chciałem napisać swój wiersz? Według jakich wzorców? Jakiego poetę chciałem wtedy naśladować? Trudno mi to teraz po wielu latach zrekonstruować, ale nie tylko dlatego, że nie dopisuje mi pamięć. Nie miałem konkretnych wzorców ani ulubionych mistrzów. Byłem młodym eklektykiem, choć trafniej i precyzyjniej mówiąc: byłem po prostu ignorantem. Bardzo ogólnej orientacji i jakichś niejasnych, wyrywkowych intuicji na temat polskiego wiersza nabrałem głównie z ówczesnego programu szkolnego oraz z kilku książek, które dopiero co przeczytałem. Oprócz Wszystko jest poezja Stachury, wyboru wierszy Herberta, były to jeszcze wybór poezji Józefa Czechowicza z Biblioteki Narodowej, wybór wierszy Tadeusza Nowaka z żółtej, celofanowej serii PIW, wybór z utworów Norwida zatytułowany Poezja i dobroć oraz zredagowana przez Andrzeja Lama antologia Kolumbowie i współcześni. Niedługo przedtem kartkowałem też „Historię filozofii” Tatarkiewicza, a nawet podczytywałem Platona.

Chciałem napisać wiersz podobny do tych wierszy współczesnych z antologii Lama, ale nie udało mi się. Dlaczego? Ano dlatego, że chciałem napisać wiersz o rzeczywistości, a mogłem co najwyżej napisać o sobie. Bo ja chciałem być obiektywny, a nie subiektywny. Chciałem być realistą, a nie lirykiem. Nie chciałem pisać o swoich uczuciach, ale o tym, co jest. Nie dziwota, że moja pierwsza próba wiersza zakończyła się fiaskiem. Mój pierwszy wiersz próbował się zacząć, ale nic z tego nie wyszło. Do niczego nie doszło. Myśli i litery rozbijały się o twardą jak beton niemożność. Inspiracja była konkretna, ale nie znalazłem dla swojego pierwszego wiersza odpowiednich słów, nie wymyśliłem dla niego skutecznej formy, nie wiedziałem, jak go napisać. Odczułem nijaki, bezbarwny smak niewyrażalności, iluzoryczność ludzkiego języka, nieadekwatność literatury, nietykalność żywiołów, niedostępność otaczającej mnie rzeczywistości. Zostawiłem swoje notatki o deszczu i kałuży zniecierpliwiony daremnością swoich usiłowań, niepowodzeniem próby. Byłem głupi, bo próbowałem deszcz ująć w słowa. Utknąłem w niemożności pomiędzy kartką na biurku, oknem, deszczem i kałużą. A jednocześnie czułem, że nie trzeba dramatyzować, nie trzeba się tym jakoś szczególnie przejmować. Należało spróbować jeszcze raz.

Tymczasem zapadł zmierzch, a deszcz ciągle padał. Zza okna dolatywał tylko jego szum. Łagodny szum w ciemności. Możliwe, że jeszcze tego samego wieczoru kartki z nieudaną próbą opisania deszczu i kałuży wyrzuciłem do kosza. Nie byłem poetą. Gdybym był poetą, wziąłbym niezapisaną kartkę, wyszedłbym przed garaż bez parasola na deszcz i włożyłbym tę kartkę do kałuży, na którą patrzyłem z okna mojego pokoju. Potrzymałbym ją w deszczówce przez pół chwili albo i dłużej, a następnie odniósłbym ją spokojnie do swojego pokoju, żeby przez noc odparowała na moim biurku.

4.

Mimo fiaska pierwszej próby mojego wiersza, nie czułem niechęci do pisania. Wręcz przeciwnie. Pierwsze swoje poetyckie niepowodzenie potraktowałem jako wyzwanie. Trochę zawiedziony własną bezradnością, ale nie zrażony do poezji, niebawem zacząłem pisać wiersze, które udało mi się nie tylko zacząć, ale nawet dokończyć. Przynajmniej w moim ówczesnym mniemaniu. Wziąłem sobie do serca zalecenie „najmniej słów” awangardysty Juliana Przybosia, tym bardziej, że Przyboś był przed wojną nauczycielem w moim rodzinnym mieście. Jeszcze tego samego lata napisałem więc kilka krótkich wierszy. Owszem, napisałem kilka wierszy, jednak nadal nie uważałem się za poetę, a w każdym razie nie mówiłem tak o sobie. Wiedziałem, że można układać wiersze, ale z tego nie wynika, że jest się poetą.

