13.06.2019

Nowy Napis Co Tydzień #001 / Zabieganie o uwagę

Obejrzyj całe wystąpienie Edwarda Pasewicza

Knajpa, późny wieczór. Zabieganie o uwagę nie ma już sensu. Kanaliki chlorkowe u większości osób już nie pracują prawidłowo. Informacje zamazują się, gdzieś z okolic hipokampu, a może nawet pnia mózgu wyłaniają się zwierzęce cienie. A może nie cienie? Być może w tych niepoliczalnych strukturach neuronowych powoli wykluwa się wiersz? Jest wszak niczym innym niż jakąś egzotyczną melodią, która w początkowym momencie zaskakuje, a kiedy pojawia się jej kontynuacja, przynosi czasami radość, choć częściej zdumienie. Oczywiście, żeby pojawił się wers, musi być poeta, żeby zaś tenże się pojawił na świecie, musi nastąpić cały szereg zdarzeń. Czy to mogłyby być hormony opływające mózg płodu, rzeźbiące go jak morze klify? To jest ten moment, kiedy zapadam się w sobie. Dwa piwa stabilizują organizm i jeszcze nie zakłócają działania tworu siatkowatego, tej nieomal pończochy, która odpowiedzialna jest za świadomość. To dość groteskowy obraz i można się spokojnie uśmiechnąć, podsłuchując rozmowę przy sąsiednim stoliku, podczas której ona przekonuje jego do kupna nowego mieszkania. Niezbyt to poetyckie, ale ciąg skojarzeń – pończocha, twór siatkowaty, ocean, klify – zaczyna brzmieć jakoś niepokojąco. Mieszkanie to muszla, twierdza nie do zdobycia, równie tajemnicza jak świadomość, która próbuje zbadać samą siebie. Przypomina to trochę wyciąganie się z bagna za włosy jedną ręką. On nie kupi jej tego mieszkania. Całą mową swego ciała na to wskazuje. Jej przymilanie się, dziecięcy ton głosu nic tu nie dadzą, bowiem widać, że już postanowił. Bramy się zamykają. Komu potrzebna jest w takim razie praca, którą wykonujesz? „Literat” brzmi doprawdy egzotycznie, a już „poeta” w szczególności. Kilka kropli niewłaściwych hormonów (albo właściwych) i rodzisz się ze skazą nadwrażliwca, który z największą rozkoszą zjadłby świat i po przetrawieniu zostawił literaturę. Sploty okoliczności. Okropny termin. Podchodzę do niego nieufnie, bo zakłada przypadek, a odkąd rozglądam się po świecie, jakoś przypadkowości nie widzę. Na pytanie, czym jest poezja, a zwłaszcza poezja dzisiaj, odpowiada każdy poeta samemu sobie. No skoro jest, skoro nie zakatrupiły jej okropności wojen XX wieku, to najwyraźniej jest jakaś konieczność jej istnienia. Słowo „konieczność” też mnie niepokoi. Jestem trochę jak królik w drodze nad ocean, którego co chwila paraliżują widoki. Ja to wiem, ale on tego jeszcze nie wie, że kiedy zawędruje nad ocean, jego paraliż i strach będą ostateczne. a jednak się tam wybiera.

Coraz więcej młodych, dobrze ubranych, pachnących ludzi. Coraz piękniej, ale mnie z mojego stolika w kącie sali jest coraz trudniej odczuwać ich piękność. Cień Rilkego stanął nade mną i złośliwie powtarza, że „piękno jest tylko przerażenia początkiem”. Więc po co piszesz wiersz, który w końcu wypełni każdą tkankę goryczą? Chciałoby się znać mechanizm. Wiedza o mechanizmie daje przynajmniej pozór, że skoro znamy mechanizm, to możemy panować nad jego działaniem.

