06.05.2021

Nowy Napis Co Tydzień #099 / Złota jesień polskiego kryminału?

Wiosna zaginionych nie rozpoczyna się jak przystało na typowy kryminał. Zamiast oczekiwanego martwego ciała, mamy do czynienia z żyjącym człowiekiem. Sęk w tym, że ten żyjący zaginął wiele lat temu i większość myślała, że nie żyje. Byli też tacy, którzy życzyli mu śmierci. Jak Krystyna Lesińska, bohaterka powieści Anny Kańtoch. Czyżby zatem Lesińska widziała żywego, ale jednak umarłego? Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy domniemany żywy (lub martwy) nazywa się zupełnie inaczej niż kilkadziesiąt la temu. I jeszcze inaczej kilkanaście lat temu. I jeszcze inaczej zaledwie kilka lat temu. Zanim poznamy odpowiedź, kto tu traci zmysły, już natykamy się na pierwsze zwłoki. Właśnie kończy się ciepła wiosna, a tuż za nią czyha upalne lato…

Miła starsza pani

Krystyna Lesińska ma siedemdziesiąt trzy lata i jest wdową. Miała dwóch mężów, z czego, jak ocenia po latach, jednego z nich kochała prawdziwą miłością. Ma dwójkę dzieci, a one swoje małżeństwa, związki, relacje damsko-męskie, słowem: jest też babcią. Z własnymi dziećmi dogaduje się tak, jak z nastoletnimi wnukami, czyli na ogół średnio. Starsza pani ma jednak błyskotliwy umysł, co przydało się jej w pracy zarówno w milicji, jak i policji. Z czasem zaczyna dokuczać jej coraz bardziej biodro… Kto to taki? Nowy typ detektywa powołany do istnienia przez Annę Kańtoch.

Na tle dotychczasowych bohaterów z kart powieści kryminalnych Krystyna Lesińska prezentuje się zaskakująco nowatorsko. Najczęstszym typem detektywa jest jednak rodzaj mściciela. Twarde pięści i mocna głowa na ogół wystarczyły. Jednocześnie granica między tym dobrym (detektywem) a tym złym (mordercą) niebezpiecznie się zacierała. Sylwetki detektywów to plejada bohaterów zmagających się z własnymi demonami. Eberhard Mock i Popielski to korzystający z usług prostytutek sybaryci, którzy nie cofną się przed pobiciem, samosądem, fałszowaniem dowodów. Harry Hole to alkoholik, z powieści na powieść osuwający się coraz bardziej w odmęty nałogu. Malin Fors zagłusza swój ból z powodu rozwodu alkoholem, ostrym seksem oraz katując się na siłowni, jakby chciała w sobie coś/kogoś zabić. Polscy komisarze: Zygmunt Zyga Maciejewski czy Adam Nowak, zaglądają do kieliszka, a w trakcie śledztwa stają się wręcz opętani sprawą, co oczywiście przekłada się na ich życie prywatne. Rozbite małżeństwa, nieudane relacje z najbliższymi… Nie mniej ciekawe od tropienia mordercy są zmagania detektywa z własnymi demonami. Z tej podwójnej walki bohater wychodzi nie zawsze zwycięsko. Nawet jeśli morderca zostaje schwytany, to detektyw ponosi wymierne koszty walki: depresja, stany neurotyczne, coraz większa brutalność w stosunku do otaczającego świata… Czasem to porzucenie świata, jak to było w przypadku komisarza Martina Servaza znanego z cyklu powieściowego Bernarda Miniera. Na tym tle emerytowana policjantka wypada po prostu świetnie, ponieważ jej atutem jest polska normalność i polska przeciętność. Lesińska nie będzie rozwodzić się nad kuflem piwa o marności tego świata (sorry Tomasz Konatkowski), nie będzie rozwalać kolejnych małżeństw (sorry Zygmunt Miłoszewski) i nie będzie deklamować antycznej poezji, na przemian korzystając z usług prostytutek (sorry Marek Krajewski). Zamiast twardych pięści, mocnej głowy i notesu z wszystkimi, którzy mają u detektywa życiowy dług, Krystyna Lesińska chwyta kijki i idzie na spacer. Czytelnik ma wreszcie poczucie, że kryminał pisany w Polsce jest na wskroś polski, bez ciągot skandynawskich czy amerykańskich. Jeśli wskazywać jakieś odwołania, to już szybciej do powieści detektywistycznej z zupełnie innej epoki: do Agathy Christie, do swoistej niespieszności i rozwlekłego klimatu codzienności. Bo i Krystyna Lesińska, zupełnie zwyczajna bohaterka na tle swoich wysportowanych kolegów po fachu, jest jakby postacią z innej epoki. Ma niebagatelne doświadczenie życiowe – wdowa, matka, babcia – czym już bije na głowę młodszych kolegów. Jest świadkiem zarówno dawnego ustroju, jak i bieżącego, co daje asumpt do snucia rozległych spostrzeżeń socjologicznych. I wreszcie, pracując przez tyle lat w dochodzeniówce, zna tyle historii mrożących krew w żyłach, że daje jej to mocny mandat do kreślenia antropologii zła. Okazuje się zatem, że to w zwyczajności może tkwić najpotężniejszy potencjał. Nie jest jednak tak, że siedemdziesięciotrzyletnia bohaterka jest postacią bez wad. Wydaje się, że w Wiośnie zaginionych Anna Kańtoch chciała sprawdzić, czy taki bohater jest w stanie zaciekawić czytelnika. Stąd pewna zachowawczość w kreśleniu emerytowanej pani policjant. Odwołań do dawnej milicji nie ma aż tak dużo, zaś porównania dawnego ustroju i obecnego pojawiają się sporadycznie. Nawet biodro Leśniewską boli jakby trochę zbyt asekuracyjnie… Jest za to Krystyna Leśniewska babcią na wskroś współczesną: zamiast piec ciasto dla wnuków, odpala fejsbuka. I pewnie tu mogłaby Anna Kańtoch dać upust socjologicznym portretom, do których przyzwyczaiły nas kryminały. Mogłaby, gdyby chciała: Anna Kańtoch pisze jednak w swoim stylu, nie oglądając się na kolegów po piórze.

