22.10.2020

Nowy Napis Co Tydzień #072 / Pisarz, który śnił pod wiatr. Biografia Zbigniewa Wilczyńskiego (1954–2008)

Opublikowana w 1988 roku debiutancka powieść Zbigniewa Wilczyńskiego Sen pod wiatr jest od 2019 roku dostępna w postaci skanów na stronie internetowej Federacji Bibliotek Cyfrowych, które można przeglądać w czytelniach Biblioteki Narodowej i w sieci bibliotek wojewódzkichZob. https://fbc.pionier.net.pl/details/nnlxzxb [dostęp: 27.12.2019]. Natomiast zmieniona przez autora wersja tej powieści, głównie ze względu na didaskalia (na przykład aktualizacja policyjnych stopni służbowych), dostępna jest od 2006 roku w plikach tekstowych Worda i w formacie PDF na stronie internetowej portalu czytelniczego „BiblioNETka.pl”, zob. www.biblionetka.pl [dostęp: 20.04.2020].[1]. Nagrodzona w ogłoszonym w 1986 roku ogólnopolskim konkursie literackim „Moje miejsce” i dedykowana siostrze pisarza Marioli Wilczyńskiej książka została wydana w Warszawie w zainicjowanej w 1986 roku przez Młodzieżową Agencję Wydawniczą (MAW)M. Rogoż, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza (1974–1990), „Roczniki Biblioteczne” 2011, nr 55, s. 113–142; http://wuwr.pl/rbibl/article/view/3558/3426 [dostęp: 21.04.2020].[2] serii wydawniczej „Debiuty Prozatorskie”W.K., Nowa seria MAW „Debiuty prozatorskie”, „Przegląd Księgarski i Wydawniczy” 1989, nr 26 (2), s. 14; S. Stanik, Urodzajny rok MAW-u, „Kierunki” 1989, nr 19, s. 11; Polska Bibliografia Literacka 1988–2003, Instytut Badań Literackich w Warszawie, Pracownia Bibliografii Bieżącej w Poznaniu, http://pbl.ibl.poznan.pl/ [dostęp: 21.04.2020].[3], w której obok Zbigniewa Wilczyńskiego swoje pierwsze (w większości) książki opublikowali autorzy urodzeni w latach 1935–1961, a mianowicie: Jacek Pankiewicz, Krzysztof Lipka, Jan Tulik, Andrzej Milik-Wiśniewski (zmarły w 1990 roku), Jan Krzysztof Adamkiewicz (zmarły w 1986 roku) czy Marek Zgaiński. Omawiana seria wydawnicza objęła tylko siedem książek, przy czym trzy z nich to zbiory opowiadań (było tak w przypadku Lipki, Tulika i Zgaińskiego). Okładki zaprojektował Maciej Buszewicz, od 2003 roku profesor zwyczajny w Katedrze Projektowania Książki i Ilustracji, Wydział Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie S. Giżka, Arystokrata wśród projektantów, https://culture.pl/pl/tworca/maciej-buszewicz [dostęp: 21.04.2020].[4] i członek nadzorującej w Polsce awanse naukowe Rady Doskonałości Naukowej.

Pomimo tego, że książki Krzysztofa Lipki i Jana Tulika oznaczone są jako „Debiuty Prozatorskie 1986”, to faktycznie zostały wydane, odpowiednio, w końcu 1988 i 1989 roku. Natomiast pozostałe pięć książek, w tej serii sygnowane jako „Debiuty Prozatorskie 1987”, faktycznie ukazały się na rynku księgarskim w 1988 roku. Odzew krytyczny nie był duży – według Polskiej Bibliografii Literackiej za lata 1988–2003 najczęściej była recenzowana książka Marka Zgaińskiego i Jana Krzysztofa Adamkiewicza (odpowiednio 8 i 4 razy), następnie Andrzeja Milika-Wiśniewskiego, Jana Tulika, Zbigniewa Wilczyńskiego – 3 razy (tego ostatniego recenzowali Wach, MoK, KoprowskiT. Wach, Opowieść o zmasakrowanym włamywaczu, „Nowe Książki” 1989, nr 50 (5), s. 12–13.; MoK, Literatura piękna. Zbigniew Wilczyński, Sen pod wiatr, „Świat Książki” 1989, nr 2 (11), s. 9; M. Koprowski, Debiut pod wiatr, „Kalejdoskop” 1989, nr 12 (10), s. 39–40.[5]), a książka Lipki tylko raz, ale za to była jej poświęcona piętnastominutowa audycja radiowa z cyklu „Książka tygodnia” wyemitowana na antenie Programu III Polskiego Radia.

Ten nikły rezonans krytycznoliteracki i słaba recepcja w świadomości odbiorców literatury wynika nie tylko z indywidualnych kontekstów biograficznych wspomnianych siedmiu debiutujących pisarzy, ale mógł być także spowodowany tym, że wydawana przez MAW seria debiutów prozatorskich, jak zauważała Dorota Heck, „trafiła w próżnię, gdyż czytelnicy w latach osiemdziesiątych XX wieku masowo tracili zaufanie do oficjalnego obiegu wydawniczego”D. Heck (M. Tarczyńska), Roczniki, pokolenia, rytm, „Nowy Napis” 18.03.2020, https://nowynapis.eu/czytelnia/artykul/roczniki-pokolenia-rytm [dostęp: 21.04.2020].[6].Inną przyczyną mogło być to, co odnotował Mieczysław Orski: ówczesna

[…] krytyka literacka stricto sensu objawiła zadziwiającą dezorientację i dyletantyzm w obrębie wszystkiego, co nastąpiło w literaturze od roku 1989, gdy polityczna kontestacja przerodziła się w społeczną abnegacjęM. Orski, A mury runęły. Książka o nowej literaturze, Wrocław 1995, s. 14–15.[7].

Nie był pisarzem gabinetowym

W zamieszczonym na końcu wydanej w 1988 roku powieści Sen pod wiatr posłowiuZ. Wilczyński, Sen pod wiatr, Seria: Debiuty Prozatorskie 1987, Warszawa 1988, s. 292–293.[8], którego autorem jest prawdopodobnie znakomity poeta, wytrwały edytor i niestrudzony w czasach PRL animator życia literackiego Jerzy Leszin-Koperski (1935–2013), w latach 1980–1991 kierownik Redakcji Młodego Ruchu Artystycznego i Debiutów MAW, możemy przeczytać, co następuje:

