Wydawnictwa / Biblioteka Pana Cogito / Wierzyński. Sens ponad klęską. Biografia poety

Spis treści:
  • Prolog
    • Austriackie gadanie
  • Rozdział I
    • Melancholia żelaznej kolei
  • Rozdział II
    • Ziemia księżycowa
  • Rozdział III
    • Kiełbaska a sprawa polska
  • Rozdział IV
    • Wolność w niewoli
  • Rozdział V
    • Zielono w głowie
  • Rozdział VI
    • Pegaz i Kasztanka
  • Rozdział VII
    • Brysia
  • Rozdział VIII
    • Olimpijczyk
  • Rozdział IX
    • Za ocean i z powrotem
  • Rozdział X
    • Skazuję was na wielkość
  • Rozdział XI
    • Halina
  • Rozdział XII
    • Znowu będzie wojna
  • Rozdział XIII
    • Na granicy
  • Rozdział XIV
    • Bijemy się o cały świat
  • Rozdział XV
    • Będziemy razem nie mieć domu
  • Rozdział XVI
    • Wola Polski
  • Rozdział XVII
    • Modlimy się za niewinnych
  • Rozdział XVIII
    • Pożegnanie z Tuwimem
  • Rozdział XIX
    • Cela Konrada
  • Rozdział XX
    • Raniona miłość
  • Rozdział XXI
    • Krzyże i miecze
  • Rozdział XXII
    • Nie ma powrotu
  • Rozdział XXIII
    • Kocioł polityczny
  • Rozdział XXIV
    • Orfeuszowy świat
  • Rozdział XXV
    • Niezłomni
  • Rozdział XXVI
    • Śmierć Lechonia
  • Rozdział XXVII
    • Laurowo i ciemno
  • Rozdział XXVIII
    • Intruz w Maisons-Laffitte
  • Rozdział XXIX
    • Koniec pieśni
  • Rozdział XXX
    • Z ziemi włoskiej do… Londynu
  • Rozdział XXXI
    • Czarny polonez
  • Rozdział XXXII
    • Jedno serce pęknięte…
  • Epilog
    • Gorycz i chwała
Opis:

Austriackie gadanie

Późną jesienią 1780 roku zmarła w Wiedniu cesarzowa Maria Teresa. Jej syn Józef II Habsburg zaczął samodzielne rządy od wydania dwóch dokumentów, które miały zrewolucjonizować gospodarkę i stosunki społeczne w Galicji. Patent kolonizacyjny, adresowany głównie do kupców, rzemieślników i rolników z krajów Rzeszy Niemieckiej, określał warunki osiedlania się na wschód od Wisły. Patent tolerancyjny gwarantował protestantom wolność wyznania i pełnię praw obywatelskich. Wysłani z Wiednia komisarze werbunkowi kierowali się przede wszystkim do Palatynatu i Kraju Saary, na tereny zrujnowane wskutek częstych wojen. Mieszkańcom obiecywali urodzajną ziemię, nowy dom, przydział bydła i czasowe zwolnienie z podatków. Kusili rozbudowanym systemem zapomóg i bezpłatną opieką lekarską.

Skuteczność akcji werbunkowej zaskoczyła cesarza. Według szacunków kancelarii wiedeńskiej w latach 1782–1785 przybyło do Galicji ponad trzy tysiące niemieckich rodzin (blisko piętnaście tysięcy osób). Wśród zwerbowanych niewielu było jednak zamożnych kupców i rzemieślników, zdolnych z dnia na dzień ożywić galicyjską gospodarkę. Na podbój nowego świata wyruszali głównie małorolni chłopi, którym wmówiono, że wystarczającym kapitałem do zainwestowania na Wschodzie jest niemiecki charakter. Przekonani o swojej wyższości cywilizacyjnej nad ludami słowiańskimi, na pniu wyprzedawali majątki i maszerowali do Ulm. Tam pakowali się na barki, zwane przez szyderców pudłami (Ulmer Schachtel)[1], i Dunajem spływali do Wiednia, gdzie wydawano im austriackie paszporty oraz zasiłki na prowiant. Następnego dnia pieszo i furmankami ruszali na północny wschód, by po miesiącu wyczerpującej wędrówki dotrzeć do miejsca przeznaczenia.

