17.06.2021

Nowy Napis Co Tydzień #105 / Szeherezada melancholii

„The Anatomy of Melancholy” Roberta Burtona. Najpiękniejszy tytuł, jaki kiedykolwiek wymyślono. Książka jest poza tym nieczytelna, ale czy to ważne? (E. Cioran, „Zeszyty 1957–1972”, 16 grudnia 1959, tłum. I. Kania)

„Ty, czytelniku, jesteś przedmiotem mojej rozprawy” – zwraca się Robert Burton do śmiałków sięgających po Anatomię melancholii, której dotychczasowa długa nieobecność w polszczyźnie została pod koniec ubiegłego roku odkupiona wydaniem przez Korporację Ha!art przekrojowej kompilacji w wyborze i przekładzie Michała Tabaczyńskiego. Tabaczyński, który zadłużył się u Burtona, pisząc swoją własną melancholijną powieść-esej, Pokolenie wyżu depresyjnego (Kraków 2019), przekłada Burtona con amore na współczesną, klarowną polszczyznę. To, że recenzowana książka zawiera jedynie wybór fragmentów, rozumie się samo przez się: gargantuiczny potwór-księga kurczy się do rozmiarów skromnej trzystustronicowej książki. Jeśli dodamy, że wprowadzenie tłumacza stanowi prawie trzecią część jej całkowitej objętości, możemy stwierdzić, że Anatomia melancholii ma się do The Anatomy of Melancholy jak mapa do terytorium. Przyjrzyjmy się zatem, czy nie prowadzi nas aby na manowce.

Nazywam ją po prostu Księgą

Atrybutem melancholika jest bez wątpienia książka. Cesare Ripa pisze w swojej Ikonologii (wydanej po raz pierwszy niecałe trzydzieści lat przed Anatomią):

MELANCHOLIK. Mąż o cerze ciemnej […] w lewej dłoni trzymający otwartą księgę, jakby coś w niej studiując. Usta ma zakneblowane, w prawej dłoni dzierży zawiązaną sakiewkę, na głowie siedzi mu wróbel, ptaszek-samotnikC. Ripa, „Ikonologia”, tłum. I. Kania, Kraków 2013, s. 189–190.[1].

Wyłączywszy być może wróbla, wydaje się to adekwatnym portretem narratora Anatomii. Melancholik wiecznie coś jakby studiuje, przekonany zarazem o daremności swojej wiedzy. Gromadzi ją zawsze w nadmiarze, który to nadmiar przelewa na papier lub przeciwnie – odkłada w zakamarkach swojego umysłu. Owocem pierwszej melancholijnej strategii jest Anatomia, jej rewersem, jak możemy się domyślać, książka, którą jakiś chroniczny abulik obmyślił, ale nigdy nie napisał.

Zwracając się do czytelnika, Burton przywdziewa maskę i podpisuje się jako Demokryt Junior. To klasyczny melancholijny zabieg, który bliżej naszych czasów doprowadzą do perfekcji Kierkegaard i Pessoa. Ze swojego wyboru tłumaczy się autor czytelnikowi, który jest być może świadomy, że tradycja przypisuje Demokrytowi miano śmiejącego się filozofa, przedstawianego częstokroć w parze z płaczącym Heraklitem. Burton przypomina, z czego Demokryt śmiał się swoim (tak!) melancholijnym śmiechem: z ludzi zaprzątniętych niedorzecznymi zajęciami, korowodu głupców nieświadomie zmierzających ku przepaści, przekonanych o słuszności swoich absurdalnych mniemań, które biorą za niezawodną busolę.

Demokryt Junior, podobnie jak jego romantyczny następca Izmael, narrator Moby Dicka, świadom jest, że przedmiot rozprawy mu się wymyka, że jest to „szkic szkicu”. Tajemnica zależności pomiędzy światem i księgą nie jest dla niego intelektualną szaradą ani kabalistycznym wtajemniczeniem, należałoby raczej powiedzieć – problemem epistemologicznym. Burton, Szeherezada melancholii, jak trafnie nazywa go Tabaczyński, zorganizował swoją pracę z dokładnością rzetelnego anatoma, wykonał ją jednak z maniacką intensywnością nałogowego szperacza. Gdy rozważania astrologiczne przeplata skatologicznymi wtrętami, niekoniecznie robi to dla stylistycznego efektu, nie chodzi też raczej o uwznioślenie tego, co przyziemne, czy uziemieniu, co wzniosłe; jeśli Saturn i wychodek należą do tego samego kosmosu, należą też z natury rzeczy do tej samej księgi. Piszący o melancholii musi to wszystko uwzględnić, w przeciwnym wypadku pozostanie tylko przyczynkarzem. Na szczęście w tym ogromnym przedsięwzięciu autor znajduje oparcie w swojej potężnej bibliotece, z której czerpie pełnymi garściami. Burton nie bez przyczyny używa dla swojej książki określenia centon, a więc utwór złożony w całości z fragmentów innych tekstów.