*

Musiałem jednak pisać, nie mogłem poddać się pochopnie, bo właśnie zaczynałem studia polonistyczne w Krakowie. W Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego czyli w słynnym Gołębniku, który jesienią 1977 roku stał się niemal moim drugim domem, nie tylko roiło się od początkujących poetów, ale przede wszystkim była to wówczas siedziba wielu tuzów ówczesnego literaturoznawstwa z profesorem Janem Błońskim na czele. Istniały tam więc świetne warunki do czerpania teoretycznej wiedzy o literaturze, z których mógłbym gorliwie korzystać, gdyby nie cały ambaras intelektualnego bogactwa i napięcia, jakie Kraków oferował wtedy ubogiemu studentowi i zarazem trochę dzikiemu adeptowi sztuki poetyckiej. Już wtedy wszystkiego było za dużo, zwłaszcza w takim miejscu jak Kraków. Na przykład na Wawelu w jednej małej krypcie za dużo było wieszczów. Na uniwersytecie za dużo było studentów. Po ulicach chodziło za dużo ludzi, a w piwnicach za dużo siedziało artystów popijających piwo i wódkę. W Sukiennicach za dużo było pamiątek, w Muzeum Narodowym za dużo obrazów, w Bibliotece Jagiellońskiej za dużo książek. Nie dawało się tego w żaden sposób ogarnąć, nawet pobieżnie przejrzeć. W dodatku zawiązywały się wtedy struktury niezależnej, nieocenzurowanej kultury, do której chciałem mieć dostęp, bo chciałem wiedzieć, co się tak naprawdę dzieje, jak sobie z nadmiarem świata i jego absurdami radzą starsi, bardziej ode mnie doświadczeni, wrażliwi i wykształceni ludzie. Formował się więc drugi obieg literatury, powstawały podziemne wydawnictwa, które w zgrzebnej, powielaczowej formie publikowały także poetów dotąd zakazanych, na przykład Miłosza czy Barańczaka. Zajmowałem się trochę kolportażem tych publikacji wśród moich kolegów z roku, uczestniczyłem w nielegalnych spotkaniach z opozycjonistami i w wykładach powstającego Uniwersytetu Latającego, za co byłem trochę ciągany i goniony przez esbeków. Nie strugałem bohatera, ale też nie „dałem ciała”.

*

Czułem jakiś wewnętrzny niepokój, byłem trochę zbuntowany (chciałem być wizjonerem i buntownikiem jak amerykańscy poeci), ale zarazem pamiętałem z Tołstoja, że nie należy przeciwstawiać się złu. Interesowała mnie prawda o otaczającym świecie, ale czułem, że tej prawdy jest za dużo i że jest za bardzo zróżnicowana. Intrygowało mnie pytanie Piłata przesłuchującego Jezusa. Brzydziłem się kłamstwem, ale prawda wydawała mi się coraz bardziej niejednoznaczna i ulotna. Świata było za dużo i nie wiedziałem, jak się przedrzeć do rzeczywistości przez jego mnogie i wciąż przyrastające warstwy. Kłamstwo wydawało mi się gwałtem na naturze. Wiedziałem, że powinienem przeciwstawić się kłamstwu i przemocy, ale nie chciałem z tym programem się obnosić, bo wydawał mi się zbyt oczywisty i wtórny, banalny, szlachetny, ale płytki. Mało wizjonerski i twórczy.

*

Z paroletnim opóźnieniem, wylegując się na leżaku pod czereśniami przed domem moich rodziców w Cieszynie, czytałem wtedy Świat nie przedstawiony Kornhausera i Zagajewskiego, ale robiłem to ze znacznie mniejszym przejęciem niż tamto, które towarzyszyło mi podczas lektury Wszystko jest poezja Stachury. Krytyczno-literacka książka tandemu z grupy „Teraz” wydała mi się zbyt akademicka, zbyt ideologiczna, zbyt kurczowa i namolna w swoich tezach, jakoś tak po wojskowemu natarczywa, pisana z przegranych pozycji, na co wskazywała biała flaga na okładce, smętnie zwisająca na czarnym tle. Taką książką nie dało się zachłysnąć. Najlepiej zapamiętałem z niej właśnie okładkę. To była kapitulacja. Tymczasem Stachura nie marudził, tylko pisał opowieść-rzekę o świecie, który w każdym miejscu, o każdej porze i w każdych warunkach był poetycki. Pojmował poezję dynamicznie i holistycznie. Natomiast jego czytane osobno wiersze nie rzuciły mnie na kolana. Nie słuchałem też jego piosenek. Wiersze Stachury – paradoksalnie – były najsłabszym obszarem jego poezjowania. Choć trochę mnie żenowały jego egzaltacje, jego szczerość bardzo mnie przekonywała. Jego opowiadania i powieści, które wydawały się autobiograficzne, promieniowały silną poetycką aurą. Jego heraklitejska, dziennikowo-eseistyczna metapoetycka proza, forma – jak mówią uczeni – sylwiczna, lecz zarazem ogniście akwatyczna, miała charakter otwarty i dialogowy. Stachura dialogował nie tylko z poetami, ale też na przykład z pewnym biofizykiem. Który z polskich poetów prowadził od tamtego czasu dialog z biofizykami? Życiopisanie Stachury okazało się jednak postawą ekstremalną i tragiczną. Samobójstwo poety sprawiło, że przestałem go czytać.

