12.09.2019

Nowy Napis Co Tydzień #014 / Nie ma łaski na Południu

Była pisarką amerykańskiego Południa. W twierdzeniu tym zawarty jest krąg tematów i problemów, które zajmowały Flannery O’Connor podczas jej krótkiego życia (1925–1964). Opisywała swój świat cierpliwie i dogłębnie, dała się poznać przede wszystkim jako autorka opowiadań. I te opowiadania ukazały się u nas już przed dziesięcioleciami w tomach Trudno o dobrego człowieka (1970) i W pierścieniu ognia (1975) w znakomitym tłumaczeniu Marii Skibniewskiej. W tym roku ukazują się ponownie w jednej książce, do której dołączono teksty jeszcze w Polsce niedrukowane, w przekładzie Michała Kłobukowskiego. Po raz pierwszy od śmierci F. O’Connor wydane za życia w książkach i rozproszone w czasopismach teksty zebrał w tomie The Complete Stories (1972) wieloletni wydawca i przyjaciel Robert Giroux – książka Ocalisz życie, może swoje własne jest polską edycją właśnie tamtej pozycji.

okładka książki

Mamy więc przed sobą wszystkie opowiadania Flannery O’Connor, będące dziś już klasyką amerykańskiej literatury. Wgłębiając się w nie zyskujemy pewność, że właśnie przez swoją klasyczną budowę i tematykę idą jakby na przekór temu, co dziś jest u nas modne, czytane i roztrząsane, wokół czego toczą się często bezsensowne medialne dysputy na temat literatury. Dlaczego? Co najmniej z kilku powodów.

Jednym z nich jest forma. Opowiadanie to u nas gatunek od kilku co najmniej dziesięcioleci zaniedbany przez autorów i będący w prawdziwej pogardzie u wydawców, ponieważ w zdecydowanej większości są to osoby, które w walce o pieniądze już dawno przestały interesować się jakimikolwiek walorami literackimi „wyrobów książkopodobnych”, jakimi zalewają rynek. A jednak edycja opasłego tomu O’Connor budzi nadzieję na trochę inny stosunek do tego wymagającego gatunku. Przez lata przecież z powodzeniem uprawiali go tacy mistrzowie, jak choćby Kornel Filipowicz, Marek Nowakowski, Kazimierz Orłoś czy dziś w zasadzie zapomniani, a przecież niemniej znakomici Bogdan Madej i Jan Rybowicz. Zresztą, jak można przeczytać tu i ówdzie, w kraju nad Wisłą zły czas dla opowiadania ma minąć, czego dowodem jest chociażby ustanowienie w 2017 roku nowej Nagrody Literackiej im. Marka Nowakowskiego właśnie dla autorów uprawiających krótsze formy. Należy więc ufać, że pokaźnych rozmiarów tom amerykańskiej autorki będzie też stanowił swego rodzaju wzorzec, wykładnię, przewodnik dla autorów chcących zmierzyć się z formą opowiadania – bo przecież zawsze warto czerpać inspirację od najlepszych, a Flannery O’Connor bez wątpienia należała do tego grona.

O klasie i sile przekazu urodzonej w Georgii autorki świadczy poruszana przez nią tematyka. Każdy z tekstów amerykańskiej pisarki jest osobnym światem, nowym oknem, przez które przyglądamy się innemu dramatowi, innemu mrocznemu spektaklowi, pełnemu przemocy i plugastwa. Flannery O’Connor podpatrywała zachowania swoich ziomków na Południu i potrafiła wysnuć z nich opowieści nacechowane brutalnością, pełne prymitywnych instynktów. Znajdziemy tam mord, jak w opowiadaniu Trudno o dobrego człowieka, bestialstwo dziejące się w biały dzień na bocznej drodze, w którą za namową babci (tej z racji wieku pomyliły się miejsca, czas, poszczególne stany) nieopatrznie skręciła zdążająca na urlop zwyczajna rodzina. Cena życia, jaką trzeba zapłacić za tę głupią pomyłkę, jest tematem opowiadania.

