21.10.2021

Nowy Napis Co Tydzień #123 / Listy z Procidy (12): Pod fikcją

„Ciebie, Fikcjo, przywdziewam, sama siebie zmyślam” Elsa Morante

Cześć, Małgosiu,

wybacz zwłokę w korespondencji… Byłem w Polsce i nie do pisania mi było. No, ale już wróciłem do siebie – dosłownie i w przenośni.

Zaskoczyłaś mnie! Byłem przekonany, że znasz Morante z jej książek, a nie tylko jako żonę swojego ulubionego włoskiego pisarza Alberto Moravii. Zresztą uważam, że to raczej Moravia przejdzie do historii literatury jako mąż Elsy Morante. W Polsce w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia wydano dwie jej powieści – dwutomowe Kłamstwo i czary oraz Wyspę Artura, a także monografię Hanny Serkowskiej Rzecz o Elsie Morante, z której czerpię większość informacji biograficznych. Później o italiańskiej pisarce nad Wisłą zagłuchło i głucho jest do dzisiaj. Sam ją odkryłem dopiero na Procidzie, czy raczej odkrywam w czasie ciągłym niedokonanym, jak się poznaje samą Wyspę, tak fantastycznie przez nią opisywaną. Gorąco polecam! A póki co, parę słów o autorce, aby Cię zachęcić do lektury.

Elsa Morante to jedna z najciekawszych pisarek XX wieku. U mnie stoi na półce obok Virginii Woolf, Katherine Mansfield i Margueritte Yourcenar. Samo jej życie mogłoby stać się kanwą ciekawej powieści. Choćby relacja z ojcem – Augustem Morante. Nie dość, że do końca życia skrywała, iż nie był jej biologicznym rodzicielem, to po śmierci Elsy jej brat Marcello opublikował sagę rodzinną, w której zasugerował, że Augusto żywił do Elsy szczególną namiętność, której charakteru ni granic nie umiano określić. Tak naprawdę sprawa ojcostwa całej czwórki rodzeństwa państwa Morante była tajemnicą poliszynela. Irma Poggibonsi, żona Augusta, lżyła go i poniżała na oczach dzieci, eliminując z życia rodzinnego. Serkowska w Rzeczy o Elsie Morante twierdzi, jakoby był impotentem, ale Gabi, moja procidiańska kumpela, wielbicielka Morante, oponuje, że nic podobnego, bo papa Else był gejem, a na Sycylii, skąd pochodził, to większa obelga niżeli impotent (dorzucę w nawiasie, że pracował w poprawczaku jako wychowawca wykolejonych chłopców), dlatego maskował się związkiem z kobietą. Było nie było, dwuznaczna orientacja seksualna Augusta Morante znalazła odbicie w wizerunku ojca bohatera Wyspy Artura Wilhelma Gerace. Autorka zbudowała fabułę, zakładając podwójnego miłosnego nelsona: nastolatek zakochuje się we własnej macosze, zaledwie dwa lata starszej od niego, a papa woli polować na przygodnych ragazzi di vitaRagazzi di vita – Długo szukałem w różnych neapolitańskich narzeczach i slangach określenia chłopca, który prostytuuje się z gejami, w końcu poprosiłem Andreę de Carlo, żeby mnie wprowadził w temat. Odpowiedział, że Pier Paolo Pasolini używał pięknego określenia „ragazzi di vita” (dosłownie „chłopcy z życia”), które jedna z polskich tłumaczek przełożyła na „uliczników”. Można też powiedzieć „marchetta” lub „puttano” bądź użyć przestarzałego „bardassa” (może stąd się wzięła „bardacha” w polskiej grypserze) lub wulgarnego „ricchione” jak się używało „cwela” na Kurkowej.[1], niż się zajmować młodą żoną. Granica tożsamości erotycznej intrygowała Elsę Morante przez całe życie. Ponad dwa lata była związana z Luchino Viscontim, biseksualnym autorem Śmierci w Wenecji i przemieszkiwała w jego pałacu na Ischii, pozostając legalną żoną Moravii. Burzliwy związek łączył ją też z Pasolinim, zamordowanym na plaży w Ostii przez jednego z „chłopców z życia”. Nigdy nie skrywała, że pod maskami różnych postaci gra w samą siebie. W pierwszej powieści pod znamiennym tytułem Kłamstwo i czary nawet znawcy jej biografii nie zawsze potrafili powiedzieć, gdzie kłamstwem wyczarowuje prawdę o sobie, a gdzie naprawdę czaruje?

