05.05.2021

Droga do Pérouges

Z głównej szosy zjechaliśmy w wyboistą, szutrową drogę.

Nie dało się ukryć, że tu byliśmy. Ciągnął się za nami ogon szarego pyłu unoszony pędem samochodu, rozwiewany wiatrem. Ktokolwiek by za nami ruszył, nie widziałby na kilkadziesiąt metrów nic a nic. Może jedynie w saharyjskich goglach oddziałów Afrika Korps, z zawiązaną szczelnie wokół ust i nosa chustą tubylców, Berberów, Kabylów przy wybrzeżu Morza Śródziemnego, Tuaregów na suchej Saharze. Ktoś taki, przy zamkniętych szczelnie wszystkich wlotach powietrza w kabinie, mógłby śledzić naszego wielbłąda, osiołka podróżnego w jego drodze na północny zachód.

Ale przed nikim nie uchodziliśmy, przed nikim nie dawaliśmy nogi.

Gdy na prawym horyzoncie pojawiły się w pożółkłej zieleni wypalonych słońcem traw dalekie błota zamiast radosnych refleksów słońca z wody, wiadomym już było, że ptaków będzie niewiele.

A jednak w jakimś atawistycznym szale radości mknęliśmy po pustej drodze na grobli, wypatrując ptactwa, zostawiając za sobą warkocz pyłu w szumie i chrzęście kamieni i żwirów, i szutrów, odprysków i odpadów skalnych, i ziarenek piasku uskakujących spod kół, czmychających w popłochu jak armie pokonane w dziwnej konkwiście.

Nikogo nie najeżdżaliśmy.

Nie odbywaliśmy żadnej pielgrzymki do źródeł, do celu, po żadnej tam Drang nach Westen, a już zupełnie nie nach Osten.

Zwyczajnie zjechaliśmy z głównej drogi w bezludny póki co szlak trasą po starej grobli.

Droga skręcała długim łukiem, zakrzywiona w panoramicznym wstecznym lusterku jak pod wpływem siły Coriolisa. Jak gdyby oczywistym stało się, że się było w drodze bez celu, no niemalże bez celu, w drodze zwichrowanej jedynie obrotem Ziemi z zachodu na wschód, zgodnie z kosmiczną siłą mierzoną przez francuskiego matematyka i inżyniera Gasparda-Gustave Coriolisa. Przez Monsieur Coriolisa było się odchylonym w naszej wyprawie po trosze w kierunku wschodnim, gdyż poruszaliśmy się nieznacznie, ale jednak w stronę północnego bieguna.

Gdybyśmy, jak oddziały zmotoryzowane Afrika Korps i Włoski Korpus Ekspedycyjny, parli ku równikowi, nasza pylasta ortodroma skręcałaby nas w kierunku zachodnim.

Na łuku grobli, z prawa przed nami pojawiły się budynki z czerwonej cegły.

Młyn i śluza stały niby razem, a jednak osobno, w grobli między dwoma zbiornikami wodnymi. Pewnym stało się to, co przy zjeździe brałem jedynie za przypuszczenie. Zamiast błyszczącego po horyzont lustra wody, świeciły nam z rzadka w oczy refleksy słoneczne z połyskujących jak dziury w szwajcarskim serze sporej wielkości kałuż pośród błota. Susza.

W krajobrazie, jak po odpływie, z wolna brodziło kilka siwych czapli i dwa bociany. Martwe lub umierające ryby miały podane jak na tacy. Cóż, niestety nie były to ptasie obfitości, które mieliśmy zobaczyć podrywające się eskadrami w powietrze, uprzedzając przejazd naszego aerodynamicznego wehikułu.

Ryby nie dały rady. Jedynie rozsądne żaby w udany sposób desantowały na drugą stronę wału, gdzie wody było ciut więcej. Miały mądrzejszych dowódców lub bardziej wykształcony instynkt przetrwania poza skocznymi kończynami.

Wszystko to ujrzeliśmy, gdy auto, znużone jak pogonią za nieuchwytnym, stanęło w cieniu opuszczonych budynków dla chwili wytchnienia i naszego rozprostowania nóg.

