18.11.2021

Nowy Napis Co Tydzień #127 / Szafarczyk, krew, sprawa narodowa

Wacław Holewiński jest pisarzem historycznym, od lat eksplorującym różne epoki narodowych dziejów. Zaczął przed wielu już laty bardzo udanym Lamentem nad Babilonem, co od razu zostało dostrzeżone przez krytykę. Holewiński został wtedy wyróżniony w III edycji Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza. Autor właśnie tą powieścią, co podkreślam zawsze, ilekroć traktuję o jego twórczości, jako pierwszy wprowadził do prozy polskiej temat żołnierzy wyklętych i rychło znalazł wielu naśladowców. Tym tropem podążył jeszcze w książkach Opowiem ci o wolności (Nagroda Mackiewicza 2013) i Honor mi nie pozwala, w której opisał losy majora Stanisława Ostwinda, zamordowanego przez UB żołnierza Narodowych Sił Zbrojnych.

Holewiński jednak nie ogranicza się tylko do tragicznej epoki lat 1944–1956, pisze po prostu o sprawach, które fascynują go jako pisarza. Stąd wycieczka do XVII-wiecznych Niderlandów w Drodze do Putte (2007), która jest fabularyzowaną biografią antwerpskiego malarza Jacoba Jordaensa, czy ubiegłoroczna powieść Oraz wygnani zostali – ekskurs w mało znane życie i przypadki hrabiego Ignacego Korwin-Milewskiego, wybitnego kolekcjonera polskiej sztuki i ekscentryka. Dziewiętnaste stulecie, o którym współcześni pisali, że jest „wiekiem współczucia”, zaprowadziło Holewińskiego do zgłębiania meandrów Rewolucji 1905 roku i przypomnienia bohaterów tamtych wydarzeń. Te opisał w powieściowej trylogii (Pogrom 1905, Pogrom 1906Pogrom 1907), która – choć jej akcja toczy się w latach 1905–1907 – przecież historycznie należy bez reszty do stulecia poprzedniego. Swoją drogą to zdumiewające, w jaki sposób autor potrafił, opisując wydarzenia należące do historii lokalnej, miejskiej (w tym przypadku były to ataki ludności cywilnej na tak zwane lupanary w Warszawie w 1905 roku, wydarzenia do dziś do końca niewyjaśnione), przejść na wyższe piętro dziejowych dociekań, w których pojawiają się bohaterowie narodowej historii – Józef Montwiłł-Mirecki, Stefan Okrzeja czy Wanda Krahelska.

Dziewiętnaste stulecie chyba na dobre wciągnęło pisarza, czego potwierdzeniem najnowsza powieść – Krew na rękach moich. Dotknął w nim Holewiński wydarzeń z lat 1863–1865, jak przyznawał w wywiadach, powstania, bez którego nie przetrwalibyśmy jako naród. Może rzeczywiście wizja, którą roztoczył Reymont w Ziemi obiecanej stałaby się powszechna i obowiązująca, a Polacy, wraz z Żydami i Rosjanami, stworzyliby magmowate społeczeństwo Królestwa Polskiego, bezwolne, skorumpowane i goniące wyłącznie za zyskiem? O tym, że tak się nie stało, zadecydował zryw 1863 roku, który wychował pokolenie śmiało sięgające po niepodległość w roku 1918. Pokolenie Piłsudskiego i Żeromskiego, Hallera i Paderewskiego…

A Wacław Holewiński? Jaką wizję wydarzeń styczniowych, w których „poszli nasi w bój bez broni”, jak opiewał te wydarzenia w piosence Wincenty Pol, zarysował dla nas, dla czytelnika A.D. 2021? Zadanie miał trudne. Przecież pisanie o powstaniu styczniowym w naszej prozie ma ogromną i bogatą tradycję. Nie brakuje arcydzieł, zaliczyć do nich należy powieść Wierna rzeka Stefana Żeromskiego czy nowelę Gloria victis Elizy Orzeszkowej. A i w minionym, XX wieku, tworzyli przecież Stanisław Rembek – jego znakomita Ballada o wzgardliwym wisielcu posłużyła za scenariusz do filmu Juliusza Machulskiego Szwadron (1992) – czy Władysław Lech Terlecki, dla którego powstanie styczniowe stało się kanwą całego cyklu powieści, od Spisku z 1966 roku począwszy.

