07.11.2019

Nowy Napis Co Tydzień #022 / Jest taka wyspa. Na jakimś oceanie. Nazywa się Ginczanka

Nie jest łatwo pisać o książce, której nie przestano pisać. Książce, która otwiera rozmowę, ale jej nie zamyka. Wreszcie, o książce, w której autor dzieli się z czytelnikiem swoim najszczerszym uczuciem, co sprawia, że w zasadzie nie wiadomo, czy można w ogóle tę książkę odłożyć, czy też powinno się już zawsze nosić ją przy sercu. Ze wzruszenia, szacunku, zakłopotania lub chociażby z czytelniczej powinności. Bohaterką książki Mikołajewskiego, kolejnej pozycji z pogranicza literatury faktu promowanej przez Wydawnictwo Dowody na Istnienie, jest Zuzanna Ginczanka, właściwie Zuzanna Gincburg, polska poetka żydowskiego pochodzenia, która podczas pobytu we Lwowie, zajętym przez hitlerowskie Niemcy, wierna horacjańskiej myśli, tej samej, która przyświecała innemu polskiemu poecie, Juliuszowi Słowackiemu, napisała Non omnis moriar, a niedługo potem – „nie zostawiając tutaj żadnego dziedzica” – zginęła rozstrzelana na terenie obozu koncentracyjnego w Płaszowie. „I wiersze, jasne wiersze pozostały po niej”, a wraz z nimi – tajemnica.

*

Tym, co zwraca uwagę na samym początku, jeszcze w witrynach księgarń, a nawet na przystankach autobusowych, za co pomysłodawcom należy się chyba jakiś laur – za wypełnianie przestrzeni miejskiej najwyższą treścią – jest okładka książki Mikołajewskiego, a na niej uśmiechnięta Ginczanka w niecodziennej i jakże oryginalnej fryzurze, przypominającej kapelusz upleciony z krwistoczerwonych liści. Zdjęcie, jak wyjaśnia autor, pochodzi z wystawy zorganizowanej przez Krystynę Piotrowską w Galerii Piotra Nowickiego i ma być kolejnym dowodem na to, że poetka żyła, albo że mogła żyć, gdyby nie to i tamto. Zresztą, sama fotografia, za sprawą hipnotyzującego spojrzenia sportretowanej, zdaje się być w ruchu, wychodzić z paradoksu okładki na świat dwudziestego pierwszego wieku. Właśnie teraz, w rozkwicie złotej jesieni, zupełnie tak, jakby poetka miała za chwilę stanąć obok nas, poprawić poły eleganckiego płaszcza, odchrząknąć lekko i zapytać o drogę.

*

Od pierwszej strony lektury czuję – na tyle, na ile uczucia przechodzą z tekstu na człowieka i odwrotnie – że jest to książka wybrzmiała z fascynacji osobą, z bardzo osobistego obłędu. Autentyczność tej książki bierze się stąd, że Mikołajewski pisze ją przede wszystkim dla siebie, dla świętego spokoju, czystego sumienia, poczucia, że zrobił już wszystko albo prawie wszystko, że przynajmniej próbował zrozumieć, bo jak sam podkreśla, „[…] tylko próbować się liczy”. Sięganie po sens jest dla autora najwyższą formą obcowania z nim. Dopiero w drugiej kolejności, na styku literackich pragnień i wyrzeczeń, pojawia się czytelnik, który przeczyta tę książkę i poczuje się nieswojo. Jak intruz, który się miesza w czyjeś intymne relacje. Jak ktoś, kto się znalazł w miejscu, w którym nie powinno go być, bo przecież nie łączy go z tym miejscem żadne wspomnienie i żadne uczucie, a jednak nie odchodzi, ale usuwa się w cień tytułowego bohatera książki, żeby stamtąd przysłuchiwać się rozmowie o życiu i poezji. Rozmowie, której już zawsze będzie świadkiem. Mikołajewski ma zresztą świadomość tego, że się naprzykrza, że rozdrapuje dawne rany, na siłę próbując wpisać Ginczankę w dzisiejszą rzeczywistość, choć nikt go o to nie prosił. Sam siebie przestrzega słowami pochodzącymi z wiersza Giuseppe Ungarettiego: „Przestańcie zabijać nieżywych”. Ale z drugiej strony, czy można dwa razy umrzeć, albo czy można przeżyć własną śmierć, i to w literaturze? Książka Mikołajewskiego zdecydowanie wykracza poza tradycyjną relację autor-bohater.

