22.08.2019

Nowy Napis Co Tydzień #011 / Odkurzanie nowoczesnej noweli, czyli „Cztery kobiety” Paula Heysego

Obcując z dziełami malarstwa secesyjnego, odbiorca na ogół nie oczekuje od nich głębokiej czy wielce zniuansowanej wiwisekcji duszy artysty. Owszem, są to często „pejzaże wewnętrzne”, ale zdecydowanie bardziej chodziło w nich o wrażenia, delikatne „poruszenia duszy”, które twórca starał się uzyskać dzięki specyficznej grze estetycznej i eklektycznej kompozycji dzieła. Współczesne tło zlewa się w jedno z elementami malarstwa renesansowego, motywami powziętymi ze średniowiecznych legend oraz fragmentami twórczości ludowej, odpustowej i jarmarcznej. Postaci ludzkie na obrazach secesyjnych są na ogół płaskie, wpisane w całą strukturę dzieła niczym jeden z całego mnóstwa ornamentów. Pod pewnymi względami przypominają także świętych z prawosławnych ikon albo alegorie z barokowych emblematów, z tą jedynie różnicą, że brakuje w nich boskości. Jest tam jedynie Duch idealistów, ów pobrzmiewający w romantycznych egzaltacjach geniusz. Tak czy inaczej, „secesja” oznacza z łaciny „odejście”. Chodzi o oddalenie się od wnikliwej obserwacji społecznej pozytywistów, jak również od meandrujących i okrutnych w swej wymowie opisów podświadomości, w które celowali naturaliści, aby pójść w kreację „świata artystycznego”.

Tego rodzaju odejście od tradycyjnej narracji oraz kanonu dziewiętnastowiecznego realizmu w literaturze zapowiadały nowele zawarte w Czterech kobietach. Koniec XIX wieku zapowiadał zmiany, którym chętnie przypisywano cechę „nowości”. Sama secesja to inaczej art nouveau, czyli „sztuka nowa”. Podobne ambicje zaczęli wówczas żywić twórcy piśmiennictwa różnych stylów i nurtów. Jednakże – jak zauważał Owidiusz – starzejemy się niepostrzeżenie i dotyczy to nie tylko ludzi, lecz w równej mierze także literatury. Twórczość Paula Heysego, choć stosunkowo bogata i różnorodna, a ponadto przeszło sto lat temu uwieńczona Literacką Nagrodą Nobla, nie zdążyła zadomowić się na dobre w świadomości polskiego czytelnika, stając się szybko depozytem oklepanych, typowych dla wczesnej fazy modernizmu motywów.

Dziś łatwo traktować dywagacje bohaterów Czterech kobiet z pobłażaniem. Jedna z nowel zaczyna się na przykład od nieco już naiwnych, przydługich i w perspektywie czasu mocno skonwencjonalizowanych wynurzeń na temat konfliktu jednostki ze społeczeństwem (nawet jeżeli ostateczna wymowa Beatrice problematyzuje wspomniany konflikt, wychodząc poza prosty Nietzscheańsko-Schopenhauerowski manifest indywidualizmu):

Starałem się wytłumaczyć mu, że chodzi tu tylko o wypadki tragicznych kolizji, i że wielkie, mocne, jednym słowem, heroiczne natury inaczej rozwiązują spór między obowiązującym prawem a swymi pożądaniami niż tchórzliwi filistrzy liczący się z każdą drobnostką. – Genialne natury – mówiłem – obalają granice tuzinkowej moralności i rozszerzają jej zakres, tak jak genialni artyści wydobywają się poza bariery swej sztuki, by bariery te ustawić potem o wiele dalej. Poeta i ci, którzy go rozumieją, nie chcą pozbawiać się widoku zjawisk wykraczających poza granice przeciętnej moralności. A dla tych, którzy uważają to za niemoralność, właściwie nie istnieje piękno; taki człowiek rozróżnia tylko rzeczy pożyteczne lub niepożyteczneP. Heyse, Cztery kobiety. Filomena, Lotka, Beatrice, Garcinda, tłum. B. Merwin, Wydawnictwo MG, Warszawa 2019, s. 111–112.[1].

