13.01.2022

Nowy Napis Co Tydzień #134 / Listy z Procidy (14): Parafia

 „Sensem każdej prawdziwej podróży jest powrót do domu i człowiek zaczyna ten powrót w chwili, w której wyrusza w podróż” Sándor Márai

Serwus, Wojtek!

Pamiętasz, swojego czasu pytałem Cię, jak rozumiesz słowo „parafia”? Odpowiedziałeś, że wyraz ten powolutku wychodzi z polszczyzny, zbytnio kruchtą trąci… Od razu do mnie dotarło, że myślisz o „wspólnocie wiernych”, a ja pytałem o dawne slangowe określenie „dzielnicy”, gdzie nie tyle kościół parafialny wyznaczał granice swojskości, co knajpa i hymn klubu piłkarskiego, który się śpiewało przy piwie. Zatem jeśli w ogóle nie skojarzyłeś „parafii” z mojej młodości, to znaczy, że slangowe znaczenie owego słowa nigdy nie weszło do języka Twojego pokolenia. Wspominam o tym nie bez kozery… Bowiem podczas ostatniego pobytu w kraju uświadomiłem sobie, że „moja parafia” już nie istnieje. Nie tylko jako słowo, ale i w rzeczy samej! Jak gdybym doznał przebłysku Máraiego, który po przylocie do Genewy jesienią 1948 roku odkrył, że Ren jest tak samo dobry jak Dunaj, bo nad Dunajem już nic nie było swojskiego.

„Moja parafia” we Wrocławiu rozciągała się wzdłuż Odry od mostów Chrobrego do mostu Zwierzynieckiego, z drugiej strony obejmowała Park Szczytnicki aż po Stadion Olimpijski, na którym Śląsk Wrocław w listopadzie 1975 roku przegrał jeden do dwóch z Liverpoolem. Nasz kościół parafialny pod wezwaniem Świętej Rodziny stał na skrzyżowaniu Monte Cassino i Dembowskiego, a nasza knajpa parafialna „Roxana” przy ulicy Rodakowskiego – tuż za rogiem. W „Roxanie” dowiedziałem się o Marku Aureliuszu, o jego Rozmyślaniach opowiadał mi pan Kazimierz, bibliotekarz z Ossolineum na emeryturze. Cytował cezara z pamięci, póki piwo mu jej nie zmąciło. A na stadionie śpiewało się: „ole, ole, ole, ole, jeszcze raz olewam was”.

Dzisiaj wszystko się pozmieniało, począwszy od nazwań ulic. Zamiast Lucjana Szenwalda, przy której mieszkała moja pierwsza miłość Basia S., jest ulica Józefa Becka, Alfreda Lampego nazywa się Walerego Sławka, w miejscu ogrodów przed domami znajdują się teraz parkingi i garaże, nad Odrą – monitorowane osiedle, Stadion Olimpijski przerobiono pod żużel dla Sparty Wrocław i nie ma już „Roxany” ani bywalców „Roxany”. Z mej paczki jeno ja jeszcze żyję, a było nas pięciu przy stoliku. Mogę więc powzdychać jak Sándor Márai, że wszędzie jest bardziej znajomo i swojsko aniżeli w domu, który kiedyś opuściłem – tam nie ma już nic swojskiego… Nadmorski bulwar Chiaiolelli jest mi bardziej znajomy niż nadodrzański wał, po którym wałęsałem się za młodu, do kościoła parafialnego San Giuseppe mam bliżej niż do Świętej Rodziny, w „Girone” czasami wspominam „Roxanę” (mamy tam nawet swoją paczkę „trzech cudzoziemskich muszkieterów”: Niemiec z Berlina, Żyd z Paryża i ja – niewiada skąd), a Morze Tyrreńskie jest tak samo swojskie jak Odra, bo nad Odrą nie czuję się już w domu. W Máraim znalazłem wspaniałego przewodnika po Neapolu i Zatoce Neapolitańskiej, a zarazem cichego wspólnika w nostalgii po rodzimym pejzażu.

