04.07.2019

Królestwo Szczepana Twardocha

Szczepan Twardoch wydał nową powieść, która zyskała z miejsca duży rozgłos. Zyskała, bo musiała zyskać. Musiała, gdyż jest to nowa powieść Szczepana Twardocha, najpopularniejszego pisarza w Polsce. Królestwo czytane jest więc przez wszystkich – jakby nie imało się go prawidło o spadającym czytelnictwie – od zawsze sceptycznych, ambitnych krytyków literatury po zastępy fanów gotowych do zachwytów nad każdą stroną każdej książki swojego ulubionego autora. Dlatego właśnie – z powodu tego czytelniczego fenomenu – aby powiedzieć coś o powieści konieczne wydaje się powiedzieć najpierw co nieco o samym pisarzu i jego pozycji w polskiej literaturze ostatnich kilku lat.

okładka książki

Tak naprawdę istnieje dwóch Szczepanów Twardochów – jak dwie Polski w Rymkiewiczowskiej mitologii narodu – ten, który „chce się podobać na świecie” i ten, który nie potrzebuje się podobać. Pierwszy Twardoch to pisarz wysokich lotów. Dobry stylista, udanie eksperymentujący z językiem i formą powieściową, posiadający szeroki, jak chyba nikt w jego pokoleniu, epicki rozmach. Autor poważny, z pretensjami do zajmowania się najważniejszymi dylematami naszej historii i naszej współczesności. Prozaik z krwi i kości, wskazujący jako swoich mistrzów Józefa Mackiewicza i Sándora Máraiego. Ten ostatni staje się dla pisarza z Pilchowic wzorem nie tylko literackim. Gdy czytać równolegle Dziennik Máraiego oraz zbiór zapisków Twardocha (wydanych w 2015 roku pod tytułem Wieloryby i ćmy) – rzuca się w oczy naśladowanie węgierskiego autora także w sposobie życia, niemalże w odczuciach i obserwacjach. Márai pisze:

Żyję już tylko pomiędzy linijkami moich prac […] wszystko inne to tylko przygotowanie, zbieranie sił do tych kilku zdań. Czytanie, jedzenie, spanie, całe zachwycające misterium życia stanowi tylko rekwizyt i przygotowanie do pracy.

Twardoch powtarza, że on też musi spędzić pół dnia na czytaniu internetu, żeby zasiąść na kilka godzin do pisania. Albo wizyta w budapesztańskich łaźniach – czy może być dla młodego człowieka z Polski XXI wieku takim samym rytuałem, jak dla starego Węgra? Czytając Wieloryby i ćmy, gotowi jesteśmy uwierzyć, że tak – ale czy to nie jest przypadkiem skopiowane? Tak jak skopiowany był tytuł wczesnej książeczki śląskiego autora Wyznania prowincjusza (vide sławne Wyznania Patrycjusza Máraiego). Może nas to snobowanie się Twardocha trochę śmieszyć. Ale jest też jasną deklaracją: „w taką literaturę i w taki pisarski los celuję”.

Drugi Twardoch to pisarz celebryta. Prowokator gromiący polskość, pańskość i wszelkiej maści narodowe wady – trochę podobny w tym do Gombrowicza, jednak dużo bardziej płaski, schematyczny, raz po raz tracący intelektualny grunt pod nogami i osuwający się w ideologiczną felietonistykę. Nihilista, też nie najwyższej próby, powtarzający na okrągło, że nie ma Boga, a świat to tylko tu i teraz, zresztą ohydne, okropne tu i teraz. Bogacz, w na miarę szytych garniturach i płaszczach, z drogimi zegarkami i kluczykami od mercedesa w ręku, jakby jakiś współczesny Dołęga-Mostowicz – za co nie toleruje go, może trochę zazdroszcząc, pisarska biedota. W końcu bardziej znany kolega po piórze, który chwali kolejne książki Łukasza Orbitowskiego i Jakuba Żulczyka, i stworzony na podstawie jednej z tych książek serial Ślepnąc od świateł w reżyserii tego ostatniego. Zresztą zachwyt Twardocha nad tą produkcją jest dość znamienny. Pokazuje skłonność do popkulturowego efekciarstwa czy komiksowego przerysowania, które próbują nadać głębi nieco dętej twórczości Żulczyka.

