27.02.2020

Nowy Napis Co Tydzień #038 / Pamięć (p)o traumie

Okładka książki "Piekło ocalonych"

Roman Graczyk rozmawiaz Elżbietą Isakiewicz, autorką książki Piekło ocalonych.

Roman Graczyk: Tytuł Pani książki jest gorzko-słodki, nie powstydziłby się go ani Henryk Grynberg, ani nawet Jan Tomasz Gross czy autorzy tomu Dalej jest noc, o którym było tak głośno w ubiegłym roku. A jednak Pani książka przedstawia to inaczej. Pani bohaterowie, opowiadając swoje dramatyczne historie, bez oporu, nienamawiani do tego, podkreślają wdzięczność dla tych, którzy pomogli im przeżyć. Otóż tak by nie napisali ani Grynberg, ani Gross, ani Barbara Engelking z Janem Grabowskim.

Elżbieta Isakiewicz: A jednak w oczach każdego z moich rozmówców można było dostrzec skamieniałą pozostałość piekła. Piekło podążyło za nimi w nowe, powojenne życie. Jeden z bohaterów tej książki kończy swą opowieść wyznaniem, że jest szczęśliwy, bo w czasach walki o przeżycie los pozwolił mu spotkać dobrego człowieka. Ale nawet w tym wyznaniu kryje się gorycz: to szczęście uwolnienia z piekła, nie z pamięci o nim, nie z ran po jego torturach. W pewien istotny sposób ci ludzie pozostali inni niż Pan, ja, my, którym scenariusz życia ułożył się mniej więcej normalnie. Stąd tytuł Piekło ocalonych, wszystko tłumaczący, nie wymagający podtytułu. Chcę jednak z całą mocą zaznaczyć, że w zbiorze tych opowieści czytelnik nie doszuka się żadnej tezy. To książka pisana bez klucza, z losowo dobranych rozmówców, którzy przekazywali mnie sobie z domu do domu, często także się nie znając.

R.G.: Skąd się wzięła ta książka właśnie teraz?

E.I.: Większość materiałów do niej zebrałam wiele lat temu, po pierwszej od upadku komunizmu państwowej wizycie w Izraelu polskiego premiera. Był nim wtedy Jerzy Buzek, a ja znalazłam się wśród dziennikarzy towarzyszących rządowej delegacji. Podczas spotkania w jednym z kibuców pod Hajfą pewien starszy pan, jeden z ocalonych, zapytał najczystszą polszczyzną: – Czemu nas się nie słucha? Przecież jesteśmy częścią żydowskiej i polskiej historii. Naszej wspólnej historii. – Faktycznie głos ocalonych nie był słyszalny ani tam, ani tu. A po spotkaniu, gdy już wsiadaliśmy do autokaru, podszedł do mnie inny starszy pan, ujął mnie za nadgarstek i również najczystszą polszczyzną zadał inne pytanie: – Czy nie chciałaby pani poznać Żyda, AK-owca, uczestnika Powstania Warszawskiego? – Jasne, że chciałam. Ale wtedy trzeba było szybko wracać do Polski. Jednak te pytania, zadane na dalekiej ziemi w moim ojczystym języku, nie dawały mi spokoju. Dlatego kilka tygodni później wróciłam do Izraela i spotkałam się z ludźmi, którzy w Polsce przeżyli niemiecką okupację. To były trudne, niezwykłe rozmowy. Po pierwsze nic wówczas nie wiedziałam o tym, co działo się między Polakami i Żydami w czasie wojny. Po drugie moi rozmówcy, chociaż chcieli opowiadać, musieli – po latach – wrócić do traumatycznych przeżyć. Niekiedy przerywaliśmy sesję i próbowaliśmy kontynuować ją nazajutrz. Czasem wspólnie popłakaliśmy. Niektórzy musieli sięgnąć po jakiś koniak czy wino, długo przed kolejnym zdaniem pomilczeć. Ale byłam wdzięczna, że dzielą się swoją traumą z nieznaną osobą, dopuszczają do swoich strasznych tajemnic. Po powrocie do kraju błyskawicznie zabrałam się za spisywanie ich świadectw. W Polsce szalał wtedy rabin WeissRabin Avraham Avi Weiss protestował kilkakrotnie, na przestrzeni wielu lat, przeciwko obecności katolickich symboli wokół byłego obozu KL Auschwitz-Birkenau. W czasie, o którym wspomina Elżbieta Isakiewicz, był to konflikt o krzyże ustawione na tak zwanym żwirowisku [przyp. R.G.].[1] i rozpętała się potworna publicystyczna bijatyka. Te zaś rządzą się swoimi prawami: cios za cios, oko za oko, reakcja – kontrreakcja. Zrozumiałam, że bijatyki tylko nakręcają emocje, niczego nie rozwiązują, do niczego nie prowadzą i że jest tylko jeden sposób na poruszanie się w tej delikatnej materii, jaką są polsko-żydowskie bóle: słuchanie świadków, rejestrowanie faktów. Bo to tworzy wartość, jaką jest obraz rzeczywistości przeżytej i zapamiętanej, osobiście odczutej przez uczestników tamtych wydarzeń. Portret wojennej codzienności kreślony nie przez historyków czy polityków, tylko zwykłych ludzi. Zatem fakty przeciwko bijatyce. I napisałam Ustną harmonijkęElżbieta Isakiewicz, Ustna harmonijka: relacje Żydów, których uratowali od zagłady Polacy, Warszawa 2000.[2]. Metoda suchego opisu bez tezy i osądu została doceniona: książka miała dobre recenzje i w Polsce, i w Izraelu, ale już wtedy czułam, że jeszcze nie wyczerpałam tematu, że w materiałach, jakie zebrałam, kryje się wciąż bezcenne faktograficzne i emocjonalne bogactwo, tylko wtedy nie starczyło mi dojrzałości warsztatowej, literackiej, by głębiej z niego zaczerpnąć.