Barman rozmawiający z klientką. Jego oczy rozszerzają się, głos obniża, leje piwo o wiele wolniej i jest bardzo skupiony na zagadywaniu jej. Miesiąc temu stracił dziewczynę, więc jego mózgowie wysyła sygnały do wszelkich narządów, żeby „ogary poszły w las”. Będzie polowanie. Ale skąd się wzięły słowa? Dlaczego mówi także ciałem? Dlaczego koduje proste informacje w gestach, jakby język mu nie wystarczył? Po co mu aluzja, żarcik, a nawet metafora? Cały ten ruch, ruch wszystkich jego języków, skierowany jest na uwagę. Ruch. Ważne słowo, choć paradoksalnie rozleniwia. Natychmiast wywołuje u mnie kabalistyczne skojarzenia: hebrajskie ruach, powiązane z duszą i tylko dźwiękowo nawiązujące do polskiego „ruch”. Ale jednak: pojawia się skojarzenie. 

Grzyby. Piję piwo i pojawiają się grzyby. To dlatego, że pomyślałem o metabolizmie. Nie muszą się ruszać. Stoją w miejscu i przez tysiące lub nawet setki tysięcy lat rozrastają się i rozrastają. Grzybnia przetworzy każdą substancję. Jesteśmy potomkami organizmów, które postawiły na cudzożywność. Grzyby też, ale one obrały wygodną strategię i nie muszą poruszać się w poszukiwaniu pokarmu.

To od razu przypomina mi o poezji. Jest ona w swej istocie jak najbardziej cudzożywna. Ileż zdań ukradłem, podsłuchując w setkach odwiedzanych knajp. Gdyby wiedzieli, gdyby tylko wiedzieli, już siedziałbym za kratkami z paragrafem o „własności intelektualnej” na karku. Ale nie wiedzą. Po co komu mózg? Po co system nerwowy, skoro można się bez niego obejść? Tylko że te organizmy, które w praoceanie poruszały się szybciej, zdobywały więcej pożywienia. Mózg jest dobry dla przetrwania. Początkowo prymitywne układy nerwowe rozrastały się, aż w końcu dotarliśmy do tego miejsca: siedzę nad piwem i rozmyślam nad neuronalnymi strukturami w moim mózgu.

Czy język także powstał z powodu ruchu? Poza tym – jaki język? Czy można nazwać zwierzęce odgłosy językiem? Pewnie tak. Podobno najbardziej skomplikowaną strukturę, jak mawiają naukowcy, ma język kaszalotów. Środowisko wodne i kształt ciała nie sprzyjają temu, żeby u kaszalotów wykształciła się proza i książki w naszym rozumieniu, ale poezja już tak. Poezja jest bardziej skompresowana. Poezję da się zapamiętać, bowiem jej podstawową funkcją w zamierzchłej przeszłości była funkcja mnemotechniczna. Języka kaszalotów raczej nigdy nie pojmiemy, jakkolwiek w jego przypadku mówi się nawet o dialektach poszczególnych populacji. Czy byłyby to języki obce? Istnienie poezji zębowców jest tylko gdybaniem. Tak samo jak gdybaniem jest to, czy altanniki, budujące swoje gniazda i ozdabiające je w przemyślny sposób, tworzą kulturę. Coś je do tego skłania. Jakiś mechanizm.

Muszę zamówić kolejne piwo. Słowo „mechanizm” jest tak ponure, że nie obędzie się bez procentów. Daniel nalewa mi piwo. Rozmawia normalnie, nie ma rozszerzonych źrenic, a nalanie piwa zajmuje mu kilka sekund. Nie jestem i nie będę obiektem polowania. Odkładam piwo, skręcam papierosa, ruchy palców sprawne, przećwiczone. Wychodzę przed knajpę. Ulica Estery jak zwykle zapełniona turystami.

Blondwłosi Szwedzi siedzą nieopodal i rozmawiają. Dobiegające od ich grupki dźwięki fascynują mnie. Podchodzę bliżej. Nie wiem, co znaczą, ale brzmią jak poezja. Nie rozumiem znaczenia, bo w tym przypadku słowa odkleiły się od niego. Jest to zabawne. Znaczenie słów znika tylko dla mnie, bo dla trzech blondynów są one ponaznaczane. Tylko ja w tej grupce odbieram ich rytmiczność i melodyczność, ale nie mam narzędzia, żeby je odczytać. „Odczytać”, następne słowo. Zaciągam się papierosem, gaszę go i wracam.

