23.07.2019

Niewidzialne miasto

Mój kraj lat dziecinnych, ogromny niby imperium, choć wytyczony granicami dziesięciotysięcznego miasteczka, i doskonale obojętny na siermiężną rzeczywistość epoki gomułkowskiej, miał swoje stałe punkty, do których wyobraźnia kilkulatka przykładała kolejne fantastyczne scenariusze. Jednym z tych punktów był Gdańsk, dokąd wożono mnie, a później już sam jeździłem, nieodmiennie latem. Tam, po rozwodzie i likwidacji sopockiego apartamentu (autentycznego apartamentu, bo wujek, dopóki doszczętnie nie roztrwonił całego majątku, był człowiekiem bardzo bogatym), mieszkała starsza siostra mojej matki, ciocia Jadzia, i jej syn, o osiemnaście lat starszy ode mnie kuzyn Staś. Mieszkali we Wrzeszczu, przy ulicy Klonowica, na rogu Racławickiej, dwa kroki od stacji kolejki Gdańsk – Kolonia, w mikroskopijnym mieszkanku przewidzianym zapewne dla socjalistycznych krasnoludków. Ciocia pracowała jako magazynierka w stoczni remontowej, Staś studiował na Politechnice, co niesłychanie mi imponowało, a że wcześniej odbył służbę wojskową w marynarce wojennej i jego zdjęcie w mundurze stało w ramce na telewizorze marki bodajże „Beryl”, był on moim bożyszczem. Wyobrażałem go sobie na pokładzie najmniej krążownika rakietowego, choć naprawdę służył na jakimś zdezelowanym eks - sowieckim kutrze; ciocia w moim przeświadczeniu osobiście budowała i wodowała statki. Staś nosił mnie na barana, ciocia prowadzała za rękę. Staś woził przypominającym piekielną machinę tramwajem z drewnianymi siedzeniami na Długi Targ i nad Motławę, zabierał do ZOO w Oliwie, gdzie ciastem  upieczonym przez ciotkę karmiłem zebry, do kina (jedno nazywało się bodajże „Zawisza”, a drugie „Jagienka”) i na Westerplatte, gdzie bezskutecznie poszukiwałem łusek po pociskach, i ku zgrozie ciotki kupował lody bez ograniczeń. Ciotka w trosce o moje zdrowie oferowała co najwyżej rurki z kremem i wierząc głęboko w niewinność mojej dziecięcej duszyczki przy każdej okazji, tak w niedzielę, jak i dzień powszedni, zabierała do kościoła i z przejęciem prawiła o świętych Pańskich. Grzecznie udawałem zainteresowanie, mając na uwadze obiecane rurki, ale myślałem sobie w duchu, że życie świętych musi być okropnie nudne, bo przecież nie pływają wielkimi jak domy statkami po dalekich oceanach. Święci, których ciotka pokazywała mi na obrazkach, mieli co prawda brody, ale żaden nie wyglądał na marynarza, stąd też święci w mojej ówczesnej hierarchii notowani byli dość nisko. Zdecydowanie poniżej przyjaciół ciotki, państwa Tryjankowskich, którzy mieszkali na Starówce przy ulicy Kaletniczej i mieli ogromny globus. Ze względu na globus lubiłem tam chodzić. Chciałem mieć taki globus. Obejmowałem go z czułością, bo to był cały świat, a ja chciałem mieć cały świat. Bez żadnych granic. I nie minęło wiele czasu, a boleśnie przekonałem się, że w moim świecie, nie wiedzieć przez kogo i dlaczego, wyznaczona została mistyczna prawie, nieprzekraczalna granica, która przebiegała gdzieś na wysokości Kamiennego Potoku. Nie było jej widać, nie stali tam żadni groźni strażnicy z karabinami, jakich widziałem przed wejściem do stoczni, nie było żadnych szlabanów jak na przejeździe kolejowym, ale była i to bodaj wyraźniejsza niż gdyby ją rzeczywiście utworzono. Przebiegała gdzieś w kilkuletnim umyśle raniąc dotkliwie kilkuletnią duszę.