Wydaje się, że trudno być Szczepanem Twardochem balansującym między tymi dwoma swoimi wcielaniami. Próbującym uchować pisarską wielkość, czyniąc jednocześnie zadość prawidłom „rynku książki”. Starającym się o pogłębioną refleksję, która rozbija się niekiedy o efektowne acz ułatwione sądy. Godzącym rzemieślniczą robotę w swoim domu w Pilchowicach z pokusami „życia literackiego” w celebryckiej warszawce. Królestwo jest w jakimś sensie literackim wynikiem tych zmagań.

*

Mówi się, że każdy poważny pisarz ma swoje wielkie tematy, którymi się bez końca zajmuje. Stosunkowo łatwo jest wskazać takie tematy w twórczości Szczepana Twardocha. Przyczynkowo wyłaniają się one już z wcześniejszych jego powieści, zwłaszcza z Wiecznego Grunwaldu(2010), ale zostały ustawione na dobre dopiero wraz z napisaniem Morfiny(2012). Książka ta, będąca dla autora punktem przełomowym, od którego twórczość jego zaczęła być szeroko czytana i komentowana – zajmuje się kwestią rozmytej tożsamości, tożsamościowego pogranicza, próbuje odpowiedzieć na pytanie: „a co wtedy, gdy człowiek jest i Niemcem, i Polakiem?”. Pytanie tym bardziej dramatyczne, że zadawane podczas drugiej wojny światowej. Zresztą wojna jako taka, jej bezsens, okrucieństwo i groteska – na stałe wejdzie w zakres Twardochowej problematyki. Stanie się jedną z głównych rzeczywistości kolejnej jego powieści, bodaj czy nie najlepszej – Dracha (2014). Tu punktem centralnym jest jednak śląskość, a więc znów – nieustalona raz na zawsze tożsamość, która staje się przedmiotem w rękach bezwzględnej historii. Zderzenie pojedynczych egzystencji, cechujących się silnym materialnym osadzeniem, z niedookreśloną siłą wielkich narracji – czyni Twardoch jedną z głównych osi napięcia, które napędza jego literaturę. Nie inaczej jest w Królu(2016). Nawet Jakub Szapiro – bokser i gangster, uosobienie męskiej siły, w garści trzymający losy całej żydowskiej Warszawy – nawet potężny król Szapiro nie zdoła się przeciwstawić dziejowej katastrofie, która wisi nad miastem. Jedyne, co może zrobić, to uratować swoją egzystencję, siebie i najbliższych przenieść w świat, gdzie będą bezpieczni, ale będą znaczyć jeszcze mniej niż tutaj. Dlatego zawraca samolot lecący do Izraela i postanawia być królem warszawskiego półświatka tak długo, jak to możliwe.

Królestwojest kontynuacjąKróla, jakkolwiek przekorny to tytuł. Nie ma już przecież dawnego imperium Szapiry, on sam ledwie już jest. Bez tego, czym się karmił, bez swojej pozycji, swojej siły, swojego materialnego entourage’u (samochodów, zegarków, ubrań) – pozostał jedynie pustym w środku ciałem, mimo woli utrzymywanym przy życiu na gruzach popowstaniowej Warszawy. Ten półmartwy Jakub nie potrafi się już nawet sam opowiedzieć – narratorami powieści są występujący na przemian: dawna kochanka Szapiry, Ryfka i jego syn, Dawid.

Więc potrzebowałem perspektywy – powiada autor w wywiadzie dla Onetu – która będzie stać na antypodach tych dwóch elementów: męskości i dojrzałości. Dlatego w Królestwie jest perspektywa kobiety, również dojrzałej, ale kobiety. I chłopca – niedojrzałego, dziecka.

