22.08.2019

Nowy Napis Co Tydzień #011 / Wielki zamiatacz oceaniczny

Tulka wiedziała już, że Joni będzie jej mężczyzną dozgonnym. Nie łudziła się, że będzie to łatwe. Od początku było to trudne. Zostali kochankami niespodziewanie, w trakcie niezręcznej, rwanej rozmowy na parkowej ławce na obrzeżach wielkomiejskiego osiedla późnym wieczorem. Ona próbowała go zainteresować różnymi tematami i przede wszystkim sobą, a on ledwie się odzywał, przeważnie deklarując niewiedzę i brak zainteresowania. Czasem wtrącał uwagi na temat aut wjeżdżających na pobliski parking. Pocałował ją zdawkowo w odpowiedzi na jakieś pytanie, a ona, zrozpaczona towarzyskim fiaskiem, odpowiedziała mu żywiołowo. Jej język napadł na niemrawy język Joniego. Natychmiast poczuła łapczywe dłonie wdzierające się pod sukienkę. Pomogła tym dłoniom.

Potem Joni-Dionizy długo nie mógł złapać oddechu. Krztusił się i kaszlał, pochylał się, chrapiąc, a jego szczeciniasty łeb opadał jej na kolana. Myślała, że kochanek-sprinter umrze na zawał serca. Kiedy złapał oddech, ucałował jej kolana i powiedział, że było mu cudownie. Ona w domu policzyła siniaki, to była twarda ławka.

Potem znikł, a ona myślała, że wrócił do swojego Aeropuerto Snake River w stanie New Mexico. Pomyślała, że zaszła w ciążę i będzie samotnie wychowywać owoc życiowej pomyłki, co się już zdarzyło w najbliższej rodzinie.

Zjawił się wreszcie. Minęły prawie dwa puste tygodnie, nim zadzwonił wieczorem, że czeka w aucie. Miała początki grypy i masę roboty, mimo to zaprosiła go do domu. Nie, wykluczone, nie wejdzie. Pomyślała, że jeśli teraz pośle go w diabły, on odjedzie na zawsze do samolotów nad Rzeką Wężową. Spojrzała w lustro. Włosy niemyte, oczy załzawione, nos zapuchły. Potwór. Pomyślała, że powinna wypić kieliszek wódki, łyknąć jakieś psychotropy albo pomodlić się. Nie miała na to siły. Maznęła cyklamenową szminką wargi, zawiązała szarą apaszkę na bolącym gardle i zeszła na tonącą w mżawce ulicę.

Samochód był duży, pachniał nowością. Joni wyglądał na zadowolonego z siebie na sposób amerykański. Cedrowa woda kolońska, koszula w granatowe paseczki, odmłodzony.

– Musiałem kupić mieszkanie, żeby gdzieś postawić łóżko – powiedział. – Muszę cię mieć w łóżku.

Tulka miała ochotę wysiąść z auta. Wszystko to było w najgorszym stylu, przeciwne jej życiu i myśleniu, nachalne i pospolite. Wszystko to zaprzeczało książkom z rodzinnej biblioteki. Nie wysiadła, pomyślała o maleństwie. Nic pewnego, ale jeśli, to musi mieć ojca. Ruszyli. Joni przyjrzała się temu, z kim wyrusza w nieznane. Wredny, chamski, stary. I ta łapa na jej kolanie wędrująca w stronę krocza na każdych czerwonych światłach.

Zajechali na Górny Mokotów, zaparkowali w podziemnym garażu nowego apartamentowca. Pachniało tam mokrym cementem. Wszystkie samochody były ogromne i czarne jak karawany. Z garażu weszli do windy, w której objął ją i trzymał ręce na jej piersiach.

W dużym jasnym mieszkaniu było niewiele mebli. Właściwie tylko wielkie łóżko, pizza na parapecie i szampan w srebrnym kubełku. Do szampana tekturowe szklaneczki. Trochę jej odebrało mowę od tego tempa, od tych zmian. On tylko gadał.

– Widzisz, Tulka, jaki szampan? Piłaś kiedy taką markę? Widzisz, jaki tu z okna widok? No, co Tulka?

Odpowiadała, że jest zachwycona.

Wypili, on pożarł kawał pizzy, ona kawałek, rozebrali się i wypili jeszcze po szklaneczce.

Po drugim orgazmie zakochała się w nim.

Po trzecim powiedziała, że muszą pójść na terapię do seksuologa. Nie odpowiedział, bo spał.