Wóz nie przypominał zupełnie błyszczącego nowością, z połyskiem lakieru i chromów białego Cabriolimousine,z płachtą zwiniętego środkiem dachu. Pył spłoszony prędkością powrócił, osiadłszy na krzywiznach karoserii.

Zsunąłem lotnicze okulary na czoło, rozcierając ścierpnięte dłonie w irchowych rękawiczkach, zmęczone kurczowym ściskaniem cienkiej ebonitowej kierownicy na nierównościach szosy. Odciągnąłem klamkę, a drzwi otwarły się bez zgrzytu.

W tym modelu otwierały się jeszcze pod wiatr. Tak mówiono, odkąd w smukłych torpedo nowoczesnych nadwozi praktyczni projektanci osadzali drzwi otwierane do przodu. Kolejne szaleństwo. Teraz najważniejszy był czas, aby szybko wsunąć się w objęcia fotela i jak najprędzej wyruszyć.

Pośpiech i czas.

Ale nam to zupełnie nie przeszkadzało i miało swoje dodatkowe zalety. Mogłem bez pośpiechu, jak dawny szofer, opuścić na twoich oczach miejsce kierowcy, obejść wóz przed chromowaną, na całe dla mnie szczęście przymkniętą, groźnie wyglądającą paszczą chłodnicy i szeroko otworzyć twoje drzwi, pozostając w gotowości, by pomóc ci wysiąść bez obawy pobrudzenia sukni o zakurzoną podróżą karoserię.

Patrząc pod słońce przymrużonymi oczami, widziałem, że działało nawet wtedy, gdy zamiast sukni miałaś na sobie szerokie, białe przewiewne lniane spodnie w duże zielone kwiaty i z gracją, jak damy jadące w sukniach powozami, wysunęłaś nagą opaloną stopę w skórzanym sandale przez szeroko otwarte drzwi, by ostrożnie, jakby badając grunt, czy jest pewny, w zdecydowany sposób postawić ją, naprężając mięśnie i łapiąc się uchwytu, podnieść smukłe, zbrązowiałe od słońca ciało do góry.

Słońce grzało mocno, choć było już późne popołudnie. Teraz, kiedy pył opadł, doszedł nas skisły zapach wysychających błot, wstrzymywany przeszkodą budynków zbudowanych przed prawie dwustu laty siłą niderlandzkich kolonistów.

Podwinąłem rękawy białej koszuli. Stanęłaś w cieniu, z dłonią wspartą na krzywiźnie biodra. Ciemne okulary zakrywały niemal całą twarz, a złote niezwiązane włosy wymykały się niesfornymi pasemkami spod jasnej chustki, założonej, jak nosiły je włoskie gwiazdy filmowe. Do obrazka, nieutrwalonego filmowego fotosu, brakowało tylko w palcach długiej lufki z wetkniętym niedbale papierosem. Nie paliliśmy, nam tego wcale nie brakowało.

Poświstując pod nosem, zgadywałem, o czym myślałaś.

Daleki dźwięk dzwonu zwrócił naszą uwagę. Po lewej, na horyzoncie, z północnego zachodu grobli błysnęło słońce odbite w szkle. Ktoś uchylał okno. Ponad szczytami wysokich topoli widać było wieże kościoła i zarys budynku, pałacu lub niedużego zamku. Znacznie później doszedłem do wniosku, że chyba właśnie to zaniepokoiło mnie jako pierwsze.

Podniosłem maskę, by sprawdzić stan oleju i skontrolować poziom wody w silniku. Wszystko było najwyraźniej w całkowitym porządku. W gorącym powietrzu rozszedł się natychmiast charakterystyczny zapach przegrzanej samochodowej oliwy.

Maska puszczona z wysokości spadła z trzaskiem. Podszedłem w cień bliższego z budynków. Stałaś wpatrzona, nie zwracając na mnie uwagi.

Emfatyczne zdumienie i zachwyt. Ach, gdyby móc utrwalić tę scenę na wieczność.

