24.08.2019

Czy krytyk musi umieć czytać?

Czy możliwa jest krytyka po dekonstrukcji? Jakie teoretyczne uprawomocnieniemógłbymiećdziśaktczytania?Dostawianiapodobnychpytań skłania współczesna wiedza o dziele literackim – coraz częściej inspirowana myślą dekonstrukcjonistyczną. Do najważniejszych „osiągnięć” dekonstrukcjonizmu należą przecież między innymi dezautonomizacja tekstu, tekstualizacja kontekstu i krytyka interpretacjiPisze o tym J. Culler w tekście Dekonstrukcja i jej konsekwencje w badaniach literackich, przeł. M. Fedowicz, „Pamiętnik Literacki” 1987, z. 4, s. 231–270. Por. także A. Burzyńska, Krajobraz po dekonstrukcji (Cz. I), „Ruch Literacki” 1995, z. 1, s. 73–91. [1]. Przypomnijmy w wielkim skrócie: tekst, w ujęciu ponowoczesnych literaturoznawców, traci swą bytową autonomię, nie daje się „oddzielić” ani od czytelnika i jego „sposobów czytania”, ani wyodrębnić z kontekstu (tworzonego zarówno przez dzieła, jak i ich interpretacje). Nie ma uchwytnych granic, stając się jedynie „mgławicą” w kosmosie wszechogarniającej „tekstualności”,czyteżraczej„intertekstualności”.Wtymsensiejestjednocześnie „obecnością” i „nieobecnością” – wymyka się poznaniu. Odczytanie tak rozumianego „utworu” nie może się udać z oczywistych względów: relatywność i „rozproszenie” jego znaczeń jest tak wielkie, że nasz dyskurs o dziele okazuje się jedynie jeszcze jednym „zagęszczeniem semiozy” wśród niezliczonych, nieustannie oscylujących pomiędzy sobą intertekstualnych odniesień pojedynczego „dzieła”. Możliwe jest ukazanie pewnego ich obszaru, prowadzenie niczym nieskrępowanej „gry z tekstem”lubukazaniejego„inności”,odsłonięcieaporiimetatekstowego dyskursuDekonstrukcjonizm ma już u nas bogatą literaturę przedmiotu i ujęcia syntetyczne, wyjaśniające najważniejsze idee i dające wgląd w skomplikowany aparat terminologiczny. Chciałbym wskazać jedynie niektóre, ważniejsze opracowania. Por. m.in.: T. Rachwał, T. Sławek, Maszyna do pisania. O dekonstruktywistycznej teorii Jacques’a Derridy, Warszawa 1992; Poetyka bez granic, praca zbiorowa pod red. W. Boleckiego i W. Tomasika, Warszawa 1995; R. Nycz, Tekstowy świat. Poststrukturalizm a wiedza o literaturze, Warszawa 1995; a zwłaszcza antologię tekstów dekonstrukcjonistów: Dekonstrukcja w badaniach literackich, red. R. Nycz, Gdańsk 2000. Poglądy Derridy omawia m.in. M.P. Markowski w książce Efekt inskrypcji. Jacques Derrida i literatura, Bydgoszcz 1997. Syntetyczny obraz wspomnianego nurtu wyłania się z artykułów A. Burzyńskiej: Krajobraz po dekonstrukcji. (Cz. I), dz. cyt., Krajobraz po dekonstrukcji (Cz. II), „Ruch Literacki” 1995, z. 2, s.194–221. O dekonstrukcyjnej teorii i praktyce interpretacji pisze m.in. M. Miziuro. Por. eadem, Dekonstrukcja jako strategia interpretacji, „Acta Universitatis Wratislaviensis. Prace Literackie” nr 36, 1998, s. 197–207. P. Łaciak wyjaśnia dekonstrukcjonistyczne rozumieniu „gry”. Por. tegoż, Dekonstruktywizm – teoria gry źródłowej czy pojęciowej, „Principia” t. 21/22, 1998, s. 135–158. [2]. Choć można niekiedy odnieść wrażenie, że według współczesnych literaturoznawców dekonstrukcjonizm uniemożliwia lekturę utworuliterackiegoTak uważa m.in. J. Sławiński. Por. idem, Miejsce interpretacji, „Teksty Drugie” 1995, z. 5, s. 27–29.[3], a  każdymraziemanaukowemuczytaniuniewiele do zaproponowaniaPor. uwagi S. Sawickiego w artykule: O sytuacji w metodologii badań literackich, [w:] idem, Wartość. Sacrum. Norwid, Lublin 1994, s. 40.[4], pojawiają się również opinie, iż przede wszystkim odbiera on badaczom pewność, komplikuje wiedzę o literaturze, umożliwia dystans wobec jej rezultatów i – ostatecznie – uczy pokory wobec przedmiotu dociekańPor. np. M.P. Markowski, Interpretacja i literatura, „Teksty Drugie” 2001, nr 5, s. 51–66. [5].