Sprawy błahe często mają w tej prozie decydujące znaczenie dla bohaterów. Tak jak w znakomitym Spotkaniu, w którym między podróżującymi tramwajem synem i matką utrzymuje się stan napięcia. On za wszelką cenę chce ją skarcić za poglądy, przede wszystkim za rasistowski stosunek do Murzynów, a ona, starej daty dama z Południa, pod koniec podróży zostaje brutalnie zaatakowana przez młodą Murzynkę za to, że starym zwyczajem chciała dać dziesięć centów jej małemu synkowi. Dorosły syn tylko przez chwilę czuje satysfakcję, kiedy bezradna matka siedzi na chodniku, potem jest już tylko groza. Z kolei zwykłe przybycie włóczęgi („Stara kobieta wraz ze swoją córką siedziała na werandzie, kiedy pan Shiflet po raz pierwszy zbliżył się drogą do jej domu” – tak brzmi pierwsze zdanie opowiadania tytułowego) zmienia życie dwóch kobiet, kiedy mężczyzna ten okazuje się pozbawionym sumienia niegodziwcem. Tu spotykamy się z problemem moralności i jej braku, z którymi mierzyła się pisarka. Wynikało to wprost z religijnego światopoglądu O’Connor.

Pisarka była wierzącą i praktykującą katoliczką i jej religijne widzenie świata jest kluczem do zrozumienia tej twórczości. Lech Budrecki tak o tym pisał:

Wizja świata Flannery O’Connor zakłada istnienie Boga. Bóg jest nie tylko stwórcą wszechświata, pierwszą przyczyną, nie tylko kimś wszechmocnym i wszechwiedzącym. Jest również źródłem wszelkich wartości moralnych. Są one pochodną jego intencji skierowanych ku człowiekowi. Są przez intencje te ustanowione i od nich zależne. Ludzkie działanie i ludzkie przeżycie będzie wartościowe moralnie jedynie wtedy, gdy spełni zamysł Boga. Nie musi spełniać go zawsze. Człowiek bowiem został wyposażony w wolną wolę. Toteż może – świadomie czy nieświadomie – sprzeciwiać się intencjom BożymFragment posłowia do książki Flannery O'Connor Mądrość krwi, tłum. M. Kucharska (Warszawa 1992, s.171).[1].

Dlatego świat opowiadań O’Connor wypełniają religijne wyobrażenia, rytuały, przesądy, które determinują zachowania jej bohaterów. Świat Południa Stanów Zjednoczonych zamieszkują ludzie biedni i religijni, ale rozumiejący swe chrześcijaństwo w sposób prymitywny, toporny, okaleczony. Często znajdują się pod wpływem lokalnych sekt i wędrownych kaznodziejów.

W opowiadaniach po raz pierwszy u nas drukowanych, umieszczonych na początku książki dostrzec możemy już szkice bohaterów i wątki, które złożą się potem na powieść Mądrość krwi (1952) z jej niezapomnianym Hazelem Motesem, zniszczonym przez wojnę samozwańczym kaznodzieją Kościoła Bez Chrystusa, głoszącym, że „Jezus był kłamcą”. Tu mamy za to Plecy Parkera – bohater opowiadania to mężczyzna, który tatuuje swe ciało, by zdobyć względy kobiet. Udręczony obojętnością swej żony, ograniczonej kobiety, wyznawczyni jednej z protestanckich sekt, aby na powrót zdobyć jej względy, każe wytatuować sobie na plecach ogromny wizerunek Chrystusa Pantokratora. Widzimy pod koniec, jak bezsilnie łka, bo i ten czyn spotkał się z radykalnym potępieniem ze strony kobiety, która uznała go za bałwochwalstwo.

W tej prozie nawet mordercy wygłaszają religijne monologi, a zdrajcy doświadczają miłosierdzia:

Stał przerażony, osądzając siebie z wnikliwością Boga, a tymczasem akt miłosierdzia niby płomień ogarnął i zniweczył jego dumę. Nigdy przedtem nie uważał się za wielkiego grzesznika, ale teraz zrozumiał, że prawdziwa nikczemność jego natury była przed nim zasłonięta, aby nie popadł w rozpacz. Zrozumiał, że zostały mu odpuszczone grzechy od początku świata, kiedy w jego sercu wylągł się grzech Adama, aż po dzień dzisiejszy, kiedy zaparł się biednego Nelsona (Sztuczny Murzyn).

