08.08.2019

Nowy Napis Co Tydzień #009 / „Dolce vita” (nie bez problemów)

Szczepan Twardoch nie został poetą, choć pisywał w czasach licealnych wiersze i przez pewien (krótki raczej) czas uważał się za wybitnego twórcę poezji. Nie otrzymał stypendium doktoranckiego i nie „wymęczył – jak pisze – tego nikomu niepotrzebnego doktoratu o rewolucji konserwatywnej w Niemczech w latach 1919–1933”, dzięki czemu nie musi dziś zmagać się z habilitacją, „nienawidząc studentów i całego szkolnictwa wyższego w Polsce”. Nie jeździ na targi wydawnicze kupować praw do przekładu poradników biznesowych, choć niewiele brakowało – tylko tego, by nie wyrzucono go z pracy (jedynej, jaką miał). Nie został też reporterem, choć by nim został, wystarczyłoby być może, aby jego pierwszy, uczciwie napisany podczas praktyk reportaż, nie został uznany za zmyślenie.

W wyniku tego, kim nie został, Szczepan Twardoch został powieściopisarzem. Niedawno jednak ukazała się książka jego autorstwa, która nie jest powieścią, ale zbiorem trzydziestu sześciu niedługich tekstów. Trzydzieści pięć z nich to felietony, które wydrukowano w latach 2015–2019 na łamach miesięcznika „Pani”, zaś jeden tekst – ten, od którego tytuł wziął cały zbiór, czyli Jak nie zostałem poetą – zanim ukazał się w zbiorze, został opublikowany w „Nowych Peryferiach”. Twardoch pisze przede wszystkim o sobie, ale podejmuje również próby snucia refleksji o charakterze bardziej uniwersalnym.

W felietonach Szczepan Twardoch potwierdza to, co można domniemywać, jeśli się wie, że jest autorem poczytnych powieści i zdobywcą wielu nagród literackich. A mianowicie – podkreśla, że jest człowiekiem sukcesu. Z tego bowiem, co autor Króla zdecydował się ujawnić w felietonach na swój temat, wynika, że szczęście zawsze mu sprzyjało, pozwalając pozorne porażki przekuć w prawdziwe zwycięstwa, że zarabia nie najgorzej, wiedzie „dobre życie”, spełnia się jako pisarz i ojciec, posiadacz ekskluzywnych samochodów i bywalec na Spitsbergenie czy wielbiciel sportów walki.

Nie chcę z tego powodu czynić autorowi Morfiny zarzutów. Jest inaczej – doceniam fakt, że pisarz umie przyznać się, iż mu się w życiu powiodło. Tym bardziej, że Twardoch zwierza się nie tylko ze swych zalet, ale i wad, ukazuje nie tylko swoje jasne, ale i ciemne strony. Nie unika autoironii, wyznań o tym, co w nim niepokojące i wcale nie chlubne, nawet może dla niektórych śmieszne.

*

Warto docenić to, co w omawianej książce zabawne, na przykład zawarty w tytułowym humorystycznym tekście opis zebrania gliwickich poetów. Na zebranie to nasz bohater wybrał się za sprawą sugestii licealnej nauczycielki języka polskiego, aby posłuchać opinii kompetentnych – jak sądził – osób na temat swoich wierszy:

Poeci rozmawiali o poezji, używając słów wulgarnych, co niezwykle mi imponowało. Z rozmowy wywnioskowałem, że polscy poeci nieobecni na gliwickim spotkaniu to idioci, hochsztaplerzy, kabotyni i zwykłe mendy. Byłem tym trochę zaskoczony, jednak cieszyło mnie, że miałem szczęście i trafiłem akurat na tych przyzwoitych i utalentowanych.

 

Ważną kwestią były pieniądze, stypendia, wyjazdy, a także nagrody, które, jak zrozumiałem, przyznawano z niejasnych powodów właśnie tym nieobecnym w klubie hochsztaplerom z Krakowa czy Warszawy (…). Kiedy potem jeden z gliwickich poetów wyszedł, nieco zmęczony wódką, natychmiast okazało się, że on również należy raczej do grupy pozbawionych talentu oszustów – a ja powoli zaczynałem rozumieć, co się dzieje.

My również, niczym bohater tekstu, zaczynamy w pewnym momencie, może nawet wcześniej niż on, rozumieć, „co się dzieje”. Opisane po latach środowisko nisko oceniło próby poetyckie bohatera, nazywając je zwykłą grafomanią. Nie dziwi więc, że Twardoch – tak doświadczony przy pierwszej próbie pokazania swoich wierszy światu – nie napisał już po tej próbie żadnego wiersza. Szkoda jednak, że spalił, jak wyznał, dwa zeszyty ze swoimi młodzieńczymi poezjami – mogłoby się okazać, iż to wcale nie była grafomania.

Jednak w zbiorze felietonów Twardocha nie brak również takich, które są utrzymane w tonie jak najbardziej serio. Należy do nich tekst Jak nie umrzeć za życia. Rozważając przykład Tomasza „Czapkinsa” Mackiewicza, który zginął podczas próby zdobycia Nanga Parbat, pisarz zastanawia się nad prawem człowieka do narażania własnego życia w imię realizowania niebezpiecznych pasji. Twardoch próbuje odpowiedzieć na pytanie, czy ludzie, którzy – jak „Czapkins” – podejmują ryzykowne wyzwania, szukają śmierci. Odpowiedź Twardocha brzmi:

Nie jestem himalaistą, nie umiem ocenić prawdopodobieństwa utraty życia podczas takiego czy innego szczytowego ataku, jestem jednak przekonany, że Mackiewicz nie szukał w górach śmierci. Czego zaś szukał? Zapewne tego, czego szukają wszyscy sportowcy, podróżnicy, odkrywcy, ludzie, których głód wrażeń pcha zawsze dalej. Wcale nie szukają śmierci – chcą żyć, ale żyć bardziej.