To prawda, powieść jest pierwszym w twórczości pisarza tak wyraźnym odejściem od męskiej perspektywy narracyjnej. Konstanty Willemann, kolejne pokolenia śląskich Gemanderów, nie mówiąc już o pierwszym wcieleniu Szapiry – wszyscy oni byli męscy aż do przesytu. A tu – żydowska prostytutka i dwunastoletni chłopiec. Inna sprawa, czy pomimo tak ustawionej optyki zabieg odwrócenia narracji udaje się Twardochowi. Czytając Królestwo ma się niejednokrotnie odczucie, że najciekawszą postacią pozostaje w tej powieści niby nieobecny eks-król.

Lecz to chyba nie wina małego, że tak powiem, potencjału fabularnego Ryfki czy Dawida. Nie, tu chodzi o coś innego. Odpowiadając na to pytanie zbliżamy się nieuchronnie do innego, może bardziej podstawowego zagadnienia, a mianowicie do tego, co jest głównym tematem powieści. A tu sprawa nie jest tak prosta, jak w przypadku poprzednich książek Twardocha. Bo z jednej strony w Królestwieodzywają się tu i ówdzie wielkie tematy autora Morfiny. Jest jakiś prosty śląski młodzieniec (z Pilchowitz, a jakże) wrzucony w wojenną zawieruchę, a jednocześnie – można odnieść takie wrażenie – wrzucony jakby przypadkiem w tę książkę, jakby doklejony mimochodem. Pojawia się Ukrainiec, którego rodzinę zamorzono w wielkim głodzie, a później skierowano go do wyrywania złotych zębów rozstrzelanym Żydom. Ten Ukrainiec też nie ma w książce mocnego osadzenia, ot kolejna postać, bez której by się obeszło. Przewijają się przez tę historię również całe, pardon le mot, rzesze niegodziwych Polaków patrzących tylko, gdzie by tu jakiegoś Żyda pobić lub zatłuc na śmierć. A więc – można by pomyśleć – Twardoch w pełnej krasie: schizofreniczność tożsamości, polskość jako zło świata, a świat jako moralne bagno – wszystko to podlane nihilistyczną ironią i felietonową prowokacją. Ale przecież nie o tym przede wszystkim jest ta książka. Bo z drugiej strony narasta temat wielki, ogromny, totalny – Holocaust.

Miałem zawsze wrażenie – czytamy dalej we wspomnianym już wywiadzie – że ludzie bezpośrednio dotknięci płomieniem Holocaustu mieli do tego, do pisania o Zagładzie, jakieś oczywiste prawo. A niedotknięci niekoniecznie. Pomyślałem sobie, że może te prawie 80 lat później warto spróbować napisać powieści wprost o Holocauście.

Odważne zadanie postawił sobie Twardoch. Blisko stuletnia perspektywa aż tak znacząco go nie ułatwia. Bo też nagromadziło się w tych dziesięcioleciach opowieści poświęconych Zagładzie. Słynna uwaga Adorno o zamilknięciu poezji po Holocauście odeszła w cień, a zastąpiło ją: wielość świadectw, mnogość języków, rozmaitość narracji. Tak że dziś wypadałoby raczej stwierdzić, iż bliżsi jesteśmy pełnego wypowiedzenia tego tematu (na ile, oczywiście, da się to zrobić), niż niedoboru słów w jego obliczu. Czy Szczepan Twardoch mógł powiedzieć coś więcej ponad to, co zostało powiedziane? I jak miałby tego dokonać? Czy wystarczyłoby na ten cel choćby i dziesięciu Jakubów Szapiro? Czy objaśniłby coś obraz umarłego miasta, zresztą z artyzmem ukazany? Czy pomogłyby rozsiane gęsto publicystyczne fragmenty, jakby wycięte z gazet, o nękaniu, biciu, katowaniu Żydów, trwających nawet wtedy, gdy spłonęło już getto, gdy wydawałoby się, że miara współczucia w każdym sumieniu powinna zostać przekroczona? Czy z tego wszystkiego, zmontowanego fachowo, miejscami wręcz świetnie – może wyniknąć nowa, ważna opowieść o Zagładzie? Nie jestem przekonany. Ryfka ze swoimi filozoficznymi monologami nie jest jednak nową Hanną Arendt. Dawid nie prześcignął języka, jakim rzeczywistość katastrofy opisywał mały bohater powieści Imre Kertesza. Żeby nabrać przekonania, że Polacy byli dla Żydów totalnymi oprawcami – na to wystarczy nam chyba książek Jana Tomasza Grossa.

