03.10.2019

Nowy Napis Co Tydzień #017 / Wiersze jak się patrzy. O poezji i obrazach Martyny Buliżańskiej

Martyna Buliżańska na scenę poetycką wkroczyła ze sporym impetem, i to w bardzo młodym wieku. Jej wiersze pojawiły się w antologii Połów. Poetyckie debiuty 2010, a w 2013 roku zadebiutowała tomem moja jest ta ziemia, za który otrzymała Wrocławską Nagrodę Poetycką Silesius w kategorii debiut roku. W roku 2017 ukazała się jej kolejna książka, wizyjna, ugruntowując pozycję autorki wśród poetów młodego pokolenia. Jej dotychczasowe publikacje i osiągnięcia odnotowuję z kronikarskiego obowiązku, ale też po to, by pokazać niemały jak dotąd dorobek ledwie dwudziestopięcioletniej poetki. Jak nietrudno policzyć, urodzona w 1994 roku autorka w momencie publikacji antologii wydanej nakładem Biura Literackiego była jeszcze nastolatką. Można? Można.

O Buliżańskiej mówiło się i pisało jako kontynuatorce poetyckich dokonań Romana Honeta. Wskazywało się na obrazowość jej wierszy, do czego zresztą sama wielokrotnie się przyznawała. Kolor, faktura, tekstura, światło: każdy z tych elementów ma swoje miejsce w przestrzeni tekstów autorki nagrodzonej w X Ogólnopolskim Konkursie Literackim Złoty Środek Poezji (III miejsce). U Buliżańskiej nie tyle liczy się podmiot, ile opis; nie tyle interesuje ją przeżycie, ile przejaw lub objaw. Innymi słowy, nastawiona jest raczej na zewnętrze niż wnętrze. Zwykle sytuuje się w roli obserwatorki i jeśli wyciąga jakiekolwiek wnioski, to na podstawie danych zmysłowych, sprawdzalnych i weryfikowalnych. Opisywane obrazy przepuszcza jednak przez różnorakie filtry. Poetka udziela nam swojego wzroku, który często kawałkuje rzeczywistość, ukazuje ją w slajdach lub migawkach. Stąd już całkiem niedaleko do oniryzmu i swoistej poetyckiej formy kubizmu.

Jak wskazuje tytuł jej debiutanckiego tomu, najpierw z bliska przyglądamy się temu, co bliskie samej autorce. W zbiorze moja jest ta ziemia najlepiej znana autorce przestrzeń – miejsce zamieszkania – zostaje wzięta pod lupę. Przechadzamy się po przedmieściach, spacerujemy nad rzekami i po lasach. Paradoksalnie, pomimo pewnej swobody wyrazu i braku przywiązania do ciągów przyczynowo-skutkowych, Buliżańską cechuje umiłowanie konkretu, w tym przestrzennego. Możemy mówić o uczciwości i prawdzie na poziomie wiersza, a przynajmniej o pewnej ścisłości geograficznej, co potwierdzam jako naoczny świadek (Buliżańska pochodzi z Aleksandrowa Kujawskiego, miejscowości nieodległej od mojej rodzimej Bydgoszczy, która notabene również znalazła się w tej książce. Fun fact – ścieżki moje i laureatki Połowu nigdy się nie przecięły. Widziałam ją raz na południu Polski, ale okazji do rozmowy nie było). Moja ziemia to jednak dość rozległy obszar, mieści się ona bowiem też w Rosji czy w Wietnamie. To każda przestrzeń, do której w jakiś sposób przynależymy. Ta dalsza moja ziemia interesuje poetkę w tomie wizyjna.

Druga książka Martyny Buliżańskiej jest logiczną konsekwencją jej debiutu; znów obrazy, znów przestrzeń, znów opis zamiast akcji (lub inaczej – opis jako jedyny przejaw akcji). Tym razem podróżujemy na wschód i na zachód, nigdzie jednak nie zagrzewając miejsca, a w podróży towarzyszą nam nie tylko obrazy, ale też dźwięki. Jest to i muzyka w tle (nawiązania do epoki disco, które miały być jakąś osią konstrukcyjną tej książki, ale nie przywiązywałabym się zanadto do tej koncepcji), i pojawiająca się niekiedy muzyczność języka (niedokładne rymy, refreniczność, zagęszczenie frazy). Wiersze w wizyjnej są jeszcze bardziej skondensowane niż we wcześniejszym tomie poetki. Stąd – pomimo ciągłego operowania obrazami – częste nagromadzenie czasowników, sprzyjające wrażeniu nieustannego dziania się. Udział podmiotu w wypowiedzi poetyckiej jest coraz mniejszy; miejsce osoby zajmuje przestrzeń. Jak na tym tle sytuują się najnowsze, niepublikowane wcześniej teksty laureatki Silesiusa?

