10.06.2021

Nowy Napis Co Tydzień #104 / Ostatnia polska powieść – Krzysztof Rudowski „Blue”

Mówi się, że powieść jest w odwrocie. Słyszy się głosy, że na gruncie literatury polskiej gatunek ten wręcz wymiera i że w zasadzie nie ma już dla niego ratunku. Wymienia się twórców, którzy jako jedni z ostatnich godni są chlubnego miana powieściopisarza. Z sentymentem wspomina się tych, którzy ciągle celebrują bądź celebrowali swoją twórczością ten jakże godny, piękny i pod każdym względem zacny gatunek. Niektórzy twierdzą, dość optymistycznie, że ostatnim tego typu literatem jest Wiesław Myśliwski, ale nie brak i głosów, które mówią o Zofii Nałkowskiej, Bolesławie Prusie, Henryku Sienkiewiczu… Tak, polska powieść zdecydowanie jest w odwrocie. Też to zauważam i też nad tym ubolewam. Moja radość jest więc tym większa w momencie, w którym pośród przesytu i przerostu form nastawionych na komercję, pośród nawału kiepskiej jakości książek pretendujących do miana literatury grozy (naprawdę nie wiem, z jakiego powodu, z której strony i na jakiej podstawie…), pośród wszechobecnej tendencji do spłaszczania, prasowania i wyrównywania przekazu, pośród wydumanych metafor i patetycznych symboli trafiam na utwór, który w całej swojej rozciągłości i w całym swoim bogactwie jest właśnie klasyczną w swojej prostocie oraz ocierającą się o staroświeckość powieścią. Na dodatek powieścią doskonałą, powieścią panoramiczną, paraboliczną, głęboką, trudną i spójną. Powieścią, której nie powstydziłby się Prus, a może nawet Proust… Przyznam więc od razu – Krzysztof Rudowski oczarował mnie swoją książką zatytułowaną Blue. Nie jest to tekst współczesny. Nie jest to tekst banalny. Nie jest to tekst wpisujący się w miłościwie nam obecnie panujące konwencje piśmiennicze. Jest to natomiast tekst utrzymany w językowej stylistyce retro, tekst ambitny i wymagający. Wielopłaszczyznowa powieść przeznaczona zarówno dla koneserów, jak i dla tych, którzy najzwyczajniej w świecie mają dość form współcześnie oklepanych. Powieść, którą można rozpatrywać w kategoriach kanonu lektur maturalnych i która, na co po cichu liczę, rzeczywiście będzie kiedyś, nie bez przyjemności, czytana przez maturzystów, uczniów i studentów.

Fani Paula Austera, którzy pamiętają jego czerwone kajeciki i są obeznani z akcją osnutą wokół tajemniczych postaci przemierzających zamglone uliczki miasta doświadczającego okrutnych zbrodniP. Auster, Trylogia nowojorska, Warszawa 1996.[1], zdecydowanie odnajdą się w prozie Rudowskiego. Moment, w którym bohater obserwuje swój własny pogrzeb wprawdzie tutaj się nie pojawia, ale mamy za to do czynienia z całą plejadą osób, które niepostrzeżenie wyrastają spod ziemi i które w bardzo znaczący sposób wpływają na przebieg akcji. Właściwie każdy z bohaterów ma tutaj swoje miejsce i jest ściśle powiązany z osią intrygi, którą autor buduje w sposób niezwykle sprawny. Dawny kolega ze szkolnej ławy, córka nauczycielki, przyjaciel ojca, wiekowy ksiądz, każdy pojedynczy człowiek przypadkowo napotkany na ulicy… Wszyscy oni mają znaczenie, wszyscy są ze sobą nawzajem powiązani jakąś tajemnicą, która zdaje się cały czas wpływać na losy głównego bohatera. Trzeba jednak zaznaczyć, iż ów główny bohater również jest postacią dość charakterystyczną. Postawiony w centrum wydarzeń, których nie rozumie, porusza się nieporadnie, niczym dziecko we mgle. Bywa, że dosłownie potyka się o nowe tropy i wskazówki. Bywa, że nie dostrzega spraw oczywistych. Błądzi więc i w ten świat złudzeń, niedomówień oraz mentalnej mgły zabiera ze sobą również czytelnika. W tle majaczą natomiast morderstwa, samobójstwa, trujące substancje używane do zagłady ludzkości podczas wojny, erotyczne fascynacje, rodzinne sekrety oraz historie szpiegowskie. W tej gmatwaninie wątków, tematów i tropów bardzo trudno odnaleźć właściwą drogę, zwłaszcza że kolejne nieoczekiwane wydarzenia i pozornie przypadkowe spotkania za każdym razem niweczą obraną wcześniej ścieżkę interpretacyjną. Klimatu a’la Auster dopełniają: schizofreniczna miejscami projekcja alter ego i mocno rozbudowany motyw sobowtóra, a także znikająca góra Ślęża. Nowy Jork Austera to nie jedyne miejsce, które przychodzi na myśl podczas lektury. Opowieść bardzo mocno przypomina również dziewiętnastowieczną Pragę, w której rozgrywa się akcja utworu Młyn domumii Petra StančikaP. Stančik, Młyn do mumii, Wołów 2016.[2].

