30.01.2020

Mortek

Haym Jochaj Szpajzel, syn Batszeby, mieszkał w Czudcu, kawalątko za bożnicą, w chałpie z zielonymi okiennicami i podłogą omalowaną na czerwoną farbę. Był nieduziutki, tłusty, miał mięsisty twarz, grube wargi i szeroki, semickokształtny nos.

Haym Jochaj, syn Batszeby, wywodził swój ród z rabinów. Jego dziadek, rabbi Jedidi Arie, syn Abiszag, był cadykiem na Podolu i miał dwór chasydzki. Jego tate, Awromełe Lejb, syn Hodele Bajle, mieszkał w Besarabii, w niedalekim oddaleniu od galicyjskiego pogranicza (miejscowość na „B” lub „P”; właściwie wieś, bo car nie pozwalał izraelskiej ludności osiedlać się w miastach). Ojciec Hayma też był rabinem, ale tym mniej uważanym – dla kobiet. Na dobitek nieoficjalnym. Wprawiał się tedy w język rusiński, żeby złożyć egzamin i zostać zatwierdzonym. Nauka szła mu wolno. Wyższych talentów do języków nie posiadał. Co prawda władał kapkę mową polską, podobną na ruską, ale… Najśmieszniej odmieniał: „Ja noszę kalosze, ty noszisz kaloszisz… my noszimy kaloszimy.…”. Trzeba trafu, że skoro wreszcie naumiał się na wyimki rusińskich słówek i gubernator zamianował go rabinem, zginęło gojowskie niemowlę. Jak zawdy w podobnych razach, nienawistnicy Izraela rozpuścili nieprawdziwe prawdy, że to starozakonni porwali dziecko, aby wytoczyć mu krew na macę. I tak w miejscowości na „B” lub „P” wydarzył się pogrom na Żydach.

Haym dzieckiem przeżył pogrom. Zapamiętał mało wiele: zimowy ranek, miesiąc szewat (styczeń/luty). W izbie krzątanina. Jakieś nerwowe nasłuchiwania, zapatrzenia w okna, złowróżbne szemrowania, że za późno już im uciekać, i nowe słowo: „pogromszczyki”. Pogromszczyki to, pogromszyki tamto, przyjdą pogromszczyki, nie przyjdą pogromszczyki. Mały Haym nie wie, kto zacz, te „pogromszczyki”, ale już znielubił ich. Tatele uderzony ogromnym strwożeniem bierze kredę i na drzwiach chałpy omalowanych rusińską modą na czerwono rysuje biały krzyż. Nu, żeby zmylić pogromszczyków. Niech myślą, że tu krześcijany siedzą. Mamele płacze i Haymek też płacze, do wtóru mamele. Nie wie dlaczego. Haymek płacze, bo mame płacze. Stracha się, bo mame się stracha. Mamele ciszy go. Zaniedługo potem wtyka mu do ręki ciasto biszkoptowe, które Haym najlepiej nawidzi, i drugie słodkości: chałwę, lukrecję, marcepana, mamałygę. Dużo tego, ogromnie dużo i Haym miarkuje, że dostaje to zamiast rodzicieli. Znowu boruczy. Mame przyodziewa go narzutką i zanosi do gojów, z którymi żyją w przyjacielstwie.