W swoim własnym stylu

Anna Kańtoch przeszła z literatury fantasty do powieści detektywistycznej, od początku zaznaczając swoją odrębność i wysoki poziom. Jej Łaska (2016) i Wiara (2017) były nominowane do prestiżowych „kryminalnych” nagród, jak Nagroda Wielkiego Kalibru czy Kryminalna Piła (którą zresztą otrzymała w 2017 roku). W tych powieściach, jak i w następnej (Pokuta), wyznaczyła właściwe sobie terytorium literackie, które sukcesywnie rozbudowuje w Wiośnie zaginionych. Za każdym razem czytelnik staje przed zagadką z przeszłości, która niespodziewanie odzywa się w życiu głównego bohatera. Zagadka jest wręcz złowieszcza, zabarwiona krwią, a przede wszystkim mocno otulona gęstwiną nieprzeniknionej tajemnicy. Współczesny bohater musi zmierzyć się ze swoją przeszłością, która nie tyle chronologicznie sięga do czasów PRL (to nie jest nazbyt akcentowane w powieściach Anny Kańtoch), ile bardziej do swojego dzieciństwa. Jest to ciekawy zabieg, bowiem niemal od razu zjednuje czytelnika. Każdy z nas był kiedyś dzieckiem, a młodzieńcze lata sięgają właśnie transformacji ustrojowej. Pamiętamy zatem trochę tego, co było, jak również tego, co trochę jest. Z perspektywy czytelnika urodzonego już w nowej Polsce może umykać swoisty czar odwołań do dzieciństwa spędzonego na bawieniu się na placach zabaw, zapuszczaniu się na długie spacery do lasu czy parków, penetrowanie ruin lub wchodzenie do starych bunkrów. Dzisiejszy, na wskroś współczesny czytelnik, ma to wszystko w apce. Dlatego uważam, że idealnym odbiorcą powieści Anny Kańtoch jest współczesne pokolenie czterdziestolatków. To nie znaczy, że młodszy czytelnik nie znajdzie tu nic dla siebie. Stawiając tajemnicę z przeszłości w centrum powieści, Anna Kańtoch nie tyle sugeruje błędy dawnych funkcjonariuszy prawa oraz ich przestarzałe metody śledcze, co wprowadza element psychologiczny. Zawsze w tle będzie pytanie o to, jak pamiętamy, co wypieramy ze swojej świadomości i co robi z nami niepamięć. A że tajemnica wymaga, stąd też elementy grozy, mistyczności, poczucia ocierania się o sakralność, jak i diabelskość. Atmosfera jest duszna, jak przystało na małe miasteczka, gdzie każdy każdego zna i nie zna jednocześnie. Tajemnica zawarta w lokalnej społeczności zdaje się być znacznie większych rozmiarów, niż prowincja jest zdolna pomieścić. Kańtoch wprowadza liczne elementy budujące napięcie, a jednocześnie nie są one nazbyt narzucające się. Obrazek błąkającej się po lesie dziewczynki ubranej w komunijną sukienkę i szukającą swojego psa jest po prostu świetny – wzbudza niepokój, budzi zainteresowanie. Jednocześnie jest to tylko jeden z elementów, tu główne skrzypce gra jednak Krystyna Lesińska. Anna Kańtoch potrafi budować napięcie, wyraźną satysfakcję sprawia jej przetykanie fabuły scenkami z pogranicza grozy i tajemniczości, a jednak mocno trzyma się konkretu kryminału.