Zresztą Twardoch – pisze Maciej Jakubowiak w „Dwutygodniku” – nie zabrałby się za pisanie o losach polskich Żydów podczas II wojny światowej, gdyby ten temat nie został wcześniej, choćby do pewnego stopnia, przetworzony w szereg rozpoznawalnych klisz, którymi można bezpiecznie żonglować i które można zgrabnie skapitalizować.

Nie wiem, czy to nie nazbyt krzywdząca ocena motywacji pisarza. Choć z drugiej strony sam Twardoch jakoś na nią przyzwala swoimi prowokacyjnymi wypowiedziami w rodzaju: „po prostu dobrze się robi literaturę o tym, o czym ludzie nie chcą słuchać”. Można by złośliwie dopowiedzieć, że nawet gdy się już zrobi taką literaturę, to i tak ludzie mogą nie zechcieć słuchać. Lecz powód niepowodzenia opowieści o Holocauście jest chyba inny. Niech będzie to moja robocza teza, może się mylę, ale mam nieodparte wrażenie, że Twardoch nie potrafił opowiedzieć o Zagładzie Żydów, bo go ta Zagłada zwyczajnie nie obchodzi. Nie w tym sensie, że nie współczuje ofiarom. Nie twierdzę też, że nie wścieka się na antysemityzm narodowców. Nie podejrzewam go o to, że nie interesuje się Holocaustem w sensie intelektualnym, poznawczym. Wszystko to może mieć miejsce, zapewne ma. Mówię jedynie, że nie jest to temat Szczepana Twardocha. Nie żyje on tą sprawą, nie przenika go ona do samych kości, do najmniejszych nerwów – tak jak przenika go niezgoda na polskość lub afirmacja śląskości albo nawet wojna, wojna jako uwolnienie zła tkwiącego w człowieku, jako walka człowieka z człowiekiem. Widać to w tej powieści wyraźnie, bo gdy zaczyna się mowa o wojnie, gdy pojawiają się opisy tych wszystkich broni, dwupłatowych myśliwców, formacji wojskowych czy przebiegu bitew – Twardoch wchodzi na swój grunt.

Dlatego wierzę autorowi, gdy mówi (w wywiadzie dla Onetu):

Bardzo niemądrze jest myśleć, że to tylko źli ludzie zabijają dobrych. Czy jeśli ofiarą zła jest człowiek, który również był jego sprawcą, to dosięga go sprawiedliwość? A może to zło jest takie samo, gdy dotyka ludzi niewinnych?

Nie chodzi mi o prawdziwość tego retorycznego pytania. Przeciwnie, dostrzegam drzemiący w nim relatywizm, pokusę do zrównywania win, a więc do ich – w jakimś sensie – unieważniania. Bo gdy wina traci swoje indywidualne nacechowanie, gdy nie daje się ustawić w jakiejś hierarchii, to rozmywa się w abstrakcję. Celnie konkluduje to Maciej Jakubowiak:

skoro zło tkwi w ludzkiej naturze, skoro jakaś ludzka natura w ogóle istnieje, to jej rozpoznanie załatwia wszystko. I wszystko wyjaśnia, choć niczego nie usprawiedliwia.

Jednak – co by nie powiedzieć – Twardoch pisze o tych sprawach z pasją, widzimy, że one go zajmują, że będzie wwiercał się w powieściowe tworzywo, żeby coś z nich zrozumieć, coś odkryć, pokazać czytelnikowi:

Źli ludzie również bywają ofiarami i czy żertwa z nich złożona mniej jest warta niż żertwa z ludzi dobrych, z ludzi niewinnych jak baranek bez skazy, składanych w ofierze całopalnej? Czy oprawca, który wcześniej był ofiarą, w mniejszym stopniu jest oprawcą, gdy dręczy i zabija innych?