W wielu rejonach Galicji czekały na kolonistów posiadłości ziem­skie, z których niedawno wygnano katolickich mnichów i mniszki. Cesarski dekret z 1782 roku o kasacie klasztorów kontemplacyjnych obalił jeden z duchowych filarów I Rzeczypospolitej. Innowiercy bez skrupułów zajmowali poświęconą ziemię, a czasowo również budynki, w których nie zdążyły ucichnąć echa łacińskich modlitw. W kolejnych miesiącach zabudowania klasztorne były stopniowo rozbierane dla uzyskania materiału na budowę domów. Zaprojektowane w Wiedniu szeregowce miały urzeczywistniać ideę państwowego porządku i stanowić wzór dla tubylców[2].

Zamiast porządku panował jednak chaos. Nadgorliwość komisarzy werbunkowych sprawiła, że wkrótce zaczęło brakować miejsca dla przybyszów z Rzeszy. Żeby rozwiązać problem, lwowskie gubernium dążyło do osadzenia części kolonistów w dobrach prywatnych[3]. Choć za każdą przyjętą rodzinę obiecywano właścicielowi dóbr trzysta złotych reńskich, szlachta nie garnęła się do współpracy. Wyjątkiem był hrabia Józef Mier, rezydujący w pałacach w Radziechowie i Kamionce Strumiłowej. Były wojewoda pomorski zaprosił do swoich dóbr łącznie około stu niemieckich rodzin. Nowym osadom często nadawano nazwy niemieckojęzyczne (na przykład Unterwalden), ale Mier bardzo kochał siebie i swoją żonę, księżną Annę Agnieszkę z Sapiehów. Pierwszą kolonię nazwał Józefów, drugą – Mierów, a trzecią – Sapieżanka. Każda rodzina osadnicza otrzymała dom (bez komina), przydział bydła i narzędzi rolniczych. Hrabia zagwarantował także swobodę religijną. Ewangelicko-augsburska parafia w Józefowie liczyła ponad dwa tysiące dusz z całego regionu!

Cesarz Józef II miał wobec rdzennych mieszkańców Galicji jasno określony plan: chciał ich zgermanizować. Już w pierwszych miesiącach po rozbiorze Polski napłynęli do prowincji cesarscy urzędnicy, głównie Austriacy i zniemczeni Czesi. Później razem z niemieckimi kolonistami wkroczyła armia biurokratów, których zadaniem było sformatowanie galicyjskiego życia na podstawie szeregu drobiazgowych przepisów. Wynarodowieniu Polaków służyły aparat policyjny, sądy, ciężkie więzienia (w tym słynna twierdza Kufstein w Tyrolu), cenzura i niemieckojęzyczne szkolnictwo. Chłopów zaczęto masowo wcielać do armii. Kościół katolicki podporządkowano państwu, między innymi ingerując w kształcenie seminarzystów i zabraniając pielgrzymek (księżom nakazano, by odmawiając z wiernymi litanię loretańską, zamieniali słowa „Królowo Polski” na „Królowo Galicji i Lodomerii”). Podobnie potraktowano Żydów, zobowiązując ich do przyjmowania niemieckich nazwisk, odbywania służby wojskowej i posyłania dzieci do świeckich szkół. Wszystkich objęto rozbudowanym systemem podatków.