Ten śpiewny epizod sprzed chwili zaczął mnie niepokoić. Coś w tym jest. Coś tracę. Ale co tracę? Dostęp do języka szwedzkiego? Gdybym go znał, wiedziałbym, co mówią. Gdyby coś planowali, na przykład jakąś zbrodnię, miałbym czas na ucieczkę. Nie znając szwedzkiego, przegrałbym.

Informacja, pamięć, obraz, rytm, metryka. Same składowe wiersza. Wiersz jest w pewnym sensie upakowany. Poszczególnym słowom, rytmom nadano znaczenie daleko wykraczające poza ich pierwotne funkcje. w wierszu każde słowo, zwrot, metafora, zdanie czy zwrotka mają swoje coraz bardziej poszerzające się pola semantyczne. Wrażliwy czytelnik jest w stanie to wszystko ogarnąć i błąkać się po jednym wierszu całymi latami. Za tą sytuacją znowu, jak sadzę, czai się mechanizm. Ale jaki? Kulturowy? Biologiczny? Bezsilność w tym temacie jest obezwładniająca. Kolejny dowód dziwaczności sytuacji. Ciągle w procesie tworzenia. Jestem poetą, a więc mój mózg cały czas pracuje na najwyższych obrotach. Tak, jest coś zwierzęcego w tej sytuacji, ta pierwotna czujność, aby nie dać się zjeść i uciec przed niebezpieczeństwem, zdobyć pokarm wszelkimi sposobami. a potem powstaje „to coś” złożone z wersów, utrwalając w jednym błysku jakąś chwilę. Upakowany w kilka wersów wszechświat. Jak w wierszach Benna, Larkina, Rilkego, O’Hary i wielu innych.

Ale jak to się zaczęło? Skąd? a co, jeśli za taki stan rzeczy odpowiada biologia? Nośnikiem informacji są geny. To w nich upakowane jest DNA, złożone z aminokwasów. Mechanizm tutaj, mówię w uproszczeniu, opiera się na odczytaniu wcześniej zakodowanej informacji. Dzięki temu otrzymujemy instrukcję, jak zbudować dany organizm.

Czy wiersz jest kodem? Jak najbardziej. Ale, w takim układzie, co jest zakodowane w wierszu? Pamięć i czas. Niektóre wiersze sprzed tysięcy lat, odczytane dzisiaj, nieomal przenoszą nas do „tamtego” czasu. Trwaj chwilo, jesteś piękna. Larkin, jak dla mnie, wciąż trwa w blasku wysokich okien. Dlaczego poezji i literatury nic nie jest w stanie zniszczyć? w najbardziej nawet, jak mawiał Witkacy, zbydlęconych społeczeństwach i tak znajdzie się grupka wariatów, którzy będą kultywować pisanie wierszy. Może właśnie dlatego, że wiersz jest ukoronowaniem języka?

Wszystko, co znamy na tym świecie, jest w zasadzie zapisywaniem i odczytywaniem. Oczywiście nie mówię, że teza, iż literatura jest faktem biologicznym, da się naukowo udowodnić. Nie. Nie sadzę nawet, że postawiłem to zagadnienie poprawnie. Jestem poetą i zadaję pytania. Myślę tylko, że coś jest na rzeczy.

W naturze mamy do czynienia z dyktatem „przydatności”. Pojawiają się różne cechy, rzeczy i umiejętności, ale tylko te przydatne mają szansę na przetrwanie i rozwój. Nie wiemy, ile i jakie pojawiały się w toku ewolucji systemy komunikacji. Przetrwał język. w języku pojawiła się literatura, a w niej forma wiersza, i gdyby ta forma nie okazała się przydatna, chociażby ze względu na mnemotechnikę, nie przetrwałaby. Wiersz okazał się skutecznym „nosicielem pamięci i czasu”. Jest to nam, ludziom, do czegoś niezbędne. Wiemy to, ponieważ wiersz trwa i będzie trwać.

Rozmowa o poezji z Edwardem Pasewiczem:

 

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Edward Pasewicz, Zabieganie o uwagę, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 1

Przypisy