31.10.2019

Nowy Napis Co Tydzień #021 / Poza słowa

Obejrzyj całe wystąpienie i debatę o twórczości

Pytanie o ars poetica jest jak pytanie o rozmiar stanika. Jaki jest biust, każdy widzi. Najrozsądniej byłoby zatem poprzestać na lekturze kilku wierszy i pozostawić Was z pytaniem o ars poetica Dąbrowskiego, na które każdy odpowiedziałby nieco inaczej, ponieważ finalnym elementem każdego wiersza jest czytelnik. Tak właśnie to się kończy: niekiedy natychmiast, niekiedy przez całe życie.

Pracę magisterską pisałem o Różewiczu, nosiła tytuł Fragment i fragmentaryczność w poezji autora „Niepokoju”. Najbardziej interesowała mnie owa skrajna postać fragmentu jako przemilczanej części tekstu, fizycznie nieobecnej na papierze, a uobecniającej się w trakcie lektury. Wiersz, który szuka w czytelniku swojej zagubionej części, dalszego ciągu, echa – oto jedyna wiarygodna, uczciwa, niewiodąca na manowce kiczu i kaznodziejstwa strategia moralizowania po śmierci Boga i człowieka.

A więc wypadałoby powtórzyć lakonicznie za Różewiczem: „Po to pisałem, żeby nie mówić” i przeczytać kilka wierszy, które zasieją w Was niepokój, które będą w Was wołać, prosić o Wasz współudział, albo które wejdą w Was jak drzazga, jak cierń. Bo wiersz współczesny rzadko śpiewa, raczej uwiera, męczy, wpędza w niewygodę, wytrąca z poznawczej rutyny, z tępego błogostanu, który serwują nam popkultura, współczesny kapitalizm i zaawansowana cywilizacja techniczna.

Powinienem pytanie o ars poetica uznać za nietakt, za próbę dojścia do moich wierszy na skróty, włamania się do mojego świata. Wiersz zawiera przecież instrukcję obsługi samego siebie, w wierszu znajdują się klucze, pozwalające do niego wejść i przez niego przejść, żeby na końcu dojść do... No właśnie, do czego?

 

Jakiś czas temu miałem możliwość redagowania obszernej antologii polskiej poezji po roku 1976, nazwałem ją Poza słowa. Oczywiście chciałem słowem „poza, rozumianym jako udawanie, podkreślić umowność językowego gestu. Ale ważniejszy był dla mnie wynikający z tego przeświadczenia imperatyw wyjścia „poza słowa, czyli wyprowadzania słowami poza granice języka. W imperatywie tym zawarłem swój sprzeciw wobec ponowoczesnej absolutyzacji tekstu, który całkowicie wyparł realność, uwolnił nas od metafizycznych rozterek, jak to Miłosz określił: „mąk wyższego rzędu”, i doprowadził do całkowitej estetyzacji naszego życia, pojmowanego jako tekst właśnie, zlepek cytatów, precesja symulakrów, plecha znaczeń. W tekstualnym świecie prawda z poziomu obiektywnej wartości została zredukowana do funkcji retorycznej, stając się wytworem stylu. Nie miała już potrzeby wyglądania poza siebie, zapętliła się w sieci odniesień i rozpuściła w kontemplowaniu burczenia własnych wnętrzności. Język zaczął nieść poetów, a oni pozwolili, by przepływał przez nich zgiełk.

Wielokrotnie zadawałem sobie pytanie, czy jest coś pomiędzy fundamentalistycznym i naiwno-sentymentalnym przeświadczeniem o łączności słów i rzeczy a ponowoczesnym eskapizmem, polegającym na zignorowaniu realności i ubóstwieniu tekstu jako jedynego bytu, w którym żyjemy, poruszamy się i jesteśmy. I stwierdziłem, że owszem, jest. Tym czymś jest milcząca tajemnica, rozciągająca się poza granice naszego myślenia, poznania i wysławiania. Poza słowami. Albo: między słowami. Albo: po drugiej stronie słów. Idzie mi o rzeczywistość, która nie potrzebuje naszego języka, by istnieć, która świetnie sobie radzi bez naszych encyklopedii, metafor, równań matematycznych i wzorów chemicznych. I bez poezji. Takiej poezji, która wierzy, że jest porządkowaniem świata. Zgadzam się z ponowoczesnymi, że język nie odzwierciedla rzeczywistości, ale nie mogę zgodzić się na to, że nie istnieje obiektywna rzeczywistość poza językiem. I nawet jeśli słowa nie są zdolne jej przybliżyć, to zdarza się, że potrafią nas z nią skonfrontować.

