12.09.2019

Nowy Napis Co Tydzień #014 / Pięć twarzy polskiej fantastyki (oczami jej fana)

Pamięci Macieja Parowskiego

1.

Oto twarz pierwsza polskiej fantastyki, czyli konieczna, nudna teoria, bez której nie wiadomo, o czym mowa.

Fantastyka naukowa bywa piękna i fascynująca, powinna być zawsze intrygująca, ale nie jest przyjazna dla „mainstreamu”. Kiedy z okazji „conu” fani zasiadają przy „krwi fandomu” i zaczynają rozmowę o fantastyce, zapewne jest to ciąg dalszy rozmowy z poprzedniego „conu”, z Facebooka, z komentarzy pod „recką” – ale nawet jeśli nie, wymiana kilku zdań wystarczy, by wszyscy wiedzieli wszystko o sposobie, w jaki każdy z nich fantastykę pojmuje.

Wszyscy mówią jednym językiem.

Wieża Babel im nie grozi.

Nie im.

„Mainstream” to cały obszar kultury poza fantastyką, przeszłą, teraźniejszą i in statu nascendi. „Con” to konwent, najwyższa forma życia towarzyskiego fandomu: sformalizowanej grupy konsumentów fantastyki w każdym jej przejawie, natomiast „recka” oznacza fandomową amatorską recenzję. „Krew fandomu” to dobrze znane wtajemniczonym określenie… piwa. I tak dalej. „Fandom” lubi manifestować językiem swoją odrębność, a także wyjątkowość. On wie, czym jest „fantastyka” (Science Fiction, SF, SciFi, czasami SyFy, także Speculative Fiction). I wie, że nie wie tego nikt oprócz niego. Chcesz się dowiedzieć, co to jest fantastyka, zostań fanem. Choćby na chwilę i w części. Fantastyka nie istnieje wyłącznie jako książki, stojące na jakiejś półce w jakiejś księgarni, do kupienia przez każdego. Nie od blisko wieku.

Grafika ilustracyjna

Istnieją dwa podstawowe (i przeciwstawne) sposoby definiowania fantastyki: „rozszerzający” i „zawężający”. Ten pierwszy wywodzi ją z otchłani historii: od powieści gotyckiej, Verne’a, Wellsa, lub [tu wstaw dowolne nazwisko] – w oparciu o błędne przekonanie, że można fantastykę rozpoznać po elementach świata przedstawionego i/lub fabuły. Obecność zaawansowanej nauki, techniki różnej od magii miałaby oznaczać przynależność do SF, choć trzecie prawo szanowanego jej klasyka, sir Arthura C. Clarke’a, głosi, że „KAŻDA [podkreślenie KS] odpowiednio zaawansowana technika jest nierozróżnialna od magii”. Inna zasada głosi, że jeśli akcja dzieje się w przyszłości, to jest to SF. Tylko co począć z SF dziejącą się w naszej przeszłości, w historii alternatywnej albo w ogóle poza czasem, w świecie równoległym? Co począć z fantastyką naukową pozbawioną atrybutów koniecznych do uznania jej za fantastykę naukową, lecz powszechnie uznawaną za fantastyką naukową? Ktoś wie?

Łatwo także mówić, że początkiem fantastyki była, powiedzmy, powieść gotycka (od przełomu XVIII/XIX w.). Może i tak, ale dlaczego nie Savinien Cyrano de Bergerac, skoro bohater Tamtego świata (z 1657 roku) lata… rakietą? A jeśli on, dlaczego nie Lukian z Samosat i jego Prawdziwa historia (165–175), w której ma miejsce rejs statkiem na Księżyc? Literacka fantastyka mogła powstać kiedykolwiek (choćby z Gilgameszem, przed przeszło czterema tysiącami lat). Definicja rozszerzająca falsyfikuje zatem samą siebie. Mimo to będziemy z niej korzystać, bo sprawdza się w ograniczonym zakresie – jak dynamika Newtona dla małych prędkości.

