17.12.2020

Nowy Napis Co Tydzień #080 / Sąd niełatwy. „Impas” Marii Poprzęckiej

Ile warte jest dzieło sztuki? Odpowiedź na to pytanie bywa rozbrajająco prosta: przekonamy się o tym, gdy ulegnie ono zniszczeniu. Nagłówek prasowy informujący o takim wydarzeniu – celowym lub zgoła przypadkowym – budzi większy respekt, gdy uzupełniony jest o informację: „wart 30 000 dolarów” lub inną sumę ustaloną przez ekspertów firm ubezpieczeniowych i rynek sztuki. Komercjalizacja współczesnej sztuki jest jednym z najczęściej wysuwanych wobec niej zarzutów i jednocześnie podręcznym argumentem zwolenników tezy, że dobiega ona końca na naszych oczach lub dobiegła go już dawno. Załóżmy jednak, że nie podzielamy tego osądu i nie wierzymy, że sztukę współczesną można sprowadzić do roli kapitału inwestycyjnego w rękach obrotnych spekulantów. Jak poradzimy sobie z tym argumentem?

Możemy na przykład odpowiedzieć, że nie jest to w istocie nic nowego, ani właściwego wyłącznie naszym czasom; dawni mistrzowie zapewne również potrafiliby podać równie konkretną kwotę w guldenach, florenach czy frankach. Jeśli oznacza to, że po (stosunkowo krótkim) okresie romantycznej emancypacji artysty i jego dzieła wróciliśmy do tego etapu, to przecież nie jest to jednoznaczne z tym, że sztuka się skończyła, nie wyklucza to nawet, że i ten etap się kiedyś nie skończy. Taka odpowiedź nie zadowoli jednak każdego: co wszak począć z faktem, że sztuka współczesna jest nieatrakcyjna? Banalna? Wsobna, pospolita, niepoważna?

To chyba zarzuty dużo poważniejsze. Zacznijmy więc od próby usprawiedliwienia. Czasem wskazuje się na fakt, że monstrualny kryzys człowieczeństwa w XX wieku spowodował, że sztuka musiała gruntownie przewartościować swoje założenia, dotąd niezagrożone i z rzadka jedynie komentowane. Czy artysta pod względem etycznym postępuje słusznie, jeśli przyczynia się do utrwalenia złudzenia, że świat, w którym pojawia się piękno może być dobry? Czy sztuka, która łagodzi niepokój, zamiast go wzmagać, służy odwróceniu naszej uwagi od niesprawiedliwości świata i wytrąca broń z ręki tym, którzy chcą go zmieniać? Tego rodzaju dociekania (nawet jeśli ich konkluzje były niejednoznaczne) podkopały wiarę w etyczną przezroczystość procesu twórczego. Bacznie zaczęto przyglądać się także reakcjom, jakie sztuka potrafi wzbudzać: niezupełnie prawdziwe i uczciwe byłoby zapewne stwierdzenie, że współczesna sztuka nie chce się podobać, ale ziarno prawdy tkwi z pewnością w stwierdzeniu odwróconym: to, co się podoba, jest w jakiś sposób podejrzaneW odniesieniu do muzyki jasne sformułowanie tej myśli zawdzięczamy Theodorowi Adorno.[1].

To jednak wciąż w najlepszym wypadku usprawiedliwienie, nie apologia. Emancypacja sztuki od zobowiązań wobec społeczeństwa, możliwość skupienia się na samej sobie, swobody transgresji, nie przyniosły jej wyzwolenia; po wielu latach mocowania się artystów z reakcyjnymi instytucjami okazało się, że nie ma się przeciw czemu buntować. Sztuka nie chce już służyć, ale nie potrafi narzucić swojego panowania.

W książce Impas. Opór, utrata, niemoc, sztuka Maria Poprzęcka wymienia trzydzieści jeden argumentów za końcem sztuki. Dotąd wymieniłem jedynie kilka z nich – i ileż trzeba wysiłku, żeby sformułować nawet tak nieadekwatną odpowiedź. Tymczasem – trzydzieści jeden! Zwykle wystarcza nam o wiele mniej, aby nas przekonać. Czy autorka uważa zatem, że sztuka jest już skończona i chce, żebyśmy w to uwierzyli? Wstrzymajmy się na chwilę z odpowiedzią.

