24.07.2019

Ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej

20 stycznia 1942 roku, punktualnie w południe, w należącej do Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, otoczonej angielskim parkiem obszernej willi przy Großer Wannsee 56 w Berlinie, zebrali się wysocy przedstawiciele najważniejszych w państwie ministerstw i urzędów, aby omówić to, co eufemistycznie określono mianem „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”. Podjęcie decyzji nie było celem narady, ta już zapadła. Ludobójstwo na niewyobrażalną dotąd skalę zostało postanowione wcześniej. Chodziło o koordynację działań możliwie szybkich i efektywnych, w wyniku których spodziewano się unicestwić jedenaście milionów ludzi. Chodziło też o uniknięcie konfliktów pomiędzy poszczególnymi resortami, szczególnie zaś obawiano się jakichś przykrych niespodzianek ze strony Ministra Rzeszy do spraw Okupowanych Terytoriów Wschodnich, Alfreda Rosenberga oraz Generalnego Gubernatora, dr. Hansa Franka. Narada miała odbyć się wcześniej, 9 grudnia, ale wybuch wojny amerykańsko – japońskiej nieco ją opóźnił. Przewodniczył wyposażony w szczególne pełnomocnictwa Himmlera Reinhard Heydrich, protokołował Adolf Eichmann. Generalnego Gubernatora reprezentował jego zastępca i zarazem szef rządu GG dr Josef Bühler, który zabrawszy głos jako pierwszy, ku zaskoczeniu zebranych i zdumieniu samego Heydricha, kategorycznie domagał się rozpoczęcia eksterminacji właśnie od Generalnego Gubernatorstwa. Jego mowa wywarła na wszystkich wielkie wrażenie. Pomimo to pewne drobne zastrzeżenia, nie dotyczące zresztą meritum sprawy, a raczej jej ekonomicznych konsekwencji, wyrazili sekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, dr Wilhelm Stuckart, i przedstawiciel Pełnomocnika do spraw Planu Czteroletniego, Erich Neumann. Ich wątpliwości nie miały zresztą żadnego znaczenia. Rzecz była postanowiona. Wobec licznych obowiązków zebranych nie było powodu przedłużać posiedzenia. Doktor Josef Bühler osiągnął to, co zamierzał. Zadowolony z sukcesu wracał do Krakowa. To tu, pod jego i Franka rządami, rozpocząć się miała Zagłada. Rozpocząć natychmiast, a raczej nabrać tempa, gdyż w różnych formach trwała od połowy poprzedniego roku. Właśnie o formę chodziło Bühlerowi. Był zadowolony z formy. I z metody. I z systemu. Ten wówczas niespełna czterdziestoletni mężczyzna, może trochę nazbyt otyły jak na swój wiek, był prawnikiem, wcześniej uchodził za dobrego adwokata, miał więc naturalną skłonność do porządku, a rzeczy wykonywane nieporządnie, niekonsekwentnie, niesystematycznie, nie mogąprzynieść niczego dobrego. Był tego pewien. Wracał do Krakowa zadowolony. Bardzo zadowolony. Może nawet szczęśliwy.