Czynowychnurtówrefleksjinadliteraturąwyłaniasięjakiśalgorytm postępowania czytelniczego, z którego mógłby skorzystać krytyk literatury? Jakie wektory mogłyby dziś skierować nas w stronę nowoczesnego czytania utworów literackich – dalekiego nie tylko od prostodusznej naiwności, lecz także niebezpiecznego zaufania w moc indywidualnych konceptów badawczych? Odpowiedź na powyższe pytania nie musi być zapewne jednoznaczna, wymaga jednak osobnego, rzetelnego namysłu. Byćmożejestnieuchronna:wszakkażdaprocedurainterpretacyjnaimplikuje pewną teorię.

Projekt krytyki hermeneutycznej zaproponowany przez AdrianaGlenia wydaje mi się ważny. Najpierw dlatego, że ustawiony jest nie tyle wobec bieżących dyskusji o uwikłaniu krytyki w rynek książki, ile raczej wobec odwiecznych sporów o naturę literatury i sens czytania. Czymś istotnym wydajemisięteżjegoosadzenietradycji„gościnność”uchylaniesię w stronę dialogu z innym. Chciałbym z tej gościnnościskorzystać.

Uciekająca panna młoda

A więc próbować współmyśleć z jego tekstem. Przywołać ważne dla niegośrodowiskomyślowewszakpropozycjaopolskiegobadaczasytuuje się wobec trwającego niemal od początku ubiegłego stulecia sporu wokół relacji literatura – rzeczywistość pozatekstowa. Czy świat utworu ma charakter całkowicie autonomiczny i nie da się go w żaden sposób odnieśćdorzeczywistościpozaliterackiej?Czyliteraturażywisięwyłącznie sama sobą? Czy od innych tekstów odróżnia ją nie tylko artyzm, lecz takżeautyzm?Tradycjestrukturalizmu(ipoststrukturalizmu)skłaniałyby doodpowiedzitwierdzącej.Nurtymającesweźródłaegzystencjalizmie każą mówić „nie”. Także hermenutyka heideggerowska, z której czerpie inspiracje AdrianGleń.

Rzeczywistość pozatekstowa – owa uciekająca panna młoda współczesnego literaturoznawstwa – za sprawą wspomnianych nurtów znów staje się obiektem zainteresowań. Literatura na powrót bywa postrzegana jako domostwo myśli. Nie bez powodu autor nawiązuje do metodologii historii idei (a także krytyki tematycznej), pytając: „Czy odważymy się myśleć o literaturze jako o kolejnym świadectwie i sytuować ją w szerokim‹‹łańcuchubytu››,naktóryskładająsięrozmaite,polisemicznepolimedialnerealizacjeideitematów?”.DyskurskrytycznymówiGleń  winien być „wskazem idei”, zaś obowiązkiem krytyka jest rozpozna- nie ich realizacji w tekstach literackich. I choć na początku swego szkicu autor mocno podkreśla, że najistotniejszym działaniem krytycznym jest rozumieniesiebie,niematuchybasprzeczności.Wakcieczytaniarozszerzamy nasz horyzont rozumienia siebie właśnie o idee, które odkrywam w dzieleliterackim.