 

Kilka razy spotkałem się z opiniami, że moje wiersze są przejrzyste, zamknięte, domówione, wyraźnie spuentowane. Problem polega na tym, że w moim przekonaniu domówienie nie wyklucza tajemnicy, zamknięcie zaś – otwartości... Nie lubię czytać tekstów, których poetyckość polega wyłącznie na niedomówieniu, na mnożeniu metafor i obrazów, jak pisał Zaratustra: „mąceniu wód, by się głębszymi wydały”. Jest to literacka sztuczka, dzięki której każdy bez wysiłku może sobie dopowiedzieć sens. Wiersz powinien być jasny i domknięty, gdyż poetyckość jest właśnie tym, co wymyka się najbardziej logicznemu zdaniu, co się w języku nie mieści. Tylko tak pojęta poetyckość jest naprawdę uniwersalna. Innymi słowy – mój wiersz pragnie się odwoływać nie do tego, co nam się poprzez język rozumie, ale co nam się z powodu różnych ułomności (czy z punktu widzenia poezji – dobrodziejstw) języka nie rozumie, czego nie możemy pomyśleć. To, co zdołamy zrozumieć, zazwyczaj rozumiemy każdy na swój sposób (moja wiosna, czerwień, miłość czy śmierć jest czym innym niż twoja wiosna, czerwień, miłość i śmierć).

Wspólne ludziom może być tylko to, czego nie potrafią zracjonalizować. Kiedy ktoś mówi do nas jasno, prosto, czysto, przejrzyście, nie udając głębi, i nadal wyczuwa się w tym jakąś tajemnicę, która do głębi porusza, to znaczy, że najprawdopodobniej mówi coś ważnego albo milczy coś ważnego. Spotkanie w niezrozumieniu można by utożsamić z empatią, która jest punktem wyjścia zarówno procesu twórczego, jak i procesu lekturowego, bo i ten jest rodzajem twórczości. Jeżeli nie możemy spotkać się w zrozumieniu, kiedy chcemy być razem mimo różnic, zdobywamy się na najwyższą empatię. Jeśli więc komuś zrobiło się w trakcie mojej pogawędki zbyt mistycznie i wolałby usłyszeć jakąś egzystencjalną definicję spotkania „poza słowami”, powiedziałbym: „empatia”.

 

Reasumując, rola wiersza jest w moim odczuciu z grubsza taka: słowami wyprowadzać poza słowa, a raczej stawiać nas na skraju, na urwisku języka. Po co? By w ten sposób konfrontować nas z czymś, co nas przekracza, a przez to – scalać naszą rozbitą czy nawet już rozproszoną podmiotowość. Pod tym względem widzę poezję i jej zadania w opozycji do refleksji filozoficznej dominującej w ciągu ostatniego półwiecza.

Dyscyplina intelektualna i konstrukcyjna, o jakiej cały czas piszę, nie oznacza, że nad wierszem da się zapanować. Każdy mój tekst jest jakimś kompromisem między tym, co chciałbym wierszowi narzucić, a tym, co on sam mi narzuca. Bo nagle się okazuje, że skręcił dokąd chciał, że dał nogę, a swoją niesubordynację odkupił celną frazą. Że zwyczajnie zamknął mi nią usta. Odległość, na jaką wiersz się ode mnie oddala, interesuje mnie najbardziej. Ten bunt tekstu przeciw autorowi jest źródłem samopoznania. Ze swoich wierszy dowiedziałem się sporo nowego o sobie. Nie zawsze były to rzeczy przyjemne.

I jeszcze uwaga na temat wyobraźni. Różewicz i Herbert, dwaj wielcy poeci, którzy mnie ukształtowali, mieli do niej specyficzny stosunek. W powszechnym mniemaniu poeta to ktoś obdarzony niezwykłą, ponadprzeciętną fantazją. A jednak z jakiegoś powodu „Pan Cogito nigdy nie ufał sztuczkom wyobraźni”, a Tadeusz Różewicz twierdził, że „rozbudowany zbytnio przez poetę obraz, karmiący się sztuczną, wymyśloną wyobraźnią, niszczy w wierszu lirycznym jego zawiązek, ziarno, ponieważ poezji nie robi się przy pomocy przesuwania obrazów, które stanowią najbardziej powierzchowną warstwę utworu. Wreszcie: „Metafora, obraz nie przyspieszają, ale opóźniają spotkanie między odbiorcą i właściwą istotną materią utworu poetyckiego. Jakże to więc: poeta ma walczyć z porywami własnego ducha? Nie tyle ducha, ile egzaltacji. Skąd bierze się ta nieufność wobec wyobraźni? Z przeświadczenia, nawet jeżeli Herbert i Różewicz nie wyrazili go wprost, że prawda wiersza, jego tajemnica, nie jest wytworem języka, że w języku nie sposób jej wyprodukować.