Czy aby doznać takiego olśnienia, musimy stanąć w jednym szeregu z Judaszem, Piotrem i niewiernym Tomaszem? Takie pytanie zdaje się stawiać pisarka – i to nie tylko w tym opowiadaniu.

Bohaterowie O’Connor bardzo często okazują się osobami niebotycznie pysznymi i ta ich pycha zazwyczaj zostaje okrutnie ukarana. Najlepiej i z dużą dozą ironii pokazała to autorka w opowiadaniu Festiwal w Patridge. Zafascynowani mordercą i mordem dokonanym na festiwalu azalii w małym miasteczku, chłopak i dziewczyna, przedstawiciele pokolenia, które chce raz na zawsze odciąć się od prymitywnych małomiasteczkowych ziomków i ich zwyczajów, w geście solidarności postanawiają odwiedzić mordercę w więzieniu. Zakończenie historii jest nie tylko groteskowym odarciem ich z fałszu, w jakim tkwili, ale też oskarżeniem wszelkiej przemocy, którą wykorzystuje się w imię własnych racji. To też prorocza zapowiedź kolejnej dekady w historii Stanów Zjednoczonych, szalonych lat sześćdziesiątych, w których stosowanie przemocy w imię ideologii jakże często usprawiedliwiano.

Na religijny wymiar pisarstwa Flannery O’Connor uwagę zwrócił Thomas Merton. Także na jego antyrasistowski wymiar. Słowa „czarnuch” i „Murzyn” są w prozie O’Connor odmienione przez wszystkie przypadki i są oczywiście wyrazem pogardy, ale i stanu nieprzynależności do świata „poczciwych wiejskich ludzi”, dobrych chrześcijan, choć przecież wszyscy czarnoskórzy bohaterowie O’Connor poza kolorem skóry nie różnią się zupełnie niczym od ich dawnych białych panów: są tak samo biedni, prymitywni, ograniczeni, a także pyszni i wyniośli. A ponieważ katolicyzm i rasizm to pojęcia wykluczające się, zarówno sumienie Mertona, jak O’Connor zmagało się z problemem ich nierównego traktowania. Przypomnijmy, że mowa o latach 50. ubiegłego stulecia. Robert Giroux, wspólny wydawca O’Connor i Mertona, stał się łącznikiem pomiędzy mnichem z opactwa Gethsemani w Kentucky a pisarką z Milledgeville w Georgii. Autor Siedmiopiętrowej góry wypytywał go o Flannery, jej zdrowie i plany, o jej miasto i dom. Interesował się nawet pawiami, które hodowała. Po przedwczesnej śmierci pisarki (przez lata chorowała na toczeń) – jak czytamy w przedmowie Roberta Giroux:

[…] Merton nie przesadził z oceną jej wartości, stwierdzając, że nie porównywałby jej z tak dobrymi pisarzami jak Hemingway, Porter czy Sartre, lecz raczej z „kimś z rangi Sofoklesa”. „…napisać jej nazwisko to dla mnie zaszczyt, bo tak prawdziwie i kunsztownie pokazała człowieka jako istotę upadłą i nieszczytną.

Opowiadania Flannery O’Connor są pełne przemocy, krwi i rasistowskich przesądów, a jednocześnie jakby pozbawionych łaski bohaterów, bezwiednie oczekujących dnia Sądu Ostatecznego. Są to teksty pełne religijnego napięcia, zanurzone w katolickiej antropologii stawiającej Wcielenie w centrum czasu.

Bardzo to dziś niemodne.

Flannery O’Connor, Ocalisz życie, może swoje własne, przeł. Maria Skibniewska, Michał Kłobukowski, Warszawa: WAB, 2019.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Wojciech Chmielewski, Nie ma łaski na Południu, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 14

Przypisy