Wiersze i dramaty, a przede wszystkim zbiory krótkich form prozatorskich Heysego ukazywały się w Polsce przede wszystkim na przełomie XIX i XX wieku, a więc w czasie, w którym miały one rzeczywisty wpływ na kształt „nowoczesnej noweli”. Młodopolanie dostrzegli w nich to, czego szukali tak w sztuce secesyjnej, jak w antymieszczańskich utyskiwaniach: lekko dekadenckiego tonu, wrażliwości na subtelne odczucia i wrażenia bohaterów, krytyki filisterstwa, a przy tym nuty idealizmu, która wskazuje na boską iskrę rzuconą w tajniki „ja”. Rzeczywiście, sam Heyse był zdania, że zadaniem pisarza jest przedstawiać rzeczywistość taką, jaka odsłania się w perspektywie absolutnej. Był niejako rzecznikiem eskapizmu, którym ośmielali się wkrótce szczycić młodoniemieccy marzyciele oraz samotnicy. Wyrastając jeszcze z tradycji wielkiego dziewiętnastowiecznego realizmu, wychylał się już ku epoce, która postawiła wyżej „estetykę przeżycia”, a odsunęła na bok poszukiwanie recept na doczesne bolączki człowieka i społeczeństwa. Z czasem nowele Heysego stały się jednak swego rodzaju „literaturą archiwalną”. Miejsce to przypadło zresztą w udziale większości liczącym się za życia przedstawicielom późnego realizmu (w Polsce również nie brak podobnych przypadków, o czym można się przekonać, sięgając po Don Juana we mgle Jana Tomkowskiego). Obecnie spuścizna Heysego traktowana jest zazwyczaj jak śliczna estetycznie, ale jednak mocno niewspółczesna „ramotka”, przykład zakurzonej i nadgryzionej upływem czasu literatury „przełomu”. Widać w niej dekadencję i wyczerpywanie się realizmu, ale jeszcze nie w pełni modernizm. Dziś pisarz ten pozostaje atrakcyjny przeważnie dla historyków kultury końca XIX wieku.

A jednak Cztery kobiety ukazały się (a przynajmniej jeżeli mowa o tym konkretnym wydaniu) jako pozycja popularna. Książka trafia zatem w ręce czytelnika jako coś, czym można by zapełnić kilka wieczorów, mając jednocześnie poczucie obcowania z tytułem nieco poważniejszym, bardziej artystycznie wysublimowanym, a przez to bardziej angażującym niż literatura typowo rozrywkowa; czymś, co – pomimo swej lekkości – niesie ze sobą wrażenie sięgnięcia po „klasykę”.

Ale Cztery kobiety wychodzą również naprzeciw bardziej wymagającym odbiorcom. Książka daje bowiem dobrą okazję do wstępnego zapoznania się z prozą Heysego w całej jej specyfice i estetycznym kunszcie. Swego czasu autor ten zasłynął przecież jako twórca wyjątkowo sugestywnych, a zarazem subtelnie zarysowanych portretów postaci kobiecych, w czym przejawia się jego pokrewieństwo z innym znaczącym pisarzem epoki. Chodzi oczywiście o Alfreda Tennysona, angielskiego poetę czasów wiktoriańskich, innego krytyka mieszczańskiej hipokryzji. Tennyson był jednak przede wszystkim autorem sławnych i wysoce cenionych Idylli królewskich, w których powołał do istnienia szereg „zwiewnych”, niemal nierzeczywistych heroin, wydobytych z głębin arturiańskich legend i romantycznych rojeń, aby stały się wyrzutem sumienia dla wiktoriańskiej obyczajowości. W gruncie rzeczy tę samą rolę pełnią bohaterki Czterech kobiet – skazane na tragiczny los, ale dzięki temu stające się lustrem, które odbija prawdziwe oblicze mieszczańskiej moralności. Podobnie zresztą jak Tennyson, Heyse okazał się jednym z wielkich spadkobierców romantycznego idealizmu. Obaj potrafili dokonać syntezy zwięzłej, wartkiej narracji z głęboką lirycznością opisu. Dzięki doskonałemu opanowaniu warsztatu prozy XIX wieku, a przy tym umiejętności wejścia w rejestry zdecydowanie bardziej poetyckie i symboliczne, Heyse stał się pomostem między odchodzącą epoką a nadchodzącym „młodym” pokoleniem.

Trwała wartość nowel Heysego tkwiłaby właśnie we wspomnianej umiejętności łączenia pierwiastków lirycznych z realistyczną narracją. Swego czasu ten unikalny talent sprawił, że autora Czterech kobiet okrzyknięto godnym następcą Goethego. I rzeczywiście, twórczość Heysego okazała się jednym z ostatnich motorów napędowych rozwoju – wydawałoby się – odchodzącego do lamusa gatunku noweli.

