08.04.2021

Abecadło albo proza życia

„Co się stało, to się nie odstanie”, myślę sobie, stojąc przed wejściem do przychodni. Nastał grudzień, chłód. Topniejący śnieg spływa po rynnach, niebo szare, smog jak jasna cholera, Kraków. W powietrzu unosi się zapach palonych śmieci. Dym mocny, prawie gryzie po oczach. Gdzieniegdzie słychać skrzypienie butów, stukot obcasów. Przechodnie chowają szyje w ramionach, naciągają na twarze szaliki, zasłaniają usta, próbując zachować jak największy dystans do świata i otaczającej realności. Na swojej drodze nie zauważają nikogo. Każdy z nich reprezentuje unikalny mikrokosmos. Egocentryczny, zgodny z duchem czasów.

Stoję jakiś metr od przeszklonych drzwi, za którymi pulsuje normalne życie. Przebieram nogami, patrzę na swoje brudne buty, to tu, to tam, zerkam, obserwuję, kontroluję. Przestrzeń jest raczej przyjazna, bezpieczna. Kończę papierosa. Ostatni mach parzy mi usta, ale nie mogę się powstrzymać, nerwowy styl bycia ewidentnie się tu kłania, naleciałości ostatnich lat dają się we znaki, ale taka już jestem. Nie wiem, co mnie czeka. Mam wrażenie, że dużo ryzykuję, a z drugiej strony mam niewiele do stracenia. Niemniej waham się, kalkuluję. Stres sięga zenitu. Upycham, gdzie popadnie, natłok myśli, gdzieś w czeluściach duszy chowam strach, bo dzięki temu jestem w stanie ruszyć z miejsca, działać.

Wchodzę. Od wejścia wita mnie perlisty śmiech recepcjonistki, jej uśmiech miękki i łagodny. Coś do mnie mówi, ja do niej, pyta o pesel, dowód, imię ojca i syna, i czy jestem zameldowana. Kiwam głową twierdząco. Pewnie, myślę sobie, naturalnie, że dowód zameldowania noszę przy sobie, pokazuję, a w duchu myślę, że jestem znikąd i donikąd nie zmierzam.

Siadam i czekam. Staram się zapomnieć, po co przyszłam, żeby w momencie decydującej konfrontacji powiedzieć, że to wszystko pomyłka, że to w sumie nieważne. A może schowam się w kącie przodem do ściany, żeby nikt mnie nie zauważył? Przeglądam jakieś gazety, przeterminowane, jednocześnie się nudzę i niepokoję, nie mogę wytrzymać napięcia, oczekiwania na najgorsze. Wszystko wkoło schludne, ładne i profesjonalne, stoi w sprzeczności z moimi uczuciami, samopoczuciem, ze wszystkim. Bo we mnie się gotuje, wrze, wkładam całą twórczą energię w proces zapobiegania ostatecznej destrukcji, utrzymania ludzkiej godności.

– Dzień dobry – słyszę w końcu. – Zapraszam do gabinetu – mówi ona, pojawiając się przede mną jakoś tak niechcący, z zaświatów.

Zerkam na zegarek, trzynasta, myślę sobie w duszy „punktualna” i idę. Podaje mi rękę, albo nie podaje, nie pamiętam. Moje zdrowie psychiczne pod wpływem stresu wyraźnie się poprawia, problemy znikają, wszystko się wygładza samoistnie, jak gdyby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, opór czyni swoje; oczyma wyobraźni widzę jej minę, jak jej to mówię, a ona odpowiada: „to po co pani przyszła?”.

Siadamy w wygodnych fotelach, współczesnych kozetkach i zaczynamy. Ona opowiada mi o sobie, że ma na imię Grażyna, że tu pracuje i jak długo, robi dygresje o doświadczeniu, odpowiada na niezadane pytania, ja milczę. Słucham i nie słucham jednocześnie, bo mi niewiele mówią jej profesjonalne zwroty, bo za ich sprawą żaden akt performatywny nie ma prawa zaistnieć, nieważne jest jej doświadczenie i umiejętności, ani żadne nurty i szkoły, bo na mnie nie ma żadnej ludzkiej siły. Pada w końcu pytanie, jakieś ogólne na początek, coś na zasadzie, jak się pani ma i z czym przychodzi, proszę powiedzieć coś o sobie w paru zdaniach, a ja przecież wiem, że zmieszczę się w jednym. Zanim przechodzę do rzeczy, odpowiadam, że mam się dobrze, głównie za sprawą mojego dobrego samopoczucia i życia. Opisuję w skrócie, jak to jest być mną, mieszkać z psem, który w zimne wieczory potrafi ogrzać stopy, że z tych najlepszych, wymarzonych żyć to posiadam pracę, oszczędności, życie mnie oczytało, lubię spacery i przyrodę, samotne wyjścia do kina, na lody. Mówię, że dobre życie mam. Powtarzam to jak mantrę. I to „dobrze” zaczyna się kokosić, zaczyna sobie rościć prawa do mnie, jakoś mnie wsysa, zasysa, nie daje spokoju, usadawia się w gmatwaninie wewnętrznej fantazji, płynie kraulem, żabką, dopływa delfinem, wypływa na powierzchnię, jest.