Wstała i obejrzała mieszkanie. Oprócz łóżka były tu tylko pretensjonalne żyrandole z kryształowymi wisiorami, wszędzie, nawet w hallu. W łazience ręczniki i mydło. Poczuła, że szampan jakby zatrzymał grypę.

Przyglądała mu się, jak spał. Miał siwe włosy na piersiach. Był piękny. Pomyślała, że na razie została samicą tego samca. Od niej teraz zależy, co z tego wyniknie.

Nie poszli do seksuologa. Na razie nie.

– Byłam sobą, ale już nie jestem – myślała Tulka. – Jestem już tylko erotyczną obsesją faceta, który zdziczał na amerykańskiej prowincji, wśród kowbojów i bab kupowanych na jedną noc.

Tulka próbowała sama ucywilizować sytuację, dopasować tego człowieka do swojego życia, do domu na Okrężnej, czyli do mamy i do ciotki. Dowiedziała się, że sprzedał lotnisko i samolociki na wynajem w stanie New Mexico.

Unikała zbliżeń, próbując jeden po drugim wszystkich kulturalnych i eleganckich sposobów. Zabrała Joniego do teatru, zabrała na kilka filmów – na romantyczne komedie, na stare francuskie melodramaty. Rozmawiała po filmach, a  w każdym razie inicjowała rozmowy o tym, jak się ludzie kochają. Wspominała o tym, że trzeba iść na terapię do seksuologa.

Niewiele to pomagało. Kiedy znów dała się zawieźć do apartamentowca na Bukowińskiej, w łóżku powróciły wzory relacji z drugorzędnych hollywoodzkich pornosów.

*

A potem Tulka odkryła sposób – coś w rodzaju szczerej i spokojnej rozmowy.

– Wiesz mała, ja tam żyłem dwadzieścia parę lat i cały czas miałem zaciśnięte pięści. Jak musiałem używać palców do majstrowania czy do komputera, to i tak miałem w mózgu te zaciśnięte pięści. Musiałem się dwadzieścia lat boksować, cios za ciosem. Wypożyczałem awionetki siedem dni w tygodniu, w dzień i w nocy. Wszyscy byli przeciw mnie, koroner, dystrykt atornej, klienci, pracownicy, dostawcy, kochanki. Biłem i uchylałem się od ciosów, uśmiechałem się, że wszystko jest w porządku. A wtedy, kiedy w windzie na Bukowińskiej złapałem cię za cycuszki, koniec. Oddech, luz. Już czułem, że pięści są niepotrzebne, że ty mnie nie zabijesz, nie skrzywdzisz.

– Próbowałam cię zanudzić na śmierć w teatrze.

– Nie, mała, to było dobre. Na ile zrozumiałem, to to było też o człowieku, który żyje i musi trzymać te kułaki.

Wzeszedł księżyc i zobaczyli go podwójnie, nad mostem i odbity w jeziorku pod mostem.

Joni wrócił do wiosłowania. Było mu to potrzebne, żeby wspominać rzadkie wolne weekendy na Snake River. Potrzebne mu było gadanie o jego lotnisku, o jego samolocikach do wynajęcia, o cessnach i cirrusach z wymalowanym na kadłubie purpurowym wężem. Przez dwadzieścia lat w jego firmie nie było wypadku, dwa lub trzy przymusowe lądowania rocznie – przez tajfuny albo błędy pilotów. Ani jednej sprawy sądowej.

Mógł wiosłować i opowiadać, opowiadać i wiosłować. Tulka myślała, że żył tam z zaciśniętymi pięściami, nie dawał się stratować, robił biznes. I na dwadzieścia lat zapominał o Polsce, człowieczeństwie, kinie, teatrze, zakochaniach, o rodzinnych rozmowach.

*

Tamtego dnia płynęli w niskim słońcu babiego lata przez jeziorko, z którego był widok na trasę mostową i Pałac Kultury. Joni wiosłował powoli, niby spokojny i uśmiechnięty. Tulka czuła na sobie czujne, pożądliwe spojrzenie szarych oczu. Zapytała w końcu:

– Co z tobą, Joni? Czy może jest tak, że w łóżku trochę się mścisz? Okręciła cię dziewucha, zabrała ci te wszystkie latające zabawki, wycofała cię z boksowania, więc musisz być taki?