Staje się wiec miasto, ze swoją historią i swoimi specyficznymi mieszkańcami, czymś w rodzaju bohatera zbiorowego. Miejsca są tutaj bowiem bardzo istotne. Miejsca mają swoją energię i swoją pamięć. Miejsca nigdy nie są przypadkowe. Pozornie przypadkowe może być natomiast zbliżenie fizyczne. I choć tego bezceremonialnego i odartego z symbolu oraz głębi seksu jest u Rudowskiego zdecydowanie mniej niż na przykład u wspomnianego już Stančika, to i tak konwencja zdaje się być utrzymana w tym samym tonie. Wizja nastawionego hedonistycznie ciała przebija się przez pokłady ponurego, dekadenckiego zniechęcenia. Seks jest aktem czysto fizycznym, nastawionym na rozkosz, na odcięcie się od wszechobecnego bólu istnienia, na ucieczkę od ponurej rzeczywistości wypełnionej tajemnicami z przeszłości. Aczkolwiek erotyka opisana zostaje w sposób dosłownie zachwycający. Tak już się o seksie nie pisze, tego typu stylistyka niestety odeszła do lamusa. Nad faktem tym oczywiście szczerze ubolewam, ponieważ zastosowana w utworze koncepcja retro zdaje się być czymś w rodzaju złotego środka podczas opisywania miłosnych uniesień. Seks przedstawiony dosłownie, ale bez jakże popularnych obecnie odniesień stricte genitalnych. Seks nastawiony na przyjemność, ale z uwzględnieniem metaforycznej projekcji hedonizmu. Innymi słowy – majstersztyk, który dobitnie podkreśla doskonały warsztat autora. 

Trzeba jednak bardzo wyraźnie zaznaczyć, iż obraz erotyki łączy się w utworze z czymś, co w samym założeniu erotyczne nie jest. Przez karty powieści przetacza się swoisty taniec miłości i śmierci. Taniec, który odbywa się w ścisłym zespoleniu partnerów. Ta rozszerzona koncepcja danse macabre robi oczywiście piorunujące wrażenie na odbiorcy. Miłość spleciona ze śmiercią wywołuje miejscami przerażenie, a porównanie rozkoszy cielesnej do stanu przypominającego przechodzenie na symboliczną drugą stronę wywołuje poczucie niepokoju. Śmierć sama w sobie jest natomiast analizowana w utworze niezwykle dokładnie. Pierwszoosobowy narrator nad wyraz chętnie nawiązuje do motywu egzekucji, dzieli się refleksjami na temat różnych rodzajów umierania i podejmuje próbę opisania ich w ujęciu uniwersalnym:

Z tego, co wiemy, misteria odbierania życia odbywają się z jakiegoś przerażającego względu o świcie, a więc w godzinie tej niepokojącej szarości, kiedy zmęczeni kochankowie układają się wreszcie do snu, a pracownicy nocnej zmiany w działającej całą dobę fabryce stoją na przystanku tramwajowym, marząc o ciepłym łóżku. O ciepłym łóżku marzy prawdopodobnie i skazaniec idący na śmierć, choć w tym wypadku takie marzenie jest śmieszne. 