Halo, mama? Cześć, tak się cieszę, że dzwonisz. Właśnie siedzę sobie i robię kolację. Tak sobie rozmyślam o niczym. A ty? Jak wszystko dobrze, to dobrze. Byłaś u lekarza? Dobrze? Dobrze, że dobrze. Jak ja się czuję? Dobrze, wszystko dobrze, mamo, nie masz się czym przejmować. Jak sobie radzę? Dobrze. Wszystko jest w porządku. Naprawdę jest dobrze. Wszystko dobrze, w pracy dobrze, w szkole dobrze, w przedszkolu dobrze, w żłobku też dobrze, w twoim brzuchu też było dobrze. Gdzie bym się nie pojawiła i co bym nie robiła, to jest dobrze! Kupiłaś mi majteczki w kropeczki? Ooo, dziękuję, ale się cieszę łał! Lubię od ciebie dostawać majteczki w kropeczki, wtedy się czuję, jakbyś mi coś od siebie dawała! Nie, nie martwię się, szkoda czasu, no pewnie, trzeba żyć dalej, masz rację. Dobrze, będę pamiętać. Będzie dobrze! Dobrze mamo, muszę kończyć, dziękuję za telefon, pa.

Zakręciło mi się w głowie, bo podczas tych nanosekund zaistniałam w dwóch czasoprzestrzeniach: realnej i magicznej, stałam się podwójna, raz taka, a raz inna, co spowodowało dysonans poznawczy, dysharmonię i coś jeszcze. Jak to jest więc, myślę bez opamiętania, że ja, Zuzanna Podolska, odniosłam porażkę? Że ta fasada rozpada się na moich oczach jak domek z kart.

Urodziłam się jako drugie dziecko, w niczym nie wyróżniającej się rodzinie, nie wyróżniającej się pary ludzi zamieszkujących Górny Śląsk. Matka do dzisiaj pracuje jako księgowa, ojciec jest na emeryturze. Dla hanysów jesteśmy gorolami, od pokoleń związanymi z Zagłębiem. Myślę, że ta zapisana w mojej głowie linia demarkacyjna, oddzielająca niczym Brynica lepszych od gorszych, stała się przyczyną moich późniejszych skrzywień. Wszystko potrafię podzielić. Nawet włosa na czworo.

Robi się ciepło. Powietrze stoi, ale to bez znaczenia, bo i tak od siedzenia wszystko mnie uwiera, zaczynam marudzić, kręcę stopą, napięcie podskakuje do góry, wiruje, tańczy. Grażyna próbuje przegryźć się przez moje mentalne wygibasy, bo ja nie uznaję komunikowania się wprost, wymagam symbiozy, zrozumienia bez słów, bez dwóch zdań, zlania się, wchłonięcia, pożarcia. – A więc, z czym pani przychodzi? – pyta. – Z relacjami – ja na to, po czym kurczę się w sobie jak przestraszone zwierzę. Zaczynam się gubić we własnym lirycznym nastroju, prawdę mówiąc, jestem zmęczona, przygnębiona i zła, dopada mnie jakaś mielizna intelektualna, duchowa, depresja.

Wszystko ma jakiś określony porządek w przyrodzie, a ty ewidentnie go zaburzasz – myślę w duchu o sobie, a w piersiach robi mi się przeraźliwa pustka, paląca, staję się niczyja. Spoglądam przez okno, mam wrażenie, że tam istnieje milion kombinacji, a ja potrafię dostrzec tylko jedno rozwiązanie, a to sprawia, że odczuwam niezgodę i bunt. Mam wrażenie, że moje ciało złamie się zaraz na pół, głowa odpadnie i poturla się jak kula bilardowa do łuzy, że jestem pozbawiona jakiegoś elementu, części siebie, że jestem rozczłonkowana, rozsypana jak psychodeliczne konfetti. Ewidentnie zaburzona jest równowaga mojego wnętrza, osobowości.