Kiedy w 2018 roku wybuchła awantura o nowelizację ustawy o IPN, atmosfera w stosunkach polsko-żydowskich znowu się zagęściła. Pamiętam ten wieczór: zadzwoniła do mnie z Izraela jedna z bohaterek Ustnej harmonijki i zapytała dramatycznie: – Słuchaj, czy my jesteśmy jeszcze przyjaciółkami? To fascynująca osoba, z przywróconym polskim obywatelstwem, wielce zasłużona dla honorowania Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, tłumaczka z polskiego na hebrajski tekstów dokumentujących bohaterstwo ratujących, współpracująca z Yad Vashem. Była przerażona, że rany między Żydami i Polakami, z trudem w wolnej Polsce zabliźniane, znów zakrwawią. Naturalnie, czułam się jej przyjaciółką i ją o tym zapewniłam. I tego samego wieczoru otworzyłam szufladę z materiałami sprzed 20 lat i uświadomiłam sobie, że jestem posiadaczką skarbca. Spoczywały tam również nowe historie, jakie zdołałam zebrać później, od Żydów, którzy odwiedzali Polskę, między innymi opowieść Powstańca Warszawskiego, AK-owca, tego, który zaczepił mnie przy autokarze w Hajfie. Postanowiłam napisać książkę od nowa. Nową książkę.

R.G.: Czym zatem różnią się te dwa podejścia, oparte wszak niemal na tym samym materiale źródłowym?

E.I: Zrozumiałam, że do faktów należy także zapach przedżniwnego pola, w którym chowają się uciekinierzy z getta, wilgoć schronu-lepianki, barwa liści, kształt dłoni, wzór kwiatu na szlafroku, w którym dziewczyna ucieka z łapanki, odczucie ciszy, czasu, a wszystko to wkomponowuje się w warstwę psychologiczną, w poprzedniej książce niemal nieobecną. W Piekle ocalonych ośmieliłam się ją tknąć. Ocena, w jakim stopniu się to udało, należy do czytelników.

R.G.: Tych kolorów i zapachów, chwil ulotnych, nie odbieram jako upiększenia, lecz część psychologicznej prawdy o Pani bohaterach. Z opowieści starszych wiem, że zapamiętali na przykład, jaka była pogoda 1 września 1939 roku, a ja – toutes proportions gardées – dobrze pamiętam pogodę 13 grudnia 1981 roku…

E.I.: W każdym razie, kiedy skończyłam pisać, poczułam rodzaj ulgi, ukojenia. Dwie dekady wcześniej nie byłam gotowa na owo „głębiej”.