Oczywiście – książki nie trzeba przedstawiać. Albo obroni się sama, albo przepadnie. Jeśli jednak zdecydowaliśmy się zaproponować jeszcze kilka słów po zakończeniu lektury, to dlatego, że są Państwo być może ciekawi paru szczegółów dotyczących Autora. Otóż w roku 1986 nasza redakcja rozstrzygnęła konkurs („Moje miejsce”) na debiut prozatorski. Kiedy jury otwarło wreszcie koperty z personaliami laureatów, okazało się, że pod dziwnym godłem „Obdogadob” ukrywa się właśnie Zbigniew Wilczyński. Nie, nie zamierzamy prezentować tu notki biograficznej, chociaż Wilczyński nie jest postacią banalną ani pisarzem gabinetowym. Jego los toczy się (a przynajmniej dotąd się toczył) prawie tak burzliwie, jak losy bohaterów Snu pod wiatr. Gdyby nie fakt, że to bardzo zobowiązuje młodego autora, powiedzielibyśmy o pewnym podobieństwie do życiorysu samego Jacka Londona. Mamy zresztą nadzieję, że przyszłość literacka naszego debiutanta ułoży się równie pomyślnie. W trakcie przygotowywania książki Zbyszek bywał u nas, w redakcji, poznaliśmy go więc lepiej. Okazał się człowiekiem skromnym, aż tak skromnym, że nie chciał narzucić Państwu własnego komentarza. Jego motto pisarskie dałoby się określić mniej więcej tak: należy pisać dobre książki, za które otrzymuje się godziwe wynagrodzenie. To ostatnie (czyli honorarium) – jak uważa Wilczyński – czyni z amatora zawodowca: pozwala utrzymywać się z pisania. A Zbyszek Wilczyński stawia na zawodowstwo – czyli wielki wysiłek, wielką rzetelność, wielką troskę o zaspokojenie potrzeb swojego czytelnika. Do wyznaczonego celu dąży od dawna. Urodzony pod znakiem czwórki (4.04.54) w Łodzi, tam też żyje i mieszka. Pisarzem postanowił zostać w wieku lat czternastu: jak więc widać konsekwencji mu nie brakuje. Tematów szukał w rozmaitych miejscach, bo imał się rozmaitych profesji, pracował w drukarni filmowej i w magazynie zakładów bawełnianych, i wykonywał formy gipsowe dla rzemiosła, i wyrabiał artykuły z tworzyw sztucznych. Zdarzało mu się trudnić jeszcze bardziej nietypowymi dla literata zajęciami. Jako pisarz zaistniał Wilczyński opowiadaniem Normalnym kursem (wyróżnionym w konkursie „Iskier”, 1976), wydrukowanym na łamach nieistniejącego już czasopisma „Nowy Wyraz”, a następnie w antologii Wszystkie barwy tęczy. Fakt debiutu zbiorowego skwitował dużo później Zbyszek z humorem: „Opowiadań w tej antologii było 27, tyluż autorów, sądzę więc, że cały nakład (4 tysiące egz.) wykupiliśmy my, autorzy, i nasze rodziny. To wszystko”. Otóż nie wszystko. Sen pod wiatr wydaliśmy [MAW – przyp. red.] w nakładzie wyższym niż 4 tys. egz., bo wiemy, że książka znajdzie czytelnika. Jest tego warta. […] cieszymy się, że oddaliśmy do rąk Państwa sensacyjny, ale niepozbawiony głębszych wartości utwór jako jeszcze jedną naszą pozycję literackąZ. Wilczyński, Sen pod wiatr, Warszawa 1988, s. 292–293.[9].

Sam Wilczyński okoliczności powstania i pierwszego wydania powieści Sen pod wiatr skomentował w lutym 2006 roku następująco:

Zaczęło się od pomysłu bardzo ogólnego, który dość długo nosiłem w sobie, aż nabrał bardziej konkretnych kształtów. Wtedy napisałem coś w rodzaju konspektu. Gdy myślałem nad kolejnymi punktami tego konspektu, w którymś momencie najpierw zacząłem w wyobraźni odtwarzać poszczególne wydarzenia, a potem je przeżywać. Czasami zapisywałem w formie krótkich notatek to, co z tych przeżyć wynikało. I tak to z przerwami trwało blisko rok. Gdy zacząłem pisać [Sen pod wiatr – przyp. red.], proces przeżywania rozpoczął się od nowa; wtedy właśnie struktura powieści nabrała tego, co ty nazywasz matematyczną precyzją. I może jakaś precyzja w tym jest. Ja starałem się przeżyć i wyobrazić tylko to, co w normalnym codziennym życiu jest możliwe, czyli eliminowałem rożne cudowności. Mam wykształcenie średnie ogólne, można więc z tego wyciągnąć wniosek, że więcej zawdzięczam samokształceniu i lekturom niż nauce formalnej.

U mnie podział na czas tworzenia i czas pisania jest dość wyraźny. […] Bo gdy piszę, włącza się we mnie coś, co pozwala mi wejść w świat bohatera, być tam gdzie on, widzieć to, co on i myśleć tak, jak on. Jeśli jest to główny bohater, podejmowane przez niego decyzje mają silny wpływ na dalszy bieg powieści, czyli na proces tworzenia. A tak w ogóle to dla mnie najtrudniej jest zacząć. Tworzyć i pisać.

Akcja Snu pod wiatr zaczyna się w „Uniwersalu” [wtedy największym domu towarowym w Łodzi – przyp. GB]; żeby obejrzeć taki „kołchoz” w naturze nie musiałem się nigdzie daleko wybierać, wystarczyło przejść kilkadziesiąt metrów [od mojego mieszkania – przyp. GB]. A na dokładkę kilka lat wcześniej bywałem na zapleczu „Uniwersalu”, bo miały tam praktyki koleżanki z Liceum Ekonomicznego. Ale dalej w powieść to już nie jest Łódź. Ot, stworzyłem miasto, którego nie ma, i na szczęście do końca książki nie musiałem go nazwaćZ. Wilczyński, Spotkanie numer jeden [w:] Tenże, Wierzchołek cienia. Opowiadania rozproszone, red. G. Bazylak, Łódź 2014, s. 117–138.[10].

Wybitny eseista, publicysta i krytyk literacki Mieczysław Orski, redaktor naczelny miesięcznika „Odra”, zasugerował w swojej recenzjiM. Orski (Or.), Nad książkami, „Odra” 2018, nr 10 (672), s. 119.[11] istnienie pewnego pokrewieństwa pomiędzy „impulsem kontestacyjnym”M. Orski, Autokreacje i mitologie. Zwięzły opis spraw literatury lat 90, Wrocław 1997, s. 5.[12] obecnym w prozie Zbigniewa Wilczyńskiego oraz twórczością starszego od niego o 21 lat znakomitego prozaika Marka Nowakowskiego. Istotnie, nawet tytuły ich powieści są podobne: Nowakowskiego Książę nocy (1978) i Wilczyńskiego Człowiek nocy (wydanie pośmiertne w 2018 roku). Pomimo tego, że debiuty książkowe Nowakowskiego (1958) i Wilczyńskiego (1988) dzieli 30 lat, to w powieściach i opowiadaniach obydwóch pisarzy, które odnoszą się do Peerelowskich realiów dwóch największych polskich miast, Warszawy i Łodzi – nota bene w 1915 roku były to, obok Petersburga i Odessy, największe miasta Imperium Rosyjskiego – daje się wyróżnić kilka analogicznych problemów aksjologicznych, dominujących strategii poznawczo-etycznych, zbieżnych planów fabularnych, zasadniczych wątków narracyjnych i osiągniętych efektów artystycznych. Przykłady, które podaje Orski, to między innymi fakt, że pisarzy interesuje „margines społeczny, który skupia uwagę pisarza, niemal się tam zatraca”M. Orski, Mitologie dawnych, patologie nowych dzielnic [w:] Tenże, Kontestator wśród narodowych znaków, Wrocław 1989, s. 67–77.[13]; akcja, która toczy się „wśród proletariatu przedmieść, wędrówka retrospektywna, motyw powrotnej podróży”Tamże, s. 68–70.[14]; „zmaganie się z jednoznacznością obrazu świata przedstawionego”Tamże, s. 68–69.[15]; „demitologizacja i krytyczna ocena struktury społecznej, w której niegdyś i autor sam się mieścił”Tamże, s. 69.[16], „współzależność narratora i bohatera, z domyślną na zapleczu postacią autora”Tamże, s. 70.[17] oraz „rozpad kumplostwa, jako metody wartościowania etycznego i obrony przed homogenizacją społeczną”Tamże, s. 71–73.[18].