Dla takich fragmentów chce się czytać tę powieść. To są fragmenty godne Máraiego, poważne, nienastawione na proste odpowiedzi. Przytoczmy jeszcze jedno z takich zdań, które można czytać po kilka razy, podziwiając ich jednoczesną lapidarność i głębię: „Lepiej być dzieckiem, bo nie rozumiesz, a skoro nie rozumiesz, to nie jesteś upodlony ani upokorzony”.

Problem w tym, że w Królestwie takie zdania przeplatają się z całym mnóstwem treści o wartości odwrotnie proporcjonalnej. Za przykład niech posłuży taki oto, pierwszy z brzegu cytat:

[…] ojciec lał Mirona i całe jego rodzeństwo poza najmłodszą córeczką, w której miał upodobanie, ojca lał po pysku carski żandarm, żandarma jego przełożony i tak dalej, Miron zaś, kiedy dostał w skórę od ojca, to brał kij i lał psa przypiętego przy budzie, bo tylko psa mu lać było wolno, psu zaś pozostawało szarpać się na łańcuchu tak, że stalowa obręcz na jego szyi raniła go aż do zasychającej na brudnych kłakach krwi […].

Czego w tym zdaniu nie ma? I przenoszenie przemocy, i podtekstowa relacja ojca i córki, i ukłon w stronę animal studies. Do tego wyłożone w tak stereotypowy sposób, że obroniłyby się najwyżej jako diagnoza amerykańskiego psychoanalityka, bo tam zawsze wszystko do siebie pasuje. I w hollywoodzkim serialu też może by się obroniły.

No właśnie, Królestwo za dużo ma w sobie z serialu. Wypada zgodzić się z Pawłem Majewskim, który w „Kulturze Liberalnej” pisze, „że z powieści na powieść wyobraźnia twórcza Twardocha coraz słabiej współbrzmi z rzetelnym przetwarzaniem wiedzy, a coraz silniej – z imaginarium popkultury”. Skróty myślowe, efekciarskie obrazy, dynamicznie wrzucane dygresje stanowią może o sile dzisiejszego kina, ale w gatunku, jakim jest powieść, zabijają chyba coś ważnego. Bo powieść ma być powolna, ma się toczyć leniwie, dzieląc włos na czworo, oglądając rzeczy z każdej strony. Wiem, Twardoch powie, że to nudziarstwo („głęboka literatura wysokoartystyczna, co się tłumaczy na polski: nie czytajcie tego, bo zaśniecie po sześciu stronach”). Tak, tak właśnie powie Twardoch celebryta.

Lecz wbrew pozorom trudno jest opowiadać o sprawach ważnych za pomocą pop literatury. Być może da się dzięki niej te ważne sprawy zaszczepić w umyśle czytelnika, powiedzieć mu o czymś, o czym nigdy nie słyszał, zachęcić do poszerzania wiedzy. Twardoch jest tego świadomy:

[…] wydaje mi się, że są szanse, że po tę książkę sięgną ludzie, którzy np. nie sięgną po Archiwum Ringelbluma, którzy nie przeczytają relacji Perechodnika czy Symchy Binema Motyla, którzy o Dalej jest noc może słyszeli, ale nie będą tego czytać, bo albo nie mają czasu, albo wręcz aktywnie nie chcą. No więc może oni sięgną po Królestwo, bo będą się chcieli dowiedzieć, co się przydarzyło bohaterom książki, którą wcześniej czytali. I będą się jakoś musieli z tym, o czym piszę, skonfrontować.

Ale jednocześnie, gdy uprawia się taką literaturę, pojawia się problem, aby zejść głębiej. Dlatego – poza powodami już wspominanymi – nie udało się z „tematem Holocaustu”. Dlatego też, wbrew deklaracjom autora, książka ta nie mówi nam prawie nic o miłości.

I to nie wyklucza miłości – przytoczmy znowu wywiad dla Onetu. – Przecież ona go nie chce utrzymać przy życiu po to, żeby go torturować, tylko dlatego, że go kocha. To są obszary miłości, które są dla mnie ciekawe i ważne, ale o których nie umiem mówić inaczej niż prozą. Bo nie mam już do tego innego języka.