Impasowi patronują dwie melancholijne figury: jedną z nich jest Bartleby Hermana Melville'a, drugą – Frenhofer Honoriusza Balzaka. Nieznane arcydzieło i Kopista Bartleby to opowiadania, które zdaniem autorki łączy jedno: „mówią o klęsce, niemożności, niemocy”. Fakt, że doczekały się one tylu komentarzy świadczy o tym, iż współczesna humanistyka uwrażliwiła się na te zagadnienia. Poprzęcka zaznacza wszelako, że jedna z dziedzin pozostaje nieczuła na porażkę: jest nią historia sztuki, która „jest historią zwycięzców” (s. 5). Impas jest próbą odpowiedzi na pytanie, czy tak być musi.

Pierwszy obraz, przy którym autorka zatrzymuje się na dłużej, to jedno z najsławniejszych dzieł XX wieku: Czarny kwadrat na białym tle Kazimierza Malewicza. Uważane w swoim czasie za non plus ultra sztuki plastycznej bezceremonialne płótno zestarzało się, jak na klasyka przystało. Los obrazu Malewicza służy Poprzęckiej do naświetlenia kilku istotnych motywów przewodnich Impasu: nietrwałości, paradoksalności, materialności, nad którą żaden artysta nie sprawuje pełnej kontroli. Blaknący Czarny kwadrat i jego szarzejące białe tło okazują się opowiadać trochę inną opowieść niż ta, która wyłania się z towarzyszących jego powstaniu manifestów i lwiej części jego krytycznych ujęćWielka szkoda, że wydawca zdecydował się umieścić przypisy na końcu książki – przy pobieżnej lekturze łatwo przez to pominąć bardzo interesujące uwagi, które autorka zdecydowała się wyłączyć z zasadniczej części tekstu. Należy zaznaczyć, że nie są to niezobowiązujące dygresje, lecz rozwinięcia kluczowych myśli oraz ilustrujące je przykłady, istotne dla odbioru książki.[2].

Powoli wyłania nam się z tego obrazu jedna z kluczowych myśli tej książki: kategorią, która w sztuce współczesnej została całkowicie skompromitowana, jest trwanie. Ta obserwacja pozwoliła autorce oprzeć kompozycję książki na znanej, choć – jak słusznie przypomina – wybiórczo pamiętanej, a przeto zniekształcanej sentencji Hipokratesa: „Sztuka długa, życie krótkie, okazja ulotna, doświadczenie niebezpieczne, sąd niełatwy”. Przywołana w swoim pełnym brzmieniu, zadziwiająco rymuje się z obrazem ludzkiego doświadczenia, który wyłania się z prac współczesnych artystów.

Jaka sztuka może jednak oprzeć się na nietrwałości? Mozolnie szukająca drogi na szczyty, z których sama się strąciła, rozkojarzona na każdym kroku narzucającymi się wątpliwościami, rękami zdezorientowanych artystów eksplorująca własny repertuar gestów, z milczeniem włącznie (a może na czele)? Być może każdy kryzys zmusza artystów do wzmożonego wysiłku, wymyślenia na nowo swoich narzędzi, dostrzeżenia tego, co dla poprzedników pozostawało doskonale przezroczyste. Dlatego właśnie to nie oni należą do największych malkontentów. Jak pisze autorka: „Artyści pytanie o «koniec sztuki» uważali za bezpodstawne. […] Dużo do powiedzenia o końcu sztuki mają natomiast – i to od dawna – jej krytycy, badacze, także filozofowie” (s. 195). Nieprzypadkowo zatem w książce pojawia się wiele wypowiedzi wymierzonych w krytyków, muzealników i historyków sztuki. Co się bowiem stanie, gdy oddamy im sztukę na wyłączność? Urządzą ją po swojemu: opiszą, ponumerują, wytyczą kierunki i zabronią dotykać eksponatów. To, co nie zmieści się w tych wąskich ramach, zostanie skazane na zapomnienie. Na szczęście od nas zależy, czy będziemy szli po strzałkach narysowanych na podłodze. I nie jest to równoznaczne z negowaniem ustalonych hierarchii; niezależnie od naszych wysiłków hierarchie będą pojawiać się tak długo, jak trwać będzie sztuka, co do tego trudno mieć wątpliwości. Kult wielkiej sztuki nie jest niczym zdrożnym, ale czy sztuka rodzi się spontanicznie w wyniku obcowania z geniuszem? Książka Poprzęckiej przeciwstawia się, jak sądzę, takiemu podejściu.