Z kolei według definicji „zawężającej” fantastyka naukowa narodziła się w latach 20. XX wieku w USA, w tanich pulpowych magazynach i jest ze swej natury „literaturą pulpową” (popliteraturą) i „Genre SF” („fantastyką gatunkową”). Ma swojego ojca założyciela: Hugo Gernsbacka, pioniera krótkofalarstwa i telewizji, racjonalizatora i „gadżeciarza” niemającego pojęcia o literaturze. I to Gernsback nadał science fiction jej imię (w rzeczywistości tylko je rozpowszechnił) oraz stworzył pierwszy fandom, publikując listy od czytelników z podaniem adresów nadawców, co umożliwiało nawiązywanie „komunikacji poziomej”. Potem fantastyka (w symbiozie z fandomem) rosła w sposób organiczny, produkując mnóstwo „gatunkowych chwastów”, czyli do dziś świadczących na jej niekorzyść prostych, grafomańskich dzieł typu „przeczytaj i zapomnij”, obok których pojawiały się nieliczne arcydzieła „klasyków”: Stanisława Lema, Ursuli K. LeGuin czy braci Strugackich. I ta „fantastyka gatunkowa”, cierpiąca na kompleks źle urodzonej, ex post dorobiła sobie godnych przodków: Verne’a, Wellsa i nie tylko, a także „przytuliła” utalentowanych powinowatych, nie całkiem mieszczących się w koleinach – na przykład George’a Orwella z 1984 i Aldousa Huxleya z Nowym wspaniałym światem.

Definicja zawężająca przydaje się do opisania współczesnej polskiej SF, jednak do zastosowań praktycznych najlepiej nadają się dwie „praktyczne” definicje SF, wypowiedziane w postaci żartów przez znanych pisarzy SF. Norman Spinrad stwierdził, że „Science fiction is anything published as science fiction” („Fantastyką naukową jest to, co opublikowano jak fantastykę naukową”). W podobnym duchu wypowiedział się Damon Knight: „Science fiction is what we point to when we say it” („Fantastyką naukową jest to, na co pokazujemy palcem i mówimy: to jest fantastyka naukowa”).

2.

Oto twarz druga polskiej fantastyki, czyli odrobina nudnej historii.

W zgodzie z definicją rozszerzającą – czyli arbitralnie – polską fantastykę chętnie liczy się od Wojciecha Zdarzyńskiego życie i przypadki swoje opisującego Dymitra Krajewskiego (1785), ponieważ bohater tej historii poleciał na Księżyc balonem. Dlaczego jednak poza jej ramy wyrzucono rewelacyjny, mniej więcej współczesny powieści Krajewskiego Rękopis znaleziony w Saragossie Jana Potockiego, żywy i czytany do dziś, obecny w Internecie w formie „książki interaktywnejhttp://ha.art.pl/rekopis/00_intro.html (dostęp 1.09.2019)[1]”? Bo nie ma w nim Księżyca ani balonu? Dlaczego lot balonem na Księżyc ma być bardziej naukowy od… magii?

Do historii polskiej fantastyki nie zalicza się także romantyków z Krasińskim na czele (Nie-Boska komedia dzieje się w… przyszłości!). Nie zalicza się Lalki, choć wobec możliwości, że Wokulski wraca jednak do Geista, powieść ta doskonale realizuje topos szalonego profesora, kuszącego zawiedzionego w uczuciach, acz zamożnego entuzjastę, by zdobyć fundusze na badania. Do fantastyki nie należy nie tylko Ogniem i Mieczem (1884) noblisty Sienkiewicza, choć czyta się je jak przygodę doskonałej RPG, ale nawet wzorowo gotycki Wampir (1911) noblisty Reymonta.

W dwudziestoleciu klasyczną SF, a całkowicie pomijaną, pisał Skamandryta Antoni Słonimski (Torpeda czasu z 1923 roku i Dwa końce świata z 1937 roku). Witkacy stworzył nigdy nienazywaną fantastyką, katastroficzną wizję końca cywilizacji (Nienasycenie, 1930). Nie pomija się Trylogii księżycowej Jerzego Żuławskiego (1903–1911), ale to książka doskonale martwa, przez nikogo dziś nieczytana, wrzucana do kategorii SF jak do śmietnika.