Oto bowiem przytroczony byłem jakąś niewidzialną siłą do jednej zasadniczo linii komunikacyjnej. Była to linia boczna, krótka nitka kolejki z Nowego Portu wiodąca przez Nowe Szkoty ku centrum metropolii, skąd odchodziły pociągi, którymi najdalej zajechałem do Kamiennego Potoku właśnie. A przecież nie kończyły one tam biegu. Ich celem były Gdynia Główna Osobowa lub wielce tajemnicza, przenikająca dreszczem chude ciałko Gdynia Chylonia. Gdynia. Na globusie, choć był ogromny, nie mogłem jej znaleźć. Na mapie znalazłem. Kuzyn Staś dał mi nawet do zabawy plan Gdyni. Gdynia, gdy dowiedziałem się, że stoi tam okręt wojenny „Burza”, który można zwiedzać (a może nawet pozwalają wystrzelić z armat?), żaglowiec „Dar Pomorza” niby pełen skarbów hiszpański galeon, transatlantyk „Batory” w pełnej gali flagowej, barwny setkami bander i proporców, stała się mrocznym przedmiotem dziecięcego pożądania. Sklep „Puchatek” przy Grunwaldzkiej naraz wzgardzony zszarzał i zmalał, rurki z kremem okazały się niesmaczne, lody, nawet te pistacjowe, przypominały watę. Gdy dowiedziałem się też, że w Gdyni znajduje się Dworzec Morski, przestałem jeść. Dworzec Morski! To musiał być cud wprost niewiarygodny, cud na miarę egipskich piramid, których zdjęcia znalazłem w encyklopedii. Doskonale wiedziałem co to dworzec. W moim miasteczku był wszak wcale okazały i ładny, przedwojenny dworzec, z którego ogromne, czarne, sapiące parowozy unosiły w stronę Torunia wyranżerowane pullmany, zaś towarowe toczyły się w przeciwną stronę, ku warzelni soli; wtedy zamykano przejazd na placu Gdańskim, którego nikt nie nazywał placem Armii Czerwonej, choć tak brzmiała jego oficjalna wówczas nazwa, i można sobie było popatrzeć, bo pociąg jechał wolno, i posłuchać, bo dyszał ciężko i gwizdał przeciągle. Dworce, owszem, były ciekawe, ale najciekawszym, bo na pewno największym i najdziwniejszym na świecie, położonym wszak na morzu, był Dworzec Morski. A ten znajdował się właśnie w Gdyni, o której co rusz to coś słyszałem, bo ktoś pracował w Gdyni, ktoś do Gdyni pojechał, ktoś z Gdyni wrócił. Stanowczo zażądałem, aby natychmiast zabrano mnie do Gdyni. Nie pamiętam, czy zapadło kłopotliwe milczenie, czy obiecano mi ten wyjazd, czy użyto jakichś wykrętów, czy też zwykłego w podobnych razach „nie garb się”. Nazajutrz wywieziono mnie do Jelitkowa, choć przez chwilę łudziłem się nadzieją, że jedziemy do Gdyni i małe serduszko trzepotało na myśl o czymś niewyobrażalnie wielkim i niezwykłym. Następnego dnia wywieziono mnie na Stogi. I tak na przemian: jednego dnia Jelitkowo, drugiego Stogi.