W opowiadaniach i powieściach Nowakowskiego oraz Wilczyńskiego

[…] słabi albo przegrywają, albo kształcą się w sztuce kalkulacji i mściwości. „Inni” przemykają się chyłkiem pod murem bądź płotem, otrzymują należne razyTamże, s. 76.[19].

Coś, co nie zniknęło do dzisiaj, nawet pod „okrągłostołowym” i „europejskim” walcem transformacji, jaki przeszedł przez nasz piękny kraj od 1989 roku… Co więcej, to w prozie tych dwóch pisarzy została uchwycona pewna trwała, wywołana industrializacją, a potem globalizacją, nasilająca się tendencja społeczna, która polega na tym, że

[…] ludzi nie łączy dziś już żaden rzeczywisty związek uczuć, kodeks honorowy, nawet ten lumpowski, żaden system wartości, poza pragmatycznością, oddają się z rutyną zimnej rywalizacji, polowaniu na dobra doczesneTamże, s. 76–77.[20].

Do pewnego stopnia wspólny dla obu tych pisarzy, pomimo dzielącego ich odstępu generacyjnego i całkiem innych życiowych doświadczeń, był też stosunek krytyków literackich do ich twórczości: „na ogół nie dostrzegali i nie doceniali ponad obyczajowego, uniwersalnego wymiaru tego pisarstwa, lekceważyli jego paraboliczność, intencjonalność”Tamże, s. 74.[21]. Reprezentatywnym przykładem może być pełna „dobrych rad” recenzja Snu pod wiatr z 1989 rokuCytuję: „Zbigniew Wilczyński – rocznik 1954 – debiutował w prasie na łamach „Nowego Wyrazu” w roku 1976 opowiadaniem „Normalnym kursem”, nagrodzonym przez „Iskry”. Opowiadanie weszło później do antologii debiutujących prozaików „Wszystkie barwy tęczy”. Jednak, zważywszy wąski zasięg publikacji, o tych początkach trudno mówić jako o literackim zdarzeniu większego kalibru. Na pewno obecne wydanie samodzielnej książki, będącej pokłosiem konkursu MAW-u, ma znacznie większe szanse zwrócenia uwagi na autora. Powieść Wilczyńskiego wyróżnia fabularna sprawność, umiejętność trzymania w napięciu, wartkość akcji. Autor konstruuje ją niczym dobry kryminał. Cała historia zaczyna się w momencie, gdy młodociana grupa przestępcza szykuje kolejny skok, włamanie do domu towarowego. Skok kończy się wpadką szefa gangu, „Konia”, schwytanego na gorącym uczynku. Nie jest to przypadek czy niefart przy robocie. Zdradziła dziewczyna „Konia”, która poinformowała milicję o włamaniu. Główny bohater poniósł karę sam, za wszystkich swoich kumpli, bo nikogo nie sypnął w śledztwie. Dlaczego Anka z premedytacją go wydała, czy była to zemsta? Przypuszczenie takie byłoby w pełni usprawiedliwione, gdybyśmy czytali rzeczywiście kryminał, ale autor ma inne ambicje i chodzi mu raczej o pogłębioną powieść psychologiczną. Okazuje się więc, że motywem postępowania Anki była desperacka chęć uwolnienia siebie i kolegów od dominującego przywódcy i pragnienie powrotu do normalnego życia. W dziesięć lat później każdy z nich jest na tyle dobrze ustawiony w normalnym życiu, iż można mniemać, że uwolnili się raz na zawsze od swej przeszłości. Ale wtedy do miasta wspólnej młodości wraca Marek – czyli „Koń”. Po co wrócił? Dlaczego nie od razu po odsiedzianym wyroku, lecz w kilka lat później? Chciał uśpić ich czujność, czy znienacka zaatakować? Wyobraźnia podsuwa sugestywnie takie przypuszczenia, wzmagające poczucie zagrożenia. Trzeba powiedzieć, że jest to najlepsza część powieści. Autor penetruje psychologiczne mechanizmy ludzkich reakcji; lęk mobilizujący do działania na oślep w myśl zasady, że lepiej cios zadać pierwszemu. Autor interesująco prowadzi analizę stanu zagrożenia. Niestety pod koniec gubi ten wątek, by pogonić za sensacją. Wytrawnego psychologa winno cechować większe opanowanie. Lawina pomysłów w finale nie służy głębi. Czy warto mnożyć efekty kosztem refleksji? Na przyszłość widzę dwa wyjścia: albo okiełznać żywiołowe unoszenie się na fali akcji, albo powściągnąć ambicję i pisać po prostu kryminały.” MoK, Literatura piękna. Zbigniew Wilczyński, Sen pod wiatr, „Świat Książki” 1989, nr 2 (11), s. 9.[22].

„Znałem ludzi i charaktery”

Sprawa opisanej dość szczegółowo w tej powieści jednej ze znanych łódzkich „enklaw kurew, opryszków i złodziei”M. Koprowski, Debiut pod wiatr „Kalejdoskop”1989, nr 12 (10), s. 39–40.[23] – a przy okazji metoda twórcza pisarza – została przez Zbigniewa Wilczyńskiego wyjaśniona w 2006 rokuZ. Wilczyński, Spotkanie numer jeden…, s. 117–138.[24]:

Tak naprawdę w Śnie pod wiatr nie ma jednolitego środowiska, choć można odnieść takie wrażenie, ponieważ mimowolnie – używając kolokwializmów i zwrotów gwarowych – wycisnąłem na książce piętno półświatka, dość szczególnego, indywidualnego, własnego półświatka. Poniekąd się do tego zmusiłem, gdy wybrałem na głównego bohatera człowieka, który ma w życiorysie wyrok i odsiadkę. A to, że żyję obok specyficznego środowiska... Cóż, wielu ludzi żyje OBOK specyficznych środowisk, lecz – izolując się we własnym specyficznym środowisku – nie potrafi ich dostrzec. Ja potrafię. Dla mnie to są ludzie, żywi ludzie; podczas pisania żyją i tylko ode mnie zależy, czy będą żyli także podczas czytania. Można z tego wysnuć wniosek, że w każdym z tych ludzi jest cząstka mnie – i będzie to wniosek prawdziwy. Także w stosunku do kobiet: w każdej z nich jest „kawałek” z mojego „ja”. Z grubsza znałem ludzi i charaktery, ale nawet z grubsza nie kreśliłem sztywnych ram, poza które nie mogliby wyjść. Czyli [ludzie ze Snu pod wiatr – przyp. GB] zmieniali się w miarę rozwoju powieści – ewentualnie to ja ich zmieniałem. Spotykasz ich na co dzień, tylko ich nie zauważasz. Stałem kiedyś na przystanku autobusowym, gdy usłyszałem za plecami dziwne trzeszczenie. Obejrzałem się. To „na sucho” golił się facet, taki mniej więcej w moim wieku. Towarzyszyły mu dwie kobiety i dwóch mężczyzn. Nie będę tu opisywał, jak wyglądali, dość, że rozpoznałem w nich bezdomnych. Jak to się stało, że nie zauważyłem ich wcześniej? Po prostu zacząłem pisarzem „bywać”, a nie być. Tu, gdzie mieszkam [przy ulicy Zarzewskiej 17 w Łodzi, na odcinku między placem Niepodległości i ulicą Kruczą – przyp. GB], mieszkają również przynajmniej dwie duże rodziny romskie. Gdy się tu sprowadziłem w 1977 roku, byłem zdziwiony, że Romów jest tak wielu i że tak zwyczajnie mieszkają między nami. Żeby ich poznać, zacząłem pytać, obserwować, słuchać. I dość szybko nauczyłem się traktować ich jak swoich, co zresztą zaprocentowało podobnym traktowaniem z ich strony. Nie to, żebym stał się jednym z nich czy żebym żył między nimi. Nie. Po prostu ci zbliżeni do mnie wiekiem uznali mnie za „swojego”. Tak naprawdę [opisana w Śnie pod wiatr – przyp. GB] paczka Marka boi się własnego wyobrażenia strachu przed nim, choć dla nich to wyobrażenie było na tyle konkretne, że zdecydowali się posłać go do pudła. Konkretne, a jednak niedopowiedziane do ostatniego słowa. Pisząc, wyobrażałem sobie ten strach, wyobrażałem sobie dla każdego z członków paczki kolejno, gdy „wchodzili mi na warsztat”, i za każdym razem to wyobrażenie było inne, a najbardziej dojmujące i samonakręcające się wtedy, gdy zostawiałem je trochę niedopowiedziane, bez przysłowiowej kropki nad „i”. Bo wątpliwości orzą sumienia i mogą je przeorać na nice. Moralnie najczystszy Marek… Tu też nie potrzeba kropki nad „i”.

Z opublikowanej w 1989 roku jednej z pierwszych recenzji Snu pod wiatr, której autorem jest Marek Koprowski (1947–2009), dziennikarz, poeta, prozaik i krytyk literacki, a prywatnie długoletni bliski przyjaciel Zbigniewa Wilczyńskiego, dowiadujemy się o dalszych szczegółach z życia pisarza:

Napisał jedno krótkie opowiadanie, dostrzeżone i opublikowane w antologii młodych. Wszystkie inne rozrastały mu się do setek stron. Nie baruje się już z krótką formą, pisze tylko powieści. Nie głaskało go życie po głowie, doświadczając tragicznie, chcąc jakby zbadać, ile może wytrzymać człowiek. Czas pomiędzy tragediami osobistymi i dramatami twórcy odrzucanego, wypełniały nieznośnie długie miesiące oczekiwania. Dostawał listy złe i dobre. Te dobre kończyły się jednak słowami: „tak, ale…”. Odrzucono mu maszynopis powieści, gdyż, według jednej z recenzentek, za dużo jest tam słów wulgarnych. Owszem, używa języka męskiego, twardego, i w życiu, i w twórczości. Lecz w twórczości tylko wtedy, gdy naprawdę trzeba. Jest niepokorny, zadziorny, nikomu nie czapkuje i nie wślizguje się w łaski. Potrafi celnymi argumentami wygrywać polemiki z tzw. autorytetami. Jest precyzyjny. Drabinkę do jednej ze swych powieści rozpisał drobiazgowo na minuty.

Pisał i czekał. Nie rezygnował. Jednocześnie, by z czegoś żyć, pracował: najpierw w fabrycznym magazynie, później u rzemieślnika lepiąc gipsowe świnki skarbonki, jeszcze później wyciszając drzwi. Teraz już tylko pisze. I wreszcie przyszedł sukces. Zdobył wyróżnienie w konkursie rozpisanym przez Młodzieżową Agencję Wydawniczą na debiut powieściowy. Niedawno jego Sen pod wiatr pojawił się w księgarniach. Mieszka w Łodzi przy ul. Zarzewskiej, w otoczeniu opryszków, kurew i złodziei; wymaga to mocnego charakteru również w pięściach. Jakoś sobie z tym radzi. Jego powieść opowiada i o takich ludziach. To powieść sensacyjna z ambicjami. Na pewno spełnia warunki dobrej literatury. Jest świetnie napisana. Z gatunku tych, które odkłada się po przewróceniu ostatniej kartki i przeczytaniu – z rozpędu – metryczki.

Autor jest świetnym obserwatorem i podglądaczem rzeczywistości. Maluje kapitalne obrazki obyczajowe, a sceny bójki na pięści i gry w karty, to prawdziwe majstersztyki. Dodatkowym walorem powieści jest język: żywy, soczysty, niepokrętny. Książka jest dobrze napisana po polsku! Na obwolucie wydawca napisał, że debiut ten rokuje jak najlepsze nadzieje. Poszedł za ciosem. Dwie następne powieści czekają na druk. Kolejną właśnie skończył pisać i zaczął nową. „W głowie” ma jeszcze kilka […]M. Koprowski, Debiut pod wiatr…, s. 39–40.[25].

W styczniu 2006 roku Bogna Wolniewicz w swojej recenzji powieści „Sen pod wiatr” pisała z koleiB. Wolniewicz, A w tle hard rock, https://www.biblionetka.pl/art.aspx?id=25381 [dostęp: 27.06.2014].[26]:

To najlepsza polska książka współczesna, jaką ostatnio czytałam.Wszystkie postacie powieści są świetnie skonstruowane pod względem psychologicznym, każda ma inną osobowość, ich sposób zachowania, mówienia, słownictwo, sytuacje, w jakich się znajdują, dla mnie całkiem obce, stanowiły nie lada gratkę poznawczą.Autor jest świetnym obserwatorem i różne sceny opisane są tak, jak byśmy tam byli: gra w karty czy opisy bójek to prawdziwe majstersztyki. Język zaś żywy, soczysty, wspaniale dopasowany do każdej z opisywanych scen. Zachwyciły mnie opisy, gdzie uczucia i troska o drugą osobę są ważniejsze od życia, w momencie zaś, gdzie nastąpił zwrot akcji, tak się wzruszyłam, że nie mogłam dalej czytać. Są sceny z muzyką, stąd tytuł recenzji. Bo muzykę słyszałam cały czas, czytając tę powieść - raz głośną, ostrą, innym razem liryczną, w zależności od tego, co się działo i co mówili bohaterowie tej książki. Akcja, bardzo dynamiczna, wręcz z matematyczną dokładnością zmierza do końca. Jakiego końca? Autor cały czas trzyma nas w napięciu, jak to się skończy?