Z rabinackiej familii ocalał tylko on i ciotka Tamereł Szifra. Doszedłszy wieku młodocianego, w końcu dowiedział się z ciotki (bo wprzódy to utajała), jak zginęli jego bliscy. No więc tate znaszli przybitego do drzwi frontowych, tych z białym krzyżem (pogromszczyki przybili mu głowę ćwiekiem). Rzekomo, że był dzielnym – zęby zaciął na ból i nie gwałtował, a wyjęzyczył tylko dwa zdania. Pierwsze: „Pozdrawiam was, pogromszczyki, imieniem Jahwe!” i ostatnie (kapkę dziwne): „Wy noszicie kaloszicie”. Mame została od pogromszczyków zasztyletowana. Co się zaś tyczy o siostrę, to Zendełe Mirełe szósty miesiąc brzemienna... ciotce bolesno było o tym mówić… no więc Zendełe Mirełe pogromszczyki rozpruli pałaszem zwiastowany brzuch i zaszyli w nim kota. Tak jak czyniły to Kozaki Chmielnickiego. Kilka miesięcy potem ciotka kapkę mniej żałowała. Wyjawiło się bowiem, że Zendełe Mirełe była „lubaską” podesauła (znaczy kozackiego sztabskapitana) Jewdokima Iłłarionowicza Semeniuka i nosiła w łonie jego bękarta, za co – jako córka rabina – zostałaby spalona na stosie. Nie zmienia to jednak w niczym oceny pogromu. Bezludzkość hałaburdników można by równać nawet ze sławną rzezią humańską. I pewnie o pogromie byłoby tak głośno jak o pastwie wydarzonej w Humaniu. Ale zginęło w nim mniej Żydków, no a poza tym miejscowość była niewielka (na „B” lub „P”).

Obraz ostatniego ranka w rodzicielskim domu żadnymi czasy nie zszedł Haymowi sprzed oczu. Męczyły go nieodstępne przypomnienia. I jeszcze jedno – od tamtych pór zmierziło mu się ciasto biszkoptowe i w ogólności wszystkie częstunki: chałwa, lukrecja, marcepany; nawet mamałyga z mołokom była mu wstrętliwa.

Haymem zajęła się ciotka Tamereł Szifra. W prędkim czasie przeprowadziła się ona do Czudca, gdzie mieszkała krewna ze strony ojca, Rachela Lise, zamężna za Nahumem Przetacznikiem – wyrobnikiem przetaków. Jaffe było mu nazwiskiem. Jaffy żyły bezdzietnie, tak lubo biedni, z chętnością przyjęli pod dach familiantkę z małym dzieckiem.

Miasteczko Czudec miało pozór spokojnego, ludzie zdawały się bardziej wyrozumiałe od Rossyanów. Widziało się, że społeczeństwo Izraelitów nie może tutaj na nic utyskiwać, co najwyżej na urwiszowanie. Na gojowskich niedorostków, którzy wszędy wśród wszechświata ciągają małych Żydziaków za pejsy, a starym Ickom rzucają osty w brody, i na młódź, która czasem po wyjściu z kościoła szkli chałpy starozakonnych. Za to, że Chrystusa umordowały. Haym hodował się więc w spokojności.

W chłopięctwie pilnie studiował święte xięgi – Torę i Talmud, i kiedy w swojej kiepełe miał już dużo nauki, został szojchetem, to znaczy się rzezakiem – oddzielnym Żydem, który użydawiał izraelickie siurki. Zresztą nie tylko siurki. Zarzynał też kapłony dla Żydówek na szabasowy rosół.

Dobrze mu się działo, aż wreszcie ktoś skradł z synagogi misę z napletkami obrzezanych Żydowiąt. Oskarżono Hayma. Rychło pokazało się, że to synagogalny posługacz, Sabataj, ale co się Haym wycierpiał, to wycierpiał. Niechętni mu tylko czekali, żeby rozplotkować języki. Zaczęto więc szemrować o jego bezżeństwie. No bo młodzikiem już nie jest, a jeszcze się nie obabił ani nawet listu zaręczynowego nie podpisał i – co większa – wygląda na bezkochankowego, jakby nie lubił społeczeństwa dziewek. Ktoś nawet puścił flaka o jego rzekomym samcołożnictwie. Haym słuchał tego i słuchał, nareszcie walnął pięścią w stół i wychrzcił się. Ploty dały tylko pochop do przystania na wiarę katolicką, a tak po prawdzie dawno o tym zamyślał. Bojał się być Żydem, no i co rusz wracał mu na pamięć obraz tamtego ranka: tate rysujący krzyż, płacząca mame, marcepan, lukrecja… Za tymi przyczynami wychrzcił się i przepolszczył.