*

Cień w cień. Za cieniem Zuzanny Ginczanki jest czymś więcej niż tylko książką o Ginczance. To coś na kształt silva rerum autora, zbioru najrozmaitszych zapisków różnej treści, wspomnień, listów i pamiątek. To jednocześnie rozbudowane studium przypadku. Mikołajewskiego, który „choruje” na Ginczankę i Ginczanki, która przyprawia Mikołajewskiego o chorobę. Tę samą, która ją – Sanę – wyrwała światu. Nieubłaganą kolej rzeczy. To również dowód w sprawie Chominowej, właścicielki mieszkania, w którym poetka musiała się ukrywać, dzielnej żonie szpicla, która doniosła Niemcom. W sprawie o niepamięć.

Punktem wyjścia dla podjętej w książce rozmowy jest przekonanie, że poetka żyła nie tylko w wierszach, że przecież istniała naprawdę, poza legendą, którą obrosła, poza powtarzanym do znudzenia frazesem, że była piękna. Ponieważ wiemy o niej tylko tyle i aż tyle, reszta – jak określa autor – jest gonitwą. Wyścigiem na nieludzkim dystansie, z góry przegraną walką z czasem. W jednym z przytoczonych w książce wierszy Ginczanki czytamy: „Oprócz samej siebie nie znam innej dali”. Ta myśl doskonale oddaje nawracające poczucie, że w historii poetki nie ma żadnej pewności. Są tylko miraże, nieziszczalne domysły, słowa wykradzione z języka, żeby się można było czegokolwiek uczepić, zanim się dojdzie do wniosku, że poetka – Ginczanka, Zuzanna, Zuza, Sana – na zawsze pozostanie doświadczeniem metafizycznym. Tą, której nie ma. Najpiękniejszym z motyli. Dopokąd leci.

*

Nawet pobieżna lektura utworu pozwoliłaby przypuszczać, że Mikołajewski boi się spotkania z Ginczanką twarzą w twarz. Boi się tej pary przenikliwych oczu, z których jedno mogło być zielone, a drugie brązowe, bo w końcu każdy opisywał je inaczej. Oczu, o których nie chce wiedzieć więcej niż to, czego nie pojmuje. Dlatego na świadków swojej z nią rozmowy powołuje kolejne osoby: Silvano de Fanti, Izoldę Kiec, Agatę Araszewicz, doktor Ludwikę Stauber, jej córkę Marię, Halinę Cetnarowicz i wielu innych. Świadków tych i tamtych czasów. Być może w ich literackiej obecności czuje się bezpieczniej, a może – najzwyczajniej w świecie – pragnie przydać wagi spotkaniu z poetką, uświęcić je cudzą afirmacją, że to przecież ona, jego Ginczanka, że wcale mu się nie przywidziało. Kiedy czytam zwierzenia autora po spotkaniu z Ryszardem Matuszewskim, który miał to szczęście, że osobiście poznał Sanę, co czyni go „relikwią drugiego stopnia”, dociera do mnie, że fascynacja poetką, po tylu latach poszukiwań, przybrała formę kultu, prywatnej religii Mikołajewskiego. Przeciwny wszelkim próbom zaszufladkowania poetki, przypisania jej do literackich i pozaliterackich kategorii, roztrząsania, czy była, czy nie była zaangażowana politycznie, autor pisze: „Nie jestem w stanie wywołać u siebie nawet odrobiny niezadowolenia, że się zapisała do Związku i przekładała Majkowskiego. Nic a nic”. Jak to dobrze, że jeszcze jest, że bywa taka miłość, czysta i bezwarunkowa, bez żadnego „ale”. Wszystkim życzyłabym takiej miłości, ale obawiam się, że to bardziej związek dwóch cieni, z których jeden zapamiętale podąża za drugim, aniżeli miłość człowieka do człowieka.

*

Nie chcąc rozstrzygać, czy Ginczankę należałoby dzisiaj uznać za największą zagadkę, czy raczej za największe odkrycie polskiej poezji, Mikołajewski pisze tak, jakby samo pisanie było jedyną możliwą odpowiedzią na wszystkie pytania. Tym sposobem próbuje się pojednać z postacią, którą tak namolnie ścigał, a więc i spłoszył. Przestraszył własną ciekawością. To wszystko, co może dla niej dzisiaj zrobić, tylko tak potrafi jej wynagrodzić, że tamtego dnia, najprawdopodobniej wiosną 1944 roku, nie przechodził akurat ulicą Mikołajską, skąd Gestapo wyprowadziło Sanę i jej przyjaciółkę Blumę. Nie zareagował, nie ostrzegł, nie podniósł ręki na kata, nikomu nie dał za Ginczankę w pysk… Z rąk oprawcy nie wyrwał kartek, z których nie ułożył tomu, o który polska literatura piękna nie przestanie się upominać.