Taka sytuacja jest specyficzna dla fantastyki w ogóle. Nie tylko polska SF nie ma historii, stanowiąc zaledwie chaotyczny zbiór autorów i tytułów, nieukładających się w żaden rozpoznawalny wzór.

3.

Oto twarz trzecia polskiej fantastyki, czyli coś się rodzi, ale nie wiadomo co.

Po wojnie socrealizm przy pierwszej okazji narzucił radzieckiego wzoru polskiej SF sztampowe zadania propagandowe. W latach 1954–1959 ukazała się Trylogia kosmiczna Krzysztof Borunia i Andrzeja Trepki. W tomie pierwszym (Zagubiona przyszłość) demoniczni kapitaliści rakietą „Celeste” uciekają z Ziemi przed panowaniem szlachetnego komunizmu. Na pokładzie rakiety też wybucha komunizm – i okazuje się zwycięski dzięki wsparciu dumnego ziemskiego „Astrobolidu”. Tomy drugi i trzeci, ProximaKosmiczni bracia, nie są aż tak nachalną agitką, rażą bardziej mnożeniem fabularnych nieprawdopodobieństw, mających prowadzić do ocalenia ludzkości przed złą obcą cywilizacją przez dobrą obcą cywilizację. Zabawne, że dziś, wyjęta ze swego złowieszczego kontekstu, Trylogia… bawi wdziękiem absurdalnej ramotki i ma swoich oddanych wielbicieli.

Stanisław Lem, nasza chluba i… legenda, jako twórca fantastyki naukowej debiutował w 1951 roku powieścią Astronauci, po której w 1954 roku ukazał się Obłok Magellana. Dziś nikt ich nie czyta, a szkoda, bo początek Astronautów wzbudziłby zachwyt zapaleńców proekologicznych, czyli nas wszystkich:

W roku 2003 zakończone zostało częściowe przelewanie Morza Śródziemnego w głąb Sahary i gibraltarskie elektrownie wodne dały po raz pierwszy prąd do sieci północno-afrykańskiej.

Ci, którym nie przeszkadzają gorsze – i gorzej napisane – fragmenty Trylogii kosmicznej, powinni uwielbiać wczesnego Lema. Nie uwielbiają. Szkoda, tym bardziej, że przygodowa część jego twórczości jak najbardziej żyje w fandomie. Czyta się chętnie Powrót z gwiazd, a Przygody pilota Pirxa budzą tak współczesne emocje, że usiłowano nawet strącić autora z piedestału za antyfeminizm i mizoginię pod zdumiewającym zarzutem, że „jedyne co Pirx potrafi, to klepnąć siostrę kolegi w tyłek”.

Twórczość uchodzącego swego czasu za konkurenta Lema – przede wszystkim dzięki znakomitym opowiadaniom ze zbiorów Wróble galaktyki (1963) i Kosmodrom (1975) oraz Kosmodrom 2 (1976) – informatyka Konrada Fiałkowskiego nie przetrwała próby czasu. Za to doskonale przetrwała ją twórczość autora za życia karygodnie lekceważonego – Bohdana Peteckiego. Jego fantastyka, choć bezpretensjonalnie, popfantastycznie rozrywkowa, zawiera refleksje nad problemami dopiero dziś naprawdę aktualnymi. Peteckiego interesowała ekologia (na przykład w Tylko cisza z 1974 roku, gdzie ludzkość zasypia na dziesięciolecia, by Ziemia mogła oczyścić się sama; są w tej powieści świetne opisy doznań człowieka, w którym błoga cisza nieskażonej natury rodzi… deprywację sensoryczną). Interesował go transhumanizm (patrz Rubin przerywa milczenie z 1976 roku, w której to książce bliżsi nam, „standardowym” Ziemianom, okazują się koloniści dostosowywani „w probówkach” do wymagań środowisk obcych planet, niż ci, którym interwencje w ludzkie ciało są ideologicznie wstrętne). Bohater zapewne najlepszej z powieści Peteckiego, to jest Stref zerowych z 1972 roku, Al, zcyborgizowany funkcjonariusz formacji „nadludzi”, od okresu płodowego kondycjonowanych do walki celem obrony ludzkości przed możliwą inwazją z kosmosu, zwycięża nie siłą, a dlatego, że… zachował nadmiar ludzkich emocji. Jest Petecki do tego stopnia żywy, że jego Al stał się bezpośrednim pierwowzorem Vuko Drakkainena, bohatera najsłynniejszego po Wiedźminie bestsellerowego cyklu polskiej fantastyki, czyli Pana Lodowego Ogrodu Jarosława Grzędowicza (2005–2012).