Taka polityka utrzymała się pod berłem następnych cesarzy. Leopold II zmarł, zanim zdążył oswoić się z tronem, a Franciszek II (od 1804 roku Franciszek I) był zbyt zajęty wojnami z Francją, by rozmyślać o odległej prowincji. Język propagandy zmienił się nieco po kongresie wiedeńskim, gdy – w myśl wytycznych kanclerza Klemensa von Metternicha – zaczęto podkreślać kulturową odrębność regionu, co Maurycy Dzieduszycki trafnie określił jako dążenie do „wygładzenia wszelkiego śladu ducha narodowego i stworzenia jakichś niehistorycznych Galicjanów”[4]. Jednak zarówno praktyka otwartej germanizacji, jak i szerzenie idei „narodu galicyjskiego” nie przyniosły zadowalających rezultatów.

Poza stosunkowo nieliczną grupą maskili głoszących ideę oświecenia żydowskiego (haskala) Żydzi zareagowali na próbę narzucenia im świeckiej tożsamości radykalnym zwrotem w stronę własnej tradycji duchowej i jeszcze większym niż dotąd dążeniem do separacji. Skutkiem było z jednej strony pogłębienie ortodoksji rabinicznej, z drugiej – rozwój chasydyzmu. Na ulicach galicyjskich miasteczek, szczególnie w dzień targowy, wciąż królował jidysz, a w synagogach, zwłaszcza podczas świąt – hebrajski. Ciekawym zjawiskiem była fala żydowskich konwersji na katolicyzm, która przelała się przez Galicję na przełomie XVIII i XIX wieku. Ponieważ neofita (wówczas mówiło się: przechrzta) otrzymywał prawo wyboru nazwiska, obok Rosenbaumów czy Goldbergów, nazwanych tak przez austriacką komisję, pojawili się Majewscy (chrzest odbył się w maju) czy Nowakowscy (nowi bracia w wierze), wprowa­dzeni do chrześcijańskiego świata przez polskich księży.

Polska szlachta była w Galicji Wschodniej wyjątkowo konserwatywna, co wprawdzie często skutkowało postawą lojalistyczną wobec Habsburgów, ale praktycznie wykluczało akces do niemieckiej kultury. Na terenie dawnego województwa ruskiego miały swoje majątki słynne w I Rzeczypospolitej rody Sapiehów, Potockich, Lubomirskich, Sanguszków, Zamoyskich, Czartoryskich. W wielu rezydencjach znajdowały się ogromne, wielojęzyczne biblioteki czy kolekcje sztuki, porcelany, broni, monet, medali, rękopisów i pieczęci, których korpus stanowiły polonika. Niektórzy gromadzili zresztą wyłącznie „rzeczy polskie”, a nawet tworzyli publiczne instytucje, zabezpieczając w ten sposób ciągłość narodowej kultury. Dość wspomnieć o właścicielu ordynacji przeworskiej, księciu Henryku Lubomirskim, i założycielu lwowskiego Zakładu Narodowego im. Ossolińskich, hrabim Józefie Maksymilianie Ossolińskim.

Był to świat ludzi głęboko przejętych losem ojczyzny i dążących do odzyskania suwerenności, lecz nie drogą rewolucji. Cesarz pozostawał dla nich gwarantem wiecznego porządku, w dodatku sprawującym władzę z woli Boga. Dopóki respektował ich przywileje i zachowywał pańszczyznę, nie mieli powodów do wypowiadania mu wojny. W Wiedniu robili interesy, brali udział w balach, zabiegali o stanowiska i splendory, ale traktowali to jako misję wynikającą z wysokiego urodzenia, uzasadnioną politycznie i metafizycznie. Żeby uchronić rodaków przed zniemczeniem, a gospodarkę przed wyzyskiem, trzeba było zachować wpływ na zarządzanie krajem. Dobre relacje z wiedeńskimi elitami były więc kwestią odpowiedzialności, a nie zdrady. Jeśli czyjaś postawa budzi tu wątpliwości, to tych niżej postawionych, ale bogatych ziemian, którzy od zaborcy kupowali tytuły hrabiego czy barona. Jednak i wśród nich zdarzali się patrioci, którzy potrafili wykorzystać świeżo nabytą godność w walce o polskość Galicji.