Krótko przed Godnimi Świętami Haym Jochaj Szpajzel, ben Batszeby, przedzierzgnął się na Karmilskiego Karola Joachima dwojga imion. Przepolszczając miano, kombinował tak: w germańskiej gwarze „szpajzen” to „karmić”, tedy Szpajzel to Karmil. Karmil plus „ski” – Karmilski. Gdy więc po pasterce drapichrusty wyharatały mu okno, już jako Karmilski założył niekoszerny pęcherz wieprzowy. Jednak powiedzieć jak prawdę, Karmilskim był ino na papierze. Dla chłopów pozostał nadal Szpajzelem, tyle że przechrztą, dla Żydów zaś nie był nawet przeklętnikiem – po prostu umarł.

Wedle zwyczaju, gdy Haym zrobił się niezbożnikiem, Żydy uznały go za umartego i odprawiły modły pogrzebowe, a ciotka Tamereł Szifra, kuzynka Rachela Lise i jej mąż Nahum Jaffe Przetacznik pogrążyli się w żałobie. W chałpie z czerwoną podłogą zapalono świece. Ciotka przyoblekła się w coś na kształt pokutniczej włosienicy, kuzynka – w żałobny strój, Nahum zaś skołtunił głowę i oderwał od chałata rękaw. Ścisła żałoba trwała dni siedm. W tym czasie wszyscy siedzieli w chałpie, spełniając jak najakuratniej nakazy sziwy. Nie myli się, nie czesali, mało co jedli i nie nosili skórzanej obuwi. Przez trzydzieści dni palili świece, przez rok odmawiali kaddisz.

Tymczasem Haym zaczął robić w czudeckim szlachtuzie i rzeźniczyć po wsiach. Rzeźniczyć – hym… Raz kiedy brali go do świniobójstwa. Bardziej chyba po to, żeby zobaczyć, jak „meches” radzi sobie ze świńmi. Jak szpikulcem przebija im serca, rozbiera i na koniec jak nie zachowując koszerów, chrupie trefne niewyżyłowane mięso. Bo rzeźnikiem był ladajakim. Prawda, potrafił robić róże z salcesonów, warkocze z kiełbas, ale z kiszkami kaszanymi i leberkami to już mu nie szło. Rzadko więc wołali go do uboju, ale jeśli gdzieś w okolicy zdychało zwierzę, nie posyłano po nikogo innego, tylko po niego. Dla tej przyczyny przezywali go „Mortkiem”. W rzeczy samej, był jak żydowska śmierć. Jako ten mortek, co konającego Żydka dodusza poduszką.

Jak to z odstępcami bywa, Szpajzel-katolik starał się być nabożniejszy niż osoby poświęcone. W czas Wielgiego Postu nie brał w usta masła, w ścisły post (w dni śródniejsze i soboty) nie pił mleka, a w piątek nie jadł i nie pił zgoła nic, a nawet jak prawosławni nie kurzył cygaretów. Ale kiedy na Wielkanoc, po rekolekcjach, przystępował do spowiadania się z przewin, widocznym było, że swojej żydowej natury nie zmienił. Klękał przy konfesyonale po katolicku, lecz gdy xiądz naznaczył mu pokutę, drożył się jak Żyd.

– Aż pięć zdrowasiek? Ajajaj, za co, panie xiądz? Ajnc zdrowaśka i ajnc ojczenaszka. Trzy? Nie, to za dużo. Co, dwie? Nu, fajn, dwie i niech będzie pokucie koniec.

Nigdy nie odszedł bez słowa targu. Każdego roku było tak samo i ludzie przychodzili zobaczyć Szpajzela u spowiedzi: jak pokutę targuje, bije się w piersi, całuje fioletową stułę, no i jak klepie zdrowaśki na xiążce z modlitwami. Bo z przywyknienia kiwał się wtedy po żydowsku.

– Patrzcie go, nieodkołysany krześcijan – podżartowywały zaborowskie.

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Stanisław Aleksander Nowak, Mortek, Czytelnia, NowyNapis.eu, 2020

Przypisy

    Powiązane artykuły