No cóż, nie mieliśmy w bagażniku wiklinowego kosza z pokrytą kroplami rosy zimną butelką białego wina, owiniętą serwetką wokół szyjki, i dwoma smukłymi kieliszkami na wysokich nóżkach. Długie smukłe nogi…

Czy pomyślałaś o tym samym, gdy na moment zsunęłaś na czoło okulary? Miałaś w oczach ten sam wyraz tęsknoty, jak przed laty w Owernii, jak w Pérouges.

Może, gdybym nie był zmęczony jazdą w upale, gdybym był bardziej czujny, wszystko potoczyłoby się inaczej. Jak? Nie wiem. Nie wiem, czy to dobry czas, aby do tego wracać.

Podeszliśmy do krawędzi ceglanych wyszczerbionych schodów prowadzących nad zalew. Tu czuło się leciutki powiew wiatru. Na błękitnym niebie wzbijał się, zataczając koła, jeden z żurawi w tle cumulusów.

Kiedy staliśmy, patrząc zafascynowani, w milczeniu przytuliłaś się, obejmując mnie w pół, z głową złożoną na moim ramieniu, by po chwili, jakby zawstydzona, poklepać delikatnie dłonią, dając znak – już czas, ruszajmy.

Patrzyłem z nieskrywaną przyjemnością, gdy wsunęłaś dłoń w podaną rękę. Wsiadając, zapadłaś w miękkość sprężynującego fotela. Twoja dłoń wysunęła się zmysłowo, jak w chwili spełnienia, kiedy dłonie, już spokojne, jeszcze poszukują czegoś na ciele kochanka, choć sen ogarnia, nim jest się tego świadomym.

Tak jak w Owernii. 

***

W Pérouges nocowaliśmy z soboty na niedzielę. Tamta wiosna była intensywnie ciepła. Najstarsi nie pamiętali tak ciepłej. Cóż, zwykle tak się mówi. Kto by tam spamiętał te wszystkie pory roku. W pamięci pozostały przecież jedynie oczy dziewczyn, które udało się przekonać do wspólnego szaleństwa, i tych, na taką propozycję patrzących z pogardą. Tych wahających się nikt nie pamięta.

Zwykle przecież pamięta się te najlepsze i najgorsze chwile. Choć z biegiem czasu pamięć, blaknąc, mętnieje i pamiętamy już tylko te lepsze. Gorsze zostają w podświadomości, same decydując, kiedy się odezwać. Ale nie należy wszystkiego zrzucać na dziewczyny. Jeżeli poczułeś się odrzucony, będąc jeszcze dzieckiem, jako dorosły będziesz bardziej czuły na zranienia i zniechęcenie.

Droga do Pérouges.

Specjalnie wybrałem tę dłuższą przez Saint-André-de-Corcy.

Gdy wyjechaliśmy z Lyonu, początkowo się nie zorientowałaś. Nawet wtedy, gdy przejechaliśmy mostem przez Rodan. Dopiero w Rillieux-la-Pape zdziwiona spytałaś:

– Dlaczego nie przez Montluel? Tak, jak wiedzie droga do Genewy…

 

Cóż miałem ci powiedzieć.

Uśmiechnąłem się i docisnąłem akcelerator przyspiesznika. Wtuliłaś się w fotel, ale nie, nie ze strachem, z radością, jakbyś stawała się częścią tej energicznej maszyny, białej alfa romeo, wynajętej ubiegłego ranka.

O nic nie pytałem, wiedząc, że najczęściej i tak nie odpowiadasz. Twoje myśli zawsze chodziły swoimi drogami. Te rzadkie chwile, kiedy ich drogi po loksodromie przecinały się z moimi, jakby wykreślono im kurs po linii kolizyjnej pod tym samym kątem, kończyły się zwykle dla mnie jak fons vitae, orzeźwienie duszy. Chrzest, który wówczas odbywaliśmy, nieczyniony był wodą, a odkupienie nie było w żadnym razie krwią eucharystyczną jak owe baptysterium, źródło życia ocembrowane jak chrzcielnica w środkowej części Ołtarza Gandawskiego Jana van Eycka.

Był dopiero początek kwietnia, a wszystkie rośliny manifestowały swoją radość i przydatność do życia bujnym rozrostem i gamą barw kwiatów, które nagle, zupełnie niezauważone poprzedniego popołudnia, po nocy pojawiły się na krzakach i drzewach.