Można sobie zdać pytanie, dlaczego zatem pisarz tej klasy jest praktycznie nieznany? Wydaje się, że zadecydowały o tym zapoczątkowane w Polsce po roku 1990 tak zwane rynkowe przemiany na rynku wydawniczym, księgarskim i czytelniczym, lawinowy dostęp do tłumaczeń z literatury obcej, często o niewielkiej wartości artystycznej, ale zapewniającej szybki zbyt i wysoki zwrot poniesionych nakładów finansowych, a co ważniejsze, stymulującej skutecznie kształtowanie się osoby nowego typu: indywidualistycznej, podzielnej i sprywatyzowanej. W twórczości Wilczyńskiego aksjologia tego typu jest przedmiotem krytyki, a o trafności jego ocen przekonujemy się dopiero w teraz, w drugiej dekadzie XXI wieku, w warunkach wieloaspektowego kryzysu całej cywilizacji zachodniej.  

Pierwotny wstręt

Jak zauważył kiedyś Mieczysław Orski:

Obsesyjnym wątkiem licznych opowiadań Marka Nowakowskiego jest obywatelski rachunek sumienia przeprowadzony w imię – czy może w zastępstwie społeczeństwa polskiego [i jak pisarze młodego pokolenia – przyp. GB] demonstruje swoje zniechęcenie do całokształtu sfery publicznej, która ich zdaniem została sprymitywizowana, czasem wręcz zhańbiona po obu stronach barykady politycznej, czyli zarówno przez byłą władzę i rzeczników polskiego realsocjalizmu, jak i opozycjęM. Orski, A mury runęły…, s. 13–15.[27].

Niewątpliwie Zbigniew Wilczyński miał pełne prawo, aby podzielać taką opinię, gdyż był aktywnym uczestnikiem solidarnościowej akcji strajkowej we wrześniu 1980 roku w łódzkim „Maltexie”J. Indelak, Trzecia fala, „Odgłosy.” 1980, nr 38 (1 189), s. 1–3.[28]. Zbiegło się to z nagłą i tragiczną śmiercią jego chorej żony, a w konsekwencji spotęgowało towarzyszące mu od wczesnego dzieciństwa poczucie dezintegracji, rozbicia i braku stabilizacji, które brało się stąd, że wyrastał się w niepełnej rodzinie (w 1958 roku, gdy przyszły pisarz miał niespełna 4 lata, zmarł w sile wieku jego ojciec, a wkrótce potem, w grudniu tego samego roku, jego dziadek ze strony matki). Wychowywany latami w otoczeniu zdominowanym przez kobiety – matkę, babkę, ciotkę i starszą siostrę – stał się niespokojnym nadwrażliwcem, żyjącym przez długi czas przeważnie wśród wyobrażeń i projekcji męskich postaw, wyborów i sposobów działania.

Wydaje się jednak, że o ile twórczością Marka Nowakowskiego kieruje arbitralne przesłanie moralne, to o aktywności twórczej Zbigniewa Wilczyńskiego decyduje raczej instynktowny, elementarny i pierwotny wstręt, bo, jak zauważa Julia Kristeva, to „w gruncie rzeczy […] odwrotna strona kodów moralnych, na których opiera się zdrowy sen jednostek i spokój społeczeństw”J. Kristeva, Potęga obrzydzenia. Esej o wstręcie, tłum. M. Falski, Kraków 2007, s. 194.[29]. Być może do takiego właśnie pojęcia snu odwołuje się tytuł interesującej nas powieści Wilczyńskiego – sen zapewniony przez wspomagane konformizmem wyparcie obrzydzenia i wstrętu, którego powrót, nawet pod wiatr bieżących wydarzeń, wywoła oczyszczającą apokalipsę.

Wykorzystanie w powieści Sen pod wiatr schematu powieści kryminalnej ma niewątpliwie charakter prowokacji – jej realistyczni bohaterowie są niezwykle „prawdziwi”, ale z drugiej strony są wielką niewiadomą, pojawiają się i znikają, robią coś bez przyczyny albo bez względu na konsekwencje, właśnie jak we śnie. Wilczyński, unikając jednoznacznej oceny swoich bohaterów, opowiada nam straszy sen, a ktoś, komu śni się taki sen uspokaja przecież sam siebie, śniąc – „to przecież tylko sen”.

A zatem Wilczyński, mistrzowsko posługując się suspensem, opowiada coś nie całkiem naprawdę, nie całkiem serio, ale równocześnie zaskakuje nas trudną, budzącą wstręt prawdą o nas samych, „doprowadza do eksplozji najbardziej ukrytą logikę naszych lęków i nienawiści”Tamże, s. 195.[30], dowodząc przy tym, że literatura bierze górę nad koszmarną rzeczywistością tylko wtedy, gdy pozbawia ją jej sekretów. Wstręt obejrzany we śnie, coś odkrytego (na własne oczy), a zarazem na co dzień niewidocznego, zachęca nas abyśmy się w nim (wstręcie i śnie, osobno i razem) rozpoznali, bez wyłupiania sobie oczu (oślepienia jako kastracji)Tamże, s. 85.[31], oto według mnie ukryty sens tej znakomitej powieści, w ten sposób indywidualna i społeczna „hańba nie zostaje zanegowana, lecz określona jako obca”Tamże, s. 82.[32].

Nieprzeciętną wnikliwością wykazał się wybitny lubelski kulturoznawca, socjolog, specjalista od rozwiązywania problemów alkoholowych Tomasz Wach (zm. 2016), pracownik naukowy KUL i autor wielu rozpraw o resocjalizacji nieletnichZob. Anonim, Pośmiertna wystawa, sylwetka i publikacje: Vita mutatur non tollitur, http://www.bu.kul.pl/art_72617.html [dostęp: 30.04.2020]; L. Wojtowicz, Odszedł dr hab. Tomasz Wach; https://www.kul.pl/art_71865.html [dostęp: 30.04.2020].[33], który na temat omawianej powieści Wilczyńskiego pisał w 1989 roku, co następuje:

Rzecznicy realizmu uczynili z literatury narzędzie służące do zapisu rzeczywistości, w której szczytne ideały sięgają zazwyczaj dna codziennej egzystencji. Aktywni pesymiści uznali, iż poza tym dniem nie ma czegoś, co warte byłoby artystycznych wysiłków. Odtąd opis hańbiących praktyk, brudnych machinacji, patologicznych więzi społecznych i różnych bezeceństw stał się naturalną powinnością literatury, a ona sama zamiast pozostać piękną stała się prawdziwą.