Trzysta lat później imiennik Burtona, Musil, podobnie jak on przenikliwy satyryk i diagnosta współczesności, w swoim dziele opisującym schyłek pewnego melancholijnego imperium, Człowieku bez właściwości, zanotuje słowa, które mogłyby posłużyć za charakterystykę Anatomii melancholii:

[E]sej w kolejnych odcinkach oświetla przedmiot z wielu stron, nie ogarniając go całkowicie (bo temat całkowicie ogarnięty traci naraz swój szeroki zakres i topnieje do rozmiarów pojęcia) […]. W ten sposób powstawał niekończący się system powiązań, w którym nie było już niezależnych znaczeń, jakie zwykłe życie w pierwszym, jeszcze surowym przybliżeniu przypisuje działaniom i właściwościom; to, co w tym systemie miało pozory słabości, robiło się pretekstem dopuszczającym wiele innych znaczeńR. Musil, „Człowiek bez właściwości”, tłum. K. Radziwiłł, K. Truchanowski, J. Seltzer, t. 1, Warszawa 1971, s. 316–317.[2].

Burton, nasz współczesny

W towarzyszących tekstowi komentarzach Tabaczyński mianuje niejako Burtona patronem pokolenia wyżu depresyjnego. Wiele z wymienionych w książce czynników powodujących melancholię występuje również współcześnie. Przywołajmy cytat, aby uzmysłowić sobie, dlaczego taki sąd jest uprawniony, i aby posmakować rozmiłowanego w enumeracjach stylu Burtona:

[K]ażdego dnia wysłuchuję nowych wieści […] o wojnach, zarazach, pożarach, powodziach, kradzieżach, mordach, masakrach, meteorach, kometach, mirażach, cudach, marach […]. Cały ten chaotyczny zgiełk obietnic, projektów, wniosków, edyktów, petycji, pozwów, apeli, przepisów, proklamacji, skarg i żali codziennie dobiega do naszych uszu. Każdego dnia nowe książki, pamflety, gazety, opowieści, całe katalogi wszelkiego rodzaju ksiąg, co dzień nowe paradoksy, opinie, schizmy, herezje i kontrowersje […]R. Burton, „Anatomia melancholii”, tłum. M. Tabaczyński, Kraków 2020, s. 112–113.[3].

Trudno uwierzyć, że napisał to autor żyjący w czasach, gdy druk był technologią wciąż z trudem przechodzącą z kategorii rzemieślniczej do masowej, gdy maksymalna szybkość rozchodzenia się informacji równa była prędkości poruszania się gońca na wypoczętym koniu, nie zaś w czasach powszechnej alfabetyzacji, Twittera i nieustannego informacyjnego szumu. Gdy zaś w innym miejscu Burton pisze za Gerolamo Cardanem: „bywa, że za pracę niewartą nawet dziesięciu koron ktoś otrzymuje tysiąc, podczas gdy ten, który zasługuje na tysiąc, nie dostaje nawet dziesięciu”Tamże, s. 146.[4], trudno odeprzeć myśl, iż współcześnie należałoby sformułować tę prawdę w bardziej dobitny i gorzki sposób.

Towarzyszącą lekturze pokusę ogłoszenia Burtona naszym współczesnym należałoby jednak nieco powściągnąć. Polska wersja książki w znacznym stopniu zawdzięcza bowiem swój kształt wyborowi, opracowaniu i przekładowi: na pozostałych kartach Anatomii autor zajmuje się z jednakową powagą sprawami być może mniej nas dzisiaj dotykającymi. Jest nadto w swoich odniesieniach i pojęciach całkowicie przednowoczesny, nawet na tle gustu epoki może uchodzić za usposobionego antykwarycznie. Choć nie stroni od cytowania współczesnych mu autorów i powołuje się na świeże osiągnięcia nauki, jego doskonała orientacja w starożytnej, przede wszystkim łacińskiej, literaturze sprawia, że rzadko opiera się pokusie zacytowania stosownego ustępu z dzieła któregoś z przeważnie dziś zapoznanych autorów. W tym miejscu raz jeszcze wypada oddać sprawiedliwość autorowi omawianego spolszczenia: opracowanie ogromnej liczby łacińskich passusów stanowi niewątpliwie wyzwanie dla tłumacza, tym większe, że Burton wtrąca je często bez odwołania do źródła.

Epidemiologia melancholii

Melancholia, którą Burton rozbiera na coraz drobniejsze cząstki, okazuje się raz potężną siłą, boginią-prządką ludzkich losów, innym zaś razem jednym z humorów, głupotą, szaleństwem i jednocześnie swego rodzaju mądrością; mąci wody logiki i rozpina łańcuchy sylogizmów. W sidła melancholii prowadzi zarówno rozum, który objawia straszne prawdy, jak również jego zaprzeczenie – szaleństwo i głupota. Jesteśmy wobec niej bezbronni w tłumie i samotności. Melancholia jest niemocą i sposobem życia, a także siłą, która popycha człowieka do niewytłumaczalnych czynów. Wywołuje wojny i zbiera ich żniwo, niczym samonapędzające się koło rozpaczy. Próby jego zatrzymania są równie daremne, jak próby zatrzymania śmierci. Śmierć zaś, podobnie jak i życie, ocenia Burton niejednoznacznie:

Dlaczego przy moim wielkim rozżaleniu miałbym się tak trzymać życia? Szczęśliwa śmierć przyniesie kres wszystkim naszym niedolom i mękom […]. Ale życie jest słodkie, a śmierć sama w sobie nie tak straszna jak to, co jej towarzyszyTamże, s. 151.[5].