Kłamstwo i czary od początku budziły spory, jedni krytycy mówili, że to proza fikcjonalna, inni nazywali ją metapowieścią autobiograficzną, a jeszcze inni dowodzili, że to najzwyklejsza autobiografia i że dwunastoletnia Eliza, opowiadająca historię swej babki i matki, to porte-parole samej Elsy. Giovanna Rose, zwolenniczka ostatniej tezy, wyciągnęła na jej potwierdzenie podobieństwo jednej z powieściowych postaci do naturalnego ojca Elsy Francesca Lo Monaco, który pracował na kolei i zginął śmiercią samobójczą tak samo jak jego fikcyjny sobowtór, aby spuentować, że ukrywanie się pod maską to najlepszy sposób na mówienie o sobie wprost. Fabularyzowanie rzeczywistości, albo – jak mawiał mój przyjaciel – zamiana złudnego realu na prawdę wyobraźni sprawiało, że Morante wolała przebywać ze swoimi bohaterami niż z żywymi ludźmi. Moravia wspominał, że nie dało się z nią podróżować, bo gdzie by nie pojechali, ona ciągle przebywała w swoim pokoju przy dell’Oca w Rzymie, jak pustelnik, który podróżując po świecie, nie wychodzi z własnej celi. Pozostając w głębi duszy małą dziewczynką, bawiła się w tym pokoju, wystawiając w teatrze swojej wyobraźni ciągle tę samą rodzinną sagę. Rozpisywała siebie na postacie, to znaczy każdemu bohaterowi przydzielała cząstkę swojej biografii, przy tym nie liczyły się fakty, liczyło się, jak opowiedziano te fakty. Nie o reguły paktu autobiograficznego chodziło, lecz o sposób ich przekraczania. O zabawę w wymyślanie różnych siebie dla zagłuszenia trwogi przed pustką pod tymi maskami.

Wyspa Artura była szczytowym osiągnięciem w jej grze z żanrem autobiografii. Pracując nad nią przez kilka lat, Morante przyjeżdżała na Procidę o różnych porach roku, dzięki czemu mogła opisać sezony przyrody, kolory morza i odcienie nieba, poznała charakter i obyczaje Procidańczyków (co nie jest wcale takie proste), zauważyła, że wszyscy są podobni do siebie, jakby przynależeli do jednej rodziny (ich oczy mają wydłużony kształt jak u ludów wschodnich), notowała najdrobniejsze szczegóły, na przykład zaznaczone czerwoną kreską paznokietki świętych z wosku w kościele Santa Maria della Pieta. I w tak mistrzowsko rozpisanych dekoracjach rozegrała swoją wersję mitu o Arkadii – krainie wiecznej młodości. Procida dla Artura to chłopięcy raj, rzeczywistość chłonie się w nim łapczywie, próbując na język i opuszką palca, pożerając oczami i obniuchując bez ustanku… Opisy Wyspy w powieści są sensualnie – roziskrzone morze jak uśmiech cudownej istoty, rozłożonej na wznak i rozkołysanej pieszczotą prądów, plaża niczym jedwabiste ciało rozgrzane słońcem i oblizywane falami. Latem można się tu przytulić do gorącego piachu i poddać rytmowi fal. Opisy Wyspy u Morante są cielesne, powietrze pachnie słono od młodzieńczego potu i rządzi na niej Eros, najstarszy z bogów, wedle Hezjoda, twórca świata. Autorka znalazła tu idealne miejsce dla renowacji mitu o Arkadii i zarazem do jego rozruszenia, dla desakralizacji mitu. Pokazała, jak się z Arkadii wyrasta, co nie znaczy, że jej nie ma, bo aczkolwiek nie możemy jej po latach odnaleźć tam, gdzie ją zostawiliśmy, Arkadia nie znika, jedynie przechodzi z dziecka na dziecko… Opuszczamy ją w pośpiechu za dorosłym życiem, a potem tęsknimy za nią do późnej starości.