*

Opowieść Wszystko jest poezja wydała mi się zatem sprzeczna ze Światem nie przedstawionym. Tam, gdzie wszystko jest poezją, świat jest przedstawiony i nie przedstawiony zarazem, bo przecież świata nie można przedstawić w literaturze do końca, do dna, całkowicie. A poza tym rozchodziło się nie tyle o świat, ile o rzeczywistość. Stachura przedstawiał świat w całym jego labiryntowym, tajemniczym, cudownym i straszliwym skomplikowaniu bez ideologicznych czy politycznych przesłon. I przez to wydawał mi się bliższy przedstawienia rzeczywistości. Kornhauser i Zagajewski mieli do świata podejście materialistyczne i antymetafizyczne. W polskiej literaturze lat 70. poprzedniego stulecia, która z perspektywy czasu wydaje mi się wyjątkowo bogata, pomiędzy tymi dwoma poetyckimi interpretacjami świata wytworzyło się pewne napięcie, które z pewnością wywarło wpływ na moje pierwsze próby poetyckie. Wahałem się, w którą stronę się skierować. Byłem studentem, ale nie pociągał mnie akademizm. Pozostawałem raczej naturszczykiem, przesadzonym z podmiejskiego ogródka na wielkomiejski uniwersytet. Nie chciałem zostać zawodowym literatem, pierwszy wiersz próbowałem napisać w niedzielę. Czy może to znaczyło, że miałem zadatki przynajmniej na niedzielnego poetę? Czy poezja – zapytywałem sam siebie – służy do opisywania świata? Czy jest odgłosem i odblaskiem świata? Czy jej zadaniem jest opanowywanie namiętności regularną formą i tłumaczenie ciemnego bełkotu na spokojny, ludzki język? Czy ma mówić wprost, czy nie wprost? Czy można jej używać do walki politycznej i denuncjowania propagandy? Czy może raczej jest zapisem niezwykłej, błyskawicowej wizji? Czy ma przynosić wiedzę, czy pociechę? Czy jest grą na nastrojach, czy przedrzeźnianiem języków? A może powinna być tylko odświętną, pobożną pieśnią? Czy jest metodą poznawania rzeczywistości? Czy nawet tzw. wyrażanie siebie w liryce nie jest formą opisywania świata i zarazem rozpoznawania rzeczywistości? Czy ja mówiące w wierszu ma być bardziej emocjonalne czy racjonalne? Czy ma sens przy pomocy słów opisywać, a nawet rekonstruować uczucia? W jakim stopniu uczucia zamazują nam obraz świat? Czy raczej unikać uczuciowości, jak tego chcieli awangardyści? Czy opisywanie świata to dopiero pierwszy akt poznawania rzeczywistości? I czy nie ma na to lepszych sposobów? Nasuwały mi się ciągle te same pytania. Skąd się bierze wiersz i po co? Czy trzeba go misternie wypracować zgodnie z regułami jakiejś poetyckiej sztuki, czy jedynie czekać, aż się sam objawi, i tylko go złapać w siatkę języka? Ale co to jest język? Czy człowiek może nad nim panować? A może to raczej język podporządkowuje sobie człowieka? Pytać można było w nieskończoność i nie było prostych, jednoznacznych odpowiedzi. Ale czy trzeba było odpowiedzieć sobie na te wszystkie pytania, aby układać i pisać wiersze? Wtedy jednak nie niepokoił mnie dylemat, czy poezję trzeba pisać, czy raczej uprawiać ją poza pismem. Wierzyłem w alfabetyzm, kulturę pisma, książki i czytelnictwa. Wierzyłem w literaturę. Nawet w teorię literatury.

5.

