26.09.2019

Nowy Napis Co Tydzień #016 / Poetyckie debiuty dekady #4

Niewiele jest w poezji rzeczy gorszych – i bardziej odpychających dla czytelników niemających z nią regularnego kontaktu – niż moralizatorstwo. Wszyscy to znamy – jeśli nie z codziennych lektur, to ze szkolnego kanonu czy pewnego rodzaju oficjalnych uroczystości, na których wiersz pojawia się wyłącznie w funkcji ilustracyjnej: dyżurny utwór tematyczny, przypominający o ponadczasowych rzekomo wartościach, instruujący nas o moralnych zobowiązaniach związanych z kondycją ludzką. Wiersz, który bardzo chce być „wysoki”, a jest głównie arogancki; wiersz nauczający i pouczający, który nie zostawia miejsca dla czytelnika – za to bez żenady twierdzi, że ma dostęp do fundamentalnych praw rządzących nie tylko światem w ogóle, ale międzyludzkimi relacjami w szczególności. Moglibyśmy go nazwać wierszem mądrościowym.

Taką poezję nie tylko wszyscy znamy – możemy wręcz pokusić się o przypuszczenie, że poezja tego rodzaju zawsze będzie powstawać; w każdej dekadzie, w każdym pokoleniu znajdzie się ktoś, kto zamiast walczyć ze stereotypami dotyczącymi poezji, zdecyduje się cynicznie reprodukować je dla budowania własnej pozycji.

Jednak wielu z najlepszych poetów i poetek ostatniej dekady wykształciło oryginalny poetycki głos dzięki krytycznemu, subwersywnemu przetworzeniu wybranych elementów takich stereotypowych wyobrażeń. Patos i egzaltacja w poezji mogą być na co dzień nie do zniesienia, ale z nich wyrastają niektóre z najlepszych zaangażowanych społecznie wierszy, jak u Szczepana Kopyta czy Konrada Góry; przesycenie symboliką religijną kojarzyć może się z poetyckim kiczem, dykcją nieznośnie niedzisiejszą i bezsensownie sentymentalną, ale ową symbolikę wykorzystują przecież przewrotnie młodzi anarchizujący autorzy w stylu Tomasza Bąka czy Szymona Domagały-Jakucia.

Tym młodym poetom, którzy sięgają po modelowo wysokopoetyckie, tradycyjne w jakimś sensie tropy, nie chodzi, rzecz jasna, po prostu o wskrzeszenie wymarłych dykcji. Celem takich zabiegów jest raczej znalezienie nowego sposobu komunikacji z czytelnikiem, innego języka, który – intuicyjnie zrozumiały – może okazać się bardziej dostępny i inkluzywny; chodzi o znalezienie wspólnego gruntu do rozmowy tam, gdzie może wstydzimy się dziś patrzeć.

Coś podobnego zdarzyło się w ostatniej dekadzie z ową nieszczęsną dykcją dydaktyczną, moralizatorską: nie do wytrzymania w swojej tradycyjnej formie, po rozebraniu na części pierwsze i krytycznym wykorzystaniu przez młode głosy, stała się ciekawym narzędziem budowania nowych dialogów, nowych sposobów porozumienia. Dwa spośród najlepszych przykładów takiego dziwnego dydaktyzmu – dydaktyzmu pozorowanego czy przewrotnego, niby-dydaktyzmu – znajdujemy u Ilony Witkowskiej i Kiry Pietrek: dwóch znakomitych debiutantek ostatniej dekady, które na przestrzeni kilku zaledwie lat (i dwóch tylko książek) znalazły się w gronie najbardziej oryginalnych, najważniejszych żyjących poetek języka polskiego.

***

W poezji Witkowskiej kluczową rolę odgrywa figura zwierzęcia. Rzadko pisze ona jednak wiersze „o” zwierzętach, zwierzę nie jest tu tematem (tak, jak tematem bywa zwykle dla „ekopoezji”); z drugiej strony, nie jest też po prostu alegorią, zręcznym przebraniem narzuconym na właściwe problemy czy zainteresowania autorki. Zwierzę w poetyckich miniaturach Witkowskiej to przede wszystkim sposób kwestionowania naszych komfortowych, niepisanych założeń: co do tego, na przykład, gdzie przebiega granica między ja i nie-ja, między jednostką a wspólnotą, między swoim i obcym:

przepych 

 

pani w futrze. wygląda jak wróbel.
jak same pióra, bez ptaka, zbite w kulkę.

 

podskakują w klatce, nieświadome braku.

Albo tu (oba wiersze z debiutanckiego tomu Splendida realta z 2012 roku):

 

nie mówię o sarnach

 

to dzieje się w nocy. w ruchu.
ludzie śpią i wyglądają brzydko.
eksponują stopy. mają fałdy.

 

jestem smutna i spięta. mam ze sobą lisa, ale on jest martwy.
z jednej strony widzę, jak mnożą się brzydkie, nowe kościoły.
z drugiej słyszę język, którego nie rozumiem.

 

kiedy pojawia się pole, nie rozpoznaję zwierząt, które stoją w śniegu.