Nic nie odpowiedział, objął ją tylko mocno. Łódka zachwiała się niebezpiecznie.

– Zostaw Joni, pomówimy o tym u seksuologa – westchnęła i pocałowała go w szyję.

Na razie nie szli do specjalisty. Przekonała się, że nie jest w ciąży, poczuła się zawiedziona. Nie mówili o tym. Wynajmowali łódkę na przystani koła wędkarskiego i pływali. Uczył ją wiosłować, choć niepotrzebnie, bo umiała. Ale był to temat do rozmowy. Nadal opowiadał jej o swoim Aeropuerto.

– Miałem mechanika, Serba. Nagle zrobił się alarm, że rząd Bośni chce go wyciągnąć ode mnie. Ekstradycja, sąd za jakieś wojenne grzeszki. Pomyślałem, jak go ratować. Miałem klienta, czifa indiańskiego z rezerwatu Zuni. Taki tryb indiański, plemię. Zuni. Wsadziłem Mirodraga do pajpra i kazałem pilotowi, aby leciał z nim do pueblo Zuni, bo ten Serb wyglądał trochę po indiańsku. Znacznie bardziej po indiańsku niż większość Zuni w pueblo.

– To znaczy, że ratowałeś zbrodniarza wojennego? Joni!

– Nie wiem czy zbrodniarza. Ale cała Ameryka powstała z takich jak on. Z szukających guza zabijaków. Dlatego, jak tam jedziesz, zaciskaj pięści. Jak im nie przyfanzolisz, oni tobie przyfanzolą… A co to płynie?

W jasny jeszcze październikowy zmierzch zobaczyli na powierzchni Jeziorka Czerniakowskiego dziwną konstrukcję prującą przez wodę w ich kierunku. Wyglądała jak robot kuchenny skrzyżowany z laptopem, wlokła za sobą jakieś sznurki z pływakami. Zostawiała dróżkę drobnych falowań migoczących różowo w poświacie zachodu.

– Dionizy, odpłyń od tego!

– Nie, chcę zobaczyć. Właśnie…

Niespodziewanie na burcie łódki pojawiła się dłoń, spod wody wynurzyła się głowa w masce nurkowej i kapturze z czarnej pianki. Podwodny podniósł maskę, wypluł ustnik aparatu.

– Witaj, ciotka Tulka. Cześć, Marnotrawny.

– Julek! Co tu robisz?

– Próbuję moją pracę semestralną. Przedstawiam wam, to prototyp małego zamiatacza bałtyckiego.

Julek, student wydziału mechanicznego, był synem Dionizego, a siostrzeńcem Tulki. Dionizy wyjechał z kraju, zanim Julek się urodził. Po powrocie spotykał się z chłodnym lekceważeniem ze strony potomka. Był nazywany Marnotrawnym i przy wielu okazjach musiał dowiadywać się, że nie pasuje do rodziny, bo zdziczał, zgłupiał i dorobił się za dużych pieniędzy, co mu do reszty przewróciło w głowie.

– Jaki zamiatacz? – spytał Joni, wychylając się niebezpiecznie z łódki. Dotknął urządzenia, które zaraz zabzyczało i mignęło czerwoną lampką. – Co on robi na przykład?

Widać było, że urządzenie go zafascynowało.

– Wiesz Marnotrawny, co to są czipsy? Albo coca-cola? – zapytał Julek, wychylając się do połowy z wody i podpierając łokciami na burcie. – To są przykładowe produkty. Ciemnota konsumpcyjna masowo żre to i pije. W ten sposób utrzymuje międzynarodowe koncerny. Te produkty pozostawiają po sobie dużo opakowań. Kilometry sześcienne śmieci. Ta ciemnota pazerna jednocześnie morduje żywe istoty w akwenach. Śmieci nie gniją. Torby i butelki niszczą żywy świat. Na oceanach powstają wyspy śmieci. Żółwie galapagos giną, mają w żołądkach butelki po coli. Mewy dławią się rurkami od koktajli. Pa, płynę dalej. Zobaczcie jeszcze, jaki połów.

Nurek znikł i za chwilę ręka spod wody podniosła sieć ciągniętą przez prototyp. Pełno tam było pudełek, toreb, butelek.

Ściemniało się, Joni wiosłował w milczeniu. Tulka chciała przerwać to milczenie, zapytała więc, jak się skończyła sprawa Serba ściganego za przestępstwa w Bośni.