Czy jednak ta skłonność do weryzmu przynosi oby smaczne rezultaty? Czy obnażanie ludzkiej nędzy, pieczołowite opisywanie tego co wstrętne, niskie i plugawe nie prowadzi tylko do niestrawności? Czy fascynacji zapachami rynsztoka towarzyszy jakaś wyraźna konstruktywna i nadrzędna idea związana z nadzieją i wiarą w człowieka? Nie chcę sugerować, iż literatura taka nie powinna być uprawiana, bowiem jest oczywiste, że książki nie mogą być tylko wytchnieniem dla pięknoduchów. Ale owa tendencja do eksponowania zła w różnych wariantach i odcieniach prowadzić może na manowce. Mało kto chciałby pewnie, aby dobro i piękno w ludzkich zachowaniach stało się czymś anachronicznym i czymś zapomnianym. Jeśli jednak literatura pominie i zlekceważy okruchy światła, być może zginiemy w ciemności, która tak boleśnie nas zewsząd otacza.

[…] Sen pod wiatr jest przykładem dzieła literackiego, w którym piękno jest zaniedbane. Powieść jest zrealizowana sprawnie, na podobieństwo sensacyjnych filmów, które wywołują u widzów zainteresowanie z racji ostro zarysowanych sylwetek i żywości akcji. Ale jest to historia o bandytach i ladacznicach, oszustach i deprawatorach, dla których naturalnym wymiarem życia są błyski sprężynowych noży, sącząca się z rozbitych nosów krew i opary alkoholu zaćmiewające subtelność towarzyskiej formy. To powieść o niszczących się wzajemnie ludziach, walących się po gębie i obrzucających wyzwiskami. Powieść o brudach, opisywanie świata, w którym brakuje miejsca na sentymenty i gdzie trudno natknąć się na jakikolwiek symbol bezinteresownej serdeczności, natomiast wszystko przelicza się na dolary, a ludzie warczą na siebie jak bestie. Trudno oceniać od razu wiarygodność tego kontekstu. Jeśli jednak przyjmiemy, iż rzeczywicie w naszym kraju nie wszystkie fortuny zawdzięczać można uczciwej pracy, a więc, że istnieje wiele czynników sprzyjających korupcji, że materialną zacność uzyskać można za pomocą praktyk seksualnych, że zatrzeć można granicę między życiem porządnym a nieporządnym, to uznać wypada, iż książka trafnie opisuje rzeczywistość. Jak kwalifikować „Sen pod wiatr”? Czy jest to materiał typu sensacyjno-rozrywkowego, czy też przejmujący dramat o aspiracjach psychologicznych i socjologicznych? Czy jest to zgrabny brukowiec, ambitny kryminał, czy też realistyczna opowieść o ludzkiej ułomności i przeznaczeniu? Chciałbym uniknąć pokusy szybkiej odpowiedziT. Wach, Opowieść o zmasakrowanym włamywaczu, „Nowe Książki” 1989, nr 50 (5), s. 12–13. Swoje poglądy na temat pojawiających się interpretacji powieści Sen pod wiatr Zbigniew Wilczyński sformułował z kolei dobitnie w 2006 roku: „Próbowałem dyskutować na temat wizji odbioru bohaterów Snu pod wiatr, tego, że tak bardzo skażeni są złem. Zaplątałem się w tej dyskusji tak bardzo, że sięgnąłem nawet po [ciężkie] armaty: po Arystotelesa i Schopenhauera, po ich twierdzenia, że świat ma szansę na rozwój tylko dlatego, że wszyscy ludzie są skażeni złem, że z natury są źli. No i zapomniałem o podstawowej kwestii: o tym, że odbiór mojego tekstu to sprawa indywidualna. Jako autor mogę podyskutować o wielu sprawach, na przykład o technicznej stronie tworzenia, o inspiracjach, o pierwowzorach miejsc i bohaterów, ale nie o odbiorze mojego utworu. To, jak został odebrany, powinno mi dać do myślenia, powinno wpływać na mnie i kształt następnych utworów, ale nie może być podstawą do dyskusji. Nie mogę odpowiadać na pytanie, „co autor chciał powiedzieć", bo to akurat jest nieważne; liczy się tylko to, co powiedział. Jednak żeby to zrozumieć, potrzebowałem impulsu z zewnątrz. Mogę przyglądać się interpretacjom mej książki, ale nie mogę brać w nich udziału. Powiem wyraźniej: nie chcę brać w nich udziału”. Zob. Z. Wilczyński, Spotkanie numer jeden…, s. 117–138.[34].

„Bycie naśladowcą nie pociągało mnie w ogóle”

Wilczyński reprezentuje generację twórców literatury, do których odnoszą się sformułowane dopiero po pół wieku trafne uwagi Wojciecha Kudyby. Mowa w nich co prawda o poetach, ale można je odnieść także bez wątpienia do prozaików:

[…] poeci roczników 50. XX wieku w szczególnie bolesny sposób (inaczej niż ich starsi i młodsi koledzy) doświadczali rozdarcia pomiędzy egzystencją a historią, indywidualnością a zbiorowością. Dla żadnej innej generacji poetów współczesnych pytanie o to, jak – nie tracąc więzi ze wspólnotą – pozostać sobą, nie było tak ważną osią wyborów w sferze konstrukcji podmiotu, dykcji poetyckiej czy estetyki. Stąd właśnie ich ostentacyjny zwrot w stronę «ja» wewnętrznego, stąd poszukiwanie korzeni lub oparciaW. Kudyba, Generacja źle obecna, Sopot 2014, s. 27.[35].

Odnosząc się do tych problemów, a także do roli inspiracji twórczej, naśladownictwa i doskonalenia tekstów literackich, Zbigniew Wilczyński mówił:

[…] kiedyś napisałem dłuższe opowiadanie. Odłożyłem je do szuflady biurka i rzuciłem się w wir wakacyjnych uciech. Tak więc dopiero po jakiś trzech miesiącach sięgnąłem po to opowiadanie ponownie. I zdrętwiałem, gdy odkryłem rozliczne wpływy Emila Zoli, Ericha Kastnera („Latająca klasa”) i przede wszystkim Dostojewskiego udało mi się rozpoznać. No cóż, można powiedzieć, że rozpaczałem. Byłem jednak młody i ta rozpacz nie mogła trwać długo. Po prostu rozstałem się z pisaniem, bo bycie naśladowcą, nawet wielkich, nie pociągało mnie w ogóle. Ale i to rozstanie nie mogło trwać długo. Gdy znów zacząłem pisać, zastosowałem radykalne środki: absolutna abstynencja w czytaniu czegokolwiek – no, poza prasą – na 2–3 tygodnie przed i w trakcie pisania. No i drugi środek: do każdego utworu, nawet do najmniejszego opowiadania, zacząłem podchodzić nie tylko jak do odrębnego bytu, ale jak do świata, który będę od podstaw tworzył. I w tym dziele moja arbitralność jest mi po prostu niezbędna. Nie boję się jej. Więcej: ja jej potrzebuję i ja jej chcę. […] Natomiast gdy mam wrażenie, że zapomniałem i chcę sobie przypomnieć, jak nie pisać powieści, sięgam po dowolną powieść Jacka Londona, najlepiej po Wilka morskiego […] Niezrozumiałe są dla mnie określenia „polerowanie utworu”, jak również nazwanie tego znojem. Nigdy żadnego mojego utworu nie polerowałem. Zapisywany przeze mnie tekst jest po prostu tekstem wynikowym, ostatecznym. Jest to dla mnie tak oczywiste, że aż nie wiem, jak o tym pisać. Naprawdę nie bardzo wiem, jak mógłbym stworzyć fragment tekstu, który byłby w jakiś sposób nieudany, kaleki, chory, i łudzić się, że ktoś ten tekst naprawi, wypolerujeZ. Wilczyński, Spotkanie numer jeden…, s. 117–138.[36].