Jesień następnego roku była pogodna i ciepła. Pewnego wrześniowego przedpołudnia, około godziny dziesiątej, na Hauptbahnhof Krakau, młoda, wyglądająca na nie więcej niż dwadzieścia lat, piękna dziewczyna, wrzuciwszy na stopnie wagonu sporych rozmiarów walizkę, wsiadła do pociągu odjeżdżającego do Kielc. Kto przyjrzałby się jej uważnie, dostrzegłby, że jest zdenerwowana. Kto przyjrzałby się jej jeszcze uważniej, ten by stwierdził, że ma po temu powody. Do Kielc jechało się wtedy około trzech godzin. Pociąg często się zatrzymywał, a w dodatku zdarzały się rewizje i wtedy wszyscy musieli wysiadać. Ale tym razem tak nie było. Pociąg zatrzymywał się na pośrednich stacjach planowo i planowo dojechał do Kielc. Tam wysiadła. Miała ponad dwie godziny do odjazdu warszawskiego pociągu. Musiała przeczekać. Najlepiej tam, gdzie będzie dużo ludzi. Gdy w tłumie podróżnych, dźwigając ciężką walizkę, w której zawierał się cały jej dobytek, szła w stronę budynku dworca starając się nie rozglądać, ale i nie kryć wzroku, poczuła nagłe szarpnięcie. Było na tyle silne, że upadła. Spojrzała w górę. Nad nią w obleśnym i władczym rozkroku stał żandarm. Byli sami, bo tłum podróżnych nagle gdzieś zniknął. Zresztą może i ktoś był, ale ona, ogromnymi z przerażenia oczami, widziała tylko jego, jak gdyby byli sami na świecie: ona i on. I wtedy z jego ust, jak z paszczy Lewiatana, dobył się nieludzki ryk:

-Wstawaj, przeklęta Żydówko! Już, już… Szybko wstawaj, żydowskie ścierwo! Dokumenty! Szybko!

Wstała. Odruchowo otrzepała sukienkę. Letni płaszczyk, torebka i walizka leżały obok. Z torebki wyjęła fałszywy ausweis i kenkartę.

-Bierz to, suko! – ryknął ponownie. – Idziemy!

Poszli. Szła spokojnie, wyprostowana, patrząc przed siebie z godnością człowieka, który właśnie przekroczył granicę, za którą może być już tylko jedno, to, czego tak strasznie się bała i czego teraz, nagle, z niewiadomych powodów, przestała się bać. Walizka nie była tak ciężka jak wcześniej, choć nic z niej nie wypadło. Uśmiechnęła się nawet. Chyba do siebie. Żandarm szedł z tyłu i od czasu do czasu, jak woźnica nieświadomego drogi konia, popychał ją lufą karabinu. Zdawało jej się, że to musi być lufa karabinu, bo cóż to mogło być innego? I tak doszli do jakichś drzwi, które on, nie spuszczając jej z oka, otworzył jednym z kluczy, które wcześniej zauważyła na metalowym kółku przy jego pasie. Wepchnął ją do środka. Ponownie upadła. Kopnął ją, gdy próbowaławstać.

-Tu zostaniesz, żydowska kurwo! Gestapo się tobązajmie.

Zaczął się śmiać i ten jego gardłowy śmiech, jaki – tak jej się zdawało – wydają przy piwie rozbawieni głośnym pierdnięciem bauerzy, słyszała jeszcze dłuższą chwilę, choć drzwi były już zamknięte. W pomieszczeniu, które jak się domyśliła było aresztem, panował półmrok. Okno przy drzwiach było zakryte okiennicą, a może roletą. Tego nie widziała dokładnie. Przez okratowane okienko tuż pod sufitem wpadało niewiele światła. Znalazła ławę pod ścianą i usiadła. Zasnęła, a może tylko wpadła w otępienie. Nie bała się już nikogo i niczego. Wtedy klucz znów zgrzytnął w zamku i w progu, w wielkim snopie jaskrawego słońca, stanął wysoki, szczupły mężczyzna w płaszczu narzuconym na ramiona. Zdziwiło ją to, bo przecież było ciepło. Zamknął drzwi i zapalił światło. Wtedy zerwała się z miejsca i zobaczyła gdzie jest. Obskurne ściany, jakaś szafa, stół, dwa krzesła, metalowa lampka na stole, popielniczka. I on. Młody, wysoki, przystojny, elegancki, o powierzchowności, którą w innych okolicznościach nazwałaby miłą. Ciemnozielony mundur jak spod igły, czarny pas, kabura i ten wąski pasek przez pierś pod naramiennikiem. Jakże on się nazywa? – pomyślała. Nasi oficerowie nosili takie przed wojną. Ach, tak… koalicyjka. Zdjął czapkę i rzucił ją na stół. Szatyn, krótkie włosy, dobrze ostrzyżony. Powoli zdejmował czarne skórkowe rękawiczki, które po chwili niedbale wrzucił do czapki. Miał piękne dłonie. Palce pianisty – pomyślała. Na jednym z nich błysnął niewielkisygnet.