Czytam go na Procidzie od początku swojego tutaj pobytu, bo akurat się zbiegło, że w tamtym czasie „Czytelnik” wydał rok po roku pięć tomów jego Dziennika, który poznałem wcześniej w jednotomowej edycji i już wtedy uznałem za arcydzieło gatunku. Nie jest to dzieło literackie – jak diariusz Witolda Gombrowicza czy Gustawa Herlinga – to raczej zbiór glos do życia autora… Twój ziomal Szczepan Twardoch utwierdza, a ja się z nim zgadzam, że największym dziełem Máraiego (swoistym Bildungsromanem) jest jego życie, „wielka epopeja rozciągnięta na dziewięćdziesiąt lat, która nie zestarzała się wcale i chyba nigdy się nie zestarzeje, jak nie starzeje się Don Kichot czy Czarodziejska góra…”. Natomiast Dziennik jest scenariuszem owej powieści, jak zapis nutowy jest ścieżką melodii, a sutry Patańdżalego – wiechami doświadczenia. Niektóre fragmenty swojego diariusza Márai „realizował” potem w postaci tak zwanych „eseistycznych powieści” – jak na przykład Ziemia! Ziemia!… czy też Krew świętego Januarego – które warto czytać w kontekście zapisków dziennikowych, aby ocenić kunszt, z jakim autor konstruuje fakty i wplata w nie fikcję, a wszystko to jest prawdziwe – wedle Twardocha – lecz fikcja najprawdziwsza! W tych powieściach słychać niepowtarzalny r y t m życia autora w jego własnej aranżacji i wykonaniu… Márai mawiał, że pisanie potęguje życie. Napełnia je.

Czytając Dziennik i podziwiając jego autorskie interpretacje w powieściach, od siedmiu lat błądzę śladami pisarza i ścieżkami jego lektur po Neapolu i Zatoce Neapolitańskiej… Bo błądzenie – parafrazując madziarskiego mistrza – jest jedną z odmian sztuki, jeślibyś nie wiedział, Przyjacielu.

*

Márai zaczął regularnie prowadzić diariusz w przełomowym dla siebie 1943 roku, jednocześnie zrywając z dziennikarstwem. Ostatnim felietonem, jaki napisał dla dziennika „Pesti Hirlap”, gdzie prowadził stałą rubrykę, odziedziczoną po Kosztolányim, był Robinson, opublikowany 13 stycznia 1943 roku. Opowiada w nim, że kartkując dzieło Daniela Defoe po raz pierwszy od czasów chłopięcych, zwrócił uwagę na atmosferę nostalgii, bijącą z kart tej wspaniałej książki, w której starzejący się pisarz w kostiumie swojego bohatera umyka przed światem w pradawną samotność życia. Już nie walczy z otoczeniem, ale pokazuje mu plecy i oddala się na Wyspę z lichym muszkietem oraz Biblią w rękach… Później do kostiumu Rozbitka się jął przymierzać sam Márai. Pod koniec 1947 roku zanotował w Dzienniku:

W słabym świetle zimowego poranka przyglądam się resztce naszych ocalonych sprzętów, przedmiotów użytkowych, i przypomina mi się, jak spuszczałem na linie przez dziurę po oknie te sprzęty z ruiny, która kiedyś była moim domem, jak niosłem w plecaku obraz, popielniczkę wygrzebaną z gruzu – niczym Robinson, który kilkakrotnie zawracał do tonącego okrętu, żeby ocalić jeszcze skrzynkę rumu, strzelbę, kilka paczek sucharów. Ta robinsonada trwa już trzeci rok. Ani śladu statku na horyzoncie. Wszystko jest tak samo jak przed trzema laty: siedzę w szałasie, patrzę, co wróży niebo, piszę dziennik, w ciągu dnia schodzę za żywnością i starzeję się.

Ruiny Domu i bezdomność jako stan umysłu, pozbawionego zaplecza kultury – wszak szałas to nie mieszkanie, resztki minionej przeszłości, wygrzebywane spod gruzów (i przenoszone potem w plecaku wychodźcy) i zero nadziei na jakiś statek na horyzoncie, wreszcie starzenie się – wszystkie te wątki będą się przeplatały w jego diariuszu przez całe życie. W pierwszym tomie osnową jest motyw o g o ł a c a n i a:

Człowiek żegna się z życiem według pewnego logicznego porządku: najpierw pożegnałem się z mieszkaniem, które pod moją nieobecność spustoszy bomba albo zajmą ją rekwirujący; potem – co było bardziej bolesne – pożegnałem się z pracą i z warsztatem. Potem porzuciłem dawny tryb życia: obecnie musimy się przystosować do losu nomadów, żyć w siodle jak dawni Węgrzy…