Twardoch do grona tych, którzy chcą „żyć bardziej”, zalicza również siebie. To dlatego, jak pisze, jeździ na Spitsbergen. Przyznaje też, że pytanie o prawo do ryzykowania życiem w imię realizowania niebezpiecznych pasji wybrzmiewa szczególnie mocno, kiedy ryzykant jest ‒ jak Mackiewicz i Twardoch ‒ ojcem.

Dlaczego więc jeżdżę na Spitsbergen, skoro mam dzieci? Właśnie po to, aby żyć. Gdybym, zostając ojcem, porzucił wszystko, co kochałem wcześniej, byłbym ojcem martwym za życia. A chcę żyć i chcę moim głodem życia moich synów zarazić

 – komentuje.

Jak już zostało powiedziane, Szczepan Twardoch jest zadowolony ze swojego życia. Stawia więc w swoich felietonach także pytanie o to, czy tylko sobie zawdzięcza owo dolce vita, które wiedzie. Rozważa przy tym problem ogólniejszej natury – czy każdy pojedynczy człowiek jest odpowiedzialny za swój sukces albo porażkę.

Od trzydziestu nieomalże lat żyjemy zanurzeni w narracji, która przekonuje nas, że człowiek jest kowalem własnego losu i tylko od nas samych zależy to, jak potoczy się nasze życie

pisze w tekście Winni własnej klęski. A potem dodaje:

Czy jednak mógłbym się mojemu dolce vita oddawać, gdyby moi rodzice nie zainwestowali w moje wychowanie, gdyby dwadzieścia lat temu nie zdawali sobie sprawy, że bez angielskiego to jak bez ręki i tak dalej? I gdyby moja babcia, wdowa, nie zdecydowała się cierpieć niedostatku, by wysłać swoich synów na studia?

Temu, jak wielki wpływ na życie człowieka ma rodzina, w której ten człowiek się wychował, poświęca Twardoch również felieton Prześladowca. Nie po raz pierwszy i nie ostatni wygłasza tu pochwałę swojego gniazda rodzinnego: „Mój tata nie używał pasa wobec nikogo, zabierał mnie za to na żagle, w góry i na kajaki. U mnie w domu było ciepło, niegłupio i nie brakowało miłości”.

Tytułowy prześladowca to szkolna gwiazda, urodziwy – według opisu Twardocha – osiłek, który w podstawówce nękał naszego bohatera, często używając wobec niego przemocy. Gwiazdę z czasów podstawówki rozpoznaje Twardoch po latach w przypadkowo ujrzanej postaci:

Był to mężczyzna na pierwszy rzut oka w moim wieku, bardzo zniszczony, zapewne nadmiarem używek. Miał czerwony, nabrzmiały nos alkoholika, szarą twarz pooraną bruzdami, okutany był w szare łachmany, przemoczone i brudne.

Żeby zrozumieć przyczyny metamorfozy młodego przystojniaka, obiektu szkolnych westchnień, w cień człowieka, który Twardoch zobaczył, zatrzymując samochód na światłach, wystarczyło poznać prawdę o domu, z jakiego wywodził się ów drugi bohater felietonu:

Parę lat po ukończeniu podstawówki (…) pewna dziewczyna opowiedziała mi, jak wyglądało życie domowe mojego prześladowcy, regularnie tłuczonego przez ojca pasem, głównie za to, że próbował bronić matki.

*

Recenzenci najnowszego zbioru felietonów Twardocha zauważają czasem, że swoimi tekstami pisarz udowadnia, że chce, aby go uwielbiano. Że kokietuje wykreowanym przez siebie wizerunkiem macho o wrażliwym sercu. Inni, na przykład użytkownicy portalu Lubimyczytać.pl (reprezentujący tzw. vox populi) stawiają autorowi Jak nie zostałem poetą taki między innymi zarzut: „Kilka przemyśleń […] celnych, ale do klasy felietonistyczno-filozoficznych prób Gombrowicza, Ligockiej, Hitchensa, Zadie Smith, Boya-Żeleńskiego, Eco bardzo wiele brakuje” (użytkownik o pseudonimie Satomi).

Twardoch rzeczywiście pragnie się podobać (sam się zresztą do tego przyznaje w tekście tytułowym), nie napisał też felietonów o porażającym ładunku filozoficznym. Uważam jednak, że nie ma w tym nic złego. Pisarz bywa naprawdę błyskotliwy i robi wrażenie osoby uczciwej wobec samej siebie. Nie obawia się krytyki, jest zupełnie usatysfakcjonowany przychylnością szerokich rzesz czytelników.  

Nie spędza mi przecież snu z powiek ten stygnący entuzjazm krytyków, bo swoje nagrody już dostałem, a piszę nie dla krytyków, lecz dla pieniędzy, więc dla czytelników niezawodowych, dla tych, którzy czytają, bo chcą, nie zaś muszą z zawodowego obowiązku

– pisze w felietonie Krytycy. To wyznanie dużo wyjaśnia.

Szczepan Twardoch, Jak nie zostałem poetą, Kraków 2019.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Joanna Drzazga, „Dolce vita” (nie bez problemów), „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 9

Przypisy