Dzień niepodległości

Womawianymprojekciekrytykichodzizatemjeślidobrzerozumiem oswoisteograniczenieniepodległościtekstuofiarowaniejejbadaczowi. Autornieprecyzujejednakgranicwolnościczytelnika,niewspominateż, by prawo do wolności (choćby ograniczonej) przysługiwało tekstowi. A rzecz jest ważna. Próba dowartościowania osobistego, egzystencjalnego horyzontu czytania może bowiem zostać odebrana jako akt uwolnienia krytyków od obowiązku rozumienia utworu. Trudno nie docenić wysiłków autora, by badaniom literackim przywrócić zapoznanywymiar antropologiczny. Równie trudno jednak zaakceptować osobliwedésintérresement wobec problemuinterpretacji.

Czy naprawdę krytyk, by nie utracić „osobistości” swego dyskursu, winien odrzucić współczesne reguły czytania, unikać rzetelnych analiz, uogólniających sądów, a  zatem na wszelkie sposoby zadbać o to, aby podejmowanapróbaorzekaniautworachniestałasięczymśintersubiektywnie sprawdzalnymWciąż obowiązujące w historii literatury normy czytania wymienia m.in. Marian Stala: „Pierwotnym gestem historyka […] jest uznanie prymatu badanego dzieła, poddania się jego głosowi, uważne wsłuchanie się w ten głos. Tylko tak pojęte zaufanie odkrywa przed nami tworzony przez pisarza świat. Regułą drugą powinno być respektowanie macierzystego kontekstu dzieła […]. Wreszcie: reguła trzecia nakazuje rozważne i precyzyjne poszerzenie perspektywy, pozwalające spojrzeć na dzieło poprzez zjawiska pokrewne (albo odmienne) i umieścić je w całościowym porządku literatury określonej epoki (albo literatury w ogóle)”. Idem, Mistrzowie są potrzebni, „Tygodnik Powszechny” 2001, nr 4, s. 13. [6]? Czy koniecznie trzeba pozbawić jego działania ugruntowania w czymś, co nazywamy wspólnotą interpretacyjną – to jest w zespole norm czytania przyjętych w kręgu badaczy literatury„Wspólnota interpretacyjna” to nie tyle zespół osób, ile raczej „wiązka strategii czy norm interpretacyjnych, które wspólnie żywimy i które regulują sposób naszego myślenia i postrzegania”. Por. H. Markiewicz, Staroświeckie glosy, „Teksty Drugie” 1997, nr 6, s. 47. [7]? Cierpliwepróbyrozjaśnieniaznaczeńutworuoparciurzetelną,niemal „filologiczną” analizę pojedynczych wierszy nie muszą przecież oznaczać braku wyczulenia na semantyczną niejednoznaczność utworów i ich „tajemnicę”. Uwzględnienie intertekstualnych wymiarów dzieła nie musi prowadzić do rezygnacji z dowartościowania jego najbliższych, macierzystychkontekstów.Warsztatowarzetelnośćlekturyniemusiwykluczać perspektywy osobistej. Przeciwnie, zdaje się wzmacniać wiarygodność dyskursu i chroni przed impresyjnością. Krytyk, uwolniony od zobowiązań wobec tekstu, zbyt często zamienia wzniosły imperatyw „zdawania sprawy z własnej drogi poznania” na wygodny postulat notowania własnych nastrojów i luźnych skojarzeń z czytanymi ostatniolekturami…

Wróćmyzatemdoproblemuliterackiejautonomiidzieła.Choćmożesię to wydawać paradoksalne, „egzystencjalna” orientacja lektury,zwłaszcza zaś postulat rozpoznawania w dziełach tropów idei, wymaga szczególnej wrażliwości na literackość. Brak podobnego uwrażliwienia musi oznaczaćpróbęczytaniautworujakotekstufilozoficznegolubcogorsza – ideologicznego, czy wręcz propagandowego. Jak łatwo szlachetne postulatyrozpoznawaniautworzerealizacjiideizmieniająsięprymitywny nawyk „sprawdzania”, czy dzieło zawiera ideologiczniepoprawny  obraz świata, przekonują nie tylko zapomniane badania marksistowskie, lecztakżeichnowoczesnemutacje.Nietrudnowyobrazićsobie,comoże oznaczać pragnienie rozumienia siebie wobec tekstu, gdy czytelnikiem jest natchniony głosiciel jedynie słusznej Drogi. Recenzent, który zadaje książkom wyłącznie pytanie o to, czy są użyteczne sprawie tej lub innej płci,grupiespołecznejczymniejszości,stajesiękimśrodzajucenzora…