A była to walka niełatwa, bo reprezentanci cesarza w terenie nie bawili się w dyplomację. W epoce Austro-Węgier, gdy system admi­nistracji był już inny, książę Leon Sapieha pisał:

Kto nie żył w czasach przed 1848 [rokiem – W.W.], trudno, aby miał wyobrażenie o duchu, jaki panował między urzędnikami. Nienawiść do Polaków, a szczególnie do szlachty i większych właścicieli, była przez nich uważana za obowiązek urzędnika. Pokrywali ją pozorem życzliwości dla włościan. Nieraz mawiali, że dla państwa potrzebne są tylko dwie klasy: urzędnicy i włościanie. Dziś trudno pojąć, czem była u nas owa rzeczpospolita urzędnicza, tak zwana biurokracya, która uważała swoją kastę jako główny cel stworzenia, a resztę ludności jako środek wywyższenia siebie[5].

Oczywiście, obce wpływy często znajdowały wyraz w magnackich rezydencjach. W ogrodzie stała orientalna altana, po gazonie biegały dogi angielskie, a w salonowych rozmowach posługiwano się językiem Napoleona. Panie ubierały się według francuskiej mody, czytywały przywiezione z Paryża romanse albo śpiewały pieśni Schuberta. Tak było jednak wówczas w całej Europie. Arystokracja żyła w eklektycznym uniwersum kultury, które jedynie w skrajnych przypadkach było w stanie zniszczyć narodową tożsamość. Zresztą w XIX wieku coraz rzadziej można było usłyszeć od szlachcica: „Nosić się dziś po polsku gustu nie dowodzi”[6]. Upowszechniał się raczej pogląd, że oświeceniowa skłonność do naśladowania Francuzów czy Niemców „była to maszkarada, zapustna swawola, / Po której miał przyjść wkrótce wielki post – niewola!”[7]. Wielu magnatów przed wystąpieniami publicznymi wyciągało ze starych szaf i kufrów kontusze po sarmackich przodkach. Rodzimej tradycji, stroju i obyczaju trzymała się także drobna szlachta, mieszkająca w drewnianych dworkach. Podobnie jak w innych zaborach „strój polski” stawał się w Galicji symbolem uczuć patriotycznych.

Pierwszym sprawdzianem tych uczuć był w 1809 roku brawurowy zagon wojsk księcia Józefa Poniatowskiego. Przez trzy tygodnie Lwów cieszył się wolnością. Jednak prawdziwy egzamin dojrzałości nastąpił w latach 1830–1831. Do powstania przeciwko Rosji wyruszyło z Galicji kilka tysięcy osób – zaskakująco dużo, zważywszy na konserwatyzm elit. Największy udział w walkach miała szlachta, wśród której wyróżniali się młodzi magnaci. Ale do Kongresówki maszerowali również lwowscy studenci, gimnazjaliści, rzemieślnicy i… austriaccy urzędnicy lub ich synowie. Cesarz Franciszek I, gdy mu o tym doniesiono, miał powiedzieć: „Że Polacy tam przechodzą, to mię nie dziwi; byli oni od dawna zapaleńcami (tolle Koepfe). Ale czego tam szukają moich urzędników synowie, tego nie mogę pojąć; wszakże, na Boga, za piecem nie będzie im lepiej jak u mnie”[8].

Najsłynniejszym powstańcem pochodzenia austriackiego był Józef Reitzenheim, syn wysokiego urzędnika lwowskiego gubernium i Polki, która wychowała go w odpowiednim duchu. Po upadku powstania ten szczególnie wrażliwy Polak z wyboru wyemigrował do Paryża, gdzie zaprzyjaźnił się z Juliuszem Słowackim. Inną ważną postacią tych dni był profesor Uniwersytetu Franciszkańskiego, Niemiec Józef Mauss, który nie tylko – wbrew władzom – szerzył wśród studentów kult pol­skiej historii i kultury, ale wręcz nakłaniał ich do udziału w powstaniu[9].

