29.10.2019

Matecznik Małgorzaty Lebdy

Dziś widać to wyraźnie: Małgorzata Lebda ma swój osobny poetycki dom i świat wokół niego. Budowała to prywatne uniwersum wiele lat – spokojnie, konsekwentnie, z tomu na tom. Najpierw zręby, potem ściany. Jej kolejne książki wzbogacały tę imaginacyjną przestrzeń, uzupełniały ją o nowe kolory i dźwięki. Zaczęła wcześnie, może zbyt wcześnie. Była studentką pierwszego roku polonistyki krakowskiego Uniwersytetu Pedagogicznego, kiedy uczelniane pismo „Nowy Legion” opublikowało jej wiersze (nr 7–8, 2005). Już wtedy jednak czytelnikom tej poezji musiało się wydawać, że jest w tych wersach jakaś siła i oryginalność, bo ci, którzy zasiadali w gremiach jurorskich rozmaitych konkursów poetyckich, nie szczędzili pochwał i nagród. Pamiętam swoje własne wrażenia, gdy w 2007 roku Małgorzata Lebda przysłała wiersze na konkurs „O Wawrzyn Sądecczyzny”, w którym byłem jurorem. W archiwach nowosądeckiej biblioteki zachowało się zdjęcie upamiętniające, jak wkładam na głowę poetki ów laur – bo zdobyła wówczas główną nagrodę. Wtedy właśnie się poznaliśmy. Jeśli dobrze pamiętam, to całe wydarzenie miało jeszcze inny wymiar – kto wie, czy nie ważniejszy: Małgorzata Lebda poznała wtedy kogoś, kto obecnie jest jej mężem, ale to oczywiście osobna historia…

Napisałem o przedwczesnym debiucie, ponieważ w taki sposób ocenia go sama autorka – niezbyt zadowolona ze swojej pierwszej książki poetyckiej. Tomik Otwarta na 77 stronie, który ukazał się w 2006 roku, nie spotkał się z wielkim zainteresowaniem krytyków. Trzy lata później pojawia się jednak książka Tropy, która stanowi przełom na drodze twórczej młodej poetki. Tom budzi zainteresowanie wielu środowisk literackich, krytycy piszą, że odsłania on zasadnicze kontury lirycznego świata pisarki, daje wgląd w matecznik jej wyobraźni. Jak ciekawie brzmi to słowo! „Matecznik” kojarzy się przecież z lasem i z żywiołem natury, z pierwotnością i z matką. Taki tytuł Lebda nadała swojej poetyckiej książce wydanej w 2016 roku. Wcześniej pojawiła się Granica lasu (2013), tom, który – przygotowywany w ramach Stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego – otrzymał nominację do Nagrody Poetyckiej im. K.I. Gałczyńskiego „Orfeusz” (2014). Laur boskiego muzyka-poety spłynął jednak na skronie artystki dopiero dzięki wspomnianemu Matecznikowi(który pokonał konkurencję także w drodze do Stypendium im. Stanisława Barańczaka w ramach Poznańskiej Nagrody Literackiej).

Cóż to za tom, cóż to za poezja? W jaki sposób można dziś wracać do tego, co pierwotne, rudymentarne, organiczne? Małgorzata Lebda pokazuje, że formą podobnych powrotów może być opowieść – rozumiana jako sposób komunikacji tego, co najistotniejsze, układająca się w mit. Matecznik wypełniają poetyckie opowieści. Ich materią, co wydaje się oczywiste, są osoby uchwycone w czasie, w działaniu – zamknięte w lirycznych kadrach (poetka jest też uzdolnioną fotograficzką), stłoczone w wieloznacznych, metaforycznych obrazach. Chciałoby się nawet powiedzieć – symbolicznych, bo wiele jest w poezji Lebdy właśnie symboli-archetypów – przetworzonych, przefiltrowanych przez indywidualną biografię – wiele motywów tworzących swoisty, splątany gobelin prywatnej mitologii.