Grzech, zło i śmierć to poniekąd zarazem przyczyny, przejawy i skutki melancholii. Ich splątanie i wzajemną zależność Burton rozważa w wielu miejscach książki.

Melancholia jest jednak także chorobą, z właściwymi sobie symptomami, etiologią, środkami paliatywnymi – to ważna, być może najbardziej ponadczasowa teza tej książki. Dzięki niej Burton zapewnił sobie miejsce nie tylko w bibliotekach humanistów-śledzienników, ale także w historii medycyny. Warto podkreślić, że Anatomię melancholii znali i cenili pionierzy współczesnej psychiatrii, o czym słusznie przypomina na skrzydełku książki prof. Tadeusz Sławek.

Na wielu stronach zapisuje więc Burton swoje wzorcowe diagnozy i stosowne recepty, ze ścisłością godną licencjonowanego medyka określając zakres ich stosowania, przeciwskazania i skutki uboczne. Owe recepty, właściwe dla rozpoznanych wcześniej odmian melancholii, dotyczą tak duszy, jak i ciała. Ich zastosowanie ma jednak zdaniem Burtona pewne ograniczenia. Na przykład stoicki ideał doskonałego opanowania duszy poprzez ćwiczenie się w nieustającej czujności może do pewnego stopnia osłonić człowieka przed melancholią. Toteż Burton, w rzadkim akcie dobrej woli, choć z pewnym wahaniem, wyłącza stoików z grona głupców – do którego zalicza w zasadzie wszystkich z wyjątkiem pewnych grup, o których źle mówić po prostu nie wypada, oraz kilkunastu wymienionych z nazwiska osób.

Jeśli więc, dowodzi Burton, melancholia ma wymiar powszechny, należy traktować ją jako problem społeczny, a wręcz polityczny: w swoich rozmaitych formach i przebraniach dotyka ona tak pojedynczego człowieka, jak i wspólnotę. W związku z tym środki zapobiegawcze należałoby stosować na skalę powszechną. Trzecia część książki zawiera opis przeciwmelancholijnej utopii, szybko jednak staje się jasne, że nie może ona być niczym więcej niż myślowym eksperymentem, dodajmy: zupełnie nieprzekonującym. Współczesny czytelnik może zadrżeć na myśl o kraju, w którym „nie będzie bagien, mokradeł, puszcz, pustyń, jałowej ani wspólnej ziemi, która by nie była ogrodzona”Tamże, s. 243.[6], a za roztrwonienie majątku grozi kara śmierci. Trudno pojąć, jak kraj pozbawiony dzikiej przyrody, którego mieszkańcy w obawie przed bankructwem byliby oddani mrówczej pracy (w jednakowych przypisanych do każdego zawodu strojach), miałby ocalić przed depresją – gdyby to było możliwe, psychiatrzy epoki późnego kapitalizmu musieliby się rychło przebranżowić.

***

Lektura Anatomii w wyborze Tabaczyńskiego może pozostawić niedosyt, jednocześnie zawiera jednak zręczną sugestię przesytu, który towarzyszy książce w jej oryginalnej wersji. Chcąc dowiedzieć się, jakich rodzajów chleba powinien wystrzegać się podatny na melancholię, jak sporządzić kordiał dla hipochondryka lub rozstrzygnąć, czy Brytyjczycy są najbardziej przesądnym z narodów, musimy – na razie – sięgnąć do oryginału. Koneser oczekujący polskiego wydania krytycznego Anatomii z indeksem rzeczowym i wariantami (w twardej oprawie) nieprędko ujrzy swój egzemplarz na półce – oto prawdziwie melancholijna myśl! Spróbujmy znaleźć pociechę w tym, że dzięki Tabaczyńskiemu i odważnemu wydawnictwu Ha!art„Anatomia melancholii” ukazała się w serii, której zawdzięczamy również inne dotąd nieznane polskiemu czytelnikowi arcydzieło anglojęzycznej literatury, będące niezwykle trudnym wyzwaniem translatorsko-edytorskim – „Diabli dykcjonarz” Ambrose’a Bierce’a.[7] możemy tymczasem cieszyć się tą wybornie ułożoną kompilacją, choćby częściowo wypełniającą białą plamę polskiej humanistyki.

Robert Burton, Anatomia melancholii, tłum. Michał Tabaczyński, Ha!art, Kraków 2020.

Okładka książki

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Mikołaj Rajkowski, Szeherezada melancholii, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 105

Przypisy

    Powiązane artykuły