Grażyna mówi, w głowie mi kołuje, nie słucham, raczej wypieram, nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Myślę tylko…

Pragnę cię poinformować, że twoje myślowe esy-floresy oprócz ciebie nikogo nie interesują. To, co ty tutaj wyprawiasz, nie jest śmieszne. Kolekcjonujesz całymi dniami jakieś mistyczne przeżycia, które są takie nudne, i w ogóle, co ty możesz wiedzieć o życiu, mała Myszko Miki. Tam się toczy życie, o tam za drzwiami. Wiesz co to takiego? Wiesz co to znaczy życie? To jest przeciwieństwo twojego nicnierobienia. Ja już nie wiem, jak mam do ciebie mówić – po chińsku czy w suahili – żeby coś do ciebie dotarło. Bo żeby do ciebie przemówić ze zrozumieniem, to trzeba jakieś kosmicznej ekwilibrystyki. A ja nie daję rady, wysiadam na stacji Wałbrzych Śródmieście. Mam bilet w jedną stronę i wsiadam do pociągu byle jakiego. Wyprowadzam się! Słyszysz? Wyjeżdżam na Mazury! Mam dość tego postmodernistycznego życia z tobą! Już wolę się pochlastać i utopić we własnej krwi!

Mam ochotę działać, zamajaczyło mi w głowie, żeby jakoś rozegrać ten stan wzmożonego niepokoju jakimś niekontrolowanym wybuchem, gwałtownym zachowaniem czy czymś. Chcę zrobić coś konkretnego, coś z wyrazem! Rzucić czymś o ścianę, rozwalić talerze, zabić kota, pokroić żabę, zrównać wszystko z ziemią, przejechać walcem lub tirem! – Ja się tu przyszłam leczyć, pomóc sobie, zbawić świat, ratuj się kto może – myślę w duchu – a to mi nic nie daje, zero progresji, nie odczuwam w ogóle żadnego stanu pod tytułem lepiej ani nic takiego – i w ogóle mnie to nic nie obchodzi, że to dopiero pierwsze spotkanie, ja czuję, że marnuję mój ciężko zarobiony czas.

– Czy chciałaby pani jeszcze coś dodać? – pyta Grażyna i pozostawia dowolność odpowiedzi.

– Bywają takie momenty, że denerwuję się za bardzo – wzięłam głęboki oddech, jakbym chciała dodać sobie odwagi, i dokończyłam – właśnie wtedy obgryzam paznokcie, o, tak jak tutaj… widzi pani?

– Rozumiem. Czy rozpoznaje pani przy tym jakieś myśli lub uczucia?

– Tak, właściwie to tak – myślę w duchu i odpowiadam jednocześnie na głos.

– Proszę opowiedzieć coś więcej o tym – zachęca tamta.

– Czy można ustanowić jakąkolwiek skalę ludzkich spraw? Od – do, przykładowo od zera do dziesięciu, od spraw najważniejszych po zupełnie nieistotne? Czy istnieje stopniowalność uczuć lub jakieś jedno uniwersalne? A poza tym nie chce mi się żyć – to wszystko jej mówię zgodnie z prawdą, a pomiędzy tymi myślami przegryzam to z jednej, to z drugiej dłoni.

Czekam na jakiś wzniosły komentarz do moich rozpaczliwych wynurzeń, na jakąś błyskotliwą puentę, albo przynajmniej anegdotę, bo przecież pod tym wszystkim kryje się śmiech, bezzębny, ironiczny, śmiech jokera. Tyle rzeczy wydarzyło się w ciągu ostatniej godziny, że zaczynam się śmiać do rozpuku. Śmieję się z siebie, z niej, z przychodni i zaistniałej sytuacji, śmieję się też ze zrządzenia losu, śmieję się coraz głośniej, donośniej, i ten mój śmiech niesie echo, niesie go wiatr, trafia pod strzechy i na emigrację, słowem: wszędzie. Śmiech to jest najlepsza obrona – poprzez atak, to jakiś kontrapunkt. Może być czerwony śmiech, słoneczny śmiech, może w końcu być to chichot, rechot, kpina.