Dopytywany przez internautów i czytelników BiblioNetki o możliwość kontynuacji powieści Sen pod wiatr Zbigniew Wilczyński odpowiadał: „Wierzcie mi lub nie – nigdy nie przestałem o tym myśleć”Tamże.[37].Dotrzymał słowa. Kontynuację jego debiutanckiej powieści z 1988 roku stanowi Drugi sen pod wiatr, książka wydana dopiero w połowie 2018 roku. Opisał w niej po raz kolejny, tak jak umiał najlepiej, swój niemal kierkegaardowski „skok w szaleństwo, bo takie jedynie wyjście pozostaje po zniszczeniu utopii”J. Jopek, Czytywać, rozmawiać, myśleć [w:] Tenże, Wolałabym nie, Kraków 2015, s. 295.[38], która w tych wiosenno-letnich dniach 2020 roku, gdy piszę ten tekst, przybrała imię powalonej wirusem COVID-19 globalizacji.

 

Zarys kalendarium życia i twórczości Zbigniewa Wilczyńskiego (1954–2008): 

1954 – 4 kwietnia urodził się w Łodzi Zbigniew Henryk Wilczyński. Jego rodzicami są inż. Henryk Wilczyński (1912–1958) oraz Jadwiga ze Stankiewiczów Wilczyńska (1923–1989). Unikalny obraz skutków tak zwanego wyzysku socjalizacji i pracy biopolitycznejJest to praca, której wytworami – według Hardta i Negri – są afekty, relacje społeczne, wiedza, obrazy, informacja, kody, formy życia i podmiotowości, która jest w coraz większym stopniu autonomiczna wobec kapitalistycznej kontroli, odkąd jej schemat kooperacji nie jest dłużej zapewniany z zewnątrz przez kapitał, a jej wartość jest niemierzalna lub raczej stale przekracza miary jakichkolwiek schematów pomiaru [Michael Hardt, Antonio Negri, Rzecz-pospolita. Poza własność prywatną i dobro publiczne, tłum. P. Juskowiak i inni, Kraków 2012, s. 232, 383. Cytuję za: K. Szadkowski, Dobro wspólne jako nie-kapitalistyczna forma bogactwa. Antonia Negri teza o kryzysie prawa wartości i jej konsekwencje, „Hybris” 2014, nr 25, s. 196–224, https://repozytorium.amu.edu.pl/ [dostęp: 10.05.2019].[39], stanu zdegradowanej infrastuktury i efektów destrukcyjnych przemian niejednorodnej społeczności zamieszkującej w czasach PRL, a potem po jego upadku i ustrojowej transformacji, peryferyjne, południowe dzielnice miasta Łodzi (Górna Rynek, Zarzew, Rokicie, Nowe Rokicie, Ruda, Chojny, Kurak, Stare Chojny, Chojny Zatorze), gdzie Zbigniew Wilczyński spędził w prekarnych warunkach całe życie, przedstawi później w swoich powieściach Sen pod wiatr, Drugi sen pod wiatr, Człowiek nocy, Drugi człowiek nocy, Napad, Klatka oraz Alfa w mroku beta w ciszy.

1958 – 19 lutego umiera jego ojciec inż. Henryk Wilczyński (ur. 1912). Zostaje pochowany na cmentarzu katolickim św. Anny przy ul. Lodowej w Łodzi (Zarzew).

1958 – 13 grudnia umiera Stanisław Stankiewicz (ur. 1894), mąż Jadwigi Stankiewicz (1897–1973), dziadek ze strony matki.

1960-1968 – pisarz uczęszcza do ośmioletniej Szkoły Podstawowej Nr 7 im. Orląt Lwowowskich przy ul. Wiosennej 1 w Łodzi.

1968 – Zbigniew Wilczyński rozpoczyna naukę w pięcioletnim Technikum Energetycznym Nr 1 w Łodzi (obecnie Zespół Szkół Politechnicznych), przy al. Politechniki 38, w klasie I d, specjalność: miernictwo elektryczne i elektroniczne. Wychowawcą jest Anna Chmal, nauczycielka matematyki. W swojej klasie poznaje Grzegorza Bazylaka i Piotra Szwilinga, z którymi wymienia zeszty z rękopisami opowiadań, wierszy, humoresek i fraszek.

1969 – marzec – z powodów dyscyplinarnych Zbigniew Wilczyński zostaje zmuszony decyzją dyrektora Henryka Barskiego do odejścia z Technikum Energetycznego Nr 1 w Łodzi.

1969-1973 – uczeń Centrum Kształcenia Ustawicznego Nr 1 w Łodzi.

1973 – 23 lutego umiera Jadwiga Stankiewicz (ur. 1897) jego babcia ze strony matki. Zostaje pochowana na cmentarzu katolickim św. Anny w Łodzi (Zarzew).

1973 – jesień – pisarz zostaje powołany do odbycia wówczas obowiązkowej zasadniczej służby wojskowej. Trafia do pierwszego działonu baterii moździerzy 120 mm w składzie 5 Kołobrzeskiego Pułku Zmechanizowanego, który stacjonował w koszarach przy ul. Wojska Polskiego 225 w Szczecinie.

1974 – styczeń/luty – Wilczyński obejmuje funkcję tzw. „pisarza” w swojej baterii moździerzy. Opisze to później w powieści Fala zero, opublikowanej dopiero w 2020 roku.

1975 – listopad – pisarz kończy zasadniczą służbę wojskową, wraca ze Szczecina do Łodzi. Prawdopodnie w tym roku poznaje dziennikarza i poetę Marka Koprowskiego, swego wieloletniego, bliskiego przyjaciela, „brata w rozumie”, jak pisał w powieści Alfa w mroku – beta w ciszy, promotora i mentora w środowisku literackim Łodzi, Warszawy i Wrocławia.

1976 – grudzień – debiut prasowy pod pseudonimem „Zbigniew W. Kryński”: opowiadanie Normalnym kursem na łamach warszawskiego miesięcznika „Nowy Wyraz” (1976, nr 12 (55), s. 85–88).

1977 – pisarz wprowadza się do jednopokojowego mieszkania w zrujnowanej przedwojennej kamienicy przy ul. Zarzewskiej 17 m. 14 (II piętro, z oknem na podwórze) w Łodzi, które opisze szczegółowo w powieści Alfa w mroku – beta w ciszy. Obejmuje stanowisko magazyniera w Zakładach Przemysłu Bawełnianego „Maltex” przy ul. Rembielińskiego w Łodzi.

1979 – sierpień, opowiadanie Normanym kursem ukazuje się w antologii Wszystkie barwy tęczy. 27 opowiadań młodych pisarzy pod redakcją M. Błaszczykowej (Iskry, Warszawa 1979, s. 248–254).