Dowodzi natomiast, że historia sztuki pomyślana jako galeria geniuszów i artystycznych celebrytów nie tylko niesprawiedliwie pomija liczne grono twórców, którzy nie osiągnęli sukcesu, ale niejako przenosi sztukę w próżnię, odrywa ją od powszechnego wymiaru pracy twórczej jako faktycznego kształtowania rzeczywistości. Nieśmiertelne słowa o „karłach stojących na ramionach olbrzymów” nie wspominają o punkcie oparcia rzeczonych olbrzymów. Zastanówmy się chwilę, czy geniusz Chopina mógłby rozwinąć się tak wspaniale, gdyby nie dziesiątki kompozytorów, których utwory ćwiczyły jego palce i smak, a których dziś uważamy w najlepszym razie za zręcznych rzemieślników, a w najgorszym – wyrobników i epigonów? Nie sposób nie przyznać, że wpływ wytworów zupełnie błahych artystycznie w sprzyjających okolicznościach może okazać się silniejszy od wpływu uznanego arcydzieła.

Powinniśmy włączyć w nasze myślenie o sztuce to, co ulotne, rozkładające się, nieudane, dzieła sknocone celowo lub nieumyślnie, a nawet te nigdy nie powstałe, ponieważ dopiero wszystkie razem składają się na artystyczny ekosystem. Trzymając się tego przyrodniczego porównania, można powiedzieć, że krytyka artystyczna koncentrująca się na arcydziełach przypomina próbę opisu biosfery uwzględniającą jedynie wielkie ssaki. Gdy odwiedzamy muzeum klasy Luwru, gdy wędrujemy jego korytarzami przytłoczeni przez spoglądające na nas z ram arcydzieła, warto pamiętać o tych, które stłoczone w magazynach nie oglądają światła dziennego, przypadkowo zestawionych wyrobach wielu stuleci. Arcydzieła upiększają świat, to oczywiste. Dzieła nieudane, partackie, niedokończone, zniszczone, odpychające, zaniechane, porzucone – one ten świat uartystyczniają. Poprzęcka dowodzi, że nie jest to błaha rzecz.

Książka o tak pesymistycznie brzmiącym tytule miałaby więc być tak afirmatywna? Nie inaczej. To wręcz zachwycające, z jaką empatią autorka pisze o dziełach Andrzeja Wróblewskiego, Jacka Sempolińskiego, Christiana Boltanskiego, Lucia Fontany czy Zdzisława Libery. Przyznajmy – to nieoczywista reakcja na tę sztukę. Poprzęcka zdaje się trzymać stronę współczesnych Frenhoferów, naprawdę jednak chyba zachwyca ją po prostu sztuka, jej uparte powroty, regeneracje i skłonność do przejawiania się w niespodziewanych miejscach i okolicznościach.

W tym momencie powracamy do pytania, które postawiliśmy wyżej: czy sztuka jest skończona? W ostatnim rozdziale książki Maria Poprzęcka wymienia, jak pamiętamy, aż trzydzieści jeden argumentów za odpowiedzią twierdzącą. Mocnych, przekonujących, rozsądnie brzmiących. Na tym jednak książka się nie kończy. Warto w tym miejscu przypomnieć, jak Diogenes odpowiedział na racjonalne i logiczne argumenty eleatów, dowodzące niemożliwości ruchu: zrobił kilka kroków w przód i w tył. Na odpowiedź równie zuchwałą decyduje się Poprzęcka, gdy – wyliczywszy wszystkie zarzuty – unieważnia je jednym pociągnięciem pióra. Pokazuje, w jaki sposób sztuka nie zginie i dlaczego, na przekór zarzutom krytyków, będzie ciągle się odradzać. Być może ten właśnie brawurowy gest predestynuje Impas do grona książek kultowych, formacyjnych – a nawet czytanych. Przekonamy się, czy tak będzie. Byłbym rad, gdyby tak się stało.

Maria Poprzęcka, Impas. Opór, utrata, niemoc, sztuka, Słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2019.

Okładka książki "Impas"

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Mikołaj Rajkowski, Sąd niełatwy. „Impas” Marii Poprzęckiej, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 80

Przypisy

    Powiązane artykuły