12.11.2020

Nowy Napis Co Tydzień #075 / Nowiczok znaczy debiutant

Siergiej Lebiediew, tegoroczny finalista Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus za książkę Dzieci Kronosa, otrzymał za nią nagrodę publiczności im. Natalii Gorbaniewskiej. Przyłączając się do serdecznych gratulacji dla autora, na pewno warto zatrzymać się przy jego nowej, zeszłorocznej powieści Debiutant, niedawno wydanej także w Polsce. Dla porządku należy dodać, że równo rok temu Lebiediew również znalazł się na krótkiej liście Angelusa za sprawą Granicy zapomnienia, swej pierwszej powieści, co jest swoistym fenomenem do tej pory w edycjach tej nagrody nie znanym.

Debiutant – co to za powieść? Sam pisarz w niedawno przeprowadzonym z nim wywiadzie przyznał:

Dziś, kiedy widzimy, że takie środki jak nowiczok są znowu w użyciu, uświadamiamy sobie jednak, że owo zło ma swoją genealogię. I w Debiutancie właśnie się nią zająłem. Ale ostatecznie momentem, w którym zrozumiałem, że tę powieść należało napisać, był zamach na Siergieja Skripala. Uważnie śledziłem ówczesne wydarzenia. I spośród zalewu newsów wyłowiłem pewną nazwę, która większości odbiorców nic nie mówiła. Dowiedziałem się, że nowiczok został opracowany w zamkniętym mieście Szychany. Panu nic to nie powie, mnie też mogłoby nic nie mówić. Ot jakieś małe zamknięte miasto w głębi Rosji. Rzecz w tym, że wcześniej pisałem powieść o Rosji i Niemczech, o koszmarnych stosunkach między nimi na przestrzeni dwóch stuleci.

Książka, o której pod koniec wspomina pisarz, to oczywiście Dzieci Kronosa, a najnowsza proza Rosjanina dotyczy właśnie trucia, trucizn i totalitarnego charakteru państwa, które prowadziło badania nad zaawansowaną bronią chemiczną. Po Skripalu był Aleksiej Nawalny, kolejna ofiara nowiczoka, ale wtedy książka Lebiediewa była już napisana. Niektórzy krytycy nazwali ją „metafizycznym thrillerem”, ale czegokolwiek by o niej nie powiedzieć, trzeba przyznać, że Lebiediew znakomicie wyczuł moment historii, w którym się znajdujemy i postarał się sięgnąć za zasłonę, czyli opowiedzieć nam o tym, o czym nie wiemy, czytając czy słysząc o kolejnych ofiarach rosyjskich tajnych służb poddanych działaniu zaawansowanych trucizn. Nie wiemy, a może boimy się zadać odpowiednie pytania?

W zamkniętym mieście od czasów stalinowskich prowadzi się badania nad bronią chemiczną. Co ciekawe, teren ten był używany już przed wojną, podczas wojskowej, tajnej współpracy sowiecko-niemieckiej. Niemcy, pragnąc obejść zakazy zbrojenia się nałożone na nich przez traktat wersalski, nawiązali wtedy kontakty z Rosją sowiecką, a ta zezwoliła im na testowanie różnych broni, między innym chemicznej, na rosyjskich poligonach i w tajnych ośrodkach. Lebiediew nawiązuje do tej historii, wprowadzając postać Niemca, który przed wojną pracował w tajnym mieście, a po II wojnie trafił tam jako „łup wojenny”. Jest zdyscyplinowanym pracownikiem, pokazuje bohaterowi o nazwisku Kalitin, genialnemu chemikowi zatrudnionemu przy produkcji trucizn, jak to było tutaj przed wojną. A Kalitin? Kim jest? Studium tego osobnika jest kluczowe dla zrozumienia genealogii zła, o której wspomniał Siergiej Lebiediew. Jeszcze raz oddajmy mu głos:

[…] to jest powieść o tym, jak są tworzone współczesne potwory, chimery, hybrydy. W mitologii greckiej były one płodzone w związkach bogów z ziemskimi istotami. Sądzę, że te współczesne technologiczne potwory są płodami państwa z ludźmi nauki, obdarzonymi wiedzą, której nie powinni w ten sposób wykorzystywać. Już w samym takim związku tkwi sprzeczność i amoralność.

Kalitin jest głęboko amoralnym, sowieckim naukowcem, dla którego jedynym celem jest produkcja śmiercionośnej trucizny. Skutki jej użycia wykraczają poza jego rozumienie dobra i zła, bo zostało ono zredukowane do wierności sowieckiemu państwu i ofiarnej pracy dla niego. Nawet śmierć żony w laboratorium podczas testowania trucizn, nie jest w stanie wytrącić bohatera z tej swoiście rozumianej powinności, którą za wszelką cenę chce doprowadzić do końca. Cel? Wyprodukowanie doskonałej, bezwonnej, rozkładającej się natychmiast po zadaniu śmierci „obiektowi” trucizny. Tych „obiektów doświadczalnych” testuje Kalitin sporo – najczęściej są to małpy oraz ludzie, więźniowie, którym w ramach kary śmierci wstrzykuje się bądź podaje produkty naukowca.