W powieści Ziemia… Ziemia…!, powstałej już we Włoszech na podstawie zapisów dziennikowych z okresu 1943–1948 roku, Márai opisał swoją wizytę na miejscu zburzonego przez bombę domu, w którym było ich mieszkanie przy ulicy Miko w Budapeszcie. Na stercie gruzu zobaczył własny cylinder i francuski porcelanowy świecznik, spod śmieci wydobył fotografię Gorkiego z Tołstojem w ogrodzie w Jasnej Polanie (kiedyś wisiała nad jego biurkiem), a zamiast dwujęzycznego wydania Marka Aureliusza z papierowej pulpy, w jaką wybuch bomby zamienił jego bibliotekę, wyciągnął Podręcznik pielęgnacji psów rasowych. Równie przejmujący jest opis spaceru po zrujnowanej Dzielnicy Zamkowej (jego „parafii”), przypominający wyprawę Odysa do otchłani Hadesu, a zarazem epitafium dla kolegi po piórze Dezső Kosztolányiego (mieszkał po sąsiedzku) i całej węgierskiej literatury.

Z chwilą wkroczenia Niemców na Węgry w marcu 1944 roku zaczął się – według Máraiego – proces „łachmanienia” wszystkiego, począwszy od ubrań i sprzętów, a kończąc na sumieniach. Proces ten pogłębiła potem okupacja sowiecka, którą Márai – ku memu zaskoczeniu, ponieważ dopiero czytając go, uświadomiłem sobie madziarski punkt widzenia – utożsamiał z nawałą słowiańską na Europę, podobną do najazdu Arabów lub Turków w minionych wiekach. Przyznasz Wojtku, że dla nas, Słowian – było nie było – taka konkluzja w ustach Madziara – to dotkliwa diagnoza. Miał okazję dobrze się przyjrzeć… W domu w Leanyfalu, małej wiosce pod Budapesztem, gdzie się ukryli w czasie okupacji niemieckiej ze względu na żydowskie pochodzenie jego żony Ilony Metzner, mógł obserwować homo sovieticusa z bliska. W trakcie oblężenia stolicy Węgier przez Armię Czerwoną w ich domu zamieszkiwało kilkudziesięciu Sowietów, którzy urządzili na podwórku warsztat naprawczy czołgów i samochodów. Márai próbował pojąć, jak myślą sowieccy ludzie, rozmawiał z nimi, obserwował i zapisywał spostrzeżenia, aby w końcu stwierdzić, że w Rosjanach jest jakaś inność, są nieprzewidywalni i człowiek wychowany w zachodniej kulturze ich nie zrozumie. Wywód ilustrował paroma obrazkami z własnego współżycia z Armią Czerwoną. Na przykład: sowiecki oficer podziękował po zjedzeniu obiadu, ucałował gospodynię w rękę, a żegnając się uprzejmie z panem domu, zapytał o godzinę, po czym przysłał szofera z karabinem maszynowym po ten złoty zegarek, który dostrzegł na jego przegubie.

Niestety, zachodnia kultura, mówi Márai, już nas nie obroni, bo sama znajduje się w stanie zapaści, a wraz z nią zaniknął styl życia, którego kultura była treścią. Zachód stał się bezbronny wobec zagrożeń z obydwu stron: ze Wschodu zagraża azjatycka despotia, oparta na bezosobowym kolektywizmie, z Ameryki zaś nadciągnął postindustrialny konsumpcjonizm, który nazywał za Bergsonem „cywilizacją afrodyzjaków”, bo nie zaspokaja naszych potrzeb, a ciągle nowe pożądania wznieca. Nad Niziną Panońską, wciśniętą między teutoński imperializm i słowiański mesjanizm, zapadł zmrok. Pisarz w nowej węgierskiej rzeczywistości nie mógł się odnaleźć. Nawet milczeć nie miał dla kogo.

Po długiej walce z samym sobą, gdyż Márai nie wyobrażał sobie życia poza granicami języka węgierskiego, jesienią 1947 roku postanowił wyjechać z kraju. Uciec z panońskiej ciemni ku południowemu Światłu, które zapamiętał ze swojego ostatniego wypadu do Włoch.

