29.08.2019

Nowy Napis Co Tydzień #012 / Niepodległość literatury

Obejrzyj całą dyskusje o niepodległości

Niepodległość wydaje mi się istotą literatury. Nie ma literackości bez niepodległości. O jaką jednak niepodległość chodzi i o jakie aspekty literatury?

1.

Najpierw chciałbym powiedzieć o aspekcie antropologicznym. Kiedy w myśleniu o literaturze wychodzi się od człowieka, można zaryzykować tezę, że poezja wywodzi się z naszej zdolności i naszego pragnienia niepodległości wobec codziennych ograniczeń. Potrzeba ta odzywa się w nas tym wyraźniej, im wyraźniej czujemy się uwikłani w prawa natury, obyczaje społeczne, reguły ekonomii i historii, jednym słowem w męczące „to-samo” naszej codzienności. Nieuchronna monotonia i zawsze zbyt ciasne horyzonty naszego życia mają wiele imion: tworzą je nieuchronne ograniczenia biologiczne, psychologiczne, kulturowe, przestrzenne, czasowe, składają się na nie zasoby wiedzy, nawyki mentalne, uwikłania środowiskowe, obyczaje, mody i tym podobne. Kto by nie chciał, choćby na moment, zasmakować wolności od „tego-samego”? Któż nie chciałby wyjść poza codzienną przestrzeń, poza dany nam czas, poza granice wiedzy, poza własne ograniczenia i uwikłania w rozmaite konwencje? Z takiej właśnie chęci rodzi się sztuka, w tym sztuka literacka. Piszemy i czytamy po to, by być niepodległymi wobec szarości życia, by – dzięki wyobraźni – przekroczyć horyzont tu i teraz. Piszemy i czytamy po to, by przekroczyć dostępną nam przestrzeń; po to, by pokonać czas. Pisanie i czytanie to czas święta, które zawiesza reguły czasu i przestrzeni, pozwala uczestniczyć w rzeczywistości zupełnie innej niż ta, w której żyjemy na co dzień.

2.

Każda sztuka ma swe tworzywo. Dla muzyka są nim dźwięki i szmer, dla literata są nim słowa i zdania, czyli po prostu język. Czy można mówić o niepodległości literatury w aspekcie językowym? Wydaje mi się, że tak. Nawiązując do spostrzeżeń Merleau-Ponty’egoM. Merleau-Ponty, „Proza świata. Eseje o mowie”, wyb. i oprac. S. Cichowicz, przeł. J. Skoczylas, Warszawa 1976.[1], można widzieć w literaturze rodzaj „siłowni dla języka”, swoistą aktywizację mowy, pewnego rodzaju „mowę-w-ruchu”, to znaczy taką mowę, która chce być niepodległa wobec naszych nawyków językowych. Teksty literackie to swoiste, bo zorganizowane przez artystę, środowiska słów, które chcą wyjść poza obszar gotowych znaczeń. Literatura to mowa niepodległa rutynie, to wielkie święto słów.

Tę konieczność przekraczania aktualnego stanu języka nurty awangardowe rozumiały jako nakaz odcięcia się od tradycji literackiej. Wydaje się, że niesłusznie. Tym, co zniewala literaturę, nie są bowiem zazwyczaj konwencje sprzed wieków, ale te, które wytwarzane są na naszych oczach. Niewolą literatury nie jest na ogół anachronizm, lecz epigonizm. Właśnie twórcze zagospodarowanie dawnych złóż literackich może stanowić próbę odzyskania niepodległości mowy od aktualnie dominujących i zniewalających konwencji. Niepodległość literacka to nie tylko językowy eksperyment, lecz także kreatywny stosunek do tradycji.

3.

Ale literatura jest też pasem transmisyjnym idei. Nieuchronnie wpisuje się w rozmaite ideowe dyskursy. Wydaje mi się, że jeżeli chce być rzeczywiście niepodległa ideowo, to powinna pozostawać nieufna wobec najsilniejszego prądu kulturowego, „dominującego dyskursu”, („ducha epoki” – jakby powiedział Hegel). O jakości literatury nie decyduje przecież „etos przystosowania”, lecz „etos przekraczania”. Jego częścią jest – tak myślę – imperatyw bycia po stronie dyskursów słabszych – tabuizowanych, marginalizowanych, wykluczanych. Ileż to nowych tabu wytworzyła nasza epoka, ileż nowych sposobów stereotypizacji i etykietyzacji tego, co inne (na przykład religijne, patriotyczne i tym podobne)… Wydaje mi się, że owa nieufność wobec dominującego dyskursu potrzebna jest po to, by uniknąć upadku w ideologię. Bo ideologia to właśnie obszar, w którym idee tracą swą niepodległość i trafiają do więzienia doktryny. To oczywiste, że literatura traci niepodległość, stając się dyskursem ideologii, „mową-jedynie-słuszną”, doktrynerską. Powołaniem literatury nie jest bowiem przekazywanie doktryny, lecz nieustanne przekraczanie horyzontów naszego języka i naszej wiedzy w celu poszukiwania prawdy.

4.

Ostatnim aspektem literatury, który przychodzi mi na myśl w związku z pojęciem niepodległości, jest aspekt aksjologiczny. Zamachem na wolność literatury są przecież nie tylko ideologie, lecz także, a ostatnio może nawet przede wszystkim, idiosynkrazje. Czym jest rzeczywistość dla ideologa? Tym, co mieści się w doktrynie. Czym jest rzeczywistość dla kogoś ogarniętego fobią? Funkcją psychicznych urazów. Tymczasem literatura niepodległa to taka, która nie pozwala zawęzić obecnego w niej pola wartości do obszaru nieprzepracowanej traumy. Literatura jest niepodległa wtedy, gdy buntuje się przeciwko wszelkim próbom zacieśniania rozmiarów naszego świata do rozmiarów fobii, zamykania horyzontu aksjologicznego w ramach naszych psychologicznych ograniczeń. Niepodległość literatury to jej zdolność do służenia najważniejszym wartościom – tym, dla których warto poświęcić życie…

 

Rozmowa odbyła się we wrześniu 2018 roku.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Wojciech Kudyba, Niepodległość literatury, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 12

Przypisy

    Powiązane artykuły