Tym, co uderza na pierwszy rzut oka, jest większa konkretyzacja, już na poziomie samych tytułów wierszy. To nie tylko ściśle określona przestrzeń, ale też uchwycony moment (dzień). Co jednak najważniejsze, w konkretnej chwili i konkretnym czasie Buliżańska po raz pierwszy osadza konkretne postaci. Nie rezygnuje z opisu, ale wzbogaca go; to nie tylko ilustracja, ale też zatrzymana w locie scena. Posługując się analogią do tak znaczących dla poetki obrazów: w jej galerii, oprócz geometrycznych krajobrazów, pojawiają się także zdjęcia z samego centrum akcji. A w samym centrum, niespodziewanie, odnajdujemy człowieka.

Autorkę tomu moja jest ta ziemia zaczyna interesować historia, rozumiana jako określony bieg wydarzeń. Coś, co wcześniej służyło jej jako tło wiersza, dawało dodatkowe możliwości interpretacyjne lub stanowiło jedynie wątek poboczny, zyskuje większe znaczenie i wysuwa się na plan pierwszy. Wszystkie trzy najnowsze wiersze Buliżańskiej to poetyckie miniopowieści. Dodajmy, że każda z nich kończy się innym, choć równie tragicznym finałem. Co jednakowo ważne, każda z tych opowieści cechuje się dużą dynamiką. Ktoś ucieka, ktoś strzela, wszyscy się spieszą; dzieje się. Na dodatek trup ściele się gęsto. Czasowniki, tak częste w wizyjnej, zyskują formę osobową. Co to zmienia? Nie służą one już tylko walorom językowym czy też kondensacji wypowiedzi. Wskazują na wykonawców poszczególnych czynności, tym samym nabierając charakteru jednostkowego. Zwracają naszą uwagę nie na efekt, ale na podmiot działania.

W poetyckie obrazy – za pomocą języka i nawiązań kulturowych – ponownie zostaje wpleciona muzyka. Pojawiają się też wątki związane z kinem i popkulturą, widoczne już w poprzednich tomach. Akcja – bo tym razem właśnie o akcji należy mówić – zostaje umiejscowiona na londyńskiej ziemi, o czym dobitnie mówią nam zarówno lokalizacje, jak również różnorakie wtręty w toku wierszy. Trudno powiedzieć o tej ziemi „moja”. Wydaje się, jakby Buliżańska, pisząc, oswajała nową przestrzeń, a tym samym nową rzeczywistość. Rzeczywistość, która kłóci się sama ze sobą albo staje się samospełniającą się przepowiednią. Rzeczywistość, w której każda możliwość za moment będzie faktem, wystarczy tylko czekać i patrzeć.

Optyka Buliżańskiej nieustannie się poszerza. Kąt patrzenia zmienia się w zależności od lokalizacji i na przykładzie jej wierszy widać to doskonale. Jest to nie tyle podróż od szczegółu do ogółu, ile raczej badanie każdego szczegółu po kolei; dopiero ich zbiór i dostrzeżenie wzajemnych zależności daje nam kompletny obraz całości. Poetka jest konsekwentna w swoim działaniu pomimo zachodzącej w jej wierszach ewolucji. Nie rezygnuje z plastyczności opisu ani z przestrzenności obrazu, choć wcześniejszy trójwymiar osadza także w czasie, a jej opis zyskuje rys osobowy.

Z racji dużego zainteresowania, jakim laureatka Połowu darzy miejsca, jej wiersze dają się czytać w kontekście zwrotu przestrzennego (spatial turn). Bardzo ogólnie rzecz ujmując, ten nurt badawczy zakłada wzajemną relację człowieka i przestrzeni, to jest obopólne oddziaływanie kategorii geograficznych i ludzkich. Przestrzeń w takim ujęciu rozumiana jest jako aspekt społeczny, w pewnym sensie umowny, a nie obiektywny i dany raz na zawsze; staje się elementem kultury, wchodząc z nią w rozmaite relacje. Buliżańska, nawet w tomie zdominowanym przez przestrzeń najbliższą, związaną z domem, wychodziła poza ten obszar, wysyłając czytelnika w miejsca niekiedy bardzo odległe Europie Środkowej. To błądzenie w przestrzeni zintensyfikowała jeszcze w wizyjnej, by w nowych wierszach niespodziewanie osiąść w jednym miejscu – w Londynie. Podkreślmy, że każdorazowo to właśnie przestrzeń wpływa na charakter wypowiedzi poetyckiej, czyli na jej klimat i ogólny wydźwięk. Im bliżej jesteśmy rodzimych stron poetki, tym w wierszach więcej spokoju, natury i – oczywiście – wspomnień. Im dalej na wschód, tym więcej doświadczeń historycznych, faktów, cierpienia nie jednostkowego, a społecznego. Kiedy z kolei kierujemy się na zachód, wzrasta dynamika, wzmaga się ruch, krajobraz przestaje być statyczny. Nieco inny jest też język, który często nawiązuje do języka danej przestrzeni (angielskiego, rosyjskiego). Naturalnie na podstawie trzech wierszy nie da się stworzyć jednorodnego obrazu Londynu w poezji Buliżańskiej, niemniej bez trudu daje się zauważyć intensyfikację doznań, chaos przestrzenny, zwiększone tempo. Jeśli nowy tom autorki moja jest ta ziemia w całości byłby zlokalizowany właśnie w przestrzeni angielskiej stolicy, spodziewać by się można natłoku wydarzeń, większej koncentracji na człowieku w określonym krajobrazie miasta, przestrzeni oglądanej w ruchu lub pozostającej w ruchu. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że to właśnie miejsce, w którym aktualnie przebywa autorka, realnie lub w myślach, wizyjnie, nie tylko nadaje ton powstającym wierszom, ale wręcz je determinuje, decydując tak o treści tekstu, jak i o formie wyrazu.

