24.07.2019

Opowieść o miłości

W 1955 roku, w prowadzonym od wielu lat dzienniku, zaraz po wzmiance o śmierci Tomasza Manna i śmierci świata, z którego Mann pochodził, Sandor Marai zapisał: “Mała miejscowość przy końcu długiej wyspy. Morze jest grzywiaste, niecierpliwe, twarde. Przy brzegu las, gęsty, pełen krzewów, ze specyficznymi woniami, gorzkawo-zielnym zapachem szyszek i nadmorskiej roślinności, z jeziorkiem porośniętym lotosami. Ostre, surowe powietrze. Korytarz powietrzny świata – powietrze ogromne i obojętne. Popołudnie na brzegu, gdzie nie widziałem niczego innego poza wąskim, brązowym pasmem – to była ziemia, ciemnoszarym pasmem – to był ocean, i ciemnoniebieskim szklanym kloszem, który nakrywał świat – to było niebo. Ziemia, Woda i Powietrze jeszcze nigdy nie zwróciły się do mnie w tak bezpośredniej wizji; nie zmącił jej ani jeden statek, drzewo, ptak. To był nagiŚwiat.

Stara latarnia morska na cyplu wyspy została zbudowana w roku rewolucji francuskiej. Kiedy budowano te latarnię, Ameryka właśnie się rodziła – tymczasem w  Europie coś się właśnie skończyło. Z wybrzeża widać tylko ciemny ocean, nicinnego”.

Ta mała miejscowość i cypel to oddalone o sto dziesięć mil od centrum Nowego Jorku Montauk, długa wyspa to Long Island. Dwadzieścia lat później przyjechał tam w towarzystwie młodej Amerykanki Max Frisch. Lynn miała wtedy trzydzieści jeden lat, tyle, ile jego starsza córka; on sześćdziesiąt trzy. Pokochali się wiedząc, że ona zostanie tutaj, on wróci do Europy. Ona pokochała go miłością nie pierwszą i nie ostatnią, być może jedną z wielu, on pokochał ją ostatnią miłością swojego życia, miłością głęboką, łagodną, spokojną, pozbawioną uniesień i złudzeń, bo pewną klęski i pogodzoną z klęską, miłością nie wymagającą niczego i nie proszącą o nic. Scenariusz klęski był prosty, ułożyli go oboje. Postanowili, że rozstaną się jak gdyby nigdy nic, po prostu pożegnają się na skrzyżowaniu ulic i pójdą w różne strony. Obiecali sobie też, że żadne z nich się nie odwróci, nie spojrzy za siebie; nie żeby mieli skamienieć na widok tego, co jeszcze żywe, ale opuszczone i już bliskie śmierci, nie żeby oszczędzić sobie bólu czy uniknąć sentymentalnego gestu, lecz aby unieważnić, przekreślić rozstanie nie nazywając niczego z imienia, nie szukając słów, które i tak nie mogłyby udźwignąć tego ciężaru, i na samym końcu odebrać satysfakcję zawistnemu, nieprzychylnemu losowi, który wszak lubi żywić się naszymi łzami, naszym żalem i naszą bezsilnością w obliczu nieuchronnej straty. Zatem rozstają się zwyczajnie. Max ma zarezerwowany lot do Zurichu, Lynn musi wrócić do pracy, aby zakończyć parę spraw przed wyjazdem doGrecji.

„Lynn spojrzała na zegarek; mieliśmy jeszcze trochę czasu, ale nie wiadomo było, co począć z tym czasem. Usiedliśmy na kamiennym podeście, gdzie siedziały już inne pary; nad nami błyszczący metal tysięcy okiennych ram. Gdzie spojrzeć – to światło, lśnienia i błyski. Nie żałowaliśmy, że muszę dzisiaj odlecieć. Patrzyliśmy tylko: mewy, czarne łódki w pianie, którą przed sobą wzniecały. Lynn ponownie spojrzała na zegarek, cofnąłem rękę z jej ramienia. Wstaliśmy, żeby się pocałować. Lżej niż teraz, gdy szliśmy po jaskrawo oświetlonych schodkach, iść już nie można. Teraz musieliśmy jeszcze tylko znaleźć miejsce, w którym się rozstaniemy, i uważać na jezdni; przed przejściem na drugą stronę alei wzięliśmy się za rękę i przebiegliśmy. To był wyraźnie ten punkt. Powiedzieliśmy sobie bye, nie całując się, potem drugi raz z podniesioną dłonią: hi. Po paru krokach zatrzymałem się i wróciłem na róg. Patrzyłem, widziałem ją. Jej postać w ruchu. Nie odwróciła się, stanęła, i trwało dobrą chwilę, zanim mogła przejść na drugą stronęulicy”.

Ja nie obiecałem, że się nie odwrócę. Zresztą oboje niczego nie obiecywaliśmy, bo nie wiedzieliśmy, a może tylko ja nie wiedziałem, że to rozstanie. Ta świadomość przyszła później, cierpienie zostało nam oszczędzone. Po prostu wstaliśmy od kawiarnianego stolika i z mrocznego chłodu piwnicznego wnętrza wyszliśmy w rozsłoneczniony, upalny dzień. Pożegnaliśmy się tak, jakbyśmy mieli spotkać się ponownie jutro, pojutrze, za tydzień czy miesiąc. Potem stałem i patrzyłem jak odchodzi w szczelnym cieniu renesansowych kamienic w stronę katedry. Niczego nie pragnąłem bardziej nad to, aby się odwróciła. Nie odwróciła się. Szła patrząc przed siebie. Zniknęła za rogiem, pochłonął ją tłum, zabrało ją miasto. Nie zobaczyłem jej więcej, choć stale widzę ją odchodzącą, rozkołysaną w powietrzu. Pamiętam jej zapach i czuję jejsmak.

Lynn – jeśli nie była tworem wyobraźni i żyje jeszcze – ma prawie tyle lat, ile Max miał wtedy w Nowym Jorku i na cyplu Montauk, sześćdziesiąt jeden; Max zmarł w 1991 roku. Nie żyje też Sandor Marai. Był o rok młodszy ode mnie, gdy swoją “Księgę ziół” dedykował “dwóm, trzem kobietom”. Ja, składając taką dedykację, nie miałbym żadnych wątpliwości, ale moja dedykacja nigdy niepowstanie.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Krzysztof Ćwikliński, Opowieść o miłości, Czytelnia, NowyNapis.eu, 2019

Przypisy