– Nie wiem, ja miałem go z głowy. Musiałem szukać mechanika od silników. Ale Julek – popatrz. Nie spodziewałem się. Nie wiesz, czy oni to opatentowali? Bo to trzeba opatentować.

*

Od tamtego wieczoru Tulka przestała nagabywać Joniego w sprawie wizyty u seksuologa. Trochę dlatego, że od tego wieczoru, kiedy spotkali nurka, Joni zaczął bywać w domu na Okrężnej, stopniowo oswajał się i zdobywał sobie domowników. Tulka cieszyła się, że przychodzi, chociaż nie była już pewna, czy przychodzi do niej, czy przychodzi dowiedzieć się, co słychać u Julka i czy już opatentował zamiatacza mórz.

Najtrudniej było Dionizemu dogadać się synem, tak jak dla Tulki stało się bardzo trudne przypominanie, że to ona jest najważniejsza.

Julek nie chciał nazwiska Wiberg. Nie oczekiwał od ojca niczego. Przy niedzielnym rodzinnym obiedzie powiedział:

– Mam nadzieję, Marnotrawny, że traktujesz ciocię Natalię poważnie. A poza tym naprawdę nie oczekuję od ciebie niczego.

Julek miał wtedy kłopoty na studiach, stracił rok. Przez pół roku pauzował, dorabiał, przywożąc z pchlich targów we Francji różne starocie. Sprzedawał je kuzynowi, który handlował mieszkaniami. Kuzyn kupował ruiny, urządzał nowocześnie, ozdabiał antykami, wynajmował. Potem przyszedł sukces Julka – jakieś jego mechaniczne pomysły zostały zaakceptowane przez zespół budujący łaziki marsjańskie. Dostał się na specjalizację „robotyka”. Razem ze swoim przyjacielem z podstawówki, Cyprianem, pojechał do Starachowic na międzynarodowy konkurs łazików i ich robot zdobył nagrodę. Kiedy Dionizy Wiberg gratulował synowi, ten nie odpowiedział ani słowem.

Matka Tulki nie patrzyła na Dionizego przychylnie. Jakiś Ślązak, który kiedyś uwiódł jej starszą córkę, zostawił samą z dzieckiem, teraz chce żenić się z młodszą. Nie pokazywał się tyle lat! Jak może liczyć na to, że przyjmą go do rodziny?!

Szczęśliwie w domu na Okrężnej była jeszcze pani Weronika, pani profesor, przez dwie kadencje pani dziekan, dama. Od dzieciństwa współzawodniczyła z młodszą siostrą, matką Tulki. Teraz znalazła sposób, aby pokazać, że jak zawsze jest lepsza. W akcie wielkodusznego chrześcijańskiego przebaczenia zapraszała Dionizego, wysłuchiwała jego amerykańskich wspomnień, rozmawiała z nim o Julku, a przede wszystkim raczyła opowieściami.

– Pewnie chcesz wiedzieć, Joni, jak się poznali moi rodzice. Ojciec ukrywał się jako kasjer na dworcu w Wilnie. Jak weszli Ruscy, wywieźli całą jego rodzinę. Matkę spotkał w liesorubnym pasiołku na Uralu…

Natalia-Tulka cicho stanęła w drzwiach, zatrzymała się, aby patrzeć na oswojonego samca, na swojego dozgonnego mężczyznę w trakcie terapii. Wbity w garnitur, z krawatem pod szyją, słuchał opowieści ciotki Weroniki o tym, jak dziadkowie uciekli do sowchozu Krasnyj Trud, bo ginęli z głodu.

Dionizy i ciotka siedzieli w kręgu lampy pod oranżowym abażurem, w dwu fotelach klubowych. Na mosiężnym blacie marokańskiego stolika, między nimi obok patery z ciastem, stały filiżanki z kawowego serwisu, leżał album rodzinnych zdjęć. Drewniane okładki albumu były rzeźbione w liście ostu. Pamiątka z Zakopanego.

– Potem jego wzięli do wojska, do berlingowców – ciągnęła opowieść ciotka – a mama dostała się na medycynę w Odessie. Jej rodzice, Sokolicz-Sokalscy, mieli folwark pod Sierpcem. Ja tam kiedyś jeździłam, ruina. Jakbym była z tych, co płaczą, to bym się spłakała.