Po pierwszym roku studiów polonistycznych wydawało mi się, że już wiem, jak się pisze wiersze. W lecie, podczas wakacji napisałem chyba ze cztery tuziny wierszy, lecz również i te teksty okazały się tylko młodzieńczymi zaczątkami, nieudanymi próbami. Wyrzuciłem je później do kosza. Najpierw byłem zadufany w sobie, ale potem poszedłem po rozum do głowy i po radę do starszych i bardziej doświadczonych osób zajmujących się literaturą, takich, które szanowałem i ceniłem. Dawałem im do czytania moje wiersze. Pytałem je, co mam robić: pisać dalej czy nie? Pisać, pisać, ale spokojnie – odpowiadali moi mentorzy – nie nerwowo, nie na siłę. Nie zawracać głowy, nie zawracać „gitary”, nie „pieprzyć”, nie gadać głupot. Przyglądać się badawczo, słuchać uważnie, ale nie brać wszystkiego do siebie. Trzymać siebie na dystans, nie dać się zwariować, pozwolić wierszowi dojrzeć, przespać się z nim do rana, a może przez całą zimę, poczekać, nie wyrywać się.

Wziąłem sobie te rady jeśli nie do głowy, to przynajmniej do serca. W końcu jednak zebrałem kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt wierszy, które zacząłem podsuwać redakcjom czasopism drukujących poezję. Pod koniec maja 1980 roku dwa wydrukował „Tygodnik Powszechny”, trzeci nie został dopuszczony do druku przez cenzurę. Jeszcze w tym samym roku, późną jesienią po wybuchu „Solidarności”, kilka moich wierszy ukazało się w krakowskim „Studencie”. Wybrał je do druku redaktor Jerzy Pilch. Mój debiut nie spotkał się z jakimś szczególnym zainteresowaniem. Nie pamiętam, aby ktoś mi wtedy gratulował tych publikacji. Zdarzało się, że ktoś mówił, że widział moje wiersze w „Tygodniku”… W odpowiedzi zaczynałem coś przebąkiwać, jakby to nie o mnie chodziło, a potem zapadało kłopotliwe milczenie. Czułem się zażenowany. Może jeden czy drugi z moich kolegów zazdrościł mi tego, że debiutowałem w „Tygodniku Powszechnym”, ale właśnie zaczynała się sesja egzaminacyjna, więc już nie spotykaliśmy się na zajęciach. Niebawem rozjechaliśmy się na wakacje. Niedługo potem czekał nas wstrząs. Sierpień 1980 roku.

*

Mój literacki debiut był ważny przede wszystkim dla mnie, stanowił coś w rodzaju przepustki do literackiego ni to salonu, ni to półświatka Krakowa. Ale w tym czasie w Polsce szalała rewolucja „Solidarności”. Wszyscy byli pochłonięci zmianami. Pojawili się nowi przywódcy rozentuzjazmowanego społeczeństwa, które coraz bardziej chciało się demokratyzować, ale stale szukało odpowiednich autorytetów. Należał do nich już nie tylko papież Jan Paweł II, który kilkanaście miesięcy wcześniej pod stalinowskim Pałacem Kultury i Nauki przywołał zstąpienie Ducha Świętego na Polskę, ale także mąż opatrznościowy, elektryk ze stoczni gdańskiej Lech Wałęsa, przywódca „Solidarności”. Teraz można już było bez większych przeszkód gromadzić się, wiecować i zrzeszać, a także legalnie kupować i czytać zakazaną do niedawna literaturę. Można było, również swobodnie i legalnie, fetować Czesława Miłosza, któremu w październiku 1980 Akademia Szwedzka przyznała Nagrodę Nobla. Mój zeszyt z przepisanymi wierszami Miłosza stał się niebawem bezużyteczny.