W dodatku dzieje tej książki zostały sprzęgnięte z moją osobistą historią. Mój syn, wkrótce po ukazaniu się Ustnej harmonijki, zaczął intensywnie zajmować się historią polskich Żydów, a kilka lat temu konwertował się na judaizm. Przyjęłam ten wybór ze spokojem, nie tylko dlatego, że poruszamy się w tym samym kręgu cywilizacyjnym: obszarze kultury judeochrześcijańskiej, ale i dlatego, że Bóg, jeśli istnieje, jest jeden i dla wszystkich. Raptem też sekretnie porozrzucane puzzle losu rodziny mojej matki, która pochodzi z Kresów, z miejscowości, którą w 80 procentach zasiedlali Żydzi, poza tym Polacy i Ukraińcy, zaczęły składać się w jakąś czytelną całość. Pytałam niekiedy mamę, trochę z przekory: – Może i ty jesteś Żydówką? – ale ona zawsze zaprzeczała. Tymczasem mój syn zwrócił się do pewnej amerykańskiej firmy badającej za opłatą genealogię rodzin. Z ich kwerendy wynikło, że moja babka, która nazywała się Katherine Schmidt, była niemiecką Żydówką (w rodzinie utrzymywano, że tylko Niemką). Jej przodkowie emigrowali z Prus do Galicji, uciekając przed prześladowaniami. Tam Katherine Schmidt wyszła za mąż za Polaka, Józefa Górskiego, mojego dziadka, i całkowicie się spolszczyła. Tak to temat żydowski krążył wokół mnie, przyciągał, kusił, gdy jeszcze nie miałam o tych faktach wiedzy. Dlatego ukazanie się Piekła ocalonych nabrało dla mnie także symbolicznego znaczenia.

R.G.: Czy Pani robiła jakąś selekcję wypowiedzi?

E.I.: Ależ skąd! Zaginęła mi tylko, nie wiem, kiedy i jak, taśma z jedną relacją. Do dziś nie mogę jej odżałować.

R.G.: Ciekawe, bo nie ma w tych opowieściach tonu, który można by nazwać Grynbergowskim czy Grossowskim. Nie ma tej skargi, jakiej oni są medium.

E.I.: Jedna z uratowanych mówi w mojej książce: każdy Żyd, który przeżył, musiał mieć swojego Polaka. A potem poprawia się: każdy Żyd, który przeżył, musiał mieć więcej niż jednego Polaka… To zresztą jedna z cech charakterystycznych bohaterstwa okresu wojny: z konieczności tworzyło łańcuch cichej pomocy, spontanicznej, ale też zorganizowanej, jak w przypadku Żegoty. Ale dlaczego ten łańcuch ludzi dobrej woli musiał zostać zadzierzgnięty? Bo przecież ci dzielni Polacy, ci „święci natychmiast” bali się nie tylko Niemców. Oni bali się także swoich polskich sąsiadów. Zapisywałam relacje uratowanych bez żadnej cenzury. Jeśli na drodze do ocalenia staje szmalcownik, to pojawia się na kartach książki, tak samo, gdy trafia się Niemiec, który ofierze pomaga. Piekło ocalonych opowiada, jak było. Tu nie ma czarno-białej rzeczywistości. Zresztą, bohaterstwo, świętość, najlepiej widać w kontraście.

R.G.: Ale zapewne odczucia uratowanych były złożone. Jest grupa takich, którzy nigdy nie spotkali się z Polakami, którym zawdzięczali życie.

E.I.: To bardzo małe grono. Ale zgodzili się na rozmowę ze mną! Przyznawali: nie mieliśmy siły ani odwagi na utrzymywanie kontaktu z ratującymi, ani na krótki nawet powrót do kraju, gdzie zamordowano naszych bliskich. Myślę, że nasze spotkanie było formą przeprosin, zadośćuczynienia, podziękowania ocalającym. Ich nazwiska upamiętnia książka.

R.G.: Sytuacje graniczne, które siłą rzeczy są materią tych opowieści, dla Pani jako pisarki stanowią budulec literacki. Pani wie, że w takich przypadkach ręka świerzbi, żeby wziąć czyjąś stronę. Nawet historycy ulegają takiej pokusie. Na przykład nowa polska szkoła badań nad Zagładą wprost głosi, że historyk powinien uprzywilejować stronę ofiarOkreśliłbym tę postawę jako etyczne uprzywilejowanie ofiary, które można rozumieć również jako „mówienie w imieniu ofiar”. Badacz (w pewnym sensie i w pewnych okolicznościach) przyjmuje na siebie rolę „zastępcy” czy porte parole ofiary [w:] Jacek Leociak, Narodziny szkoły, referat wygłoszony na konferencji w Paryżu, w lutym 2019 roku, https://ibl.waw.pl/paryz-tekst.pdf [dostęp: 12.12.2019 r.].[3]. A tymczasem Pani mówi: nie osądzajmy.

