20.08.2020

Nowy Napis Co Tydzień #063 / Patrząc Wilkiem: Błąd

„Błąd wiek człowieczy” – Jan Kochanowski, „Tren I”

Jeden z moich przyjaciół pytał mnie ostatnio, czy nie popełniłem błędu, wyjeżdżając z Zaonieża, czy nie tęsknię za Domem nad Oniego i za północnym ostępem? Hm… to tak, jakby chciał wiedzieć, czy nie odczuwam nostalgii za „Solidarnością” z 1980 roku albo za moją pierwszą miłością. Czesi mawiają: „to se ne vrati”!

Okres swego życia-bycia w Zaonieżu wspominam wspaniale, podobnie zresztą jak Wyspy Sołowieckie, wcześniej Gdańsk, a każdy z nich zamknąłem w książce (od Konspiry do Domu włóczęgi), lecz w życiu tak bywa, że pewne etapy się kończą i kurczowe trzymanie się dawnych szlaków nie pozwala podążać nowymi. A włóczęga na tym polega, że póki nie dojdziesz do końca swej tropy, póty należy ją deptać. Dlatego odpowiedź na twoje pytanie brzmi: tak, tęsknię jak się tęskni za pierwszą dziewczyną, za młodością, za niektórymi ludźmi spotkanymi po drodze… Lecz nie zamierzam wracać na stare szlaki, jak nie da się odgrzać uczucia do kobiety po latach życia osobno.

*

Tutaj niewielka dygresja o włóczędze i błędzie. Doprawdy nie rozumiem, czemu polski słownik definiuje „błąd” tylko w znaczeniu pomyłki (bądź grzechu), a nie uwzględnia innego, wcześniejszego znaczenia tego słowa, czyli samej czynności błądzenia. Tej właśnie formy użył Jan Kochanowski w Trenach.

Błądzenie bardziej pasuje do południowego łazikowania niż moja dawna północna „włóczęga”. O ile we włóczędze wyraźnie słyszałem mozół wleczenia się poprzez północny bezkres, o tyle w błądzeniu wyczuwam beztroskę południowego lazzaroni, co leni się, szwendając się to tu, to tam.

Słowem, po Północy się włóczyłem, po Południu błądzę.

Nie jest to bynajmniej pusta igraszka słowami, chodzi o nader istotną różnicę w pojmowaniu tropy. Na Północy depczesz ją w przestrzeni, a na Południu – w czasie. Tam przeszłości prawie nie zauważasz, zero historii i zero skorup, ni żadnych ruin, ni starych parków, ni akweduktów, a tu jej nawał; gdzie nie spojrzysz, coś z przeszłości się wyłania. Na widnokręgu majaczy bezgłowa kolumna, naszą szosę przecina droga rzymska, tutaj bizantyjski ornament, ówdzie arabska mozaika, a jeszcze indziej normański sarkofag.

Czas przeszły bliski nakłada się na czas zaprzeszły odległy, ten już dokonany na tamten, co wciąż jeszcze trwa, dawno miniony, co w obecnym się przegląda, jeden zza drugiego wystaje niczym teksty w palimpseście,nade wszystkim pochyla się czas teraźniejszy ułomny. Kaleki jak Dedal Mitoraja nad ruinami Pompei.

Odwrotnie z przestrzenią… Tam na Północy przytłacza jej nadmiar, tundra lub tajga bez kresu, wzrok się rozprasza, nie ma go na czym zatrzymać, głos ulatuje, echo nie ma od czego się odbić, drogi proste, jakby z łuku strzelił, uchodzą za horyzont albo toną w błocie. I ten bezmiar dookoła sprawia, że człowiek otwiera się na oścież, „ja” wychodzi z siebie i roztwarza się w przestworze. Natomiast na Południu jest tłoczno, przestrzeni nie widać, nawet morze nie oddaje dali, bo co rusz jakieś wyspy i półwyspy zasłaniają widnokrąg. A ląd stały tylko z nazwy jest „stały”, bo co jakiś czas wybuch wulkanu lub inne trzęsienie ziemi odmieniają jego powierzchnię nie do poznaki. Jak to wydarzyło się ongiś w Pozzuoli. Tam w 1564 roku wychynął z ziemi na Polach Flegrejskich nowy wulkan (Monte Nuovo) niby świeżo upieczona wielkanocna baba, 133 metry nad powierzchnią morza. Owa góra zmyliła Alaina Nadauda, poszukiwacza wejścia do Hadesu, dlatego nie od razu dotarł do Averno, bo wziął ją z prawej strony, a trzeba było z lewej, od jeziora Lucrino. Notabene Lucrino już za Nerona słynęło z ostryg, które Seneka Starszy w liście do Lucyliusza polecał otwierać dopiero przy stole, a gdzie indziej narzekał, że karmione mułem, zamulają żołądek. Dziś w restauracji nad Lucrino też podają ostrygi. Przywożą je z Francji po dwunastej.