Na chwilę rozświetliło mi pamięć wspomnienie światła z Posillipo – wyjechać i raz jeszcze ujrzeć Światło, położyć się z zamkniętymi oczyma w Świetle, po ślepieniu przez lata w śmierdzącym i zbutwiałym, kłamliwym mroku jeszcze raz zobaczyć Światło. Wąchać, dotykać i smakować Ziemię – owoce i mięsa, nasycić się kolorami i zapachami, oglądać oceany i dalekie, dalekie brzegi, gdzie żyją dzicy, którzy mają bumerangi i lodówki, auta i fetysze, totemy i bombę atomową, przerażający i śmieszni zarazem! Obserwować osuwające się brzegi przemijającego, jedynego i niepojętego Życia, wszystkie strony jego świata.

W pierwszym tomie Dziennika nie żegnał się ze znajomymi – wielu z dnia na dzień zostało podsekretarzami stanu, pozakładali spodnie w prążki i czarne marynarki… A poza tym się nauczył, że i tak nie wytłumaczy niczego z rzeczy istotnych, które dzieją się w naszym życiu. I z krajobrazami się nie żegnał, jedyny krajobraz, który doń powracał w snach i na obczyźnie, znajdował się daleko poza granicami kraju, był to krajobraz Górnej Prowincji, krainy lat chłopięcych Máraiego, która na mocy traktatu w Trianon w 1920 roku została wcielona do nowopowstałej Czechosłowacji. Pierwszy tom Dziennika – to pożegnanie z dawnym sobą: z budapesztańskim dandysem i bon vivantem, ostatnim patrycjuszem i modnym dziennikarzem, a do tego znakomitym, acz skandalizującym pisarzem (druga część jego Wyznań patrycjusza została wycofana, a ich autora oskarżono o nadużycie praw osobistych paru bohaterów, których opisał pod prawdziwymi nazwiskiem), autorem poczytnych korespondencji i felietonów, powieści, opowiadań i reportaży. Oto, jak wyglądał jego dzień powszedni:

Budziłem się o siódmej rano, bo ktoś cicho stąpał po pokoju (to pokojówka tak cicho stąpała); na stoliczku obok mojego łóżka stawiała szklankę soku z cytryn i pomarańczy i poranne gazety. Siadałem, jednym haustem wypijałem cierpki, orzeźwiający napój (witaminy!), przeglądałem gazety, potem sięgałem po lekturę przerwaną poprzedniego wieczora i czytałem do dziewiątej. Wtedy wtaczano na stoliku na kółkach śniadanie: herbatę, masło, jajka na miękko, miód. O dziesiątej wstawałem i pracowałem do jedenastej. Wtedy zajeżdżało pod dom auto, które pracownik garażu przygotowywał w porannych godzinach do drogi i zostawiał zamknięte przed bramą. Wciągałem białe spodnie i trykot, brałem rakietę tenisową, schodziłem na ulicę, wsiadałem do auta, jechałem na Wyspę, grałem w tenisa przez godzinę. Potem brałem prysznic, pływałem i zgłaszałem się na masaż w tamtejszej łaźni. Po drodze do domu wstępowałem do kawiarni lub bistro, gdzie można było dostać dobrej kawy, i oparty o bar, wypijałem filiżankę. Obiady jadaliśmy lekkie i smaczne, jeśli kucharka nie umiała gotować, zwalnialiśmy ją po pewnym czasie. Po obiedzie spałem, potem pracowałem do piątej; wtedy ruszałem na spacer do Chłodnej Doliny czy na Szwabską Górę (jeździłem tam samochodem i czasami trzeba się było irytować, jeśli auto nie działało sprawnie – musiałem je zmieniać), po spacerze wracałem do domu, przebierałem się, bo wieczorem przychodzili goście albo my wychodziliśmy z wizytą. Na ogół wracałem do domu przed północą. Czytałem jeszcze przez godzinę w łóżku. Przed snem człowiek stwierdzał, ziewając, że kolacja była niesmaczna, towarzystwo nudne, poziom życia literackiego opada, a życie, takie jakie jest, wydaje się naprawdę nie do zniesienia. 