Grażyna zareagowała na moją niechęć wobec życia symultanicznym westchnięciem, serią komentarzy, które rozbrzmiały w mojej klatce piersiowej, odbijając się od żeber, mostka i łopatek. Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa, myślę w duchu, bo w tej niechęci szukam własnej winy, nieusprawiedliwionej, pierwotnej. Myślę do siebie, chyba masz jakiś kompleks samotności i niewystarczalności, a właściwie do ciebie i tak wszystko pasuje. Nie będę wnikać w strukturę twojego umysłu, bo to jest jakieś bagno, bez dna. Można wsiąknąć. Wpaść jak w czarną dziurę. Ja się boję, że jak się skleję z twoim tokiem rozumowania, to w zasadzie przepadnę bez wieści. Halo! Halo! Halo! Jest tam kto, jakieś autystyczne dziecko w fazie symbiozy, jakiś wolny elektron, pierwotniak? Halo, Grażyna, pytam się coś, otrząśnij się, żądam odpowiedzi, domowej rzezi, bo to, co jest między nami, to jest letnia zupa! A wiesz, co ja robię z taką letnią zupą? No pytam się coś! Wiesz czy nie?

– Opowie pani więcej o emocjach, które temu towarzyszą?

– Tak, Grażyna, opowiem! Tu chodzi o lęk, jakiś fundamentalny, podstawowy, ja się tak boję, że mam ochotę sobie odgryźć palce, ręce, nogi, wszystko, chcę się połknąć, unicestwić w sposób całkowity, kanibalistyczny, pęd ku śmierci to jest przy tym pikuś, rozumiesz? – odpowiedziałam.

– Czy ma pani myśli samobójcze, tendencje, planowanie, chęć realizacji? – odpowiada z rozwagą, żeby potem nie było.

Nie odpowiadam, milczę, co za pytanie, myślę w duchu, nierozsądna kobieto, za kogo ty mnie masz?

– Mam – mówię bez ogródek – mam myśli samobójcze, te wszystkie suicidal tendencies, robię plany, zbieram narzędzia, organizuję drzewa i sznury, zatykam kratki wentylacyjne, kolekcjonuję leki, rozumiesz? Czy my nie miałyśmy się rozumieć bez słów, czytać sobie w myślach?

Przybliża się do mnie, żeby być ze mną w tych trudnych chwilach, ostatecznych, być może ostatnich. Mówi, szepcze, negocjuje, staje się mediatorem życia i śmierci, pośrednikiem.

– Będziemy kończyć – powiedziała Grażyna – zapraszam w poniedziałek – dodała dla otuchy.

W końcu! – myślę i wychodzę.

Jakaś nieznana siła wypluła mnie z gabinetu wprost na środek gwarnej ulicy. Wszystko jest tak samo, drzewa, samochody, przechodnie. Wszystko stabilne, zwarte, życiodajne, jak było, tylko ja ledwo utrzymuję w kupie własną materię. A właściwie to co mi jest? – myślę sobie w duchu. Czuję się trupioblada, w jakimś szoku, amoku, nie wiem, co się dzieje, jestem w rzeczywistości i nie jestem równocześnie, majaczę. Wszystko wydaje się dalekie, odległe, jakby zacieśniła się granica między pozorem a prawdą, jakby naraz każdy element przestrzeni przytłaczał mnie swoją stałością, odwiecznością. Jakbym nagle wkroczyła w obcy świat ze swoim skrzywieniem nazwanym po imieniu, druzgocącym, nieludzkim. Znajduję się poza przyjętą normą, gdzieś na peryferiach życia, ludzkości, wewnętrznie odległa od samej siebie, zagubiona.

Łzy dławią mnie od środka, ale myślę sobie, że nie mogę się poddać, wszystko toczy się dalej, bez względu na mnie, całe to człowieczeństwo, świat manifestuje własną odrębność, a ja chciałabym się stopić z nim, zlać, pobyć w jego ramionach, poczuć bezpiecznie. Próbuję się wyodrębnić, jakieś kontury, formy, ale jeszcze za wcześnie, to są pewne fazy – myślę w duchu – których nie można przeskoczyć.

Nie jestem już neutralna, a może nigdy nie byłam, wszystko jest już naznaczone, metaforyczne. Dociera do mnie, myślę w duchu, cały nawias i umowność istnienia. Potrafisz być chora? – pytam siebie – dostrzegać słabość bez wartościowania, bez uciekania w karę, winę i wstyd?