Kiedy leniwym popołudniem dotarliśmy po stromych uliczkach do górującego nad równiną Rodanu, na północny wschód od Lyonu, wzgórza i kamiennego miasta prawdopodobnie założonego jeszcze przez galijskich uchodźców zbiegłych w czasach rzymskich z włoskiej Perugii, marzyłaś o ciepłej herbacie. Ja myślałem o mocnym calvadosie.

Trochę się bałem tej wiosny. Kaszlałaś jeszcze po zimowym przeziębieniu.

Wynajęliśmy pokój z tarasem w dwupiętrowym, jednym z wyższych w okolicy hoteli.

Tu wszystko było z kamienia. Ulice pamiętające średniowiecze, z nieodłącznym rynsztokiem pośrodku, wyłożono dużymi otoczakami z Rodanu, który toczył wody kilkanaście kilometrów na południe. Podobnych kamieni na przemian z białymi wapieniami z okolicznych kamieniołomów użyto do budowy ścian, płotów, ogrodzeń i wszystkiego, co można było zbudować w Pérouges. Wśród ciasnej zabudowy nie było niemal miejsca dla zieleni. Gdzieniegdzie, w ogrodach, na fasadach budynków jawiły się zielone plamy roślin. Ale królowały swobodnie dopiero na łąkach i polach pod miastem.

Miasteczko od połowy dwunastego wieku wyglądało jak mała twierdza warowna, kiedy to Seigneur GuichardI d'Anthon, uczestnik pierwszej krucjaty, zamknął mury przed oddziałami arcybiskupa Lyonu. Później miasto rozwijało się i rosło. Huczały do końca osiemnastego wieku krosna włókniarskie. Lecz odkąd pojawiła się kolej, niestety, w pewnym oddaleniu od miasta, jego mieszkańcy opuścili kamienne wzgórze i zostało ich tu ledwie kilkudziesięciu.

Pérouges.

Kiedy z tarasu rozglądnęliśmy się po okolicy, wreszcie zauważyłem pogodę na twojej twarzy w zwężeniu zadowolonych zielonozłotych oczu. Miasto było puste, niemal wymarłe. Lubiłaś samotność. Do tego stopnia, że z trudem udało mi się namówić cię na tę wyprawę.

Sukces dawał złudne nadzieje. Cóż…

Jako homo sapiens tenerus, ludzie czuli, lubimy się łudzić, gdy przyszłość wygląda kusząco, wiedząc, że każda stracona okazja i każda chwila powrócą w życiu, przywołując ból niewykorzystanych szans. Wtedy w swej świadomości cierpimy…

 

To było przyjemne popołudnie.

Rozparłaś się wygodnie w samochodowym fotelu. Jasna chustka na złotych włosach zsunęła się, odsłaniając opalone, pogodne, bez bruzd świadczących o strudzeniu i znużeniu, czoło.

Wracaliśmy do samochodu. Do kołującego żurawia dołączyły kolejne, kierując się wprost w stronę zielonej wyspy sterczących na horyzoncie topoli.

Przekręciłem kluczyk, a silnik, zaciągając się zachłannie paliwem, z radości, że już ruszamy, zadrgał niecierpliwie nierównym rytmem.

Ruszyliśmy.

Stary drań, biorąc azymut na wieżę kościoła, nie mógł sobie jednak odmówić przyjemności ponownego zakrztuszenia się nadmiarem bogatej mieszanki, by ostatecznie, z głośnym fuknięciem z rury wydechowej, dać znać o gotowości do dalszej podróży. Poklepałem kierownicę, by go uspokoić, a ten w odpowiedzi zaczął rachitycznie trząść się nierównymi obrotami.

Popatrzyłaś zdziwiona. Dopiero głaśnięty pieszczotliwie twoimi długimi palcami po przedniej szybie momentalnie spuścił z tonu i zaczął rytmicznie pracować.

Jak ty to robiłaś?

Jak zwykle nie wiedziałem, co powiedzieć, ale gdy miałem zamiar się odezwać i spojrzałem w twoją stronę, oślepił mnie blask jasnych zębów odsłoniętych w uśmiechu. Każdy by spuścił z tonu.