Bohdan Petecki, mający dziś swój aktywny fanpage, bardzo pragnął środowiskowego uznania, ale go nie doczekał, ponieważ… otwarcie deklarował lojalność wobec władzy ludowej. Choć wszyscy go czytali, nikt się do tego nie przyznawał, bo pod koniec lat siedemdziesiątych przychylność „komunie” nie była już tolerowana. Zmarł w 2011 roku.

W drugiej połowie lat siedemdziesiątych masa krytyczna fantastyki polskiej doprowadziła do wybuchu. Złożyły się na to co najmniej trzy czynniki, potęgujące nawzajem swoje wybuchowe działanieO owej burzliwej epoce opowiada szanowany tłumacz i wydawca Wiktor Bukato – zob. http://niniwa22.cba.pl/sceny_z_zycia_smokow.htm (dostęp 1.09.2019).[2]. Po pierwsze, zainteresowany czytelnik dopiero wtedy zaczął poznawać anglojęzycznych twórców SF. Książek fantastycznych wydawano wówczas żałośnie mało, zaledwie kilkanaście rocznie, lecz dzięki uporowi i kompetencjom Lecha Jęczmyka, redaktora, tłumacza i postaci dziś kultowej, były to pozycje starannie dobrane, o wysokim poziomie literackim, a także doskonale przełożone. Wyrabiały w czytelniku przekonanie, że jeśli „pop” może być aż tak literacko satysfakcjonujący, warto go bliżej poznać. Za legalną produkcją fantastyki anglojęzycznej ruszyła nielegalna, czyli obywające się bez państwowej kurateli „klubówki”. Choć żenujące poziomem, niemal pod każdym względem – wyjąwszy dobór autorów – zwiększały zasób wiedzy oraz umacniały przekonanie, że wraz z fantastyką odkrywa się cenny skarb.

Po drugie, skrzętnie wykorzystane „otwarcie na Zachód” zaowocowało u zainteresowanych wiedzą o zorganizowanym fandomie i sposobach jego działania. Polski fandom istniał wcześniej w formie larwalnej: klubów studenckich i grup towarzyskich. Grupki te miały oczywiście swych przywódców i teraz przywódcy ci zainicjowali przepoczwarzenie: rozpoczęli starania o rejestrację działalności, tak by stała się legalna, kiedy zaś się nią stała, wyszarpywali państwowe fundusze na pierwsze konwenty, które, choć maleńkie, wywołały efekt kuli śnieżnej. Fandom rósł i krzepł zdumiewająco szybko.

Po trzecie, moda na opozycyjność dała głos i zapewniła powodzenie nowemu pokoleniu autorów fantastyki, twórcom tak zwanej „fantastyki socjologicznej”. Wokół Janusza A. Zajdla, z zawodu fizyka, autora m.in Limes inferior (1982), Całej prawdy o planecie Ksi (1983) i Paradyzji (1984) zgromadziła się grupa pisarzy „zaangażowanych inaczej” – nie pro, lecz antykomunistycznie. Sam Zajdel, socjolog Edmund Wnuk-Lipiński, wizjonerski inżynier energetyk jądrowy z wykształcenia, Marek Oramus et consortes znaleźli sposób, żeby, mówiąc przysłowiowo, „zjeść ciasteczko i mieć ciasteczko”. Legalnie, za państwowe pieniądze, krytykowali „realny socjalizm” tak zjadliwie, jak im się podobało, ale akcję opisywanych historii umieszczali w fikcyjnym czasie i przestrzeni. Cenzura nie miała wyboru: musiała albo przyznać, że przodujący ustrój rozpozna się pod każdą nazwą po koszmarnych purnonsensach codziennego życia, albo udawać, że go nie rozpoznała. Twórcy „fantastyki socjologicznej” nie bywali zatrzymywani na 48 godzin, nie schodzili do podziemia – załatwiali swoje metodą kabaretową. Czytelników zaś niezmiennie bawiła ta gra i bywała rzeczywiście zabawna. Żeby usłyszeć „koalang” lub dowiedzieć się, dlaczego bezpiecznie rozmawiać można tylko chodząc do tyłu, warto przeczytać Paradyzję.