Dionizy słuchał, pił kawę, pochłaniał kolejne kawałki ciasta i  w głowie, między linijkami opowieści pani Weroniki, dopisywał dzieje swoich przodków. Co robiła babcia Bugdołowa, kiedy matka pani profesor wstąpiła na medyczny fakultet nad Czarnym Morzem? Trzech stryjecznych Bugdołów w czterdziestym piątym wcielono do Wermachtu – więc mogli się spotkać na froncie z tym berlingowcem. A kiedy warszawiacy wracali do wypalonego domu na Okrężnej, dziadka Bugdoła nie było w Tarnowskich Górach. Wrócił z kopalni w Donbasie dwa lata później.

Ciotka Weronika odnalazła wzrokiem stojącą w drzwiach Tulkę.

– Weź sobie coś do picia i siadaj z nami. Ciasta nie rusz, bo będziesz gruba.

Tulka podeszła do serwantki i nalała sobie kieliszek likieru. Potem przysunęła krzesło bliżej lampy, siadła i nałożyła na swój talerzyk dwa kawałki biszkoptu z morelą. Przyjaźnie kopnęła Joniego pod stołem.

– Opowiadam trochę Joniemu – zwróciła się do niej ciotka – bo wy już to znacie na pamięć. Ale tak myślę, że jak jesteśmy we troje, to trzeba słowo o Julku.

– Ich zespół dostał zaproszenie do Utah – pośpiesznie wtrącił się Dionizy. – Z Polski tylko oni i zespół z Politechniki Częstochowskiej. Konkurs łazików w Mars Desert Research Station, w Hanksville. Lataliśmy tam.

– Ty wszędzie latałeś – powiedziała ciotka Weronika. – Chyba za dużo było tego latania. Julek zajmuje się robotami, ale nie jest robotem. Ma serce. Tak był wychowany.

– Wiem – westchnął Joni.

Weronika wyprostowała się. Tulka popatrzyła na ciotkę. Suknia ze wstawkami z koronki. Głęboka zieleń. Kamea w broszce. Dama.

– Nie wszystko wiesz – powiedziała dama. I jak na damę przystało odezwała się po francusku: Le coeur a ses raisons, que la raison ne connâit point. To Pascal.

– Że rozum nie rozumie myśli serca – przetłumaczyła Tulka.

– Pascal, filozof. To pamiętam – szepnął Joni. – Ale Julek…

– Poczekaj. Julka znam dłużej niż ty – rzuciła ostro pani Weronika.

– Może posłuchaj, a potem się odezwiesz. Tak będzie grzeczniej.

Dionizy poruszył się gwałtownie, jakby chciał zerwać się i uciec. Ale nie uciekł. Poluźnił krawat pod szyją i został.

– Julek jest twoim synem, ale ty nie jesteś jego ojcem. I nigdy nie będziesz.

– Ale ciociu… – próbowała łagodzić Tulka.

– Natalia, wiem, co mówię! Przykre, ale to prawda. Joni nie będzie ojcem, bo Julek całe życie miał ojca i teraz ma ojca. Marko może nie był dla Kasi idealnym mężem. Różnica wieku, odmienna sfera, prawda? Ale dla Julka był najlepszym ojcem, tak samo jak Kasia była dobrą matką dla jego córki, Martyny. Oboje gadają z dziećmi na skajpie. I przysłali ciężki grosz na remont dachu.

– To co ma robić Joni? – spytała Tulka, bo Joniego było jej żal. Siedział, czoło podparł pięściami. Żal, nawet jeśli wolałaby mieć go bardziej dla siebie.

– No cóż – westchnęła Weronika. – Joni ma czekać. Tu na Goraszewskiej byli Michalscy, adoptowali chłopca i dziewczynkę. Chcieli im nieba przychylić, tak się starali. Dziewczynka przylgnęła do nich sercem, przemiła przylepa. A syn był okropny, dziki. Wiecznie zbuntowany. Od czasu, jak skończył podstawówkę, zaczął szukać swoich biologicznych rodziców. Przez gazety, internet, nawet Czerwony Krzyż. Nigdy nie znalazł, po maturze wyniósł się z domu. I nic, stracili go. Ale jak się ożenił, to okazało się, że dzieciom potrzebna babcia, a dzieci o dziadka pytają. Wrócił, przeprosił. No i zrobiło się szczęście rodzinne pierwszej klasy! Zabrał rodziców z Goraszewskiej, dał im pół domu u siebie w Złotokłosie. Sąsiadka ich zna, jeździła do nich. Tato, mamo, pogodzeni, kto by się spodziewał.

