17.07.2019

Eszter Szatori

Nic o niej nie wiem, ani ona nie wie nic o mnie. Nie spotkaliśmy się i szanse na to, że się kiedykolwiek spotkamy są prawie żadne, choć niczego nigdy nie można być pewnym do końca. Ona nie jest świadoma mojego istnienia, ja natomiast wiem, że ona istnieje i to daje mi nie tyle przewagę, ile możliwości, których ona nie ma. Nie odegrałem i nie odegram w jej życiu żadnej roli, ona natomiast w jakimś sensie odegrała ją w moim. Gdyby odwołać się do przestrzeni teatralnej można by powiedzieć, że przeszła przez scenę nie tylko zwracając uwagę postaci epizodycznej, choć skądinąd ważnej dla sztuki, ale przede wszystkim burząc na chwilę ustalony porządek rzeczy i wywołując drobne, ale zauważalne zamieszanie. Przeszła nie wiedząc, że przechodzi. Jak w śnie. Jak w somnambulicznym transie.

Był maj tak upalny, jaki chyba nigdy nie bywa w Polsce. Pecs – jedno z najpiękniejszych miast, jakie widziałem. Mieszkałem w samym centrum, na Starówce, w pensjonacie “Złoty okręt” przy Király utca, ulicy odchodzącej w prawo od rozległego Széchenyi ter ze wzniesionym na gruzach katolickiego kościoła tureckim meczetem i konnym pomnikiem Jánosa Hunyadiego, pogromcy Turków. Ulica z budynkami w stylu peszteńskiej secesji pełna sklepów, kafejek i ogródków była w gruncie rzeczy deptakiem i prowadziła – jak rzeka z mnóstwem odnóg i dopływów - obok teatru z fontannami ku peryferiom miasta. Tam kończył się, urywał nagle wiek XX, tam na kocich łbach słychać było podkute buty żandarmów w kapeluszach z kogucimi piórami, a w rozgrzanym powietrzu falowały długie i cienkie jak rożny bagnety osadzone na lufach ich karabinów. Nie wiem, o czym krzyczeli dawno zmarli bosi gazeciarze, co zachwalały nieżyjące przekupki, o co kłócili się przed szynkiem od wielu lat martwi pijacy. W ogóle nie mówiłem wtedy po węgiersku i niczego nie rozumiałem. Choć nie czułem żadnego lęku, jednak nie ośmieliłem się pójść dalej. Zawróciłem i gdy minąłem teatr, po lewej stronie ulicy, niemalże naprzeciw mojego pensjonatu, zobaczyłem Eszter Szatori.

Jedno z okalających miasto wzgórz, z którego otwiera się przyprawiająca o zawrót głowy perspektywa, urywa się nagle kilkadziesiąt metrów w dół pionową, wapienną skałą. Z jej szczytu rozwiera nad miastem swe ramiona ukrzyżowany Chrystus, tak jak gdyby za moment miał oderwać swe umęczone ciało od krzyża i unieść się ponad dachami domów i wierzchołkami drzew. Ten krzyż ma swoją historię, nieprzypadkowo go tu postawili pobożni mieszkańcy. Upamiętniając tragedię, która rozegrała się tu przed stu laty, zapewne odwrócić chcieli przyszłe nieszczęścia i zmazać grzech – grzech miłości i śmierci. Z tej skały rzucił się w przepaść młody ksiądz. Odebrał sobie życie z miłości. Była to miłość niemożliwa, nie mogła się spełnić. Przeniknęła wszystkie zakamarki jego ciała i duszy przeraźliwym pięknem i bólem nie do zniesienia, opanowała niepodzielnie jego zmysły, napełniła je rozkoszą i cierpieniem, pomieszała dni i noce, doprowadziła do rozpaczy, zagarnęła wszystkie jego myśli i zamieniła w jedno potężne, nieziszczalne pragnienie, które zdawało się nie mieć ani początku ani końca. Nie wiadomo jak na imię miała ta dziewczyna, kim była ani co się z nią stało. Nie wiadomo jak wyglądała, ale dla niego była piękniejsza niż słońce. Podobno ona też go kochała. Gdy odebrał sobie życie, bo życie bez niej nie miało dla niego żadnej wartości i miłosierny Bóg wiedział o tym najlepiej, aby ciało jego nie musiało spocząć pod cmentarnym płotem, w kwaterze zbrodniarzy i samobójców, w nie poświęconej ziemi, aby dusza jego zaznała ukojenia i dostąpiła chwały zbawionych, a światłość wiekuista świeciła jej na wiek wieków, uznano go za szaleńca. Był szaleńcem. Oszalał z miłości. To było wspaniałe szaleństwo. Wtedy postawiono ten krzyż, w pobliżu kapliczkę. Wtedy czas się zatrzymał.

Eszter Szatori. Zobaczyłem ją uśmiechniętą na licealnym tableau w wystawowej szybie apteki. Był czas matur i we wszystkich witrynach przy Király utca pełno było takich tableau, a na nich dziesiątki uśmiechniętych twarzy tych, przed którymi otwierało się nowe życie, którzy to dawne żegnali bez żalu. Eszter Szatori. Duże, ciemne, ufne oczy, a w nich głębokie, rozjaśnione jakimś niezwykłym światłem źrenice, krótkie, lśniące czarnym blaskiem włosy, nieco okrągła, figlarna buzia młodziutkiej dziewczyny, mały, lekko zadarty nos. Nie mogłem oderwać od niej oczu. Nie była uderzająco piękna, ale dla mnie była wtedy piękniejsza niż słońce. Zawsze, gdy wychodziłem z pensjonatu, widziałem ją. Przychodziłem tylko do niej. Przyciągała i nie dawała się od siebie oderwać. Patrzyła tylko na mnie. Nie chciałem doczekać momentu, w którym tableau zostanie zdjęte. Zresztą i tak musiałem wracać do Budapesztu. Nie sposób już było zostać tu dłużej. Pożegnałem się z Eszter i wyjechałem.

Początkowo nie połączyłem tych dwojga z sobą: nigdy niewidzianego, od dawna będącego już tylko garścią prochu, oszalałego z miłości księdza, i nigdy nie poznanej Eszter, której młode ciało pulsowało gorącym, namiętnym życiem, a piersi wzbierały miłością. Nie zrozumiałem przeczucia, nie odczytałem znaku, nie pojąłem, bo zdawało się niemożliwe. Tak, to ją kochał. To ślady jej stóp gotów był całować z czułością, oddaniem i nabożeństwem większym niż przebite stopy Pana. To dzięki niej był najszczęśliwszym i najnieszczęśliwszym z ludzi. To dla niej, nie mogąc przekroczyć innych granic, jednym rzutem ciała przekroczył granicę życia. Dla Eszter. Chrystus pochylił się nad urwiskiem, wybaczając mu nim jeszcze dotknął leżących w dole kamieni. Wtedy… Teraz… Później… Jakie to ma znaczenie? Nie wiem, co stało się z Eszter, co dzieje się z nią teraz.

Nie wiem, jak się nazywa, inaczej czy tak jak wtedy. Nic o niej nie wiem, ani ona nie wie niczego o mnie. Piękniejsza od słońca przeszła przez moje życie pozostawiając delikatny, ale wyraźny zapach melancholii. Piękniejsza od słońca.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Krzysztof Ćwikliński, Eszter Szatori, Czytelnia, NowyNapis.eu, 2019

Przypisy

    Powiązane artykuły