Plaże były nudne. Lodziarz sprzedający lody „Pingwin” i „Bambino” z wielkiej białej skrzyni nie wzbudzał żadnego zainteresowania, piłka plażowa i dmuchany materac były przedmiotami niechybnie wymyślonymi przez diabła, budowanie zamków z piasku stało się czynnością bez mała hańbiącą. Stałem więc godzinami i patrzyłem na większe i mniejsze, bliższe i dalsze statki przesuwające się w perspektywie zatoki i tęskniłem, bo przecież wszystkie one niezawodnie płynąć musiały do Gdyni. Nie były to co prawda hiszpańskie galeony pełne srebra i złota, ani też najeżone działami wszelkich możliwych kalibrów pancerniki, ale nie miało to już większego znaczenia. Liczyło się to, że płyną do Gdyni, dokąd i ja chciałem dotrzeć, dojechać, a gdyby się nie dało, to może dopłynąć jednym z tych pełnych majestatu statków. Kuzyn Staś, widząc co się ze mną dzieje, choć chyba nie do końca rozumiejąc, dał mi lornetkę, abym mógł sobie dokładniej obejrzeć to, czego nie mogłem dotknąć. Nie wiem, kupił ją czy pożyczył, w każdym razie stałem na plaży z lornetką przy oczach. Statki widać było dobrze, ale przecież nie o nie chodziło. Chodziło o Gdynię, której nawet przy pomocy tego wspaniałego wynalazku nie mogłem dostrzec, choć miałem nadzieję, że stanie się cud i naraz wyłoni się wspaniała zza zielonkawej kurtyny lądu, z szafirowej morskiej fali, że z Dworca Morskiego wypłyną razem „Dar Pomorza” i „Burza”, że jeden po drugim ruszą czerwonym korowodem fantastyczne, bo nieznane mi trolejbusy. Po jakimś czasie zabrano mnie do Sopotu. Miałem nadzieję, że może z mola ją zobaczę. Nie zobaczyłem. To było rozczarowanie na miarę tego, jakie przeżyłem, gdy zorientowałem się, że święty Mikołaj to pan Pardela.

Wkrótce zacząłem wątpić. Może Gdynia nie istnieje, a dorośli, którzy ją wymyślili, tylko ot tak sobie mówią, bo wstydzą się przyznać do kłamstwa? Może pociągi z Gdańska Głównego jadą donikąd? Może tam nie ma żadnych statków i okrętów? Nie ma Dworca Morskiego? Może tam wcale nie jeżdżą trolejbusy, bo trolejbusów też nie ma? No, bo przecież gdyby Gdynia istniała, to dlaczego nie chcą mnie tam zabrać? A może ona istnieje, tylko jest tam coś tak strasznego, że nie chcą mi tego pokazać? Jakieś potwory albo trupy? Jako że w tym czasie bardzo bałem się zmarłych, stanęło na trupach. To właśnie dlatego nie chcą mnie tam zabrać. Ale jednak nie. To nie mogą być trupy. Gdyni nie ma. Ciotka i kuzyn zwyczajnie mnie okłamali! I ci, co mówili, że jadą do Gdyni, że z Gdyni wrócili, że w Gdyni mieszkają też kłamali. Bo gdyby Gdynia istniała to przecież…

Z wolna przestawałem tęsknić i pożądać, choć gorycz zawodu długo jeszcze zatruwała moje myśli. Może nawet śniła mi się Gdynia jak jedno z owych magicznych, niewidzialnych miast, o których przed wiekami Marco Polo opowiadał Kubłaj – Chanowi? Zabrano mnie do Malborka. Raz, drugi, trzeci, piąty… Bez żadnych przeszkód, bez ociągania, nawet bardzo chętnie. Gdy Staś akurat nie mógł, ciotka zwalniała się z pracy i jechaliśmy, choć do Malborka wcale nie było blisko.

Kilka, a może kilkanaście lat później pojechałem z kuzynem Stasiem do Gdyni. Nic z tego wypadu nie pamiętam. Wszystko odbyło się błyskawicznie. Pojechaliśmy, bodajże na Obłuże, gdzie on miał jakąś sprawę do załatwienia, i wróciliśmy. Nic więcej.

Szkolne wycieczki, których trasy, w porozumieniu z dyrektorem nazywanym Ptysiem, starannie planowała nasza wychowawczyni nazywana Symbiozą, omijały Wybrzeże, choć podczas apeli, nie wiedzieć dlaczego, śpiewaliśmy fałszywymi głosami: „Morze, nasze morze, wiernie ciebie będziem strzec. Mamy rozkaz cię utrzymać, albo na dnie twoim lec…” Naturalnie, nie mieliśmy pojęcia, że to przedwojenny hymn Marynarki Wojennej i że w pierwotnej wersji zamiast „nie odbierze Gdańska nam” było „nie odbierze Gdyni nam”. Gdyni. Przedmiotu moich dziecięcych marzeń, celu imaginacyjnych wypraw, najpiękniejszego miasta pod słońcem, wyidealizowanego do granic ideału, poza czasem i poza przestrzenią.