A jednak totalitarne państwo wali się, ustaje finansowanie, byli koledzy, generałowie i pułkownicy, bezpieczniacy z wielkim stażem odchodzą w przeszłość. Laboratorium przestaje funkcjonować. Wtedy Kalitin przechodzi na drugą stronę, ucieka do wolnego świata, by dożyć swych chwil na spokojnej wsi, gdzieś w Austrii, Niemczech czy Szwajcarii. Głęboko jednak nie godzi się z nowym porządkiem, a flakon z „Debiutantem”, który udaje mu się przemycić z postsowieckiej ojczyzny, jest dla niego rękojmią powrotu „dawnych, dobrych czasów”. Taka zdrada jest jednak nie do przyjęcia w prowadzącej swą imperialną politykę Rosji. Za Kalitinem rusza pościg, bo Kreml nie potrzebuje renegatów, a za zdradę odpłaca śmiercią zadawaną wyprodukowanym przez Kalitina środkiem:

Debiutant był słaby właśnie przez swoją moc. Był bezśladowy i zabójczy, lecz zbyt niestabilny właśnie jako preparat chemiczny, absolut dwóch przymiotów ze szkodą dla pozostałych. Zbyt śmiercionośny i dlatego niezdolny do życia – jak chimera.

Dlatego poznajemy kolejnego bohatera, Szerszniewa, zbrodniarza wojennego z Czeczenii, który ma wykonać wyrok śmieci na naukowcu. Jego historia jest niemniej przerażająca, a czytelnicy Drugiej wojny czeczeńskiej Anny Politkowskiej (autorki, którą również próbowano otruć) także u Lebiediewa znajdą skondensowane okrucieństwo wynikające wprost z panującego w Rosji systemu władzy.

Tak, to jest thriller, ale nie pisany dla płytkiej rozrywki, pieniędzy czy na zamówienie wydawców. Lebiediew sięga do mechanizmów historii, opisuje przeszłość sowiecką, która ma bezpośredni wpływ nie tylko na współczesną Rosję, ale także na cały świat. Gdzie ukryli się ci wszyscy, którzy za to odpowiadają? Nadal pociągają za sznurki. To jest główny temat tej i tak naprawdę wszystkich innych książek Siergieja Lebiediewa:

Mamy dziwną sytuację – są zbrodnie, lecz nie ma kar. Państwo sowieckie uznało miliony ludzi zabitych czy zesłanych. Natomiast nie ma prawnie zdefiniowanej zbrodni, którą wobec nich popełniono. Nie istnieje wyobrażenie o przestępczym charakterze państwa sowieckiego. Dlatego, że stalinowskie zbrodnie opisuje się jako masę pomyłek sądowych. To tak jakby powiedzieć, że i Holokaust był masą incydentów, które coś tam łączy, ale nie traktuje się je jako całość. I najważniejsze – nigdy, w żadnych okolicznościach, nie było mowy o odpowiedzialności konkretnych osób za zbrodnie – ani odpowiedzialności moralnej, ani prawnej. W rosyjskiej kulturze brak obrazu kata. Jeśli mówimy o rosyjskiej tragedii XX wieku, to nie ma na scenie bardzo ważnej postaci – złoczyńcy. On się schował. Przebrał się w cywilny strój i przestał być tym, kim był.

Pamiętamy złowrogą postać Drugiego Dziadka z Granicy zapomnienia? W Debiutancie ta figura jest wciąż obecna. Raz wciela się w dobrotliwego, pamiętanego z dzieciństwa wujka Igora, chemika w mundurze, który pokierował losami małego Kalitina, innym razem widzimy jego cień w na pozór niezgułowatym zachowaniu majora Griebieniuka, przysłowiowego „swego chłopa”, w istocie – bezlitosnego zabójcy w służbie postsowieckiego państwa.

Aby nieco zrównoważyć pandemonium dziejącego się zła, wprowadza Lebiediew postać pastora Trawniczka, byłego dysydenta w NRD, człowieka o okrutnie oszpeconej twarzy, swego czasu otrutego przez STASI. Opis łuszczącej się skorupy od razu przywodzi na myśl zmiany, jakie zaszły w wyglądzie Wiktora Juszczenki, w którego organizmie swego czasu wykryto zabójcze dioksyny. Jest Trawniczek osobą starającą się zrozumieć nawet kogoś takiego jak Kalitin, współodpowiedzialnego za jego cierpienie. Nie mamy przecież wątpliwości, kto dostarczył odpowiednich substancji towarzyszom z „bratniej NRD”. Może więc wiara w Boga jest odpowiedzią na zło, a bezinteresowna pomoc, której pastor Trawniczek chce udzielić Kalitinowi, realizacją hasła „zło dobrem zwyciężaj”, wypełnionego przez błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszkę? Zresztą ksiądz Popiełuszko był inspiracją dla rosyjskiego pisarza, o czym przyznał w rozmowie, z której przytoczono tu fragmenty, nazwisko zaś polskiego męczennika pada również w książce.

Zatrzymajmy się na koniec na tytule powieści. Po rosyjsku słowo „debiutant” brzmi tak jak po polsku i jest nazwą książkowej trucizny. Jednak w wariancie rosyjskim mamy tu grę słów. „Nowiczok” to po rosyjsku „nowicjusz” albo kolokwialnie – „prawiczek”. A więc właściwie to samo co „debiutant”.

S. Lebiediew, Debiutant, tłum. G. Szymczak, Warszawa: Claroscuro, 2020.

Okładka książki "Debiutant"

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Wojciech Chmielewski, Nowiczok znaczy debiutant, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 75

Przypisy

    Powiązane artykuły