Nie byłem zatem zdziwiony, kiedy silnik zagrał równo jak na paradzie i ruszyliśmy z trzaskiem kamieni odskakujących spod kół. Zawiązany przed momentem jedwabny biały szal zafurkotał z animuszem na twojej szyi.

Brakowało tylko kojących fortepianowych pasaży Gymnopédies Gnossiennes ekscentrycznego Erika Satie, o którym Igor Strawiński napisał, że był najokropniejszą osobą, jaką kiedykolwiek znał. Satie fascynował swoją twórczością nie tylko nas. Był guru dla młodych kompozytorów, Francisa Poulenca, Arthura Honeggera i Dariusa Milhauda, tworzących grupę Le Six, twórców chcących zerwać z patetycznym wagneryzmem, pisząc muzykę prostą, lecz również prowokującą.

Kto kogo sprowokował przed laty w Owernii, w Pérouges?

Grobla z lotu ptaka musiała wyglądać jak wydłużona, rozciągnięta wzdłuż wierzchołków litera S. Droga zakręcała przed nami łukiem w kierunku zachodnim, w stronę stojących na horyzoncie topoli. Autem trzęsło na brukowanej drodze jak na uliczkach Pérouges, ale wiśniowe, skórzane fotele dobrze amortyzowały w dawnym stylu.

 To musi być Sonnenburg – powiedziałaś w zamyśleniu.

Gdy byłaś blisko, nigdy nie przeszkadzało mi twoje milczenie, równoważone dotknięciem ręki, przytulonym policzkiem, z rzadka pocałunkiem. Wystarczyło mi nawet usłyszeć wypowiedziane lekko chrapliwym gardłowym głosem: Chcesz spróbować?, by smakować każdą lurę, uznając ją za ambrozję, skoro zanurzyłaś w niej usta.

Tak, emfaza i patos były w tamtych momentach moim najbliższym rodzeństwem. Dziś także, gdy o tym wspominam.

 Tak, to musi być Sonnenburg – skinąłem głową.

Czas znowu stanął w miejscu.

Patrzyłaś na mapę w starym Conti-Atlas z pomarańczową reklamą opon Continental na okładce. Wszystko się zgadzało, droga była zaznaczona jako przejezdna aż do Sonnenburga. Twój palec podążał żółtą ścieżką drogi prowadzącej po obydwu stronach zielono-niebieskich obszarów podmokłych. Tak pokazywała mapa w samochodowym atlasie Der Große Conti-Atlas, Deutsches Reich und Nachbargebieteniem.: Rzesza i obszary sąsiednie.[1], Wydawnictwo Kartograficzne Hannover, 1938, z reklamą Dresdner Banku na drugiej stronie.

Mimo że nie mówiliśmy zbyt wiele, i tak byłem w tej podróży przy twoim milczeniu oratorem znakomitym, istnym Pliniuszem Młodszym, choć panegiryk na twoją cześć wygłosiłem natchniony przed laty. Później na tyle skutecznie zbijałaś mnie z tropu swoim słodkim Quatschniem.: bzdura.[2], że w chwilach uniesienia nie było mnie stać na nic więcej poza rilkowskie Liebe Dich. Choć zamiast Rilkego wolałaś nieco zwariowaną romantyczkę, Bettinę von Arnim, z jej miłością do przyrody.

Teraz ja zamilkłem na dobre i zamiast bawić cię rozmową, od czasu do czasu pozwalałem sobie jedynie patrzeć z ukosa na twoje dłonie na otwartych stronach atlasu.

Wiem, mówiłem o tym nie raz. Wiele razy się zachwycałem. Masz piękne palce. Mogły być modelem palców w Bureau international des poids et mesuresSevres.

Telepatia?

Jakby czytając w myślach, zaczęłaś bębnić wyprostowanymi palcami o blaszaną deskę rozdzielczą, wybijając niesłyszany w hałasie drogi rytm, ale mógłbym się założyć, że była to wesoła francuska piosenka, a nie żaden Marsch, choć zbliżaliśmy się do Sonnenburga, a benzynowy motor z wyraźnym zadowoleniem pomrukiwał w równym rytmie.