Być może w głowie autora stosunek Ryfki do Jakuba to bardzo głęboka i interesująca rzecz. Ale z powieści to nie wynika. Ginie gdzieś w huku wybuchających granatów, ustępuje pod ciężarem nienawiści do całego świata, zostaje zagadane przez bezsprzeczne tezy, jakby wyjęte z kwartalnika idei:

Warszawskiemu robotnikowi bliżej do robotnika z Manchesteru albo Leningradu niż do piastowskiego kmiecia, o wiele bliżej, a jednak woli sam siebie ten robotnik wyobrażać sobie jako Polaka i wierzyć w tę fałszywą, łączącą go z przeszłymi pokoleniami Polaków nić.

Mimo serialowości czy komiksowości Królestwo jest przecież – w sensie kompozycyjnym i stylistycznym – kontynuacją poprzednich powieści Twardocha. Znajdziemy tu tak charakterystyczne dla tego autora mieszanie czasów – rzecz opisywana dzieje się jednocześnie w teraźniejszości i w przeszłości, czasem wybiega w przyszłość. Stąd te dziwne zdania z podwójnym czasownikiem: „robi się już ciemno, robiło, nie będzie widać dymu” albo „kiedy udaje, udało mi się zrobić coś do jedzenia”. Wynikają one z narratorskich pozycji, z których prowadzone są opowieści Dawida i Ryfki. Pozycja owa nazywa się „wteraz”. To „wteraz” pojawia się już na pierwszej stronie książki, budząc zdziwienie, z odrobiną kpiącego uśmieszku, którym dano już wyraz w niektórych recenzjach. Z czasem przyzwyczajamy się do tej wymyślonej przez Twardocha, metafizycznej rzeczywistości. „W tej szarej myślącej się myśli, w tym wteraz-nigdy-zawsze, w którym spoczywam i się myślę, i swoje życie myślę bardziej, niż myślałam je za życia” – prawda, że uśmieszek nie całkiem znika? Jednak przyzwyczajamy się, bo znamy poprzednie książki Twardocha. Pamiętamy omnipotentny głos w głowie Konstantego, słyszymy jeszcze podziemnego smoka-dracha, widzimy przelatującego nad miastem lewiatana-kaszalota. Przy nich wszystkich się uśmiechaliśmy, ale jakoś akceptowaliśmy ich obecność.

Myślę, że to uporczywe umieszczanie w każdej kolejnej książce jakiejś metafizycznej instancji nie jest (choć bywa) zabawne. Powiedziałbym nawet, że jest poważne. Pokazuje bowiem nieuniknioną potrzebę takiej instancji. Wiem, Twardoch celebryta odpowiedziałby słowami Ryfki: „w Boga nie wierzyłam wtedy tak samo, jak nie wierzę dziś”. Ewentualnie zracjonalizowałby sprawę fachową uwagą:

Dlatego w Królestwie przyjąłem podobną perspektywę – patrzenia zza grobu, z szeolu albo z innego miejsca po śmierci, co się okazało bardzo przydatne warsztatowo. Bo mogę mieć narratora pierwszoosobowego, który jednocześnie jest wszechwiedzący – i to nie obraża wewnętrznej logiki historii.

Ale ten inny Twardoch, na przekór uśmieszkom i modzie na antyromantyzm, uparcie utrzymuje te wszystkie nadziemskie byty i światy, wyjęte jakby ze Słowackiego. Albowiem wie, czuje instynktem wielkiego pisarza, słyszy z podszeptów Máraiego – że jeśli zrezygnuje z metafizyki, to skończy się i literatura. Jeśli to wie – to bardzo dobrze. Stąd może przyjść odrodzenie jego pisarstwa. Tak, odrodzenie, bo Królestwo przypomina niestety królestwo Jakuba Szapiry – przez jakiś czas chodzić może w glorii wielkości, lecz prędzej czy później rozsypie się jak domek z kart. Zostanie serial, który można obejrzeć, ba, nawet z zaciekawieniem, ale nigdy się do niego nie wraca.

Szczepan Twardoch, Królestwo, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Kamil Suskiewicz, Królestwo Szczepana Twardocha, Czytelnia, NowyNapis.eu, 2019

Przypisy

    Powiązane artykuły