Można również wspomnieć o charakterystycznej koncepcji tragizmu u Heysego. W tragediach pisanych przez starożytnych Greków los ludzki naznaczała Ananke, nieuchronna i nieubłagana siła, znana szerzej pod pojęciem fatum. Szekspir ściągnął „smutną konieczność losu” z niebios na ziemię, a ściślej do sfery, w której roztropność przegrywa z nieokiełznanymi namiętnościami serca. U autora Czterech kobiet rolę tragicznego fatum pełni rzeczywistość, „postać tego świata”, na którą marzyciele nie wyrażają zgody, a która wikła jednostkę w swoje brutalne prawa i tłamsi dążenia do czegoś wyżej, mści się za każdą próbę realizacji ideału. Co gorsza, owa rzeczywistość nie rządzi się czymś, co nosi znamiona sensu. Widać to szczególnie wyraźnie w noweli zatytułowanej Lotka, w której miłość przegrywa ze skandalicznymi, a zarazem najzupełniej prozaicznymi uwikłaniami rodzinnymi. Bohaterka jest samotna w bezskutecznej walce z obłudą najbliższego otoczenia i pozostaje samotna aż do końca. Rozterki bohaterek sprawiają wprawdzie wrażenie zanadto sentymentalnych i melodramatycznych. Nie są to głębokie czy skomplikowane portrety psychologiczne. Można odnieść wrażenie, że ponad pełnokrwistością postaci postawione zostało pewne ogólne wrażenie estetyczne wyłaniające się z opowieści. Z drugiej strony Heyse za pomocą swych bohaterek rozwija nową koncepcję tragizmu, która stała się motywem powszechnie stosowanym przez dekadentów. To niemal ten sam rodzaj „społecznego fatum”, które panowało u naturalisty Ibsena, tyle że w tym wypadku znacznie silniej naznaczone tradycją niemieckiego idealizmu.

Cztery kobiety to lektura łatwa, a zarazem trudna. Łatwa, ponieważ po przeszło stu pięćdziesięciu latach narracja Heysego nadal potrafi wciągnąć, na długo zaangażować uwagę czytelnika oraz dostarczyć wytchnienia. Jest to jednocześnie książka dość trudna, ponieważ mimo lekkości stylu każdej noweli, nie sposób należycie je docenić, nie dysponując przy tym odpowiednim kluczem interpretacyjnym – a więc nie mając wiedzy, która pomogłaby w rozumieniu specyfiki oraz oczekiwań tamtej epoki. Nieprzygotowanemu czytelnikowi może się wydać, że nowele wchodzące w skład Czterech kobiet to „literatura dla kucharek”, mało wymagające „pensjonarskie czytadło”, proponujące odbiorcy bardzo niewiele, ot, trochę sensacji, szczyptę romansu i sporo naiwnej, schematycznej krytyki mieszczańskiej moralności. Bez odpowiedniej wiedzy powód, dla którego Heyse został swego czasu doceniony w najwyższy możliwy sposób, czyli Nagrodą Nobla, nieco się zaciera. Nie był to przecież Nobel przyznany twórcy, o którym mówiło się już wówczas jako o autorze średniej rangi, reprezentującym jedynie modny nurt w literaturze i sztuce. Tak było w przypadku Karla Gjellerupa czy – już nieco później – Johna Galsworthy’ego. Wręcz przeciwnie, w Niemczech nazywano przełom XIX i XX wieku mianem „epoki Heysego”. Z tego wynika, że Heyse był twórcą istotnym dla schyłkowej fazy realizmu i początku modernizmu. Omawianemu tu wydaniu Czterech kobiet zdecydowanie zabrakło wstępu, czy może lepiej posłowia, które ułatwiałoby współczesnemu czytelnikowi przełożyć mentalność tamtego pokolenia na kategorie zrozumiałe dzisiaj. Zarazem jest to wydanie ładne estetycznie, nie tylko dobrze prezentujące się na półce (duża w tym zasługa użytej na okładce reprodukcji Wiosny Sandro Botticelliego), lecz także – dzięki odpowiedniemu wyborowi nowel – pozwalające uzupełnić domową biblioteczkę o najbardziej charakterystyczne dzieła zapomnianego już klasyka.

Paul Heyse, Cztery kobiety. Filomena, Lotka, Beatrice, Garcinda, tłum. B. Merwin, Warszawa: Wydawnictwo MG, 2019.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Michał Gołębiowski, Odkurzanie nowoczesnej noweli, czyli „Cztery kobiety” Paula Heysego, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 11

Przypisy