E.I.: Przyjęłam postawę zalecaną przez wybitnego Antoniego Czechowa. Otóż głosił on, że pisarz ma być obserwatorem, rejestratorem ludzkich postaw, zachowań, stanów duszy – jak naukowiec śledzący rekcje chemiczne w laboratoryjnych instrumentach. To czytelnik jest od sądzenia. Stosował tę zasadę zarówno w swojej nowelistyce, jak i dramatach scenicznych. Pod koniec życia wybrał się w podróż na Sachalin, słynną wyspę zesłańców i katorżników, i niczym rasowy reportażysta po prostu opisał, co tam zobaczył. Oczywiście okropnie obrywał od współczesnych za to, że nie wdaje się w polityczne awanturki. Ale uważam, że nie ma mądrzejszego wyboru dla pisarza, nie ma uczciwszej postawy, zwłaszcza gdy obracamy się w sferze faktu, dokumentu. To dlatego w dziełach Czechowa tak poruszająco, wręcz dławiąco, przemawia prawda.

Nie ma też właściwszej drogi dla człowieka. Co daje mi prawo do oceny ukrywających się przez lata w bunkrze ofiar, które ze strachu, że krzyk świeżo narodzonego dziecka zdradzi kryjówkę, godzą się, żeby noworodka udusić? Kim jestem, żeby osądzić kobietę – matkę dwojga czy trojga dzieci – która odmawia przyjęcia pod swój dach uciekiniera z Umschlagplatzu, bo wie, że za jej ścianą mieszka folksdojcz? Bardzo bym chciała w takich okolicznościach zachować się godnie, przyzwoicie, ale dopóki człowiek nie znajdzie się w sytuacji ekstremalnej, nie wie, jak postąpi. A czy Pan jest pewien, że pobiegłby do płonącego budynku, żeby zabrać stamtąd małe dziecko?

R.G.: Nie. Chociaż chciałbym umieć się na to zdobyć.

E.I.: Mimo to twierdzę, że nosimy w sobie jakiś pra-gen heroizmu, a wraz z nim zapotrzebowanie na dzielność. Czy istnieje jakakolwiek stacja telewizyjna czy radiowa, jakakolwiek gazeta, która pominie informację o przechodniu, który rzucił się na nożownika w galerii handlowej, o kimś, kto wskakuje do rzeki na widok tonącego? Jest w tym zapotrzebowaniu coś pokrzepiającego.

R.G.: Wracając do Pani książki. Jej tematykę postrzega się nadal jako pole minowe, pojawia się więc problem recepcji. Prowadzi Pani na Facebooku swój fanpage, gdzie promuje również Piekło ocalonych. Nie bała się Pani antysemickich komentarzy?

E.I.: Bałam się. Moja strona ma przecież przeszło 30 tysięcy fanów. Ale okazało się, że przez kilka miesięcy musiałam ukryć pięć czy sześć naprawdę idiotycznych i haniebnych komentarzy. W miażdżącej liczbie ludzie pisali, że taka książka jest potrzebna i powinna znaleźć się na liście lektur zarówno w Polsce, jak i Izraelu.

R.G.: To najważniejsza książka w Pani dorobku?

E.I.: Tak. Jedyna, którą zadedykowałam dwojgu moim dzieciom. Nie tylko dlatego, że polskość i żydowskość wplotły się w losy mojej rodziny, ale też dlatego, że dzieci były świadkami jej mozolnego powstawania, uzupełniania, rosły razem z nią, czytywały jej fragmenty. Jednak główny powód tej dedykacji to przekonanie, że Piekło ocalonych – jak to ujął jeden z recenzentów – to nie jest książka ani o Polakach, ani książka o Żydach, tylko o ludziach. O mrokach i blaskach człowieczeństwa, o demonach i aniołach. Sándor Márai w swoim Dzienniku zauważa, że dzisiaj (uwaga sprzed kilkudziesięciu lat!) nie pisze się już książek z cierpliwością i miłością. A ja wiedziałam, że właśnie ze względu na piekielny ciężar treści, ze względu na pamięć moich bohaterów – większość już nie żyje – należy tej książce podarować cierpliwość i miłość.

R.G.: Czy Panią nie korci, żeby napisać o następnych 40 czy 50 latach życia ocalonych? Z takiej traumy nigdy nie wychodzi się bez szwanku, stąd syndrom dzieci ocalonych z Holocaustu. To by były historie mniej „filmowe”, ale wcale nie mniej dramatyczne.

E.I.: Wie Pan, ich już została garstka. Jeśli kiedykolwiek się spojrzało w te oczy porażone piekłem, to korci tylko jedno: żeby ich przytulić.

Elżbieta Isakiewicz, Piekło ocalonych, Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy, 2019.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Elżbieta Isakiewicz, Roman Graczyk, Pamięć (p)o traumie, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 38

Przypisy

    Powiązane artykuły