Powstanie listopadowe po raz pierwszy ujawniło zjawisko, którego nie spodziewał się Wiedeń. Cesarscy urzędnicy, przysłani do Galicji w celu germanizowania Polaków, sami ulegali polonizacji. Wpływały na to ich kontakty towarzyskie z polską szlachtą, a często po prostu małżeństwa z Polkami, które po ślubie okazywały się żarliwymi patriotkami. Niebagatelną rolę odgrywała ponadto atrakcyjność polskiej kultury, w której główne miejsce zajmowała zawsze idea wolności. Czy Polacy z wyboru potrafili znacząco wzbogacić tę kulturę? Niemiec Franciszek Ksawery Pohl czy zniemczony Czech Wacław Scheinoha-Vtelenský byli tylko pracownikami austriackiej administracji. Ale już ich synowie – poeta Wincenty Pol i historyk Karol Szajnocha – zostawili nam w spadku prawdziwe skarby.

Po klęsce powstania do Galicji trafiło około dwudziestu tysięcy pokonanych żołnierzy. Rozbrojeni, rozrzuceni po całej prowincji, gościli w wielu domach i dworkach, rozbudzając nastroje patriotyczne. W 1833 roku w majątku Dzieduszyckich w Rzepniowie koło Złoczowa założono konspiracyjny Związek Węglarzy Polskich. Z inspiracji przybywających z Paryża emisariuszy powstawały kolejne tajne organizacje, a hasła demokratyczne popularyzowały się w kręgach mieszczańskich i inteligenckich. Wprawdzie wskutek masowych aresztowań w 1837 roku działalność spiskowa ustała, ale świadomość narodowa tylko się umocniła. Jedynie odrabiający pańszczyznę chłopi nie myśleli o kolejnym powstaniu.

Chłop galicyjski jeszcze nazbyt przywiązanym do Szlachty, pomimo tego, iż rząd silnie się stara, aby tę harmonię zniszczyć. […] Jednak można powiedzieć na chlubę włościan galicyjskich, że na to mają pojęcie i często, choć nie najlepszego, pana wolą, jak urzędnika w zielonym mundurze[10]

– optymistycznie oceniał w 1841 roku obserwator galicyjskiego życia, Michał Wiesiołowski. Niestety, wkrótce okazało się, że poczucie chłopskiej krzywdy jest silniejsze od lojalności.

Choć opresyjne wobec włościan rozporządzenia wydawali austriaccy urzędnicy na poziomie gubernium i cyrkułów (powiatów), to ich realizacją musiał zajmować się właściciel ziemi traktowanej jako najmniejsza jednostka podziału administracyjnego (dominium). W efekcie chłopi znali „urzędnika w zielonym mundurze” jedynie z widzenia. To polski szlachcic ściągał od nich podatki albo powoływał do wojska. Nic dziwnego, że właśnie na panu, który przecież na co dzień zaganiał ich do pracy w polu, skupiła się chłopska nienawiść. A że – jak pisał Kornel Ujejski – „inni szatani byli tam czynni”, marzenie o pańsko­-włościańskiej harmonii uleciało „z dymem pożarów, z kurzem krwi bratniej” w 1846 roku. Rabacja, której ofiarami padło około dwóch tysięcy osób i ponad pięćset dworów w Galicji Zachodniej, nie tylko odcisnęła hańbiące piętno na kartach polskiej historii, ale też stłumiła zarzewie ogólnonarodowego powstania.