Tulka przytuliła rękę do policzka Joniego.

– Pewnie znowu głowa cię boli – powiedziała. – Ciociu, zabieram Joniego, mam dobry proszek, położy się u mnie. Dziękujemy za rady i za opowieści. Pyszny placek.

Na schodach objęła  mocno Joniego. Powiedziała, że nie myśli zabierać go do siebie, bo wie już, jak reaguje na stres. Bierze go do przyjaciół plastyków na Saską Kępę. Mieli wernisaż, balują. Trzeba iść do ludzi, potańczyć.

* 

Była druga w nocy. Julek obudził Yoko, czarnoskórą dziewczynę, studentkę z Francji, która spała w śpiworze pod stołem laboratoryjnym. Powiedział jej, że udało mu się dopracować program rządzący obrotem ramienia z sondą i muszą teraz przenieść prototyp łazika do hali z tunelem aerodynamicznym. Bo sprawa odporności na uderzenia marsjańskich burz piaskowych musi być dopracowana do piątku. Deadline – piątek szesnasta. Yoko posłusznie wciągnęła dżinsy i pomogła przeturlać mechanizm na wózek, a potem wepchnąć wózek do windy.

– Kurde, ostroszni! – powiedziała Yoko, przepychając całość przez próg. Powoli opanowywała podstawowe polskie zwroty.

Ledwie znaleźli się w windzie, oparła się o ścianę i zamknęła oczy. Pracowali od czterdziestu ośmiu godzin bez przerwy. Na piętrze minus jeden u wyjścia z windy czekał na nich szef grupy, Cypek Bezmiarka. Obwieścił Julkowi, że profesor zarządził zmiany, że to jest kataklizm, dyktatura starców i początek nowej ery.

Był czas, aby o tym pogadać, bo badanie musiało trwać ponad godzinę, aparatura sama zapisywała wyniki, co oznaczało dla ekipy czas pusty. Yoko pochłonęła przyniesioną przez Bezmiarkę pizzę, popiła jogurtem i zasnęła na dwóch zesuniętych fotelach. W tunelu wiatry o zmiennej mocy podnosiły tumany kalibrowanego piasku, atakowały prototyp. Migały lampki kontrolne, na ekranach wiły się krzywe wykresów.

Bezmiarka, ogolony na łyso, brodaty i wiecznie szyderczy, przyniósł dwie kawy z automatu. Zasiedli na skrzyni z aparaturą. Stąd mieli widok na Yoko, która spała apetycznie.

Okazało się, że wyrokiem rady naukowej instytutu oni dwaj, Julek i Bezmiarka, pozostają w projekcie tylko do końca roku. W związku z wysoką oceną ich pracy mogą już teraz zacząć swoje projekty dyplomowe. Rada Naukowa zaleca im powrót do konstrukcji tego, co Julek nazwał kiedyś „zamiataczem mórz”. Na nowych zasadach. Politechnika razem z przedsiębiorcą prywatnym powołują przedsiębiorstwo, a oni będą tym przedsiębiorstwem jako dyrektorzy techniczni kierować. Etaty, pensje, odpowiedzialność. Komfortowe warunki robienia dyplomu.

Tu Bezmiarka z kieszeni wyjął pomięty urzędowy papier, na którym profesorowie i docenci przekazali przyszłym inżynierom wymagania odnośnie zamiataczy: zasilanie ze źródeł odnawialnych, wiatr, energia słoneczna. Praca bez nadzoru, w warunkach klimatycznych według normy numer … – i tak dalej. Możliwość produkcji seryjnej urządzenia. Zespolony system monitorowania i odbioru odłowu. Doskonałość żeglowna według normy numer… Prześwit bezpieczny – norma europejska numer – wolna burta norma… I tak dalej.

– Ty, Julek! – Bezmiarka zachichotał. – Widzisz się jako dyrektora technicznego?

– Wal się, Cypek. Narobili nam gnoju.

– Ty jeszcze nic nie wiesz, Julek. Patrz tu: inwestor spoza uczelni wnoszący ponad pięćdziesiąt jeden procent kapitału zakładowego zagwarantował sobie ustalenie marki i logo przedsiębiorstwa. Ustala się nazwę firmy o kapitale mieszanym jako „Wiberg and son, ocean cleaners”. Gratulacje panie „Wiberg i syn”!

– Nie! – wrzasnął Julek tak głośno, że Yoko otworzyła oczy. – Nie i po moim trupie, także nie!