Buliżańska już w pierwszej książce była poetką raczej małomówną, ale o ile wcześniej mogliśmy mówić o pewnym lenistwie opisu, o tyle daje się zauważyć rosnące tempo, wręcz nagłość następujących obrazów czy wydarzeń. Funkcjonująca kiedyś w kulturze postać flanera (flâneur), spacerowicza, który godzinami potrafi szwendać się po mieście, patrzeć, podziwiać i myśleć, niejednokrotnie kojarzona z nadmiarem wolnego czasu i zwykłym próżniactwem, zostaje wrzucona w wielkomiejski świat XXI wieku. Swobodną przechadzkę zastępuje szybka przejażdżka, a wszelkie wnioski muszą się ograniczyć do jednowersowej puenty. Choć obrazy, jak to już wielokrotnie podkreślałam, są dla poetki niezwykle istotne, nie ma czasu na ich kontemplację. Zresztą estetyka opisu bywa mocno wątpliwa, narzucone tempo nie pozwala dokonywać ocen. Możemy jedynie przyswajać i zmieniać krajobrazy jak w kalejdoskopie.

Decydując się na lekturę wierszy Martyny Buliżańskiej, musimy się zgodzić na fragmentaryczność i wybiórczość opisu. Wiersz może na moment zatrzymać rzeczywistość będącą w nieustannym ruchu, ale nawet na poziomie tekstu „kula szybuje i nigdy nie wraca. Poetka nigdy nie wie, co się wydarzy „dwie przecznice dalej”; cokolwiek jednak by to było, nie pozwoli na siebie czekać. Na ewentualną refleksję możemy sobie pozwolić dopiero post factum; „to później nazwiemy pomocą. Swoista uczciwość poetki na poziomie wiersza, o której już wspominałam, ogranicza jej ingerencję w tekst. Buliżańska stroni od oceny, pozostawiając ją najczęściej czytelnikowi, stąd nierzadkie w jej wierszach pytania i podmiot zbiorowy. Tworzonemu od początku konkretnemu obrazowi w najnowszych wierszach zaczyna jednak towarzyszyć konkretna historia, choć w tle jest „ktoś”, są „oni”. Ciężar opowieści przejmuje pojedyncza postać, osadzona oczywiście w ściśle określonej przestrzeni, co powoduje wyostrzenie krajobrazu. Dzięki takiemu zabiegowi miejsca zaczynają przybierać charakter indywidualny. Łatwiej dają się oswoić, bo funkcjonują w relacji podmiot-przedmiot oraz czas-przestrzeń. Zamiast obrazów zaczynamy oglądać zdjęcia, może nawet krótkie filmiki. Wcześniej w realne miejsca Buliżańska jakby wpisywała opowieść; mówiąc prościej, nie ingerowała w krajobraz, ale sytuowała w nim historię lub postać, każąc jej pozować w warunkach naturalnych. Poetka w nowych wierszach zdaje się całkowicie na zastane okoliczności: przestrzenne, ale też czasowe i osobowe. Na zdjęciach z Londynu już nikt się nie uśmiecha do obiektywu. Buliżańska przyłapuje świat na gorącym uczynku, kiedy akurat robi głupią minę i ma naprawdę zły dzień. W każdym szanującym się albumie rodzinnym znajdziemy oba rodzaje zdjęć i dopiero wtedy uznajemy go za kompletny. Autorka książek moja jest ta ziemia oraz wizyjna wie, co robi, i metodycznie uzupełnia zdjęcia z wycieczek. Do zwiedzenia pozostał jeszcze kawał świata.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Anna Mochalska, Wiersze jak się patrzy. O poezji i obrazach Martyny Buliżańskiej, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 17

Przypisy

    Powiązane artykuły