Dwa lata później, gdy do Lwowa dotarła Wiosna Ludów, zawalił się stary świat. Przy akompaniamencie okrzyków tłumu i salw z austriackich armat Wolność tańczyła karmaniolę z Równością. Obóz konserwatywny próbował jeszcze zatrzymać bieg zdarzeń, ale nad głowami fruwały już płachty postępowych gazet. Niepełnosprawny umysłowo Ferdynand II uwłaszczył chłopów. Byle szewc nazywał się demokratą. Rusini – do niedawna „lud ciemny, krnąbrny, leniwy, zawzięty i zuchwały”[11] – postanowili zostać narodem. Zanim nastała era autonomii, w której znacząco rozszerzono zakres swobód obywatelskich, mieszkańcy Galicji musieli przetrwać jeszcze dekadę neoabsolutyzmu firmowanego nazwiskiem ministra spraw wewnętrznych, a następnie premiera, Aleksandra von Bacha. Byli już jednak nowoczesnym społe­czeństwem, a nie wyłącznie poddanymi jego cesarskiej mości.

Przed rozbiorami województwo ruskie należało do najbardziej zacofanych gospodarczo regionów Rzeczypospolitej. I takim pozostało pod cesarskim berłem. Galicja, którą w końcu XVIII wieku mieli wydźwignąć z zapaści koloniści, stopniowo stawała się dla Wiednia wyłącznie przestrzenią wyzysku: źródłem podatków, rynkiem zbytu i dostarczycielką rekruta. Pozbawiona wsparcia gospodarka była zrujnowana. Coraz trudniej było sprzedawać za granicę surowce, natomiast gotowe produkty sprowadzano z zewnątrz. Brakowało fabryk, drogi były liche, a handel toczył się głównie na jarmarkach. Tysiące ludzi żyło w nędzy, wielu zapożyczało się u lichwiarzy.

Do takiej Galicji przyjechał w 1851 roku młody cesarz Franciszek Józef I. Nie była to udana wizyta. Szlachta pamiętała rolę austriackiej administracji w wywołaniu chłopskiej rebelii, a mieszczanie – zbombardowanie Krakowa i Lwowa podczas Wiosny Ludów. W dodatku w całej prowincji trwały represje i ostra germanizacja. Pod Wawelem przywitało monarchę głuche milczenie tłumu. Tylko chłopi, którzy w tamtych czasach z reguły nie uważali się za Polaków, oddali swojemu władcy należną cześć. Podobnie było w trakcie kolejnej cesarskiej wizyty w 1855 roku. Gdy Franciszek Józef zawitał do Przemyśla, młody szlachcic zastąpił mu drogę i dumnie spojrzał w oczy. Był to dziedzic Krasiczyna, Adam Stanisław Sapieha, który później został nazwany Czerwonym Księciem[12]. Miał na sobie kontusz i szablę u pasa.

Kreśląc tę historię ludzi i narodów, daleko odbiegliśmy od świata niemieckich kolonistów przełomu XVIII i XIX wieku. Najwyższy czas tam wrócić, żeby odnaleźć ślady przodków Kazimierza Wierzyńskiego[13].

Wirstleinowie (pierwotny zapis nazwiska: Würstlein) należeli do rodzin zatrudnionych przez hrabiego Józefa Miera. Zanim zamieszkali w Sapieżance, prawdopodobnie uczestniczyli w jej budowie. Oprócz przywilejów, o których już była mowa, mieli też zobowiązania. Musieli płacić czynsz, a w czasie żniw odrabiać pańszczyznę. Nie mogli mleć zboża w obcych młynach i pić innej wódki niż z pańskiej gorzelni. Najważniejsze było jednak to, że po dwunastu latach otrzymywali majątek na własność i mogli swobodnie rozporządzać własnym życiem. Starsi członkowie rodziny zostawali na swoim, młodsi przenosili się do sąsiedniej Kamionki Strumiłowej albo do Peratyna. Nauczyciel Józef Wirstlein i jego żona, Katarzyna z domu Streker, osiedli w maleńkiej wsi Sobolówka, gdzie 6 lipca 1853 roku urodził się im syn Andrzej.