Przestrzeń na Południu jakby się zagęszcza w takim sensie, w jakim mawiał Francis Bacon o swojej sztuce, że nie ilustruje ona rzeczywistości, tylko ją… kondensuje. Lecz to, co dla jednych jest pięknem, u drugich wywołuje przesyt. Andriej Tarkowski żalił się, że w landszaftach Italii nie ma głębi, same krasoty– skarżył się na planie filmu-dokumentu z podróży po Amalfi i Apulii – „płaskie jak ikona, nie ma w co się wgłębić…”. A swoją piękną włoską Nostalgię zakończył obrazkiem ruskiej drewnianej izby, przypominającej nasz dom nad Oniego.

Bliski jest mi i Francis Bacon, i Andriej Tarkowski, każdy po swojemu. Z Rosjaninem nie zgadzam się, co do tego „wgłębiania”. On patrzył okiem kamery, dlatego widział powierzchnię, ja próbuję zajrzeć w głąb czasu, traktując czas południowy jako wielowątkową powieść.Natomiast jeśli chodzi o Anglika, jego „kondensacja” jest przejmująca, lecz w języku da się zgęszczać rzeczywistość, niekoniecznie ją deformując. Dawni mistrzowie potrafili umieścić cały kosmos w martwej naturze. Dużo trudniej w miniaturze zawrzeć czas.

*

Dom nad Oniego ciągle stoi. Moja żona Natasza uzyskuje granty na jego konserwację i dalsze funkcjonowanie w ramach inicjatyw kulturalno-etnograficznych. Rzecz jasna, zawsze możemy do Kondy pojechać i spędzić w domu nad Oniego mniej lub więcej czasu, lecz powrócić doń na stałe, aby znów stał się moją fabułą – nie. To byłby krok wspak.

Od sześciu lat mieszkamy na włoskim Południu. W tych latach przydarzyło mi się coś zaskakującego – zestarzałem się… Nie tyle nawet fizycznie, co psychicznie pojąłem, że odstaję od świata, nie nadążam. Bycie starym, mawiał Herbert, to nie tylko cierpieć na artretyzm, lecz przede wszystkim należeć do świata pojęć, których współczesność nie rozumie, jakby się miało inny, dawno wyczerpany słownik, inny atlas, inną księgę świata. To poczucie starości ma związek z miejscem; tutaj, nie ruszając się z domu, zaglądam do studni wieków. Wygasły wulkan Epomeo, którego wysmukła sylwetka nad Ischią sterczy co rano w moim oknie na tle bladego nieba, przypomina mi, że Hellenowie z Eubei już prawie trzy tysiące lat temu założyli tam swoją kolonię, a Monte Circeo w rdzawym świetle zachodzącego słońca sprawia, że przed snem sięgam po Homera, marząc o pięknej czarodziejce. Na każdym kroku uderza tu nietrwałość epok, co były i przeminęły, zostawiając po sobie jeno ruiny i parę tekstów, które warto jeszcze przed odejściem przeczytać, zamiast uganiać się za hitami dzisiejszego dnia. Południe pozwala na obserwację procesu starzenia się, klimat tu sprzyja podeszłemu wiekowi, a na Północy mógłbym starość przeoczyć, skupiony na surowej walce o byt i nie zauważyć, że kres się zbliża. Na rekapitulację jeszcze za wcześnie.

Mam natomiast określone wnioski. Ruska Północ dla pisarza oraz jego czytelników jest swego rodzaju białą plamą na mapie literatury, słabo zbadanym terenem, a więc wystarczy o byle czym opowiadać — od łódki kiżankikalitki, starowierców i skomorochów do ruskiej bani i bylin — aby znaleźć u czytelników posłuch i uraczyć ich nowalijką. Zupełnie inaczej ma się rzecz z włoskim Południem, tu każda piędź ziemi była po stokroć opisywana, począwszy od Homera, greckich geografów, rzymskich historyków i poetów, a kończąc na Petrarce, Goethem, Stendhalu czy Muratowie, o Polakach nie wspominając – od Ciołka i Reszki po Herlinga-Grudzińskiego. Byle Odyniec bajał tu o Bajach.

Północ można było opisać, nie czytając, jak ów Czukcza, który wyśpiewywał, co widzi. Południe wymaga rzetelnej lektury, niczym ogromna Księga, do której wiele pokoleń wpisywało własne teksty w różnych językach i pierwej trzeba uważnie je odczytać, a dopiero później na marginesie bądź między wersami zanotować jakąś myśl od siebie, wyjaśnić w zwięzłym scholium zapomniane wyrażenie lub skomentować krótką glosą przeczytane. Słowem, nie pisarzem być, a scholiastą.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Mariusz Wilk, Patrząc Wilkiem: Błąd, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 63

Przypisy

    Powiązane artykuły