Zacytowałem ten fragment Dziennika bez skrótów, bo sam autor wyraźnie delektuje się w nim celebracją każdej czynności, jakby odprawiał mszę świętą… Świętował życie! Aż tu raptem to wszystko przepada – i rozgłos, i poważanie, i wygody, i pokojówki, i zbytki, i kasa, i nuda, którą pieniądze niosą, i auto z kierowcą, i kucharka, którą zawsze można zwolnić, jeśli niesmacznie gotuje – i oto przyszła pora to wszystko zostawić i wyruszyć w nieznane na poszukiwanie bezludnej Wyspy. Jeśli porównasz, Wojtku, jego późniejsze życie w Neapolu, gdzie chodził w dziurawych butach i wytartym palcie, nieznajomy nikomu cudzoziemiec, ni to Anglik, ni Polak, to przyznasz, że z dawnym sobą pożegnał się radykalnie i ostatecznie. Nic dziwnego, że wyjeżdżając z Budapesztu, poczuł się wolny i zaczął się bać.

Na przejściu granicznym w Hegyeshalom doznał rozdarcia między dwoma rodzajami tęsknoty. Z jednej strony za wszystkim, co zostawiał za sobą, choćby za tym wspaniałym winem w Starej Budzie, którego migdałowy smak z niewielką domieszką goryczki przypominał słodycz minionej jesieni, a z drugiej strony gnała go odysejska tęsknota za wiatrem pachnącym laurami, za Morzem Śródziemnym i syrenami… Być może wcale nie byłoby źle, myślał, zmienić się w świnię na jakiejś wyspie, w objęciach Kirke.

Nie wiem Wojtku, czy masz tak samo, dla mnie największym problemem w lada przeprowadzce jest biblioteka. Na Sołowkach zostawiłem parę tysięcy książek, podobnie w Kondzie, a już i tutaj na Procidzie dobrych paręset się uzbierało… Jak potem wywieźć to z Wyspy? Pewnie tu zostaną. Dlatego nie dziwią mnie rozterki Máraiego przy wyborze, jakie książki zabrać do podróżnego worka ze sobą. Wyjeżdżał z kraju, nie znając, dokąd jedzie, wziął ze sobą jedynie Odyseję Homera, Rozmyślania Marka Aureliusza, włoski dziennik Goethego, listy podróżne Stendhala i zbiorek wierszy po węgiersku Marmur i laur ze względu na przekłady Arpada Totha. Neapolitański dziennik Máraiego (listopad 1948–kwiecień 1953) warto czytać w towarzystwie tych autorów, bo Márai nierzadko ich śladami błądzi, zarówno w przestrzeni, jak i w czasie… Choćby na drodze do Hadesu nad Averno, dokąd zabrnął śladami Odysa, ale o tym – kiedy indziej. Innym listem.

Wyobraź sobie, że musisz wyjechać na stałe z Łąki i możesz zabrać ze sobą tylko pięć książek. Ciekawym, które byś wybrał? I czy w ogóle potrafiłbyś wyjechać z kraju jak on? Nie chodzi mi o stopień wkurzenia tym i owym, tylko o najzwyklejszą nostalgię za Łąką, Istebną i Beskidem Śląskim, za zmianą kolorów jesienią i za szelestem polskiej mowy dookoła, za swoim gabinetem i za swoją biblioteką, za smakiem oscypka z bacówki w Koniakowie i za sylwestrowym szampanem w śniegu na zboczu Złotego Gronia?

Post scriptum

Wczoraj pożegnaliśmy w „Girone” Jensa, jednego z „trzech muszkieterów”. Jens mieszka i pracuje w Berlinie (ma tam firmę prawniczą), na Wyspie wynajmuje apartament i przyjeżdża tu na parę miesięcy w roku, najczęściej jesienią i wiosną; lata nie lubi – za gorąco i za dużo turystów. Pierwszy raz na Procidę przywieźli go rodzice, jak miał pięć lat, ponad czterdzieści lat temu. Zna tutaj wszystkich i wszyscy znają jego. Szef kuchni „Girone” specjalnie na to pożegnanie przygotował smakołyki (sushi z surowej serioli, pastę z ikrą morskich jeży i barwenę z pieca), Giulia dbała o wino. Rozmawialiśmy o Muße und Kult Josefa Piepera i w pewnej chwili Jens zapytał, jak przełożyłbym Muße na polski? Wszak ani „czas wolny”, ani „wypoczynek”, nie wyczerpuje tego pojęcia. Dodam, że Jens świetnie zna nasz język, nie dość bowiem, że studiował na Uniwersytecie Jagielońskim w Krakowie, to jeszcze się ożenił z aktorką Teatru Bagatela.