Na początku lat osiemdziesiątych, gdy byłem na drugim czy trzecim roku studiów, los sprawił, że zostałem wychowawcą kolonijnym. Dla pieniędzy i dla jakiegoś papierka, który musiałem przedstawić w dziekanacie. Kolonie organizowała Kopalnia Węgla Brunatnego w Koninie, mieściły się one w budynku I Liceum przy Łagiewnikach, tuż przy bramie głównej Stoczni Gdańskiej i Pomniku Poległych Stoczniowców. Dostałem najstarszą grupę chłopców. Nazwy grup musiały być związanemorzem, więc moi podopieczni wymyślili sobie nazwę „Łyse koczkodany”. Kierownictwo nie dało się nabrać na moje tłumaczenie, że to dawno wymarły gatunek małp morskich, ale wobec groźby buntu ustąpiło. Któregoś dnia z „Łysymi koczkodanami”, będąc już uhonorowany tytułem „Naczelnego łysego koczkodana”, pojechałem pociągiem na Hel. Stamtąd statkiem spacerowym mieliśmy dopłynąć do Gdyni, by z Gdyni wrócić do Gdańska kolejką. Gdy nieduży biały stateczek dobił do nabrzeża przy Skwerze Kościuszki dwudziestoletniemu młodzieńcowi ziściło się to, o czym marzył kilkuletni chłopiec. Ale ziściło się innej osobie. Niewłaściwej. I za późno. Serce biło miarowo, wyobraźnia nie podsuwała żadnych obrazów ani skojarzeń, jeśli był niepokój to tylko o to, aby któryś rozbrykany „koczkodan” nie wpadł do wody. Zamiast „Burzy” przy nabrzeżu kołysała się lekko „Błyskawica”, „Dar Pomorza” był w ostatnim rejsie, „Dar Młodzieży”, choć ukończony, tkwił jeszcze w doku. Świętojańską ruszyliśmy wolno w stronę dworca, ale nie Dworca Morskiego. Ten był gdzieś daleko. Tak daleko, że nie potrafiłem już sobie tego wyobrazić. Pewnie w latach trzydziestych, w świecie dzieciństwa moich rodziców. Po drodze kupiłem widokówkę, bo co dzień, by unieważnić rozłąkę i okiełznać tęsknotę, jedną widokówkę wysyłałem do Małgorzaty, pięknej studentki geografii, w której byłem do szaleństwa zakochany. Nie pamiętam co ta jedyna gdyńska widokówka przedstawiała. Może kino „Goplana”? A może małego chłopca, blondynka o dużych, piwnych oczach i długich, dziewczęcych rzęsach wpatrzonego w coś, co widzi tylko on, co istnieje tylko w nim? Nigdy później nie byłem w Gdyni. Zresztą nikogo tam nie znam.

Ciocia Jadzia umarła w 1991 roku, kuzyn Staś trzynaście lat później. Oboje leżą w jednym grobie na łostowickim cmentarzu. Nigdy ich nie zapytałem, dlaczego wtedy nie zabrali mnie do Gdyni. A nawet gdybym zapytał, to co mogliby odpowiedzieć? Pewnie sami nie wiedzieli. Tak się po prostu złożyło i może ten zbieg okoliczności był elementem jakiegoś wyższego porządku zapisanego u góry w wielkiej księdze wieczności? Jak mogłoby się potoczyć moje życie, gdyby wtedy ciotka lub Staś powiedzieli: - Dobrze, jutro jedziemy? Jestem pewien, że wtedy coś tam na mnie czekało. Tylko nie wiem co.

Latem 2005 roku przy jednej z głównych arterii Pesztu, idąc wolno w niemiłosiernym upale w stronę mostu Franciszka Józefa, zatrzymałem się naraz przed olbrzymią witryną, na której stały różnej wielkości globusy, od maleńkich do ogromnych. Żar lał się z nieba, a ja jak urzeczony patrzyłem na globusy. Zważywszy na wcale zasobną kieszeń stypendysty rządu węgierskiego na każdy z nich mogłem sobie pozwolić. Pomyślałem wtedy: globus – Gdynia. I nie kupiłem globusa.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Krzysztof Ćwikliński, Niewidzialne miasto, Nowy Napis, 2019

Przypisy