Proszę, pani zechce usiąść – powiedziałgrzecznie.

Baryton – pomyślała. Pewnie śpiewa barytonem. I gra na fortepianie. Schumanna.

Usiadła. On chwilę po niej. Z bocznej kieszeni świetnie skrojonej – znów zwróciła uwagę na doskonałą robotę krawca – ciemnozielonej kurtki mundurowej wyjął srebrną papierośnicę. Szczęknęła w jego dłoni delikatnie.

Czy pani pali? –zapytał.

Nie, dziękuję – odpowiedziała tak spokojnie, jak gdyby właśnie siedzieli razem w jakiejś przytulnej kawiarni i wpatrzeni w siebie czekali na kelnera, aby przyjął zamówienie. Dwie kawy, dwie tortoletki. On dodatkowo zamówi koniak. Ona przecież nie pije. To znaczy pije, wino, ale niewiele i rzadko.

Patrzyła jak zapala papierosa. To dziwne, ale podobał się jej jako mężczyzna. W innych warunkach, w innym świecie… Ale nie było innego świata. Był tylko ten i właśnie się kończył. Przyjrzała się patkom na jego kołnierzu. Trzy skośne, srebrne rozetki. Pod nimi cztery srebrne paski. Policzyła. Gdyby znała się na tym, wiedziałaby, co oznaczają. Ale nie wiedziała. Obok papierośnicy, gdy ją odłożył, zauważyła dokumenty, które wcześniej odebrał jej żandarm. Wtedy postanowiła nie czekać aż on zacznie.

 

Tak, ten pan, który mnie zatrzymał, nie pomylił się. – powiedziała. – Jestem Żydówką. Ukrywałam się w Krakowie. Zresztą stamtąd pochodzę. Tam rok przed wojną zaczęłam studia medyczne. Ojciec był… to znaczy jest… lekarzem. Nie wiem, czy jest, to znaczy… czy żyje, czy mama też żyje, bo rodziców zamknięto w getcie, potem chyba gdzieś wywieziono. Innych zresztą też. Ja uciekłam. Ukrywałam się po aryjskiej stronie. Miałam sprzed wojny wielu przyjaciół, Polaków. Niektórzy mi pomagali, inni udawali, że mnie nie znają. Strach. To ludzkie. Ja to rozumiem. Ci, co pomagali, nie chcieli nic ode mnie. Przynajmniej niektórzy. Zdarzali się tacy, co chcieli złota. Co to za Żydówka, która nie ma złota? A ja nie miałam. Rodzice chyba też nie. W domu nigdy nie widziałam złota. Złoto widywałam na wystawach u jubilerów…

Nagle przestraszyła się. Pomyślała, że ten młody oficer gestapo zdenerwuje się na nią, nawet nie zdenerwuje, nie, więcej, znacznie więcej, dostanie ataku szału, zacznie krzyczeć, potem bić. Słyszała jak oni potrafią bić. Tak jak wielcy artyści potrafią grać, malować, pisać... Ale on siedział spokojnie i patrzył na nią. Zgasił papierosa i zapalił następnego. Dużo pali – pomyślała.