*

Mikołajewski przedstawia nam topografię swoich myśli i zaznacza na niej wszystkie miejsca związane z Ginczanką: Równe, Lwów, Kraków, Warszawę... Kilka dni temu uczestniczyłam w spotkaniu poświęconym książce, zorganizowanym w Faktycznym Domu Kultury w Warszawie. Zapamiętałam szczególnie te słowa, którymi autor opisywał sposób, w jaki bawił się z Ginczanką w podchody. Nawiązanie do gry, którą chyba wszyscy pamiętamy z dzieciństwa, świadczy – raz jeszcze – o szczerości uczucia, jakie żywi do swojej bohaterki. Za jej śladem podróżuje po świecie, dla niej zagląda w zakamarki historii, także tej niewygodnej, wertuje stronice dostępnych mu świadectw i rozmawia z ludźmi, którzy na swojej drodze spotkali poetkę, nieświadomi obcowania z jedną z najbardziej poszukiwanych kobiet w literaturze. Idzie tam, skąd dobiega głos, którego brzmienia nigdy nie pozna. Ginczanka jest dla Mikołajewskiego przewodniczką po utraconym raju, po miejscach, których już nie ma, które zabrała wojna. Jest tym, czym dla Dantego była Beatrycze: kobietą, której warto poświęcić dzieło swego życia. Czyniąc zadość tak śmiałemu porównaniu, nie sposób nie nawiązać do wiersza Jana Lechonia: „Nie ma nieba ni ziemi, otchłani ni piekła, jest tylko Beatrycze. I właśnie jej nie ma”. Niedawno, nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego, ukazał się Słownik miejsc wyobrażonych autorstwa Alberto Manguela i Gianni Guadalupi. Myślę sobie, że na jednej z jego stronic, gdzieś między Genocją a Górą Przeznaczenia, Mikołajewski dopisałby właśnie Ginczankę. Swoją wyspę. Jak rozbitek, „który uczepił się pierwszej skały zbawczego archipelagu […]”.

*

Na osobną uwagę zasługuje styl pisarski Mikołajewskiego, a w szczególności łatwość, z jaką autor, od dawna pogrążony w malignie, zdobywa się na żart słowny i sytuacyjny. Na przykład, kiedy we Lwowie trafia pod dawny adres Zuzanny:

Jestem jak w gorączce. Czuję, że gdyby to była ta sama wanna, w której spała Zuzanna, napuściłbym ciepłej wody i poleżał. Z pozwoleniem czy bez.

Podobne zabiegi nie tylko „rozbijają” podniosłość obcowania z Ginczanką, ale również przydają całej książce autentyczności, zdradzają ogromne zaangażowanie osoby mówiącej w opisywane wydarzenia. Mikołajewski nie zakłada żadnej maski, w pogoni za Ginczanką jest od początku do końca sobą: śmiertelnie poważnym człowiekiem, ale i żałośnie śmiesznym adoratorem.

*

Czytelnika liczącego przede wszystkim na to, że w końcu się dowie, kim jest tajemnicza dziewczyna z okładki, zdziwi być może wielowątkowość utworu, miejscami granicząca z kompozycyjnym chaosem. Bo przecież książka nie zaczyna się tak, jak powinna się zaczynać książka o Ginczance. Zaczyna się od wiersza Dora Markus i od fotografii przedstawiającej kobiece nogi, „od rozstawionych lekko stóp wysoko po uda”. Biedny czytelnik, któremu w myślach przemyka „jedenaście pytajników, osiem wykrzykników”, musi sam odnaleźć nić łączącą rozsypane elementy układanki. Tym bardziej, że pod koniec utworu jego spostrzegawczość zostanie wystawiona na kolejną próbę – odautorską propozycję krótkiego dramatu o Ginczance, a trzeba dodać, że jest w tym dramacie coś z Gombrowicza, z gombrowiczowskiego absurdu, z „gęby”, co bynajmniej nie czyni jego lektury lekką i przyjemną. Ów dramat, przy całej swojej ironicznej złożoności, tylko z pozoru zakłóca lekturę i zaburza jej ciągłość. W rzeczywistości jest tylko kolejnym dowodem na to, że Mikołajewski nie poddaje się żadnemu schematowi, że nie obawia się łamania gatunków, byle tylko podejść bliżej, byle wejść „do ostatniej zewnętrznej kryjówki Zuzanny”.

*

Im bardziej Mikołajewski próbuje mnie przekonać, że to już koniec, że już nie ma siły i dlatego zostawia Ginczankę w spokoju, co sam wyznaje w Pożegnaniu, tym większej nabieram pewności, że nie przestał żywić nadziei na kolejne spotkania z poetką. Być może dopiero po drugiej stronie, na odwrocie wiersza, którego nikt jeszcze nie napisał. Choć przecież – jak zauważa wspominana w książce Noblistka – „nadzieja to już nie jest ta młoda dziewczyna et cetera, niestety”.

Jarosław Mikołajewski, Cień w cień. Za cieniem Zuzanny Ginczanki, Warszawa: Dowody na Istnienie, 2019.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Agata Joanna Kornacka, Jest taka wyspa. Na jakimś oceanie. Nazywa się Ginczanka, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 22

Przypisy