31.07.2019

Portret cesarza

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że życie składa się ze straconych okazji; po latach lepiej się je pamięta niż te wykorzystane. Spośród mnóstwa niewykorzystanych najlepiej pamiętam tę na pozór drobną i pozbawioną większego znaczenia. Wszystkie kobiety – i te, które mnie chciały, a ja ich nie chciałem, i te, których ja pragnąłem, a one mną wzgardziły – straciły blask, pokryły się patyną może i szlachetną, ale utrudniającą rozpoznanie czasu, miejsca, niekiedy osoby, rysów twarzy, koloru oczu, włosów, kształtu dłoni, sposobu zachowania, stały się podobne do siebie, mało wyraziste... A tamta historia i tamta okazja, licząca sobie już prawie dwadzieścia lat, była jakby wczoraj. Wydarzyła się późną jesienią, zdaje się w listopadzie, w pewnym niewielkim antykwariacie przy Alserstraße w Wiedniu. To był prawdziwy, porządny antykwariat, nie jakaś marna, wypełniona tandetą albo falsyfikatami imitacja; pachniało w nim przeszłością i drobinki kurzu unosiły się w powietrzu jak kosmiczny pył. Przechodziłem tamtędy nieczęsto, ale i nierzadko. Parę razy zajrzałem do środka, wymieniłem parę zdawkowych uprzejmości i uwag z  właścicielem, przemiłym staruszkiem mówiącym w wienerisch z  wyszukaną elegancją. Nic poza panującą tam atmosferą umarłego świata nie przykuło mojego wzroku na dłużej, zresztą nigdy nie byłem i nadal nie jestem kolekcjonerem, więc bez trudu obywam się bez staroci, osobliwości i reliktów Atlantydy. Ale pewnego dnia to się zmieniło, zapragnąłem coś mieć, coś bardzo konkretnego i wcale niemałych rozmiarów, czego wcześniej tam nie widziałem, a co naraz pojawiło się w wystawowym oknie. Był to olejny portret cesarza KarolaI.

Mam wiele sentymentu dla nieboszczki monarchii i jej ostatniego, nieszczęśliwego władcy, który miał wiele dobrej woli i niewiele możliwości, aby odmienić czy choć odwlec to, co nieuniknione. Austro - Węgry konały, jak konał ich młody, ostatni cesarz, dotknięty gruźlicą, na którą nie było wówczas ratunku, ale miał, biedak, dokonać życia nie w Hofburgu, ale na wygnaniu, na Maderze, i tam spocząć, a nie – jak przystało Habsburgowi - pośród bliskich w Krypcie Kapucynów. Byłby może szczęśliwy, gdyby nie został cesarzem, a przecież świetnie wiedział, że nim zostanie. Po Franciszku Ferdynandzie mógł nim być tylko on. Zresztą stryjeczny dziadek lubił go, lubił jego piękną żonę i miłe dzieci, zwłaszcza najstarszego Ottona, dziedzica tronu; bał się też, że spotka go los stryja, więc trzymał go z  daleka od polityki małej i dużej, i cieszył się, że nie ma upodobań innego ze swych stryjów, Ludwika Wiktora, i nie trzeba go trzymać w areszcie domowym, że jest obowiązkowym i poważnym,miłymposłusznymchłopcem,żeojca,arcyksięciaOttona,wdałsiętylko urodą, nie skłonnością do ekstrawagancji i wszelkiego nadużywania. Może też miał nadzieję, że jakimś cudem zmurszałe gmaszysko wielonarodowej monarchii jednak nie runie i nie przywali swoimi gruzami tego dobrego i szlachetnego człowieka, szczęśliwego męża i ojca. Zawsze żal mi było ostatniego cesarza Austrii i króla Węgier. Brak mi było jego trumny obok skromnej i prostej trumny jego pięknej i dzielnej żony, cesarzowej Zyty, której za wstawiennictwem kardynała Königa prezydent Waldheim pozwolił wrócić do Austrii. Habsburgowie, zwłaszcza umarli, nie mają powodu zagrażać republice.

Portret cesarza nie był arcydziełem, ale jego autor z  pewnością wiedział jak się trzyma pędzel i do czego służy paleta. To była porządna robota z  lat dwudziestych, z  pewnością wykonana z  jakiegoś zdjęcia, może nawet pod wpływem wiadomości o przedwczesnej śmierci wygnanego monarchy. Cesarz stał z  odkrytą głową, w rozpiętym płaszczu narzuconym na mundur, z czapką i rękawiczkami w dłoni; stał i patrzył melancholijnie z  tamtego świata na ten świat. Ja zaś z  tego świata przyglądałem mu się zza szyby. Był nie tylko w zasięgu mojej ręki, ale także kieszeni. Przychodziłem, patrzyłem, odchodziłem. Tydzień, dwa, może trzy. Wahałem się i z  do dziś niezrozumiałych dla mnie przyczyn nie umiałem podjąć decyzji. Mówiłem, że jutro, ale nazajutrz nie szedłem do antykwariatu. Szedłem po kilku dniach. Stał w oknie i czekał. Wreszcie postanowiłem. Z duszą lekką, prawie radosny biegłem na Alserstraße, biegłem i radość zmieniała się w przerażenie, że go już nie ma. I nie było. Nie musiałem nic mówić. Stary antykwariusz ze smutkiem rozłożył ręce. Widać i jemu było przykro. Nawet nie próbował proponować czegoś innego. Też był z  tamtego świata i doskonale wiedział jak zachować się w sytuacji niemal żałobnej. Byłem do głębi nieszczęśliwy jak gdyby skrzywdzono mnie bez żadnej przyczyny, boleśnie dotknięto nie tylko w egoistycznej chęci posiadania, ale i w jakimś dziwnym uczuciu związku, który mógłby zaistnieć, gdybym się był wcześniejzdecydował.

Portretów cesarza, mimo że ich nie szukam, mogłem mieć przez te lata kilkanaście: lepszych i gorszych, większych i mniejszych, w ramach i bez ramy. Solo, z  żoną i z  dziećmi,  z  carem Bułgarii Ferdynandem, z  admirałem Njegovanem. W Austrii, na Węgrzech, w Szwajcarii. Stojącego, siedzącego, idącego... Ale żadnego z  nich nie chciałemmieć.

Pozostaje nadzieja, że ktoś ponownie przyniesie go do antykwariatu przy Alserstraße. Nie wiem, czy jeszcze istnieje. Nie byłem tam od dawna.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Krzysztof Ćwikliński, Portret cesarza, Czytelnia, NowyNapis.eu, 2019

Przypisy