Trzy razy „tak”

Postulowany przez Adriana Glenia „personalizm” krytycznej lektury chętnie przyłączyłbym więc z powrotem do interpretacji rozumianej jako aktpokorywobectekstugestintelektualnegoostatecznieegzystencjalnego otwarcia wobec ukrytego w nim nowego, nieznanego mi projektu bycia-w-świecieNa konieczność powrotu do interpretacji zwraca dziś uwagę wielu badaczy (por. np. charakterystyczny głos J. Sławińskicgo, op.cit.). Wciąż trwa przy tym spór o zasadność i metodologiczne podstawy interpretacji oraz jej „granice”. Dokumentem dyskusji dotyczącej wspomnianych zagadnień jest m.in. publikacja będąca zapisem debaty takich badaczy jak: U. Eco, R. Rorty, J. Culler, Ch. Brooke-Rose. Książka, której redaktorem jest S. Collini, a autorem tłumaczenia T. Biedroń, nosi tytuł Interpretacja i nadinterpretacja, Kraków 1996. Inna debata ukazała się na łamach „Tekstów Drugich” 1997, nr 6, s. 5–92. Wzięli w niej udział: A. Szahaj, Z. Bauman, H. Markiewicz, S. Morawski, J. Kmita, E. Kuźma, E. Rewers, M.P. Markowski, W. Kalaga. Miała ona dalszy ciąg. W „Tekstach Drugich” 1998, z. 4, s. 5–103 ukazały się wypowiedzi: W. Kalagi, K. Rosner, K. Bartoszyńskiego, E. Możejki, A. Zybertowicza, A. Szahaja. [8].Mniejinteresujemnierespektwobecosobowościkrytyka, bardziej – szacunek wobec „osobowości” utworu, czy raczej utworów – wszak większość z nich to „zwierzęta stadne”, zwłaszcza wiersze. Czyżniewymagajączułości?Czyniejesttak,żetowłaśnieonenarzucają nam sposób czytania, podpowiadają metodę. A gdy pozostajemy głusi, zamykają swój sens, przestają się odzywać – nieraz na długietygodnie?

Zgadzam się z autorem, gdy mimochodem wspomina o iluminacyjnym wymiarze lektury, zgadzam się, że trzeba pisać wyłącznie o tym, co nas osobiście dotknęło – notować olśnienia. Ów powrót do epifanijnych wymiarów czytania wiązałbym jednak przede wszystkim z wysiłkiem przywrócenia teoretycznoliterackiej świadomości aksjologicznych horyzontówliteratury.Sądzę,żezbytłatwozapomnieliśmyźródłachnaszych olśnień.Czyniejesttak,żesamychkorzenilekturowychiluminacji  zawsze znajduje się wartośćSzersze badania nad aksjologicznymi aspektami literatury zainicjowane zostały u nas przede wszystkim w środowisku polonistów lubelskich. Por. m.in. publikacje dokumentujące kolejne konferencje aksjologiczne: O wartościowaniu w badaniach literackich, studia pod red. S. Rawickiego i W. Panasa, Lublin 1986; Problematyka aksjologiczna w nauce o literaturze, studia pod red. S. Sawickiego i A. Tyszczyka, Lublin 1992; Interpretacje aksjologiczne, pod red. W. Panasa i A. Tyszczyka, Lublin 1997.[9]? Że nasz zachwyt jest próbą adekwatnego zachowania się wobec niej – obecnej nie tylko w nas, lecz także w tekście, w jakiś tajemniczy sposób przezeń ewokowanej? Że tak naprawdę wartozajmowaćsiękrytykąwyłączniepoto,bymozolnienatyle,naile to możliwe rzetelnie tłumaczyć, jak doszło do owego osobliwego cudu, który tak nas poruszył. Wielu z nas dysponuje bogatym instrumentarium aksjologicznej analizy utworów. Stawiając w centrum swych dociekań pewną „jakość”, potrafimy interpretować język i świat przedstawiony utworu, ukazując aksjologiczne nacechowanie postaci i zdarzeń.Wnioski z obserwacji osadzamy w szerokim kontekście filozoficznym i kulturoznawczym, odsłaniając ukrytą w dziele wizję świata i człowieka. Mimo to ów „naukowy” sposób obcowania z wartościami w dziele wydaje się niewystarczający i wtórny wobec pierwotnego doświadczenia obcowania z „wartością samą w sobie”. Najważniejszym i rozstrzygającym przeżyciemjestmomentzachwytu,którymożnachybanazwaćchwiląswoistego „porażenia wartością”. Odwołując się do poglądów Maupassanta, Jerzy Stempowski pisał kiedyś:

Na pierwszy rzut oka zwierzenia Maupassanta wydają się rzeczą równie fantastyczną, jak dziewięć muz i podwójny wierzchołek Parnasu. Uderza w nim przede wszystkim osobliwa drabina wartości. Na jej najwyższym szczeblu, określonym jako „jedyna racja bytu”, znajdują się sekundy objawienia, wrażenia nieuchwytne i nie dające się opisać, słowem rzeczy niemożliwe do sformułowania w  akcie  notarialnym lub wymienienia w inwentarzu spadku. Wystarczy jednak chwili namysłu, aby przekonać się, że my wszyscy […] posługujemy się tymi samymi kryteriami co Maupassant. Dla nas również rozstrzyga chwila trwająca minuty lub sekundy, jedno wrażenie, którego nie potrafi my jasno opisać, o którym mówimy ostrożnie, aby go nie spłoszyć […]. Wrażenie to rozstrzyga dla nasrandzeartystów,którychoceniamywedługichnajlepszejstronicyJ. Stempowski, Kłopoty recenzenta muzycznego, [w:] idem, Eseje dla Kassandry, oprac. P. Kłoczowski, Gdańsk 2005, s. 194–195. [10]

Wydaje się, iż wartość dzieła nie jest czymś, nad czym panujemy. To  raczej ona panuje nad nami, sprawuje władzę nad naszą wyobraźnią  i emocjami. Jest tajemnicą, która narzuca nam swoją niepokojącą obecność i wzywa dowierności.