Prochy Elsy Morante, zgodnie z jej ostatnią wolą, zostały rozsypane w Morzu Tyrreńskim opodal Procidy, a wykonawcy jej ostatniej woli, Carlowi Cecchiemu, wytyczono sprawę sądową za czyn niezgodny z włoskim prawem. Pod koniec życia pisarka cierpiała na nieuleczalną chorobę – encefalopatię inwolucyjną – powodującą twardnienie i kurczenie się tkanki. Kiedy już nie mogła ani chodzić, ani pisać, odcięła się od świata. Umarła w zupełnej samotności, pozbawiona środków do życia, jesienią 1985 roku… Niekiedy miewam wrażenie, że pośród smagłych dziewcząt na procidiańskiej plaży w Chiaiolelli dostrzegam jej wysmukłą sylwetkę z chmurą rozwianych, czarnych włosów jak skrzydła u ptaka, czasami też ociera się o mnie w wodzie, czuję jej śliskie ciało…

Wielka szkoda, że w swoim czasie procidiańska gmina nie dogadała się z właścicielami hotelu „Eldorado”, gdzie pisarka się zatrzymywała, by na jego terenie utworzyć „Giardini di Elsa Morante”. Dzisiaj zieje tam pustką restauracja „Mimante”, po sezonie zamknięta… Co roku jesienią na Procidzie przyznaje się literacką Premio Elsa Morante i jej imieniem nazwano także najpiękniejszy punkt widokowy na Wyspie.

Tablica pamiątkowa na Belvedere Elsy Morante

Heeen, daleko w dole ciemno-brunatna plaża oblizywana białymi językami fal, po prawej tufowy obryw z wypłowiało-różową willą i dwiema piniami na skraju, na lewo port rybacki, nad nim Terra Murata, zza niej wysuwa się zrąb przylądka Cape Misenio, na widnokręgu bieleje skarpa Parco Virgiliano (tam-li pochowano autora Georgik?), a jeśli się wpatrzysz, dojrzysz w jej cieniu Nocidę. Nad wszystkim króluje Wezuwiusz i pasmo Gór Sorrentyńskich w sino-perłowej mgle… Lubię podziwiać o świcie na belvedere Morante wschód słońca, które wypełza zza wulkanu, jakby ten wybuchał światłem.

Procida. Wschód słońca z belevedere Elsy Morante

*

18 lipca 1972 roku Herling pisał do Giedroycia: „wróciłem wczoraj z sześciodniowego pławienia się w morzu na wysepce Procida. Upały niesamowite…”. Ciekawe – pomyślałem – co on tutaj robił przez sześć dni? Sprawdziłem w Dzienniku pisanym nocą. Z Procidy jest tam tylko jeden zapis, cztery akapity… Tyle napisał przez sześć dni? W pierwszej chwili wydaje się, że mało, lecz jeśli przeczytasz ten ustęp uważnie, porazi Cię jego kunszt – to literacka miniatura najwyższego lotu. Każdy jej akapit jest jak szlif w klejnocie, obracasz w ręku drogocenny kamień i co rusz inaczej przełamuje się światło.

Pierwszy akapit to opis Terra Muraty z górującym nad nią więzieniem, obrazek w stylu Hieronima Boscha. Herling zresztą sam podpowiada ów trop, pisząc, że w obrębie Terra Muraty powstało samoistne i zamknięte uniwersum, którego struktura kondygnacyjna przypomina wizerunki Wieży Babel. Od razu do głowy przychodzi słynne dzieło niderlandzkiego mistrza.