„Fantastyka socjologiczna” stała się modelem obowiązkowym. Pisarzowi wybaczano, nawet gdy był kiepski (jak sam Zajdel) pod warunkiem, że był opozycyjny.

I wreszcie na opisanym trzypiętrowym torcie nowej polskiej fantastyki pojawiła się smakowita wisienka. W październiku 1982 roku, w środku mrocznej beznadziei stanu wojennego, do kiosków Ruchu zawitał pierwszy numer profesjonalnego pisma poświęconego SF we wszystkich przejawach – „Fantastyki”. Redaktor działu polskiego, niedawno zmarły pisarz i krytyk Maciej Parowski, primus inter pares, niemal od podstaw zbudował system krytyki fantastyki literackiej, filmowej i komiksowej.

4.

Oto twarz czwarta polskiej fantastyki, czyli dorośliśmy i co dalej?

W Polsce Ludowej fantastyka rozwijała się w narzuconych ramach. Państwo, surowy ojciec, stawiało jej wymagania, nagradzało za dobro i karało za zło, a ona, niczym zbuntowana nastolatka protestowała, że się jej „nie daje”. Był to zresztą syndrom ogólnokulturowy, słynne 21 postulatów Solidarności miało przecież formę żądań – mówiono tam „dajcie nam...”, a nie „odpiep…cie się, a my już sobie poradzimy”.

Po 1989 roku trzeba było sobie radzić. Czas przyspieszył biegu, można już było gromadzić się, pisać i wydawać do woli. Przestała ważyć opinia, że fantastyką jest jeszcze „to”, ale już nie „tamto”, istotne stało się „co ja uważam za fantastykę”. Dominująca stała się „zawężająca” definicja fantastyki, a przede wszystkim ta „praktyczna” – obie zyskały należną im funkcjonalność.

Fandom urósł w siłę – i nadal rośnie. Gdzieś po drodze zmienił swój model działania, przekształcił się w „fandom 2.0”, a „cony” stały się „festiwalami”, mającymi nie kilkuset, lecz kilkanaście do kilkudziesięciu tysięcy uczestników (Pyrkon 2019 chlubi się liczbą 52 000 sprzedanych biletów i 120 000 odwiedzającychhttps://pyrkon.pl/o-pyrkonie/ (dostęp 1.09.2019)[3]). Koszty tej przemiany poniósł najbardziej tradycyjny konwent, Polcon, istniejący od 1985 roku z jedną zaledwie przerwą. W 2019 roku zakończył życie, bo przestał się opłacać. Najbardziej tradycyjna nagroda fandomu, tak zwany „Zajdel”, czyli Nagroda Fandomu Polskiego imienia Janusza A. Zajdla, ma być wręczany na którymś z małych lokalnych konwencików.

Literatura fantastyczna, zaangażowana i opozycyjna, na zmasowane natarcie rynku odpowiedziała „uderzeniem uprzedzającym” siłami członków powstałej jeszcze w 1981 roku grupy Trust, która w 1985 przekształciła się w Klub Tfurców (albo: Tfurcuf – im więcej błędów ortograficznych, tym lepiej). Tfurcy, pod wodzą Rafała Ziemkiewicza, zaatakowali Macieja Parowskiego i starą koncepcję „fantastyki problemowej”, przeciwstawiając jej „fantastykę rozrywkową”, byle dobrze napisaną. I poszli za ciosem – w 1990 roku założyli swój miesięcznik, „Fenix”, który w ciągu jedenastu lat istnienia odkrył i wypromował pisarzy jak najbardziej rozrywkowych i popularnych, między innymi Andrzeja Pilipiuka. „Fantastyka” tymczasem po przekształceniach własnościowych skurczyła się (jej nakład spadł z ponad 150 000 egzemplarzy do zaledwie kilkunastu). Wydawane pod nazwą „Nowa Fantastyka”, pismo jest cieniem samego siebie z czasów niegdysiejszej potęgi.