 Tak, to musi być Sonnenburg.

 Lepiej uważaj na drogę, mój wyścigowcu.

Usta uniosły ci się w uśmiechu. Śledziłaś mój wzrok, miast krzywizny ostrego zakrętu, łapczywie wgapiony w staranny manicure.

Chwycona mocniej kierownica sprawiła, że bezpiecznie wyszliśmy z zakrętu. W tle pobliskich, wysokich już i starych topoli, na przekrzywionym zardzewiałym słupku wisiała ukosem stara tablica z nazwą miejscowości:

Sonnenburg, Kreis Zielenzig, Regierungsbezirk: Landsberg an der WartheSonnenburg, okręg Zielenzig, okręg rejestrowy Landsberg an der Warthe.[3].

Czy właśnie tu, w Nowej Marchii, przyjdzie nam stoczyć kolejną życiową batalię, jak wtedy, przed laty w Owernii?

***

Och, Pérouges.

Do Pérouges wyruszyliśmy w sobotni ranek.

Lyon był senny z rana i pusty. Nie było tłoczących się zwykle przy każdym Café ludzi czekających na poranną kawę i croissanta. Miasto spało po piątkowym wieczorze i nic, i nikt, nawet sam Marcel Duchamp, gdyby w centrum Presqu’ile na Placu Terreaux ustawił swoją ekstrawagancką fontannę – urynał oznaczony symbolami R. Mutt 1917, symbol radykalnego i prześmiewczego zerwania z ograniczeniami w sztuce, nie podniósłby z alkowy żadnego mieszkańca sennego miasta w sobotni poranek.

Tobie udało się to ze mną bez większego trudu.

Fakt, ze mną poszło ci łatwiej, bo przecież de facto nie byłem mieszkańcem miasta, nie byłem w żadnym razie obywatelem III Republiki. Byłem jedynie wędrowcem podążającym za tobą jak cień, gorzej, jak Odyseusz nieprzywiązany w porę do masztu, wiedziony syrenim śpiewem. Rzucony na falę marzeń w podróży do wnętrza siebie jak statek Le Hollandais volant, The Flying Dutchman albo, jak mówiłaś, der Fliegender Holländer, w jego drodze z Amsterdamu do Batawii.

Ale mój rejs przebiegał gładko wcale nie do Przylądka Dobrej Nadziei. Straszliwy sztorm rozpętał się już wówczas, gdy zniknęłaś pierwszy raz z mojego życia.

Mówiłem, ostrzegałem, emfaza zabija wrażenia estetyczne. Nic na to nie umiałem poradzić.

Kolejne tsunami przyszło, gdy wiedziałaś, że nie możemy zacząć znowu tam, gdzie poprzednio skończyliśmy. Cokolwiek miało to znaczyć, nie miało nic wspólnego z kartografią.

Chwiejąc się na niepewnych nogach codzienności jak na pokładzie mitycznego żaglowca, miotałem się każdego nowego dnia, nie wiedząc, co dalej. Jak zmagać się z osaczającym żywiołem? Sposobem? Sprytem?

Może dla tych niewyrafinowanych powodów sam stałem się dla siebie kapitanem Van der Deckenem, prącym swoim Holendrem wbrew zdrowemu rozsądkowi coraz dalej i dalej, skazany na porażkę w sztormowym chaosie bezradnych myśli i nerwowych pociągnięć, i ciągle dalej, odkąd zamilkłaś i zniknęłaś, jak wydawało mi się wtedy, na dobre.

W zapamiętanym szale bluźniłem przeciw sobie, składając jednocześnie niewiarygodne przyrzeczenia poprawy, gdy tylko uda mi się dobić do pirsu mitycznej Stołowej Zatoki w twojej obecności.

A może miałem odtąd ekspiacyjnie błądzić całą wieczność, przynosząc, jak w legendzie o Latającym Holendrze, nie tyle wszystkim spotkanym, ale przede wszystkim samemu sobie nieszczęście i beznadzieję, bez prawa wymiany na nieśmiertelność.