W drugim akapicie mowa jest o niejakim Ergastolano, to znaczy „skazanym na dożywocie”, który mieszkał tu na jednym z przylądków (skąd widać Terra Muratę w całej okazałości!) w półzawalonej chałupie z dwoma psami. Wcześniej człowiek ten odsiedział w procidiańskim więzieniu osiem lat za zabójstwo, resztę wyroku uchylono po rewizji procesu poszlakowego, lecz nikt nie wiedział, dlaczego pozostał na Wyspie, jak tu i z czego żył, czemu unikał ludzi i nie brał udziału w nawet największych świętach Wyspy.

Trzeci akapit – ogólna refleksja o respekcie południowców dla odosobnienia się tych, którzy je dobrowolnie i świadomie wybrali.

Natomiast w ostatnim akapicie Herling powraca do wątku konfabularnego i opowiada o swoim niegdysiejszym spotkaniu z Ergastolanem, gdy jeszcze nie wiedział, kim jest ten człowiek i jak go tu przezywają. Podczas jednej z przechadzek po Wyspie raptem natknął się na drucianą siatkę przegradzającą drogę, a za siatką na zagraconym i brudnym podwórku koło domu pod dachem z dzikiego wina siedział niechlujnie ubrany i zarośnięty mężczyzna nad na poły opróżnioną butelką wina, wpatrując się w Ziemię Zamurowaną zmętnionym od picia wzrokiem.

Próbowałem wyobrazić sobie Herlinga, jak wydeptuje ten tekst na codziennych spacerach po Wyspie. Czy czuł się tutaj jak ja na spacerniaku? Zastanawiałem się, czy Ergastolano nie jest przypadkiem autoportretem duchowym pisarza, człowieka zamkniętego (więzionego) w innym świecie. Ba, poszukiwałem nawet miejsca, gdzie mogłaby stać na poły rozwalona chałupa Ergastolano i wyszło mi, że to gdzieś na przylądku Solchiaro, bo stamtąd najlepiej widać więzienie na Terra Muracie. Miniatura Herlinga nie dawała mi spokoju. Zaprosiłem Martę na Procidę, aby pokazała, gdzie jej ojciec mieszkał przez te sześć dni, kędy spacerował i w jakim rytmie spędzał tu czas. Pandemia trochę pokrzyżowała nam plany i dopiero pozawczoraj Marta Herling mogła nas odwiedzić na Procidzie.

Okazało się, że nasz rejon Chiaiollella był jego ulubionym na Procidzie, a przesiadywał w „Crescendo”, gdzie początkowo jadaliśmy, póki nie odkryliśmy kuchni „Girone” na plaży. W tym właśnie „Crescendo” spotkaliśmy się z Martą, której dawno nie widziałem – od czasów pandemii. Najpierw zatem plotki, co się wydarzyło? (Dziś w Neapolu Skolimowski…). Opowiedziała, jak było w Białymstoku na otwarciu Muzeum Sybiraków, kto tam i co mówił, ona też występowała. Ale zasadniczo jest zmęczona życiem ojca, chciałaby pożyć własnym.

– Chcę wreszcie powrócić do siebie – powtórzyła, patrząc mi głęboko w oczy.

Pisarz lubił wpadać do „Crescendo” po spacerze na Ponte di Vivara. Patrzył tu na ludzi… Obserwował… Może wyszukiwał twarz dla kolejnego bohatera? Stąd do siebie miał niedaleko, w górę po via Giovanni di Procida, mimo kościoła San Giuseppe i zaraz za „naszym” warzywniakiem, po drugiej stronie ulicy, na rogu via Rivioli po prawej budynek z balkonem wychodzącym na San Margheritę, Vivarę i Epomeo. Na tym balkonie Herling lubił wysiadywać. Zrobiliśmy zdjęcie.