Zaraz po 1989 roku polska fantastyka przeszła trudne chwile, spowodowane przede wszystkim masowym napływem na rynek fantastyki angloamerykańskiej. Kiedyś, w podobnej sytuacji, fantastykę polskojęzyczną uratował przed dominacją przekładów Maciej Parowski. Pokazał, jak dobrze piszą Polacy, publikując w „Fantastyce” nr 07 (10) 1983 opowiadanie Karlgoro, godzina 18 Marka Baranieckiego, bardzo literackie i niezwykle oryginalne, doprawione wschodnią mistyką przemieszaną z czystą matematyką. U progu XXI wieku analogiczną przysługę wyświadczyło polskiej SF wydawnictwo Fabryka Słów, które po prostu zawarło uczciwe umowy z bezrobotnymi pisarzami, a następnie, dysponując własną „stajnią”, umiejętnie stworzyło „modę na Polaków”. Zajęło niszę, a potem stopniowo ją poszerzało, zdobywając czytelników w fandomie i ściągając do niego nowych konsumentów fantastyki.

Od piętnastu mniej więcej lat mamy zatem sytuację modelową – zbiór twórców fantastyki oraz zbiór jej producentów (wydawców) i zbiór odbiorców pozostają w mniej więcej stałych i stabilnych związkach. Elitę tworzą twórcy o ustalonej renomie, na ogół, choć nie zawsze, oznaczającej wysoką jakość produkcji. Wydawcy zawierają z nimi długoterminowe umowy na wyłączność i wydają wszystko, co cokolwiek ich autorzy napiszą – a to na ogół, choć nie zawsze, staje się bestsellerem.

„Ustalona renoma” pisarza, warto zaznaczyć, oznacza renomę wśród czytelników. To bowiem fandom jest „grupą trzymającą fantastykę” i choć można nim sterować za pomocą działań marketingowych, jest to zawsze ryzykowane, bo fandom bywa kapryśny i miewa swoje własne pomysły.

Członkami obecnej elity pisarskiej są niewątpliwie: Andrzej Sapkowski, małżeństwo Mai Lidii Kossakowskiej i Jarosława Grzędowicza oraz Andrzej Pilipiuk, który od czasów „Fenixa” chętnie współpracuje z byłym grafikiem tego pisma, Andrzejem Łaskim. Do elity, co ciekawe, nie należy natomiast na przykład Jacek Dukaj.

Na średnim poziomie w świecie polskiej SF znajdują się pisarze, którzy – nawet jeśli literacko znakomici – z jakiegoś powodu nie zyskali wsparcia dużego rynkowego gracza – nie mają stałych umów, migrują od wydawcy do wydawcy, przez co mają utrudniony dostęp do odbiorców. Takich autorów jest bardzo wielu. Najlepsi cieszą się świetną opinią… ale tylko w stosunkowo wąskim gronie „wtajemniczonych”. Niewielki zasięg pozbawia ich możliwości osiągnięcia największego sukcesu: „życia z pisania”. Krytyka nie jest zaś ich w stanie wspomóc, ponieważ w swej wersji kanonicznej… po prostu nie istnieje. Jej rolę przejęła blogosfera książkowa, rozdrobniona i jako całość (są chlubne wyjątki) albo niekompetentna, albo gotowa świadczyć usługi à la influencerzy z modnych ostatnio wakacyjnych dowcipów, albo wreszcie jedno i drugie naraz.

Przykładami doskonałych pisarzy „średniego poziomu”, dla których samo wydanie książki jest sukcesem, są Marcin Przybyłek, twórca serii Gamedecverse, na podstawie której powstaje właśnie gra komputerowa, i Agnieszka Hałas, autorka serii wyrafinowanej, erudycyjnej mrocznej fantasy „Teatr węży”, od lat mającej status „kultowej”, ale dopiero niedawno wydanej w jednolitej szacie graficznej. Oboje po latach tułaczki znaleźli przystań w poznańskim Rebisie.