– Według mnie, Jens, najbliżej był ksiądz Józef Kożuchowski, polski znawca filozofii Piepera. Kożuchowski przekładał Muße jako „święto”, chodzi o święto życia, którego osnową jest kult, a że Josef Pieper również był księdzem, to jasne, o jakim kulcie w dziele Muße und Kult mowa. Mi bliższy jest Sándor Márai, który świętował życie w rytach kultury, uważając, że treścią życia jest zabawa! Dlatego wydaje mi się, że Muße to ani „czas wolny”, ani „wypoczynek”, to możliwość twórcza, wytryskająca z posiadania czasu wolnego od wszelakiej niechcianej pracy. Jeśli zaś jednym słowem: to zabawa.

Jens się uradował, że podobnie myślimy i zamówił jeszcze jedną butelkę, aby wypić za Máraiego, który żyjąc wśród biedaków Posillipo bez grosza przy duszy, pojął, że sednem życia jest samo życie, traktowane jak święto. Wystarczy talerz alici, cierpkie wino i zachód słońca przed oczyma.

Tak, tak, drogi Wojtku, tutaj naprawdę wystarczy talerz alici (Natasza marynuje je w białym winie z Ischii) i wieczór na tarasie, kiedy niebo za Epomeo robi się oranżowo przejrzyste… Po trzech miesiącach pobytu w kraju wróciłem na Procidzie do siebie. We Wrocławiu niemal zadusił mnie smog, tutaj zasię dmaDma – dawnopolskie słowo, które Dorosz objaśnia wielorako: „silny wiatr; podmuch, powiew, wianie wiatru”. Owa wieloznaczność wiania w słowie „dma” – od lekkiej bryzy do tramontany – podkreśla, że każdy rodzaj dęcia od morza przedmuchuje na Procidzie zaułki ze smrodu spalin i wywiewa z głowy plewę słów.[1] od morza przedmuchuje wąskie zaułki, wywiewając z nich spaliny i spleen, a człowiek się uśmiecha – jeden do drugiego. Dlatego nie chcę rozwodzić się nad tym, co zastałem w zasmożonej Polsce, wolę rozmawiać o Máraim. Ciąg dalszy w następnym liście.

Procida, 11 listopada

portret Mariusza Wilka

Dr hab. Wojciech Śmieja –

wykładowca akademicki, specjalista od „ekspresji nienormatywnych seksualności w literaturze i szeroko pojętej sferze publicznej”, reporter i podróżnik; obecnie pełni funkcję dyrektora Kierunku Filologii polskiej na Uniwersytecie Śląskim. Poznaliśmy się w Kondzie Biereżnej, gdzie nas Śmiejowie z dziećmi niegdyś odwiedzili, przy okazji przywożąc mi cztery tomy Listów do żony Witkacego. Bawili nad Oniego parę dni, zażywając ruskiej bani i innych północnych rozkoszy, brali udział w święcie wsi, Natasza nauczyła Marlenę robić kalitki. Później myśmy bywali u nich we wsi Łąka nieopodal Pszczyny, gdzie ród Śmiejów żyje i trudzi się od pokoleń, albo w ich beskidzkim domu w Istebnej, zbudowanym przez ojca Marleny, a oni byli u nas na Procidzie, stąd razem jeździliśmy na Ischię, nasze córki bardzo się zaprzyjaźniły. Wojtek jest ponad dwadzieścia lat młodszy ode mnie, więc na dobrą sprawę mógłby być moim synem. Kiedy wyjeżdżałem w 1989 roku z kraju, miał dwanaście lat, jak dziś Martusza. Dzięki niemu dowiaduję się nie tylko o nowych modach w literaturze i nowych trendach w literaturoznawstwie, ale też o tym, co myśli o świecie i Polsce specjalista od literatury gender i uczestnik marszów Strajku Kobiet. Wojtek nie pochwala, że piszę do „Nowego Napisu”, mimo to nie zrywa ze mną przyjaźni, ha!

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Mariusz Wilk, Listy z Procidy (14): Parafia, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2022, nr 134

Przypisy

    Powiązane artykuły