Balkon Herlinga na Procidzie

Potem przechadzaliśmy się zaułkami Chiaiolelli, próbując przywrócić Marcie pamięć szczegółami krajobrazu – rysunkiem cypla, łukiem zatoki, perspektywą – bo to się łatwo nie zaciera, w przeciwieństwie do zmian dokonywanych przez człowieka. Wtedy, kiedy tu odwiedziła ojca w 1972 roku, nie było ani tylu domów, ani tylu aut, ani tylu knajp, ulice wiodły w jej pamięci inaczej, z trudem rozpoznawała niektóre fasady wynurzające się zza ciasnej zabudowy jak senne majaki sprzed czterdziestu lat, ale moje czucie nie zawiodło. Po dłuższym wahaniu Marta wybrała ulubioną ścieżkę Herlinga wokół Solchiaro, zatem tak, jak przypuszczałem, właśnie stąd mógł ujrzeć Terra Muratę. Ba, chyba nawet domyślam się, pod którym domem mógł siedzieć Ergastolano, niedawno ktoś go kupił.

Procida. Z Martą Herling na ścieżce jej ojca na Solchiaro

Przechadzka z Martą Herling po Chiajolelli ścieżkami jej ojca, ścieżkami, które dobrze znam, bo codziennie od sześciu lat je wydeptuję, pozwoliła mi nie tylko lepiej zrozumieć jego pisarski kunszt zamieniania złudnej rzeczywistości na prawdę wyobraźni, ale też uświadomiła, że Herling do końca życia nie opuścił jercewskiej odinoczkiOdinoczka – pojedyncza cela, karcer. W łagiernej odinoczkie w Jercewie Herling podjął głodówkę, dzięki której wyszedł na wolność i trafił do armii Andersa.[2]… Niczym pustelnik, który przez całe życie podróżował, nie wychodząc z celi.

*

Terra Murata zauroczyła mnie od pierwszego wejrzenia! Miała w sobie coś z Zamku Kafki, coś z Carceri Piranesiego, ciut z aury Kubina i nieco z Boscha. Nie zapomnę pierwszego z nią zetknięcia na Festa del Vino. Na dziedzińcu przed wejściem na teren dawnego więzienia przygrywała kapela rockowa, wstęp z „menu 15 euro”, za które można było wypić trzy szklanki wina i zjeść trzy różne dania. Pod więziennym murem z wieżyczkami strażniczymi rozstawiono stoiska z gorącym jadłem i beczki z winem, rzęsiście oświetlone lampionami. Pomiędzy stoiskami i beczkami przeplatał się dwoma wątkami tłum – wte i wewte – a w tym tłumie zdarzały się twarze… trudno to nawet nazwać twarzami, przypominały raczej gumowe maski na Halloween, obwisłe, jakby o dwa rozmiary za duże, w oczodołach – spleen. Tu mignęła mi wypacykowana mumia baronowej, która ledwie wypełzła ze swojego palazzo, indziej majtnął przed nosem siwy ogonek podstarzałego hipa… Jak cienie na więziennym murze, kołysane światłami lampionów. Ostry zapach smażonych alici zlewał się z kwaśnym odorem wińska, smużka perfumy z wonią zioła. W miarę upływu wina atmosfera robiła się coraz bardziej oniryczna. Ściany dookoła zdawały się napierać, twarze jeszcze bardziej wykrzywiać, raptem zdało mi się, że to dziedziniec na Kurkowej, że poznaję ludzi, słyszę głosy spod celi…