Inną kwestią, aczkolwiek równie przejmującą, jest w oryginalny sposób zarysowany wątek sobowtóra. Nie chodzi w nim jedynie o przypadkowe podobieństwo fizyczne, które nauka tłumaczy przecież na wiele różnych sposobów. Autor przedstawia coś w rodzaju projekcji szeroko pojętej rzeczywistości alternatywnej. Różnorodne płaszczyzny egzystencji nakładają się na siebie w sposób niemalże naturalny, a czytelnik finalnie nie uzyskuje odpowiedzi na pytanie: które życie jest prawdziwe? Być może w swojej idei rozumienia tego wątku podążam w kierunku daleko idącej nadinterpretacji, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że autor proponuje mi w tym przypadku wizję odbiegającą od pewnych uznanych przez pokolenia naukowców norm tak zwanego zdrowia psychicznego. Kiedy czytam więc o księdzu, który spokojnie porusza się między dwoma światami należącymi do dwóch sobowtórów, przychodzi mi na myśl tylko jedno pojęcie – schizofrenia. Trop mój w pewnym sensie uzasadnia atmosfera panująca na kartach powieści oraz bohater, który zdaje się być więźniem tajemnic i niedomówień pochodzących nie tylko z przeszłości, ale i z jego własnej, miejscami mrocznej duszy. Zresztą, postać główna nie jest jedyną, która posiada sobowtóra. W utworze znajdziemy całą galerię sylwetek kobiecych, które swobodnie przechodzą z jednego pokolenia w kolejne i wyglądają przy tym dosłownie identycznie oraz zachowują się w bardzo zbliżony sposób. Nie jesteśmy więc do końca pewni, czy fascynacja kobiecością ukrytą w wielkim biuście dotyczy matki, córki, wnuczki czy też babki. A owa niepewność jest kluczem programu, jest wisienką na torcie, jest sednem opowieści i jej największą ozdobą. Nie od dziś wiadomo, że tak zwane literackie blind spots są właśnie tym, co od wieków pociąga czytelnika najmocniej. A jeśli dodamy do tego fakt, że autor popisując się (bardzo słusznie zresztą) swoim doskonałym warsztatem, bezczelnie wodzi odbiorcę za nos i niemalże śmieje mu się w twarz, otrzymamy przekaz tak dobry, że ocierający się niemalże o doskonałość.

Powieść jest gatunkiem szczególnie wymagającym. Zarówno z perspektywy autora, jak i odbiorcy. Kojarząca się z wielkimi rozmiarami oraz z nudą szkolnej ławy może wywoływać niekoniecznie przyjemne wspomnienia. Byłabym jednak wielce rozczarowana i przygnębiona, gdyby się okazało, że trwająca obecnie tendencja spadkowa przerodzi się trwały trend. Dlatego bardzo gorąco rekomenduję lekturę utworu Blue, czyli powieści spójnej i kompletnej, powieści łączącej w sobie różne koncepcje, powieści starej daty, którą czyta się dosłownie jednym tchem. Na dzisiaj jest to z całą pewnością jedna z ostatnich polskich powieści. Niech więc ta ponura sytuacja zostanie odwrócona. Niech Blue stanie się powieścią pierwszą. Niech otworzy drzwi nowym nurtom. Niech przywróci temu pięknemu gatunkowi należący się mu splendor.

 

Krzysztof Rudowski, Blue, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, Kraków 2020.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Katarzyna Aksamit, Ostatnia polska powieść – Krzysztof Rudowski „Blue”, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 104

Przypisy

    Powiązane artykuły