 

A ty bez zbędnej emfazy zwykle radziłaś sobie ze mną dość łatwo.

Gdy po przerwie wracałaś, czułem się znów wyzwolony, jak w nałogu oddając latające szaleństwo innemu spokojniejszemu ja w dzierżawę, jak nieistniejący nigdy krążownik Essen, kiedy napotkał na oceanie wyglądający na stary wrak żaglowiec. Kapitan Essena, uznając żaglowiec za aliancki statek-pułapkę, odpalił z pokładowych wyrzutni krążownika wszystkie torpedy. Palba, miast udręki, dała skipperowi żaglowca wytchnienie, gdyż stary szkuner, tak, tak, znowu ów legendarny der Fliegender Holländer, miał za swe zbrodnie tułać się po bezkresach fal, póki sam nie znajdzie większego zbrodniarza niż jego kapitan.

Tak myślałem przed wyruszeniem z tobą wiosną do Pérouges, choć nie wykluczam, że mogło to być również spowodowane nadmiernym spożyciem nieklarownej Zielonej Wróżki, zmętnionego wodą absyntu. Najwidoczniej anyżowa gorycz przyjęta w jednym z bistro wiekowego Vieux Lyon była mi tamtego wieczoru niezbędnie konieczna do życia.

***

Za zakrętem zwolniliśmy. Tuż przed wjazdem do miasteczka droga przechodziła garbem przez mostek na kanale, a wyłożone kamieniami garby podjazdu ostrzegały, że przy nadmiernej prędkości z chęcią wyrzuciłyby wóz na obcych numerach rejestracyjnych do rowu.

Czy już wiedziałem, co będzie? Czy pustka Sonnenburga korelowała mimo tysiąca kilometrów z pustką Pérouges? Czy samotność jest dana niektórym na zawsze, a wszelkie inne jej postrzeganie jest złudą i próbą zaklęcia rzeczywistości?

Szczerze? Nic mnie to wówczas nie obchodziło.

Mimo że w Sonnenburgu nie brakowało zieleni, a ściany domostw były czerwone od koloru wypalanej w pobliskich cegielniach gliny, pustka była podobna tej, w szarym kamiennym francuskim miasteczku na wzgórzu.

Ale tutaj pusty, trójkątny plac przed ruinami kościoła, kilka sennych kamieniczek przy małym rynku, a za drzewami strasząca wypalonymi oczodołami czaszka małego zamku lub sporej wielkości pałacu bez dachu nie były turystycznymi atrakcjami. A gdy między kamieniczkami zaświeciła blada twarz przestraszonych dzieciaków, które na sam widok naszego spojrzenia momentalnie skryły się wśród zaniedbanych kamienic, można było spodziewać się niejednego. Nawet silnik przestał nagle pracować, zakrztusił się i zamilkł, nie odpowiadając na wezwania rozrusznika do pracy.

A może te ruiny symbolizowały coś wzniosłego? Coś w rodzaju gry w Burz i Buduj, jak w starym powiedzeniu, które odkryliśmy kiedyś na pożółkłych kartkach książeczki z mądrościami Lewantu i Maszreku, wygrzebanej w antykwariacie przy twoich Westliche Höhe.

Tylko to nie napawało życiowym optymizmem przy całym banale sentencji Zerstören geht schnell, aber das Bauen langsam. Nie trzeba być mędrcem z Maghrebu, by wiedzieć, że burzenie trwa szybko, a budowanie wymaga czasu. Ale nic mnie to wówczas nie obchodziło.

Kątem oka widziałem twoją zarumienioną twarz i wiedziałem, że nie pozostało już nic innego. Wsunąłem z pietyzmem twoją rękę w mą dłoń. Nie protestowałaś. Delikatnie pogłaskałem palce, a później pogładziłem nimi blachę nadwozia tuż pod przednią szybą. Amortyzatory i resory jęknęły przeciągle z rozkoszy.

Motor zaskoczył równym rytmem od pierwszego razu. Można było ruszać.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Mariusz Sambor, Droga do Pérouges, Czytelnia, NowyNapis.eu, 2021

Przypisy

    Powiązane artykuły