Miał więc Holewiński, powtórzmy, zadanie trudne, bo musiał zmierzyć się z siłą tradycji, wpisać się w nią lub zaproponować coś zupełnie innego. I rzeczywiście, powieść Krew na rękach moich o tyle różni się od poprzedników, że proponuje nam spojrzenie na wydarzenia powstania w krótkich, filmowych kadrach. Do tego chronologicznie przemieszanych. Od wyobraźni czytelnika zależy więc, jaki obraz wydarzeń lat 1863–1865 stworzy „przed oczyma duszy swojej”, które postaci z alembiku Holewińskiego zagrają najpełniej, jakie wreszcie wydarzenia zapadną najgłębiej w pamięć.

Głównym bohaterem swojej układanki uczynił autor Emanuela Szafarczyka, postać historyczną, naczelnika działającej przy Rządzie Narodowym Straży Zbrojnej, dowodzącego tak zwanymi sztyletnikami, czyli organizacją mającą za zadanie eliminowanie przedstawicieli carskiej administracji oraz wysługujących się Rosjanom polskich zdrajców. Sztyletnicy stanowili postrach w powstańczej Warszawie. Dokonali licznych zamachów, w tym na margrabiego Wielopolskiego i namiestnika Królestwa Polskiego generała Fiodora Berga. Co z tego, że wiele z nich było nieudanych? Na ulicach Warszawy lała się krew, a zła sława sztyletników obiegła europejskie salony, nie przysparzając zwolenników styczniowemu zrywowi. Dziś takie działania nazwalibyśmy po prostu terroryzmem, wtedy – w kraju uciskanym moskiewskim butem – stanowiły o sile i autorytecie Rządu Narodowego, który potrafił egzekwować wyroki śmierci na oprawcach i zdrajcach. Szafarczyk? Człowiek z ludu, do tego pozbawiony jednej ręki. Jeden z wielu znanych tylko historykom bojowników sprawy narodowej, którego przypomniał Holewiński. Znaczenia tej postaci dla naszej historii upatruję właśnie w jej zwyczajności, a nawet siermiężności, co dla polskiej świadomości historycznej nie jest bez znaczenia – bo to nie jest ktoś kojarzący się z brawurową szarżą pod Somosierrą, gestem Wojciecha Bartosa pod Racławicami czy kapitana Władysława Raginisa pod Wizną. Emanuel Szafarczyk, ukrywając się w mieście, miesiąc po miesiącu organizował ludzi, by uderzali w najbardziej newralgiczne postaci tworzące rosyjski system terroru, a także po to, by wysługujący się Moskalom Polacy nie mogli spać spokojnie. Jak dobrze, że mieliśmy takich bohaterów, jak dobrze, że polski pisarz po z górą stu pięćdziesięciu latach od tamtych wydarzeń ożywia postać Emanuela Szafarczyka i zadaje nam pytania o polską historię i tożsamość. Wcale nie heroiczną, tylko taką, w której na warszawski bruk leje się krew z poderżniętych gardeł, a żony i dzieci ofiar sztyletników opłakują swoich najbliższych.

Jest też Szafarczyk zwyczajny, ma swoje marzenia, jest zakochany, snuje plany na przyszłość. Ale jakie to mogą być plany, kiedy ruch narodowy dogorywa? Sprawcą tego był drugi z bohaterów książki Holewińskiego, zmoskalony Polak, pułkownik Andriej Konstantynowicz Różycki, swoiste przeciwieństwo Piotra Rozłuckiego z Urody życia Stefana Żeromskiego, który, jak pamiętamy, nad grobem swego ojca przeżył przemianę i w akcie ekspiacji pokrył pocałunkami kości zastrzelonego w leśnej egzekucji kapitana Rymwida, dowódcy jednej z partii. Patos tamtej sceny nie ma odpowiednika w powieści Holewińskiego. Carski oficer na zimno wykonuje swoje zadania, bezwzględnie tropi sztyletników i ich dowódcę, ale kiedy wysyła wreszcie Szafarczyka na szubienicę – osobiście przychodzi na egzekucję, choć przecież nie musi. Czy jego ostatni gest, oddanie wojskowych honorów wisielcowi, jest początkiem duchowej przemiany Różyckiego? Być może. Powieść Wacława Holewińskiego pozostawia nas pośrodku rozważań o powodzeniu sprawy narodowej, w kręgu spraw wielkich i podłych, w gorącym tyglu postaci i zdarzeń, o których winniśmy pamiętać, bo przecież gdyby nie tacy Szafarczykowie, to może dzisiaj do napisania niniejszej recenzji użyłbym klawiatury z grażdanką?

Wacław Holewiński, Krew na rękach moich, PIW, Warszawa 2021.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Wojciech Chmielewski, Szafarczyk, krew, sprawa narodowa, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 127

Przypisy

    Powiązane artykuły

    Loading...