Ale kiedy w czerwcu następnego roku Miłosz w noblowskiej glorii przyjechał do Polski, przytrafiło mi się coś dziwnego – wiersze Miłosza zaczęły mnie jakoś mierzić. Jeszcze niedawno fascynowałem się nimi, teraz zaczęły mnie odpychać. Miłosz zaspokajał wówczas niemal całe polskie zapotrzebowanie społeczne na poezję. W tych burzliwych latach, kiedy polskie społeczeństwo chciało uzyskać gwarancje wolności, demokracji, praw i maksymalnej podmiotowości, literaturę, która się do tego otwarcie nie przyczyniała, masowo ignorowano. Pamiętam, że w dniu, kiedy Miłosz przylatywał z Ameryki na Okęcie, wpadł mi w ręce obszerny wybór jego wierszy, wydany właśnie oficjalnie przez wydawnictwo „Czytelnik”. Zacząłem kartkować, czytać już dobrze znane mi wiersze… i nagle poczułem się dziwnie: poczułem zażenowanie. Wiersze, które przedtem przepisywałem do swojego zeszytu, które dotąd zdawały mi się tak drogocenne, pełne energii, subtelnej mądrości i wytrawnej słodyczy, wywołały we mnie coś w rodzaju mdłości. Nagle trudno mi je było przełknąć. Wydały mi się nieprzyjemnie zadufane, przemądrzałe, fałszywe, toksyczne. Czytając je w czytelnikowskim wyborze, niespodziewanie odczułem coś w rodzaju kaca, jak po przedawkowaniu. Może się przejadłem, za wiele już przeczytałem i przepisałem wierszy? Oto ujawnił się we mnie jakiś dziwny drobnoustrój czy nawet nieznany mi wymiar, jakiś wewnętrzny ruch oporu. Było to coś jakby tajemniczy obcy z filmu Obcy – ósmy pasażer Nostromo, który kilka miesięcy przedtem pojawił się w polskich kinach. Przeżyłem pierwszy poważny kryzys smaku, kryzys odbioru, kryzys estetyki, kryzys poezji. Może tak przejawiał się atak antypoezji. Coś musiało być nie w porządku ze mną albo z tymi wierszami. Może poezja to tylko infekcja, z której trzeba się wyleczyć, wirus, na który należy się uodpornić, objaw jakiejś gorączki, alergii, słabości? Może wiersze wymagają szczególnego dozowania? Może nie należy ich aplikować w nadmiarze? Może przedawkowanie jest niebezpieczne dla zdrowia, zwłaszcza psychicznego? Może poezja w nadmiernej ilości grozi śmiercią, katastrofą, tak jak przedawkowanie młodzieży poezją Słowackiego w dwudziestoleciu międzywojennym poskutkowało hekatombą Powstania Warszawskiego? Odłożyłem książkę Miłosza. Czułem się nieswojo. I choć zaburzenie nie trwało długo, pozostała we mnie po nim rysa, szmer, pęknięcie. Uśpiony wirus w mojej głowie, który czekał na odpowiedni moment, aby się znowu uaktywnić. Oczywiście zaraz się ocknąłem z tego stanu i wróciłem do różnych lektur, także do książek noblisty, na przykład jego przekładów biblijnych, ale jego czytelnikowskiego wyboru wierszy sobie nie kupiłem. Kupiłem natomiast obszerny Wybór pism Guillaume’a Apollinaire’a, pisarza, do którego czułem słabość. Miłosz zaś po tournée po Polsce wrócił do Kalifornii.

*

Minęło lato, które częściowo spędziłem z moją dziewczyną w Pradze, minęła jesień, w Polsce coraz bardziej strajkowa, a potem w grudniu zapadła noc stanu wojennego, po którym zdegenerowana bestia PRL zdychała jeszcze co najmniej przez dekadę. W tym okresie kończyłem pracę magisterską o Bezrobotnym Lucyferze Aleksandra Wata, pracowałem w piekarni, studiowałem religioznawstwo, wymigiwałem się od wojska, pracowałem na plantacji leszczyny oraz jako nauczyciel języka polskiego w zawodówce. Wiersze pisałem rzadziej i jakby mniej chętnie. Chętniej niż Miłosza czytywałem wtedy wiersze Pounda i Podróż do kresu nocy Céline’a. Lata 80. w polskiej poezji po stanie wojennym krytyka literacka określiła później malowniczo i dobitnie jako „czarną dziurę”. Ja przetrwałem jakoś w środku tej czarnej dziury. Przez bez mała cztery lata po debiucie prasowym nie opublikowałem ani jednego tekstu, za to jesienią 1984 roku wydawnictwo „Czytelnik” opublikowało pierwszy zbiór moich wierszy. Książka nosiła tytuł Smakosze, kochankowie i płatni mordercy i zawierała moje krótkie teksty z okresu pomiędzy 1978 a 1981 rokiem. Cenzura wycięła ze zbioru cztery wiersze, na co musiałem przystać. Wydrukowano ją w nakładzie 2320 egzemplarzy i otrzymałem za nią godziwe honorarium.

*

Ataki antypoezji zdarzały mi się od czasu do czasu. Kiedy w 1986 roku służyłem w Ludowym Wojsku Polskim, nie napisałem ani jednego wiersza, ale za to przeczytałem całą masę prozy, głównie amerykańskiej, która w wielu przypadkach wydawała mi się bardzo ciekawa. Stanowiła dobrą odtrutkę na wojskowy reżim. Niemniej jednak nawet w wojsku nie wyrzekłem się czytania wierszy, a na poligonie, kiedy w oddziałach LWP podczas manewrów „Przyjaźń” cierpliwie ćwiczyłem atak wojsk Układu Warszawskiego na oddziały NATO, tomiki poezji nosiłem ze sobą w bocznej kieszeni spodni moro.