 

Czy spotkanie w Niewypowiedzianym w milczeniu nie jest utopią? Na czym polega owa poezja oksymoroniczna, będąca opozycją wobec poezji „wyobraźniowej”? Na ścisłości i przejrzystości, które wyrzucają poza język, kompromitując tym samym jego poznawczą funkcję, jego pretensje do objaśniania świata. Takim wierszem jest choćby bez Tadeusza Różewicza. Tajemnica wiersza bez jest jasna i (nie)oczywista jak cud. Daje się przeczuć dzięki oksymoronicznej konstrukcji: „życie bez boga jest możliwe / życie bez boga jest niemożliwe”. Przeczuć właśnie, nie zaś opisać. Na tym antytetycznym refrenie został oparty cały tekst. Te dwa wersy są jego mózgiem. Energia powstała ze zderzenia kategorycznych, nieprzystających logicznie tez wyrzuca nas poza dialektykę. W niewypowiedziane. W nieinterpretowalne. W sensie racjonalnym te dwa stwierdzenia zagospodarowują całą przestrzeń teologicznego dyskursu. Z każdym z nich możemy się zgodzić. Mimo to żadne z nich mnie nie zadowala, każde pozostawia niedosyt, rodzi głód. Logicznie – cała filozofia i teologia. A jednak intuicja czy jakiś inny wewnętrzny zmysł mi mówi, że żadne z tych twierdzeń nawet nie ociera się o tajemnicę Absolutu. Język się tutaj skończył. Spójrz poza język, wyjdź poza język. Co tam jest? Nie wiem. Dalej musisz już pójść sam – mówi do nas Tadeusz Różewicz.

Wierszem, który w zupełnie inny sposób uczy poznawczej pokory jest Kamyk Zbigniewa Herberta. Poeta, próbując odzyskać czystość widzenia dziecka, zapominając o wszystkich symbolicznych i filozoficznych konotacjach kamienia (a jest ich mnóstwo: kamień u szyi, kamień filozoficzny, serce z kamienia), chcąc go zredukować do stadium fenomenu, opisuje... kamienność kamyka; „równy samemu sobie” – czytamy i trudno się z tym nie zgodzić, „wypełniony kamiennym sensem” – i to prawda. A co to niby za sens? – spytamy. „Kamienny” – odpowie poeta i ma rację. A zapach? „Niczego nie przypomina” – stwierdza bohater Herberta. Tylko tyle opisu, ile pozwala wywieść z siebie sam kamień. Idealny to opis – rzeczowy, suchy, po kamiennemu – chłodny. Zatem poeta wyszedł z siebie: z pokoju swoich codziennych przyzwyczajeń, poznawczej rutyny, w jaką wpędziła go edukacja i ogólnie kultura z jej mitologią oraz ikonografią. Wyszedł wreszcie z języka poetyckiego, a więc takiego, który skłonny jest do porównywania i uwznioślania. Poeta wyszedł z siebie ku kamieniowi i stał się kamieniem. Ale czy na pewno? A może kamień stał się poetą? Może rzetelny Herbertowski opis kamienia ma się nijak do jego istoty, pasuje do niego jak pięść do oka? Bo przecież „zapał” i „chłód” kamienia to cechy poniekąd ludzkie. Dalej pojawia się jeszcze metafora: „ciało kamienia”. Można powiedzieć, że w toku obserwacji kamień nabywa cech tego, który go bada i rzekomo „na zimno” opisuje, tego który chciał „do końca [...] patrzeć [na kamyk] / okiem spokojnym bardzo jasnym”. Kamyk stał się zwierciadłem, w którym odbiło się widzenie poety, albo – trzymając się mojej metafory – kamyk stał się okiem. Choćbyśmy nie wiem jak bardzo starali się stanąć po stronie przedmiotu i tak nie wydobędziemy się z antropocentryzmu, z odruchu narzucania światu własnej woli. Rzeczywistość zawsze będzie dla nas lustrem, my zaś nigdy nie powtrzymamy języka w jego dążeniu do zawłaszczania świata. To, że poezja potrafi nam tę prawdę w piękny sposób uzmysłowić, stanowi o jej wielkości i niezbywalności dla każdego, kto chce przeżywać swoje życie świadomie. Czyli: pokornie.

Doprowadzić czytelnika na urwisko języka. Za pomocą słów. Uwieść go ich nieoczywistym zestawieniem po to, by doszedł do miejsca, które budzi grozę. To miejsce nazywa się Wszystko-czego-nie-wiem. To miejsce nazywa się Nic. Z tym Nic czytelnik musi już sobie poradzić sam. Zobaczy w nim Boga lub samego siebie. Ciemność albo sens. Niejasny sens lub jaskrawy bezsens. A może tylko metkę z rozmiarem stanika.

Obejrzyj całe wystąpienie:

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Tadeusz Dąbrowski, Poza słowa, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 21

Przypisy

    Powiązane artykuły