Personalistyczny wymiar lektury skłonny byłbym też traktować jako rezurekcję autora. Jego „śmierć” w badaniach literackich nigdy chyba nie stała się czymś ostatecznymO „powrocie autora” pisze m.in. M. Czermińska. Por. eadem, Wygnanie i powrót. Autor jako problem badań literackich, [w:] Kryzys czy przełom? Studia z teorii i historii literatury, pod red. M. Lubelskiej i A. Łebkowskiej, Kraków 1994, s. 165–173. O współczesnych sporach wokół tej kategorii informują m.in. monograficzne zeszyty „Tekstów Drugich”: 1994, nr 4 i 1999, nr 1–2 oraz prace: Autor – podmiot literacki –bohater, pod red. A. Matuszewskiej i J. Sławińskiego, Wrocław 1983; Ja, autor. Sytuacja podmiotu w polskiej literaturze współczesnej, pod red. D. Śnieżki, Warszawa 1996; Osoba w literaturze i komunikacji literackiej, red. E. Balcerzan i W. Bolecki, Warszawa 2000. Problematykę „nieobecności” autora w badaniach literackich i jego „powrotu” syntetycznie omawia J. Abramowska w artykule: Podmiot – osoba – autor, [w:] Sporne i bezsporne problemy współczesnej wiedzy o literaturze, pod red. W. Boleckiego i R. Nycza, Warszawa 2002, s. 99–112. [11]. Wcale nie tak łatwo wyzbyć się nie- zrozumiałejpewności,żeliteraturajesttworzonaprzezludzi, a  twórczość pojedynczegopisarzastanowi,byćmoże,jedynąniesztuczniewytworzoną „całość”(oczywiściewewnętrznieskomplikowanąwieloznaczną),która zarównojestnosicielemcechszerszychukładówliterackich,jakich „generatorem”. Zdaję sobie sprawę z faktu, iż związki autora z dziełem sączymśogromnieskomplikowanym.Mniejinteresujemniezresztąwięź utworu z biografią twórcy. Podobnie jak niektórzy współcześni badacze, skłonny jestem przyjąć tezę, iż relacje pomiędzy tekstem i „autorem biograficznym” wyjaśniają kategorie „sygnatury”, „śladu”Kategorie te wyjaśnia J. Abramowska w artykule: Podmiot – osoba – autor…, s. 99–112. [12], a  w przypadku sekwencjidzieł„hipotezyautora”Por. M. Czermińska, Hipoteza autorstwa.(O podmiocie dzieł wszystkich jednego autora), [w:] Ja, autor…, s. 79–88. [13].Jestemwszakżeprzekonanynie- podważalnym istnieniu osobowego sprawcy  dzieła,  któremu  możemy w sposób logicznie poprawny przypisać posługiwanie się taką a  nie inną poetyką,posiadaniespecyficznejwyobraźnipoetyckiej,kreowaniepewnej wizji świata i pewnego bohatera. Bliski jest mi projekt krytyki tematycznej. Krytykować, to – jak pisze Georges Poulet – „współistnieć z przygodąpoety”Por. G. Poulet, La conscience critique, Paris 1971. Cyt. za J. Kaczorowski, Literatura jako mistyka, [w:] Sacrum w literaturze, red. J. Gotfryd i in., Lublin 1983, s. 48. [14],to„zrobićofiaręzewszystkichswychprzyzwyczajeń, pragnień, przekonań”Ibidem.[15]. Natomiast akt krytyczny to „świadomość zdziwiona istnieniem, które nie jest moje, a  jednak które przeżywam, jakby było moje”Ibidem.[16]. Ostatecznym horyzontem tak rozumianej lektury staje się coś, co zatem można ostrożnie nazwać braterstwem.

Imperatywczułościwobectekstujestwięcdlamniejednocześnienakazem szacunku wobec autora. Każe marzyć o czymś, co przekracza chyba horyzont krytyki literackiej i przedostaje się na teren historii literatury. Myślęportretachpisarzy.Oujęciachproblemowychsynchronicznych. Rezygnujęambicji„totalnego”objaśnieniapoezjidanegotwórcy,wybierając pewien jej aspekt – istotny, ważny, zbierający, niczym soczewka, niektórekonstytutywnedlaniejwłaściwościO takiej właśnie konstrukcji nowoczesnego portretu pisze S. Sawicki w artykule: O sytuacji w metodologii badań literackich, [w:] idem, Wartość. Sacrum. Norwid…, s. 45. [17].Ówwybórchciałbymuzasadnić nie tyle prawem do dowolnej „gry z tekstem”, ile przede wszystkim istnieniem pewnej „wspólnoty interpretacyjnej”. Sądzę, że właśnie istniejące „normy czytania” sprawiają, iż orzekanie o istotnych cechach wspomnianejtwórczościstajesięczymśintersubiektywniesprawdzalnym – choć przecież zdaję sobie również sprawę, iż nie są to reguły absolutne i ponadczasowe. Uważam, że najpłodniejsze formy krytyki literackiej zawsze sytuowały się w pobliżu historii literatury. Nie może być chyba inaczej, jeśli chcemy, by nasze teksty przetrwały dłużej niż tygodnik czy miesięcznik, w którym się ukazują.

Esej pochodzi z książki: Konstelacja Topoi. O rzeczach najważniejszych. Wybór tekstów krytycznych, wstęp i redakcja Adrian Gleń, Towarzystwo Przyjaciół Sopotu, Biblioteka „Toposu”, Sopot 2018.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Wojciech Kudyba, Czy krytyk musi umieć czytać?, Nowy Napis, 2019

Przypisy