Osnową tej grubej mitopoetyckiej tkaniny jest autobiografia poetki, której dzieciństwo upłynęło w niewielkiej wiosce Żeleźnikowa, położonej w jednej z beskidzkich dolin nieopodal Nowego Sącza. Lebda świadomie wraca do „genialnej epoki” dzieciństwa, zabiega o to, byśmy rustykalne sceny, które pojawiają się w poszczególnych wierszach, kojarzyli z tym, a nie innym miejscem geograficznym i kulturowym. Byśmy – prowadzeni za rękę przez dziecko oglądające ów świat szeroko otwartymi, zdumionymi oczami – obcowali z jego specyficznym kolorytem prac i obyczajów, z jego osobliwym, bo utkanym z wielu elementów, etnosem. To, co prywatne, ulega zatem uniwersalizacji. Poetka przekracza ramy autobiografii, uwieloznacznia sensy obrazów tak, by ostatecznie mówiły one nie tylko o niej samej, ale także o nas. O ludziach w ogóle. Wiersze, które zmieszczono w Mateczniku, układają się w długi ciąg doświadczeń inicjacyjnych, rozpoznawanych przez bohaterkę utworów jako istotny element własnej kobiecej tożsamości. Domyślamy się jednak, że chodzi w nich nie tylko o tożsamość indywidualną, ale także o tożsamość zbiorową – i rodzinną, i kulturową.

Zastanawia to, że w Mateczniku tożsamość kształtuje się głównie w relacji z ojcem, że pełna jest różnego rodzaju podskórnych napięć i opozycji, które wyczuwamy. Świat ojca jednocześnie fascynuje i przeraża, mieści w sobie element tremedum et fascinosum,i właśnie dlatego kształtuje wyobraźnię dziecka. Ojcowizna (ojczyzna?) jawi się małej dziewczynce przede wszystkim jako sapientia. Jest tradycją i mądrością, zarówno skrywa, jak i objawia wzory życia. Filolog miałby ochotę zapytać, w jaki sposób autorka scala biograficzną i mityczną warstwę swoich liryków? Odpowiedź jest najprostsza z możliwych: dzięki kursywie. To zmiana czcionki jest dla czytelnika tych wierszy znakiem obecności dwóch planów – partykularnego i uniwersalnego. Ten pierwszy wypełniają różnego rodzaju zdarzenia charakterystyczne dla rytmu prac na wsi i pór roku. Ten drugi to słowa ojca, który tłumaczy świat, ukazuje ich sens. Właśnie one są zapisywane pochylonym drukiem:

wilgoć drąży modrzewiowe belki werandy

przez okno zimnego pokoju obserwuję ojca

 

nocą halny położył w sadzie stare grusze

z wysokości widać nieszczęścia całej wsi

zerwane dachy połamane słupy

wysokiego napięcia

 