1980 – wrzesień – pisarz zostaje członkiem prezydium siedmioosobowego komitetu strajkowego w ZPB „Maltex” w Łodzi, w których pracował od 1972 roku. Strajk trwał od poniedziałku 7 do piątku 12 września 1980J. Indelak, Trzecia fala…, s. 1–3.[40]. Wilczyński został potem zwolniony z pracy w ramach restrykcji postrajkowych.

1980 – wrzesień – umiera po gwałtownej i ciężkej chorobie nowotworowej jego żona, Renata. Jej pamięci poświęcone jest opowiadanie Wierzchołek cienia. To także początek choroby alkoholowej, której przebieg będzie opisywał z perfekcyjną dokładnością w swoich powieściachM. Koprowski, Spowiedź praktykującego alkoholika, Łódź 2010, s. 148–150.[41].

1986 – powieść Sen pod wiatr otrzymuje nagrodę w ogólnopolskim konkursie literackim „Moje miejsce” zorganizowanym przez MAW w Warszawie.

1988 – luty – opowiadanie Bezwładność zostaje opublikowane w warszawskim miesięczniku „Okolice” (nr 2, s. 57–77). W tym samy czasie Wilczyński pisze powieść Napad oraz Alfa w mroku – beta w ciszy.

1988 – sierpień, ukazuje się powieść Sen pod wiatr w nakładzie 10 tysięcy egzemplarzy.

1989 –14 czerwca umiera matka pisarza, Jadwiga Wilczyńska (ur. 1923). Zostaje pochowana w grobie rodzinnym na cmentarzu katolickim św. Anny w Łodzi (Zarzew).

1990–1998 – pisarz prowadzi zakończoną fiaskiem rozmaitą działalność gospodarczą (między innymi szycie ubranek dla dzieci). Pisze powieści Człowiek nocyFala zero, które zostaną opublikowane dopiero w roku, odpowiednio, 2018 i 2020.

1998 – maj – wstępuje jako członek założyciel do Oddziału Łódzkiego Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Literatów, utworzonego staraniem dra Grzegorza Bazylaka, dr Hanny Prosnak i Rafała Zięby. Przekazuje teksty opowiadań do publikacji w toruńskim miesięczniku literackim „PAL – Przegląd Artystyczno-Literacki”. Od września 1997 roku będzie stałym współpracownikiem redakcji tego pisma.

1999 – 8 lipca wieczorem pisarz zostaje w ciągu jednej godziny trzykrotnie ciężko pobity na osiedlu Chojny-Zatorze w Łodzi, gdzie mieszkał. Doznaje wstrząsu mózgu i innych ciężkich obrażeń. Porzucony przez oprawców w krzakach. Od śmierci ratuje go znaleziona przy nim przypadkiem przez patrol policji legitymacja członkowska Oddziału Łódzkiego Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Literatów.

2001–2003 – uczestniczy jako incydentalny wolny słuchacz w kilku zajęciach Studium Artystyczno-Literackiego przy Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie.

2006 – luty – internetowy czat Zbigniewa Wilczyńskiego z czytelnikami serwisu BiblioNETka, w którym moderatorem jest Gosia Wolniewicz, opublikowany na portalu tego serwisu oraz w zbiorze opowiadań pod red. prof. Grzegorza Bazylaka Wierzchołek cienia (Oddział Łódzki Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Literatów, Łódź 2014, s. 117–138).

Zbigniew Wilczyński opisuje tam swoje ostatnie lata:

Lata 1999–2003 to już zupełnie inna historia, tak samo zresztą jak czas między rokiem 2003 a dniem dzisiejszym [czyli 2006]. Jeśli chodzi o alkoholików… No cóż, w lipcu [2006 roku] minie dopiero siedem lat, jak nie piję. Siedem lat abstynencji osiągniętej bez wysiłku i bez specjalnego przymusu to bardzo mało, szczególnie w porównaniu z tym całkiem niedawnym czasem, kiedy to abstynencja nawet kilkumiesięczna była [dla mnie] nieprawdopodobnym wyczynem. Nie napisałem, że nie żyję z pisania, prawda?

2008 – 22 listopada Zbigniew Wilczyński umiera w Centrum Onkologii i Traumatologii im. Mikołaja Kopernika w Łodzi, przy ul. Pabianickiej 62. Został pochowany w grobie rodzinnym na cmentarzu katolickim św. Anny w Łodzi (Zarzew). Jego przyjaciel Marek Koprowski wspominał go na łamach „Tygodnika Angora”:

Zwrócono się do mnie, bym wygłosił kilka słów nad trumną, jako najbliższy, po rodzinie, mu człowiek. Za takiego mnie uważał. Powiedziałbym to, co spodobałoby się przyjacielowi, ale niekoniecznie jego rodzinie. Był buntownikiem, trudnym, chropowatym charakterem. Dlatego od razu się polubiliśmy, bo ja też nie jestem chorągiewką wiejącą z wiatrem. Przegadaliśmy setki godzin, wypiliśmy hektolitry alkoholu. On pił i mówił, ja słuchałem i też piłem, aż wygadał się do końca. Piliśmy dalej, bo dobrze nam się piło, ale rozmawialiśmy już tylko o literaturze, o warsztacie twórczym, własnych metodach i sposobach pisania. Ale potrafiliśmy się również bawić i śmiać, a nie tylko ględzić o poważnych sprawach. Wprowadziłem go w środowisko zawodowych twórców. Nie podobali mu się (co przedstawił w opowiadaniu „Normanym kursem” – przyp. GB). Wykłócał się z nimi na zabój i często on miał rację. W gruncie rzeczy wolał siedzieć w swojej samotni [na ulicy Zarzewskiej 17 – przp. GB], gdzie miałem wstęp jako jeden z nielicznych, i pisać te swoje grube powieści, bo nie umiał zamknąć swoich historii w mniej niż 300 stronach. On był perfekcjonistą, poprawiał swoje teksty w nieskończoność, aż były w jego pojęciu doskonałe. Nigdy takie w jego oczach nie były. Każdą powieść rozpisywał na początku na detale. Akcję jednej z nich wyliczył w minutach i sekundach, aż udało mu się to, co mnie wydawało się niemożliwe. Żegnam więc przyjaciela zwyczajnie: do zobaczenia za jakiś czas. Czekaj na mnie, ale wybacz, że się nie będę spieszyłM. Koprowski, Spowiedź…, s. 148–150.[42].

***

Zainteresowanych postacią Zbigniewa Wilczyńskiego odsyłamy do książki Grzegorza Bazylaka Faktura czy paragon. O prozie Zbigniewa Wilczyńskiego (1954-2008) i nie tylko, wydanej nakładem Studia Czarna Flaga w Łodzi w 2020 roku. Jest to zbiór szkiców Grzegorza Bazylaka, niestrudzonego propagatora i wydawcy pism Zbigniewa Wilczyńskiego.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Grzegorz Bazylak, Pisarz, który śnił pod wiatr. Biografia Zbigniewa Wilczyńskiego (1954–2008), „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 72

Przypisy

    Powiązane artykuły

    Loading...