W odróżnieniu od innych kolonii, których mieszkańcy z czasem ulegali asymilacji, Sobolówka pozostała enklawą luteranizmu i niemieckości aż do stycznia 1940 roku, gdy wszystkie osadnicze rodziny zostały przesiedlone na Zachód (w ramach akcji Heim ins Reich). Decyzja o tym, że nie będzie wśród nich Wirstleinów, zapadła w latach 60. XIX wieku. Podjął ją dorastający Andrzej, który ze świata niemieckiej kultury wyjechał żelaznym pociągiem.

[1] Były to jednorazowe tratwy o długości dwudziestu–trzydziestu metrów, w zamyśle przeznaczone do transportu towarów. Ponieważ mogły się poruszać wyłącznie w dół rzeki, po zakończeniu rejsu były zwykle sprzedawane jako tarcica albo drewno na opał.

[2] Por. H. Lepucki, Działalność kolonizacyjna Marii Teresy i Józefa IIGalicji 1772–1790, Lwów 1938, s. 37–119, 152–158.

[3] Por. tamże, s. 120–130.

[4] Cyt. za: Z. Fras, Galicja, Wrocław 1999, s. 89.

[5] L. Sapieha, Wspomnienia (z lat od 1803 do 1863), przedm. S. Tarnowski, Lwów–Warszawa [1914], s. 215–216.

[6] A. Mickiewicz, Jakób Jasiński albo Dwie Polski, tłum. T. Olizarowski [w:] Dzieła Adama Mickiewicza, t. 4, Lwów–Paryż 1885, s. 220.

[7] Tenże, Pan Tadeusz czyli Ostatni zajazd na Litwie. Historia szlachecka z roku 1811 i 1812 we dwunastu księgach wierszem, Warszawa 1999, s. 20.

[8] Cyt. za: Pamiętniki polskie wydawane przez Xawerego Bronikowskiego, t. 1, Paryż 1844, s. 265.

[9] Zob. tamże – rozdziały Reitzenheim, s. 262–265, Maus, s. 7–11.

[10]Rys statystyczno-jeograficzny Galicyi Austrjackiéj skreślony przez M[ichała] W[iesiołowskiego] 1841, Poznań 1842, s. 108.

[11] Tamże, s. 60.

[12] Adam Stanisław Sapieha (1828–1903) był synem Leona i Jadwigi z Zamoyskich. Do Krasiczyna wrócił z zagranicy w 1849 roku. Trzy lata później ożenił się z Jadwigą z Sanguszków, z którą doczekał się dziewięciorga potomków; miał też dwoje dzieci z jej siostrą. Realizował program niepodległościowy. Podczas powstania styczniowego stał na czele Komitetu Galicji Wschodniej. Aresztowany przez Austriaków, zbiegł z wię­zienia we Lwowie za granicę, gdzie przejął obowiązki Komisarza Rządu Narodowego na Francję i Anglię. W 1865 roku został objęty amnestią i na stałe osiadł w Krasiczynie. Zasiadał w Sejmie Krajowym. Jego twarz ma książę Witold na obrazie Jana Matejki Bitwa pod Grunwaldem.

[13] Paweł Kądziela twierdzi, że przodkowie Wierzyńskiego ze strony ojca wywodzili się z Austrii. Jest to bardzo mało prawdopodobne, bo oferta kolonizacyjna była skierowana wyłącznie do Niemców. Poddani austriaccy, którzy zgłaszali się do komisarzy werbunkowych, nie byli przyjmowani. Wątpliwości budzi też podana przez Kądzielę informacja, że dziadkowie poety pochodzili z kolonii Unterwalden. Legenda ta jest powielana w różnych opracowaniach od pół wieku, jednak nie znajduje potwierdzenia w dostępnych źródłach. Por. P. Kądziela, Młodość Wierzyńskiego, „Kresy” 1994, nr 3, s. 211.