Zza ubłoconych chmur przedziera się promyk, zadzieram głowę, kamień zgniata mi piersi, odpalam papierosa i wypuszczam mleczny dym ponad swoją czaszkę, niewidzialny…

Zamykam oczy i tańczę w ciemności. Wiruję niczym Derwisz w hipnotycznym transie, a obok mnie Śmierć. Podchodzi do mnie i choć jest ciemno, rozpoznaję ją. Jej lodowaty dotyk kostnieje na moim ciele. Tańczę, a Ona czeka, aby zabrać mnie ze sobą. Wszystko powoli cichnie, a przed moimi oczami miliony obrazów, miliony twarzy i zdarzeń. Wypełniają mnie nagle miliony uczuć. Ludzkie pragnienia zamykają się w tej jednej chwili w moim ciele. Wszystko wiruje i tańczy jak ja. Nagle upadam, Śmierć upada ze mną. Trzyma mocno za rękę. Trwoga. Czy to już koniec? Czy to mój ostatni taniec?

Pragnę dzieciństwa. Pragnę po raz ostatni wziąć głęboki oddech. Pragnę napisać ostatni list i dostać odpowiedź. Pragnę wciąż kochać i zapomnieć o wszystkim. Pragnę nauczyć się znaczeń słów, nauczyć alfabetu życia. Pragnę przeżyć wszystko raz jeszcze – tym razem inaczej. Pragnę nie zapominać. Pragnę pogodzić się z losem. Pragnę urodzić się i nie umierać więcej. Pragnę niekończącego się powrotu.

Śmierć jednak trzyma zbyt mocno. Spadamy – przed nami otwierają się wrota Otchłani. Wpadamy w samo centrum zdarzeń. Ja i Śmierć stajemy się jednością. Jestem Śmiercią, jestem nieśmiertelna!

Gdzie ja jestem?

Jeszcze wczoraj niezwyciężona, obudziłam się skulona w embrion, wciśnięta w jedną z kanap w moim mieszkaniu. Obraz nędzy i rozpaczy. CZYJ TO TRUP LEŻY, ZUZA, TWÓJ? Żywi żyją, a ty martwa? Wprowadzasz zamieszanie, te wszystkie formalności, kto to pozałatwia, jak każdy ma swoje sprawy, praca, wiadomo. Dla świętego spokoju jeszcze byś nie umierała, to nie jest odpowiedni moment, święta za pasem, robota czeka, nikt nie ma teraz czasu na twoje umieranie. Niech ci się lepiej coś przyśni, pośpij jeszcze, wyśpij się, odpocznij, otrzeźwiejesz, to ci się odechce śmierci, mówię ci. Trzeba wiedzieć, którą drogą chce się iść, pamiętaj SZERZEJ NOGI, chciałabym, mamo, wrócić do ciebie na moment…

Tym razem dźwięk budzika zabrzmiał dokładnie w momencie, kiedy osiedlowa dozorczyni zamiatała klatkę schodową, uderzając co chwilę o drzwi wejściowe mieszkań na piątym piętrze. Zuzanna Podolska obudziła się w pomiętej pościeli. Pierwsze, o czym pomyślała, było to, że dół nigdy nie zrozumie góry. Miała zły sen, koszmar prawie. Kiedy zwalista kobieta w cytrynowej podomce waliła z całej siły miotłą w okolicach szóstki i siódemki, zbliżając się z wolna do grubych, barwionych na mahoń drzwi Iwanowskiej, wybiła godzina siódma. Zuza podniosła głowę i od razu zaczęła obawiać się życia. Miewała tak od dłuższego czasu. Głupie, natrętne myśli, że nie może się zdecydować, wybrać między zdrowiem a chorobą, białym a czarnym, dobrem a złem. Od dawna wydawało jej się, że życie jest zbyt krótkie, żeby cokolwiek w nim kończyć, ale też trwa zbyt długo, żeby nic nie zaczynać. Trzeba stanąć po stronie życia albo śmierci, albo pomieścić w sobie jedno i drugie. Zuza, uciekając z domu, przeszła na stronę Hanysów. Trochę godności, Zuza, trochę godności. Obcy zawsze pozostanie obcym. Ostatnie słowa, jakie wypowiedziała tamtego ranka, brzmiały: „A gdyby tak skatalogować życie i mieć to w końcu za sobą?”.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Paulina Dąbkowska, Abecadło albo proza życia, Czytelnia, nowynapis.eu, 2021

Przypisy

    Powiązane artykuły

    Loading...