Wszyscy bohaterowie Kańtoch

„Wszystkie nasze teorie są do dupy i stało się tu coś w cholerę dziwnego, a my nawet nie zaczęliśmy zbliżać się do prawdy. Bo to wszystko nie trzyma się kupy” – stwierdzają policjanci próbujący rozwiązać zagadkę kryminalną. Rzeczywiście, Kańtoch myli tropy, dokłada coraz to nowe elementy do układanki. Paradoksalnie: im więcej elementów, tym bardziej rozchwiany obraz powstaje. Poczucie zagubienia sprawia nie tylko skomplikowana sprawa, która pączkuje i przeobraża się na naszych oczach, ale również specyficzna narracja. Przez kilka pierwszych rozdziałów jesteśmy prowadzeni przez narrację pierwszoosobową i widzimy świat oraz śledztwo oczyma Krystyny Lesińskiej, aby zupełnie nieoczekiwanie doświadczyć narracji trzecioosobowej, gdy śledztwo prowadzi jeden z policjantów – Szymon Gryga. Lesińska i Gryga, doświadczenie i ambicja, starość i młodość, kobieta i mężczyzna, nobliwa babcia i nałogowy podrywacz – ta para ma przyszłość. W którymś momencie podwójna narracja przestaje przeszkadzać, zazębia się i trudno wyobrazić sobie, żeby miało być inaczej. Tam, gdzie Gryga buzuje testosteronem, tam Lesińska zjada ciasteczko i pije ziółka.

 

Po drodze wyprzedzali mnie wszyscy: młodzież pędząca po schodach, jakby brała udział w wyścigu, starsi turyści, nawet rodziny z psami i małymi dziećmi. Nie zamierzałam się tym przejmować, tak samo jak nie przejmowałam się rzucanymi mi od czasu do czasu zdziwionymi spojrzeniami. Szłam spokojnie, we własnym tempie

– opisuje swoją prędkość Lesińska. I muszę przyznać, że jestem znacznie bardziej zainteresowany jej prędkością niż kolejnym młodym wilkiem. Nie wiadomo, jak potoczą się dalsze losy Lesińskiej (zapowiadana jest trylogia) i czy „swoista para – nie para”, emerytowana policjantka i młody policjant, będzie kontynuowana. Można jedynie domniemywać, że rzeczywisty drugi bohater – Katowice, albo szerzej – Górny Śląsk – pozostanie na stałe. Jest to logiczne ze względu na wiek Lesińskiej (trudno sobie wyobrazić, aby teraz miała zmieniać miejsce zamieszkania), jak i również na fakt, że Kańtoch dobrze czuje aurę Śląska.

Wiosna zaginionych ze swoim niepokojącym tytułem jest ciekawym kryminałem, który ma szansę zaproponować coś nowego w coraz bardziej hermetyzującym się świecie polskich detektywów. Już nie komisarz, nie alkoholik, nie rozwodnik i nie pani komisarz (koniecznie młoda, koniecznie ambitna) i nie profilerka. Zamiast tego niespieszne tempo, przeszłość i tajemnica, ziółka i fejsbuk oraz bolące biodro. Jakoś więcej jest w tym dla mnie życia niż w kolejnych odsłonach przygód znanych bohaterów. Nadmienię jeszcze, że nawet liczba trupów w Wiośnie zaginionych pasuje do polskiej przeciętnej. Trup nie ściele się gęsto, krew nie bryzga w nadmiarze, jeno pryska tyle, ile potrzeba, no i zamiast szaleńczych pościgów mamy zatęchły zapach piwnicy i ślady drapania na drzwiach. Krystyna Lesińska dużo obiecuje, a Anna Kańtoch udowodniła, że potrafi grać mocnymi kartami.

 

A. Kańtoch, Wiosna zaginionych, Marginesy, Warszawa 2020.

Okładka książki

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marcin Cielecki, Złota jesień polskiego kryminału?, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 99

Przypisy

    Powiązane artykuły