Ukrywałam się. To tu, to tam. Tygodniami, miesiącami. Nigdzie nie wychodziłam, nie zbliżałam się do okna, chodziłam na palcach dokoła stołu, bo już nie mogłam ani leżeć, ani siedzieć. Ukrywałam się w mieszkaniach, na strychach, w komórkach… Jadłam co się zdarzyło. Raz jadłam dobrze, to znów głodowałam. Zmieniałam kryjówki, zmieniałam papiery, już nie mogłam zapamiętać jak się nazywam, ani kiedy się urodziłam. Proszę nie pytać skąd miałam te papiery. Nie powiem. Ja wiem, że zginę. Nie boję się. Bałam się, gdy uciekałam. Nie wiem, jak się czuje zaszczute zwierzę, ale chyba właśnie tak. Pewnie też miałam jakiegoś pecha. Nigdzie nie byłam długo. Gdzie się schowałam, tam zaraz ktoś mnie wywęszył, tam zaraz było jakieś niebezpieczeństwo. Znów musiałam uciekać. Niedawno dostałam nowe papiery. Leżą przed panem. Załatwił mi je przyjaciel. Dał mi je i powiedział: Jedź do Warszawy. Warszawa to wielkie miasto. Tam łatwo się ukryć. Resztę pan zna. Jestem tutaj.

Gdy mówiła patrzył na nią uważnie, a i ona spoglądała na niego czasem, i w tych sekundach, kiedy widziała jego ładną, gładko wygoloną twarz, uświadamiała sobie, że nie potrafi powiedzieć, co on może myśleć, ani co czuć. Zamilkła. On też nic nie mówił. Zresztą po co miałby cokolwiek mówić? Przecież nie było żadnych wątpliwości. Stać się mogło tylko jedno. I wtedy znów usłyszała jego głos. Mówił spokojnie, jakby miękko i ciepło.

Paniprzyjacielmiałrację.Warszawatowielkiemiasto.Tamrzeczywiściełatwosię ukryć.

Wstał. Narzucił płaszcz, wziął ze stołu czapkę i rękawiczki. Potem wziął ausweis, kenkartę i podał je jej. Schowała je do torebki, choć zdały się jej tak ciężkie, jak dwie płyty z ołowiu. Wtedy odwrócił się i powoli podszedł do drzwi. Gdy je otworzył, w drzwiach natychmiast pojawił się wyprostowany na baczność żandarm, ten sam, który przewrócił ją na peronie. Oficer spojrzał najpierw na nią, potem na niego i powiedział:

Weźmiesz walizkę i odprowadzisz panią do warszawskiego pociągu. Znajdziesz miejsce siedzące, przy oknie. Jeszcze jedna taka pomyłka i frontwschodni.

Tak jest, panie hauptsturmführer!!! – ryknął żandarm trzaskając obcasami, ale nie był to już ten ryk, który słyszała wcześniej. To był ryk przerażenia. I bezwzględnego posłuszeństwa.

Dojechała do Warszawy. Ukryła się. Przeżyła. Zaraz po wojnie, gdy jeszcze żadnych granic nie było, a tłumy tych, którzy ocaleli, przemierzały we wszystkich kierunkach spustoszony kontynent, przedostała się do Francji. Pod koniec lat pięćdziesiątych wyjechała do Izraela i zamieszkała w Tel-Awiwie. Tam, wiosną 2004 roku, opowiedziała tę historię mojemu przyjacielowi. On powtórzył ją mnie.

Reinharda Heydricha cztery miesiące po konferencji w Wannsee zabili w Pradze czescy komandosi. Dr Josef Bühler zawisł na szubienicy w więzieniu Montelupich w Krakowie 22 sierpnia 1948 roku. Adolf Eichmann, porwany z Argentyny przez izraelski wywiad, stanął przed sądem w Jerozolimie i został stracony w więzieniu Ramla koło Hajfy w nocy z 31 maja na 1 czerwca 1962 roku. Jego zwłoki spalono. O tym, co się działo 20 stycznia 1942 roku w willi przy Großer Wannsee 56, wiemy z jego protokołów. Był znakomitym protokolantem, perfekcjonistą. Nie uronił ani słowa. Notował tak, jak gdyby słyszał to, co pewnego dnia admirał Canaris powiedział do swoichwspółpracowników:

Notujcie to wszystko, panowie, notujcie. Kiedyś będziecie musieli się z tego tłumaczyć.

Ale przecież nie słyszał.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Krzysztof Ćwikliński, Ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej, Czytelnia, NowyNapis.eu, 2019

Przypisy