– Spoko, wariacie! Przecież to archetypiczna sytuacja. Syn pracuje u ojca, potem dziedziczy zakład, ma syna i tak dalej. Wczoraj u rzecznika patentowego politechniki byłem z prodziekanem i twój Wiberg przyszedł podpisać papiery. On tak to widzi.

– A takiego – głucho skomentował Julek i podparł wypowiedź gestem nieprzystojnym.

Cyprian Bezmiarka westchnął.

– Nie szarp się, bo wychodzisz na głupola. Dlaczego nie chcesz? No, wytłumacz mi na prosty inżynierski rozum dlaczego. Albo nie, spróbuj wytłumaczyć tak, żeby zrozumiała nasza żabojadka Yoko.

Yoko, pilna stażystka z École Centrale de Nantes, wpatrzyła się w nich przepastnymi oczyma.

– Nie sabojatka! – zaprotestowała. – Yoko. Tak! Tell me, what’s the matter?

*

Kochali się po południu, aby uczcić godnie pierwszy dzień wiosny astronomicznej i ostatnią śnieżycę roku. Potem zasnęli, zapominając nie tylko o świecie, ale nawet o żyrandolach.

Obudził ich ding-dong-dong domofonu. Tulka nieprzytomna włożyła szlafrok i pośpieszyła otworzyć drzwi. W przedpokoju sprawdziła w lustrze, że ciąży prawie nie widać. Przyszedł kuzyn, ten, który urządzał modne wnętrza i je wynajmował. Poczuł, że nie w porę, ale przecież się umówił! Zapomniała. Spytał, czy ma drabinkę, aby on mógł zdjąć żyrandole.

– Nie trzeba, zdjęliśmy, tu są, w korytarzyku. Ale jak zabierzesz, przecież to duże?

Powiedział, że rozkręci. I tak raczej będzie używał we fragmentach. Zachwycił się, że fajne. Szukał takich.

Ukląkł, majstrował, po kawałku pakował cuda do błękitnych toreb firmowych Ikei.

Tulka zajrzała do Joniego, spał. Przeszła się po mieszkaniu. Wszystko urządzała tak, aby było jak na Orężnej, w domu, z którego wyszła, do którego wróciła. Oddała do naprawy stare meble ze strychu i garażu, pamiętała je z dzieciństwa. Teraz znowu będą jej służyć. Wyłudziła obraz olejny Targ w Kosowie koło Kołomyi od ciotki Weroniki, od matki wykłóciła się o akwarelę Solskiego w sukmanie. Nareszcie mogła rozpakować kartony z biblioteką ze swojej tułaczki – Perth, Wiedeń, Kraków. Półka poetów. Towarzystwo z licealnej młodości. Da się tu żyć.

Zjawił się kuzyn i pochwalił urządzenie mieszkania. Zameldował, że zebrał już skarby. Rurki, wisiorki, kabelki. Dwie wypchane torby. Za friko. Chciałby się zrewanżować.

Tulka powiedziała, że nie trzeba. Pomyślała, że jest mu wdzięczna za usunięcie z jej życia tych żyrandoli. To jak zdjęcie szwów po operacji. Koniec terapii, teraz życie.

Joni obudził się, kiedy wsunęła się pod kołdrę obok niego.

– Będą miały zasilanie z wiatraków i paneli fotowoltaicznych – zaczął jeszcze ochrypły z głębokiego snu. Podparł się na łokciu i patrzył na nią z góry. – Popłyną setkami na oceany.

– Wokół nich czysty ocean. A nad nimi czysty ocean nieba – przerwała mu.

– Słuchaj mnie, Tulka! Część śmieci, głównie plastikowe butelki, zamiatacz będzie na miejscu, na morzu, przerabiać na pływaki.

– A nad nimi czysty ocean nieba – powtórzyła. A on swoje:

– I na tych pływakach montować się będzie kolejne wymiatacze. To pomysł Julka.

– Obydwaj jesteście pomyleni – odpowiedziała. – Wiberg i syn. Może my już nie jesteśmy wam potrzebne?

 

Opowiadanie pochodzi ze zbioru opowiadań Przebierańcy i przechodnie, powstałego ze wsparciem systemu stypendiów twórczych Biura Kultury Miasta Stołecznego Warszawy.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Piotr Wojciechowski, Wielki zamiatacz oceaniczny, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 11

Przypisy