Podczas ćwiczeń wyznaczono mi rolę dowódcy plutonu piechoty zmechanizowanej, który zostaje ranny i trzeba go ewakuować na tyły. Był to temat nieszczególnie bohaterski, nadający się raczej na opowiadanie niż na poemat. Proza nie jest jednak antypoezją, to po prostu inna dziedzina literatury. Proza powinna raczej opowiadać, a wiersze raczej śpiewać. Dawni poeci śpiewali wojenne eposy, zagrzewali pieśnią do walki, ale pieśń jest lepsza wtedy, kiedy nie musi wspierać walczących. Używanie pieśni w walce stawia poezję w pozycji wyjątkowo ambiwalentnej. Poetami byli nie tylko Jezus z Nazaretu i Mahomet. Wiersze chętnie czytali i pisali także Osama bin Laden i Radovan Karadžić. Najlepiej jest więc, kiedy wiersz nic musi i nikomu nie służy. Dopiero wtedy może wyzwolić się z więzów literatury, lekce sobie ważyć jej konwencje, zignorować jej rygory, a jego materią nie są słowa, lecz los. Wtedy słowa, ich znaczenie, rytm i melodię, oddech przenosi w harmonii z milczeniem do krwi i do mózgu. W najgłębszą, najczarniejszą dal. Za horyzont zdarzeń.

6.

Moja wiara w poezję nigdy nie była ślepa, nigdy nie miałem poetyckiego credo i w sytuacjach publicznych, kiedy występowałem jako „poeta”, zawsze – czasami mniej, a czasami bardziej – odczuwałem zażenowanie. To zażenowanie związane z poezją jest może wynikiem bezradności, nieuświadomionego wstydu i poczucia winy. Wielkie, boskie milczenie bytu zostało naruszone, a może nawet sprofanowane. Boskie milczenie jest stanem pierwotnym. W swojej boskości Bóg milczy. Zbyt łatwo uwierzyliśmy, że na początku było Słowo. O początku nie mamy najmniejszego pojęcia i jakiegokolwiek wyobrażenia. Nawet nie wiemy o początek czego miałoby chodzić. Poeci uzurpują sobie dostęp do mowy bogów. To wielkie złudzenie.

*

„Poeta, którego przeszłością jest przeszłość wszystkich światów i zaświatów i który zawsze jest wpatrzony w czasy pierwotne – powinien tworzyć swe wiersze tak, jakby nie było druku” – zalecał Bolesław Leśmian w eseju Z rozmyślań o poezji. Wynalazek druku – ruchoma czcionka Gutenberga – umożliwiał zarówno szybszy rozwój cywilizacji, jak i jej upadek. Druk upowszechniał masowo nie tylko Biblię, ale i Mein Kampf Hitlera. Ludzka komunikacja ma charakter gatunkowy, społeczny, ziemski, ewolucyjny. Cywilizacje są śmiertelne, giną często wskutek najazdów barbarzyńców, czasem z powodu żywiołowych kataklizmów, czasem z powodu degeneracji i wewnętrznego rozkładu. Kulturę trudno odbudować na ruinach i zgliszczach. Człowiek Zachodu ze swoim chrześcijaństwem i poezją, ogniem i mieczem eksterminował ludy Ameryk i Afryki. Próby komunikacji międzykulturowej zazwyczaj kończyły się rzezią. Nie umiemy komunikować się z ludźmi, choć dysponujemy ogromnym, globalnym przemysłem komunikacyjnym. Dopiero od niedawna domyślamy się, jak mogą porozumiewać się rośliny i zwierzęta. Nie rozumiemy, co mówi do nas ziemia – nasza planeta, którą cywilizacja eksploatuje i niszczy. Jak zatem możemy rozumieć, co mówi do nas niebo? Nie rozumiemy sami siebie. Nie wiemy, kim jesteśmy. Niestety, poeci najczęściej traktują słowa jako pułapki, w które próbują coś uchwycić, złapać, wyrazić. Mistrz zen Mumon Ekai zalecał odrzucenie mowy i słowa uważał, że:

Słowa nie dają pojęcia o rzeczywistości,

w pismach nie znajdziesz tego, co najważniejsze.

Kto lgnie do słów, jest stracony.