Więzienie na Terra Muracie

Jeszcze wyraźniej wyświetliła Kurkową w mojej pamięci wycieczka do samego więzienia w zamku D’Avalos. Od czasu do czasu robią tam ekskursje z przewodnikiem, na co dzień jest zamknięte dla zwiedzających. Mieliśmy farta, że naszym gidem była Carla, korepetytorka Martuszy; ona też nas oprowadzała po Wyspie śladami Morante. Zamek D’Avalos – monumentalną twierdzę z tufu i piperna – zbudowano pod koniec szesnastego wieku dla kardynała Inico D’Avalos. Później zamek przeszedł w ręce królewskiej rodziny Burbonów i służył im do wypadów na bażanty na leżącą opodal Vivarę. Po partenopejskiej rewolucji zamek przekształcono na szkołę wojskową, a od 1830 roku na więzienie dla przeciwników politycznych Burbonów. Było to jedno z najcięższych więzień we Włoszech (siedziała tu między innymi cała faszystowska hierarchia po upadku Mussoliniego), zamknięto je dopiero w 1988 roku. W niektórych celach zostały po więźniach buty i drelichy… Jakby wczoraj wyszli.

Wyobraź sobie, Małgosiu, dwukondygnacyjne więzienie Piranesiego na skalistym cyplu z trzech stron oblewanym przez morze. W jego wnętrzach niejeden już performance pokazano, dlatego od razu pomyślałem, że to super scenografia dla mojej Ma. Nie wiem, czy Ci opowiadałem o niej, próbowaliśmy ją z E. na deskach jednego z awangardowych teatrzyków Bostonu. Scenariusz do Ma napisałem na podstawie swoich grepsów do młodocianej narkomanki na Kurkowej, siedzącej pode mną. „Ma”– to jej ksywka… Przypomnę Ci, że mężczyzn szczególnie uciążliwych dla administracji Kurkowej trzymano osobno na piątym piętrze kobiecego pawilonu – nad wami. Ledwie zatrzaśnięto za mną klapę, z dołu pukanko: „kopsnij chabetę”. Pamiętasz, co to było? „Chabeta” – pudełko od zapałek na nitce, „kopsnij” – spuść je na dół. Z celi pode mną przyszedł gryps od małolaty, zaproponowała korespondencję. Napisała, że siedzi za dragi i lubi się pieprzyć. Zaczęliśmy uprawiać seks w grepsach. Każdy ciągnął swój wątek, ja wędrowałem z nią po Tatrach, od koleby do koleby, ona potrafiła po upojnym fellatio zbiec z przełęczy pod Krzyżnem na dyskotekę na Krupówki. Ja cytowałem frazę Herberta, a ona na to, że by przyćpała. Na scenie w Bostonie robiliśmy performance o braku porozumienia pomiędzy ludźmi z różnych światów, rozszerzając monologi z Kurkowej o nasze doświadczenie. Ona – Amerykanka, półkrwi Francuzka i na poły Baskijka, dziad był burmistrzem Buenos Aires, ojciec dwukrotnym laureatem Pulitzera. On zaś – nomada ze Wschodu z kozackimi korzeniami, na ćwierć Niemiec i na pół ćwierci Żyd. Scenariusz Ma gdzieś mi w drodze zginął, pamiętam zeń dzisiaj oderwane frazy, na przykład:

– Bez miłości nawet butów nie warto zdejmować.

Wtedy w Bostonie nie mogliśmy znaleźć dla Ma stosownej scenografii, to znaczy odpowiedniego miejsca. A tutaj, proszę, nawet cele w dwóch kondygnacjach pod arkadami wyglądają niby loże w teatrze San Carlo. Tak właśnie wyobrażaliśmy sobie nasz performance: dwie pojedyncze cele, jedna nad drugą, od strony widowni bez ścian. On na górze, Ona na dole. Na głos czytają swoje grepsy, robiąc wszystko, co się robi „pod celą”, nie będąc podglądanym przez lipo. Zali nie tak żyjemy na tym świecie, niby razem, ale w innych celach?

Jak widzisz, Procida różne fabuły nasnuwa, Morante mit o Arkadii, Herlingowi historię Ergastolano, a mnie przypomniała stary performance o samotności. Wyspy mają to do siebie, że ekstrahują z nas kwintesencję… Ciekawym, czy masz podobne odczucia na Rodosie?

Procida, 4 października

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Mariusz Wilk, Listy z Procidy (12): Pod fikcją, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 123

Przypisy

    Powiązane artykuły