ojciec przywołuje mnie podaje scyzoryk

i każe wyjąć sobie z nadgarstka czarną drzazgę

musisz nauczyć się pracować we krwi mówi

ranę zalewamy pszczelim kitem na alkoholu

mamy od niego żółte cierpkie dłonie

Oto jedna z lirycznych miniaturowych opowieści, jakich w Mateczniku wiele. Akurat ta otwiera zbiór, wyznacza lekturowe tropy, właśnie dlatego warto przyjrzeć się jej uważnie. Zatem po kolei: chyba od razu, już na pierwszy rzut oka zauważamy, że narracja snuta w tym wierszu ma strukturę wspomnienia. I nie tylko w tym. Stopniowo zaczynamy rozumieć, że najistotniejszym elementem liryki Lebdy jest pamięć. Tak, ale jaka? – zapytają ci, którzy wiedzą już o współczesnych badaniach nad tym fenomenem i zagłębili się w arkana memory studies. Odpowiemy im, że chodzi o pamięć autobiograficzną, indywidualną, a jeśli wspólnotową, to tylko w ramach wspólnoty rodzinnej. Zarazem jednak czujemy, że ten, kto opowiada, próbuje przypomnieć sobie i nam nie tylko ważne dla siebie zdarzenie, ale także, a może nawet przede wszystkim – jego sens. Dziecko, które „przez okno zimnego pokoju obserwuje ojca”, widzi dużo więcej niż domowe podwórko. Jest w stanie dostrzec „nieszczęścia całej wsi”. Los jednostkowy splata się w liryku z losem wspólnoty, a zniszczenia spowodowane przez wiatr stają się symbolem wszystkich przeciwności losu, które mogą nas spotkać. Kiedy spojrzenie podmiotu znów kieruje się w stronę ojca, mamy do czynienia z tym samym zabiegiem uniwersalizacji znaczeń. Prosta czynność usuwania drzazgi została przecież przez autorkę utworu ukazana jako czynność edukacyjna, swoista lekcja poglądowa, owocująca sentencją zaznaczoną pismem pochyłym: musisz nauczyć się pracować we krwi .Nie wiemy, co dokładnie miałoby znaczyć to przesłanie. Jego sens pozostaje uogólniony, otwarty na indywidualne egzegezy. Ale mocno czujemy, że ten, kto mówi w wierszu, wie. Jesteśmy pewni, że bohaterka utworu przypomina sobie takie słowa, które pomogły jej rozpoznać samą siebie i nabrały charakteru tożsamościowego, stały się osią jej samoświadomości. Wiersze, które wypełniają Matecznik, można nazwać epifanicznymi w takim sensie, jaki nadał temu pojęcie James Joyce, a potem myśl ponowoczesna. One przypominają i uobecniają sytuację, która była i jest dla podmiotu nagłym rozbłyskiem sensu – to znaczy tego, wokół czego została zbudowana i nadal buduje się własna egzystencja oraz własna tożsamość.

Czy nie jest jednak tak, że w tle omawianych wierszy wyczuwamy daleką obecność osoby, która to miejsce opuściła i może teraz spojrzeć uważniej, by wydobyć z przeszłości to, czego będąc w jej wnętrzu, zauważyć nie mogła? Chyba trzeba się zgodzić, że u źródeł wielu tekstów poetki leży nie tylko pamięć dzieciństwa, ale i doświadczenie jego utraty. Może po prostu brak owocuje w nich nowymi formami obecności. Autorka wie, że zniknęły zapachy i nastroje dawnych lat, że zniknął dom, że nie ma już strychu, nie ma strumienia i studni, że nie ma już drzew rodzinnego sadu i tych, którzy do niego chodzili, że nie żyją rodzice. A przede wszystkim: że nie dysponuje już spojrzeniem dziecka. Zarazem jednak doświadcza braku jako uobecnienia. To, co zniknęło w świecie, powraca bowiem w świadomości – nawiedza w snach, przybywa w marzeniach. Z wolna zamienia się w mit – wcale nie arkadyjski. Świętość miesza się w nim przecież z okrucieństwem, woda z krwią, miłość ze śmiercią – podobnie jak w utworach Tadeusza Nowaka, którego dokonania znajdują w poezji Małgorzaty Lebdy swoje interesujące przedłużenie.

Matecznik jest zatem opowieścią o dojrzewaniu – głęboką, a więc i gorzką, i niepozbawioną nadziei. Przecież polega ono i na tym, że widzi się śmierć – że ona z pola widzenia nie znika. W jednym z ostatnich wierszy pomieszczonych w Mateczniku autorka przejmująco pisze o „liturgii odejść”. Ów tekst oraz inne utwory wypełniające omawianą książkę każą jednak myśleć również o poetyckiej „liturgii powrotów”. O tym, że skazani na powracające „to samo” szarej codzienności, tęsknimy za powrotem sacrum, za mitem, za czymś, co nasza świadomość identyfikuje jako życie i sens – otoczone jawnym i nachalnym bezsensem, umieraniem dookolnej rzeczywistości. Wiersze Małgorzaty Lebdy całym swoim ciężarem wychylone są w stronę podobnych pragnień.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Wojciech Kudyba, Matecznik Małgorzaty Lebdy, Czytelnia, NowyNapis.eu, 2019

Przypisy