Kto upiera się przy pismach, grzęźnie w niewiedzy.

Filozof Martin Heidegger twierdził, że człowiek Zachodu zapomniał o byciu, postawił byt naprzeciw siebie, aby go zbadać. Tak oczywiście zdarzało się w tym lepszym, nieszczególnie częstym przypadku, kiedy, dostrzegając byt naprzeciw siebie, człowiek nie chciał go posiąść, pożreć lub zniszczyć. Mistrzowie zen nauczają, że człowiek w ten sposób uniemożliwił sobie dostęp do prawdziwego, bezpośredniego poznania. Poezja, której zen nie neguje, nie może być celem, lecz co najwyżej środkiem, dzięki któremu jak w lustrze odbija się to, co Lukrecjusz nazywał natura rerum, naturą wszechrzeczy, czyli jej rozliczne, konkretne przejawy, także wrażenia, uczucia i myśli, czyli przejawy świadomości i nieświadomości.

*

Człowiek Zachodu żyje częściej nieświadomie niż świadomie. Ma teraz demokrację, wolny rynek, struktury państwowe, banki, karty płatnicze, korporacje, samochody, Wall Street, służby specjalne, marketing i reklamę, autostrady i instalacje, all inclusive, mafie, samoloty, stadiony piłkarskie, promocje, wyrzutnie rakietowe, bomby i elektrownie atomowe, telewizję, internet i inne elektroniczne media. Wszystko to bardzo rozpraszająco wpłynęło na poezję, pozbawiło ją atrakcyjności i uprzywilejowanej pozycji w życiu społecznym, które stało się szybkie, bezwzględne, brutalne i nastawione na pieniądz. Najlepiej szybki pieniądz. Wiersze go nie dają. Tradycyjnie pojęta poezja bardzo straciła na znaczeniu. Już nie fascynuje społeczeństw, nie jest niebezpieczna dla reżimów i nie zagraża młodzieży.Teraz poetów już nie trzeba wyrzucać z państwa, jak chciał tego Platon, bo ich głos i tak nie znajduje posłuchu wśród mas elektoratu. Elektoratu nie przekupuje się wierszykami. W Polsce wiersze mogą ostatnio stanowić nawet argument do publicznego „gnojenia” przeciwników politycznych. Fascynujące światło poezji zostało przez państwa rozproszone, zabrudzone, zamglone, ściemnione. Wydaje się, że poezja jest – szczególnie w naszym kraju – domeną wygnania, szczególnego uchodźstwa, że została zepchnięta na margines, na tyły ludzkiej uwagi, na zaplecze społecznej świadomości, w mgłę nieświadomości. W każdym razie wszystko wskazuje na to, że dla tradycynie pojętej poezji nie ma miejsca w brutalnym świecie materialnych interesów, ideologicznego fanatyzmu, populizmu i krwiożerczej walki o władzę. Zwłaszcza tej władzy, która siłą, choć pod pozorem demokratycznej legitymacji chce narzucić społeczeństwu swój rząd zarówno nad duszami, jak i nad ciałami. Taka władza chce podporządkować sobie ludzi przez media, bo potrzebne jej jest poparcie wyborców. Taka władza ma więc swój wydział propagandy, swoich piarowców i ghostwriterów. Taka władza ma swoich trolli. Teraz władza nie potrzebuje poetów, ale trolli. Poeci zostali więc wyparci z państw, miast, kościołów, szkół, urzędów i korporacji, a poezja w widzialnym świecie podległa ściemnieniu. W życiu społecznym zepchnięta została na margines marginesów. W świecie zaś słyszalnym poezja została zagłuszona tysiącem zagłuszarek marketingu i popkultury, które swoją hałaśliwością biją na głowę sławetne zagłuszarki utrudniające niegdyś odbiór Radia Wolna Europa. Poezja jest gdzie indziej, ale tak na dobrą sprawę nie wiadomo gdzie. Czy przerzuciła się ze świata realnego do świata wirtualnego? Czy jest na Facebooku, na Twitterze i Instagramie? Nie wydaje mi się, aby mogła tam być. A może zbiera siły w jakimś podziemiu? Może szykuje się, wyklęta, w jakiejś konspiracji, w głębokim uchodźstwie, do decydującego ataku? Jakieś jej echa czasem do nas docierają. Czasem zamigoce na jakimś niszowym portalu, błyśnie na jakimś profilu. Pamięć o niej przebija się do naszej świadomości z coraz większym trudem w złowrogich warunkach globalnego – realnego i wirtualnego – ściemniania i zagłuszania, populistycznego marketingu i trollingu.