Na najniższym poziomie znajdują się autorzy zwani „planktonem pisarskim”, tworzący dla „planktonu czytelniczego”. Można powiedzieć, że w postaci tegoż „planktonu” odżyła po wielu latach fantastyka gernsbackowska: prosta, gatunkowa i generyczna, pisana szybko, taśmowo wytwarzająca zunifikowane produkty jednorazowego użytku.

Fandom, odbiorcy fantastyki, jest jak skała – i dobrze, bo skała to jedyny materiał odpowiedni na fundamenty. Porządek pisarski został mniej więcej ustalony – nawet jeśli wymienią się nazwiska, ktoś odejdzie, ktoś kogoś zastąpi, równowaga zostanie zachowana. Ustalony jest też mniej więcej porządek wydawniczy. To wydawca w dynamicznych związkach z fandomem decyduje, co jest fantastyką: to, co wydaje jako fantastykę, pod warunkiem, że fandom pokaże palcem: „to jest fantastyka”. Modelowym przykładem takiej dynamiki jest niewielka, lecz ciesząca się zasłużonym autorytetem oficyna Powergraph Katarzyny i Rafała Kosików, potrafiąca sprzedać fandomowi twórczość Wita Szostaka, choć brakuje jej niemal wszystkich cech teoretycznie konstytuujących fantastykę. Przykład przeciwny to wspomniany wcześniej Jacek Dukaj, który – owszem – pisze fantastykę mającą wszystkie cechy jak najbardziej naukowej, lecz wydaje się w Wydawnictwie Literackim, którego fandom z SF nie kojarzy. Powoduje to, że fandom nie wskazuje go palcem jako „swojego”, lecz nazywa „postfantastą”. W „Fantastyce”, w której debiutował (nr 02 (89) 1990), był „nasz”, ale w Wydawnictwie Literackim… już nie całkiem jest.

5.

Oto twarz piąta polskiej fantastyki, czyli co z tego wynika?

Otóż „z tego” – z czterech powyższych punktów – wynika wprost, że historii i teraźniejszości fantastyki naukowej nie opisze się nigdy w sposób ostateczny, a nawet zadawalający, bowiem jest ona popliteraturą, czyli literaturą żywą – nie stanem, lecz procesem. Nie da się powiedzieć o niej, że jest tym, a tamtym nie jest, albo że tak było, jest i będzie w przewidywalnej przyszłości. Można tylko próbować uchwycić jej dynamikę. Jest jak światło, o którym nie przesądzimy, czy ma strukturę cząsteczkową, czy falową. Poza tym w dzisiejszych czasach nigdy nie występuje już samodzielnie. Jest częścią wielkiego „pola SF”, nie największą i zapewne nawet już nie najważniejszą – wystarczy wspomnieć przypadek (i powiązane z nim „aferki”) Wiedźmina: literackiego, komiksowego, filmowego, serialowego, „growego”, wreszcie znowu serialowego.

Nawet historia fantastyki jest zmienna w czasie: jedni pisarze włączani są w jej przestrzeń czytelniczym działaniem, inni z niej wypadają i mogą tylko czekać z nadzieją, że ktoś kiedyś sobie o nich przypomni.

Polska fantastyka jest zjawiskiem płynnym, którego nie sposób precyzyjnie nazwać. Pozwoliłem sobie w tym szkicu na użycie wymiennie terminów przynależnych pozornie różnym zjawiskom: fantastyka naukowa, SF i Science Fiction, ale także po prostu fantastyka w znaczeniu S(peculative) F(iction), ponieważ czuję się do tego uprawniony. Co najmniej od rewolucji 1968 roku, wraz z towarzyszącym jej odwrotem od nauk ścisłych i upadkiem ich autorytetu, konwencjonalne użycie przymiotnika „naukowa” przestało mieć znaczenie wyróżniające. Pozostało w użyciu z sentymentu do przeszłości.

Ale to już zupełnie inna fascynująca historia.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Krzysztof Sokołowski, Pięć twarzy polskiej fantastyki (oczami jej fana), „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 14

Przypisy

    Powiązane artykuły