*

Ściemnianie i zagłuszanie, marketing i trolling to akcje wymierzone w prawo do prawdy o rzeczywistości. Poezja – jak mi się wydaje – ma związek z prawdą. Jednak obecnie żyjemy w świecie wszędobylskiej postprawdy. Najpopularniejsze są narracje oparte na nieprawdziwych informacjach. Problem polega na tym, że nieprawdziwe wiadomości są bardzo efektywne. Powtarzane tysiące razy, zgodnie z przekonaniem Josepha Goebbelsa niepostrzeżenie przyjmowane są jako prawda. I  jak powiedział ostatnio Timothy Garton Ash dramatyczne jest to, że istnieją tysiące Goebbelsów różnych frakcji, tendencji i poglądów. Prawda jest pojęciem ambiwalentnym, jest obosieczna. Czy ma tylko dwa końce? Hm, zdaje się, że ma nieskończenie wiele początków i końców. Albo inaczej: prawda jest płynna, dynamiczna, pojawia się i nie wiadomo, gdzie jest. Czy na przykład leży pośrodku? Fundamentalny problem języka, jego nieusuwalny kłopot i zasadnicza trudność polegają na tym, że nie ma jednej prawdy o rzeczywistości, a nawet gdyby była, to i tak pozostawałaby nieuchwytna i niewyrażalna w ludzkim języku. I tego problemu dotyczy właśnie mission impossible poezji.

*

Czy właśnie dlatego racja bytu poezji w życiu człowieka nie ustaje? Czy można jednak ją obronić przed chamstwem i wulgarnością fanatycznego motłochu? Czy sama potrafi się obronić przed splugawieniem? Może jakiś jaśnie oświecony absolutyzm powinien jej zakazać? Zakazana przez państwo może odzyskałaby społeczne znaczenie.

7.

Nie wiem, czy to, co teraz mówię, jest prawdziwe. „Cokolwiek się powie o poezji, jest błędem” powtarzam za Leśmianem, który tak sparafrazował słynny aforyzm Nietzschego. Może jest tak, jak tego chcą kognitywiści, kiedy mówią o języku: mowa jest czynnością, trzeba ją postrzegać jako coś, co ludzie robią, a nie posiadają. Poezja jest szczególną mową, a wiersz jest zdarzeniem mownym. Można założyć, że poezja wynika ze zdolności poznawczych ludzkiego umysłu.

*

Czy zatem poezja nie istnieje obiektywnie, idealnie, poza ludzkim umysłem? Czy poezja nie jest przejawem Ducha, o którym wiadomo tylko, że unosi się w ciemności nad wodami i wieje kędy chce? Jakież mogę mieć o tym pojęcie? Czy poezja jest – zgodnie z tym, co głoszą kognitywiści – jak poznanie, czyli ucieleśniona i usytuowana? Mówię teraz o poezji w czasie przeszłym, ale w głębi duszy stale wyczekuję jej hybrydowego kontrataku. Mówię „w głębi duszy”, ale traktuję to wyrażenie metaforycznie. Nie wierzę już w kościoły, teologie i świętość pism. To wszystko uważam teraz za literaturę, armię metafor w ruchu, czyli w gruncie rzeczy fikcję. Ta fikcja ma też charakter wirtualny i jest aktywna, przenośna, zakaźna, hybrydowa, niedostrzegalna, nieobliczalna. Ta fikcja potrafi być niewiarygodnie prawdziwa. Może tę fikcję rejestrują neurony lustrzane, chociaż sama jest grą odbić i symulacji? Może ta fikcja potrafi być epigenetyczna? Zdaje się, że można ją dziedziczyć, kumulować, przekazywać potomstwu. Ta fikcja może być niewiarygodnie żywotna, wędrować w łańcuchu pokarmowym, ewoluować. Czy może nawet przemieniać ludzi w anioły? Czy jest to tylko bal widmowych wampirów? Coś jakby poezja skrywa się więc „w głębi mojej duszy”, w podświadomej głębi mojego umysłu, może w jego wieczystej – jakby powiedział Aldous Huxley – podstawie. W tamtej okolicy zachodzą jakieś dziwne, nieuświadomione przeze mnie procesy. Co do poezji, to jeszcze może być różnie. Przyznam się, że nadal wyczekuję na jej hybrydowy kontratak. Mam nadzieję, że to będzie akcja pokojowa i nie przyniesie wielu ofiar w ludziach.

Cieszyn, 12–14 maja 2018

 

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Zbigniew Machej, Może być różnie, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 11

Przypisy