Niesprawiedliwe wobec wierszy Witkowskiej – pełnych empatii i życzliwości dla każdego życia, dla życia w ogóle – byłoby powiedzieć, że zwierzę jest tu traktowane instrumentalnie. Powiedzmy więc może, że w zwierzęciu znajduje ona umocowanie właśnie dla pewnego nieoczywistego dydaktycznego odruchu – zwierzę przypomina (nie tylko czytelnikowi, ale i autorce) o tym, co problematyczne, na co dzień pomijane, przemilczane, przegapiane. Jest w pewnym sensie przeszkodą: zaburza nasze proste, wykluczające wizje świata i społeczeństwa, zmusza do otwarcia na niezbywalną i nieprzewidywalną odmienność. Zwierzę to, innymi słowy, ciągle powracające napomnienie.

Z czasem w tym samym tonie gorzko-życzliwej uwagi Witkowska wprowadza do wiersza inne postaci i figury, przede wszystkim imigranta (Kółko graniaste [w:] Lucyfer zwycięża); a w podkreślaniu milczącej i przemilczanej obecności zwierząt znajduje oczywiste przejście do perspektywy kobiecej i feministycznej. Cały czas chodzi bowiem o to, żeby przypomnieć o takich formach krzywdy i cierpienia, których zapomnienie czy zapoznanie jest warunkiem gładkiego funkcjonowania naszej codzienności. Niech za przykład posłuży wiersz z drugiej książki (Lucyfer zwycięża):

psia poduszka

 

kiedy przyjeżdżają goście, oblekam im psią poduszkę. nie
mówiłam nikomu, myślałam sobie: po co? po co ktoś ma
wiedzieć, że dwa psy spały, jadły, krwawiły, chorowały
i zdechły w tej samej pościeli, co ty teraz śpisz?

 

ale od dzisiaj chcę, żebyście wszyscy wiedzieli.

Jednak nietypowy, miękki dydaktyzm poetki nie przyjmuje nigdy formy instruktażowej – Witkowska nie tyle nakazuje, co stwierdza fakt, konstatuje obecność czegoś problematycznego. W całej jej poezji pobrzmiewa echo znanej frazy Konrada Góry (z puenty wiersza Wrocław): „Skoro już wszyscy uparliśmy się oniemieć, przysłano mnie unaocznić to państwu”.

Współczesna krytyka poezji docenia wiersze, które są wyzwaniem – tego nauczyła nas nowoczesność, ta późna i ta niewczesna. Zazwyczaj chodzi jednak o wyzwanie językowe – cenimy poezję, która stawia opór interpretacji, czytelniczym rutynom, bo wybija nas ona z językowych nawyków i automatyzmów. Wiersze Witkowskiej są wyzwaniem w nieco innym – może bardziej potocznym, może bardziej poruszającym, może rzadszym dzisiaj – sensie.

***

Wiersze Kiry Pietrek wyrastają z fascynacji bądź urzeczenia wybranymi językami czy rejestrami języka – ale, co istotne, są to zwykle rejestry w jakimś sensie groźne bądź podejrzane, dialekty hegemonicznej ideologii, którą poetka ostatecznie chce poddać krytyce. Pietrek mówi więc językiem wroga – po to, żeby w owym języku odkryć słabości, absurdy i wewnętrzne napięcia. Ale żeby zrobić to skutecznie, jej fascynacja musi być wiarygodna – musi być prawdziwa, niepozorowana.

Na przestrzeni dwóch książek autorka rozwinęła jeden z najważniejszych antykapitalistycznych i anarchizujących głosów młodej polskiej poezji – i zrobiła to, metodycznie i błyskotliwie rekonstruując logikę korpomowy, prawniczych dialektów, języka instytucji państwowych. To stałe operowanie na tyłach wroga oznacza, że Pietrek wykorzystuje dydaktyczny ton w sposób zupełnie inny niż Witkowska – jest on jednak u niej nie mniej istotny.

Nie bez powodu poetka czyni bowiem przedmiotem krytycznego przetworzenia te języki, które opierają się na różnych – bardziej i mniej bezpośrednich – formach nakazów czy instrukcji. Wyostrza, „wyciąga” z nich to, co najbardziej pokazuje ich przymusową, opresyjną, autorytarną naturę; albo pokazuje, jak to, co wydawać może się na co dzień miękkim zaleceniem czy życzliwą sugestią, w rzeczywistości jest rozkazem bądź absurdalnym, niemożliwym do spełnienia wymaganiem. Niech za przykład posłuży fragment debiutanckiego Języka korzyści (2010), jeden z dwóch pomieszczonych tam wierszy o tytule manifest:

manifest

 

zapisz się do jakiegoś ugrupowania
które wzmocni w tobie chęć przyswajania nowych wiadomości
znajdź sobie doskonałego nauczyciela
rób różne rzeczy drugą ręką
zostań wolontariuszem
podtrzymuj kontakty z bystrymi przyjaciółmi
wykonuj ćwiczenia wytrzymałościowe siłowe i oporowe
miej orgazm

Celem Pietrek jest jednak nie tyle samo wzbudzenie oporu przed takim czy innym autorytarnym językiem, co skłonienie nas do namysłu nad tym, dlaczego ten język może w ogóle funkcjonować – dlaczego ów opór nie obudził się wcześniej, albo nie jest bardziej stanowczy, albo bardziej odruchowy. Poetka zwraca też uwagę na to, co nazwać moglibyśmy nudą nakazów – chociaż języki, w których owe nakazy zostają wyrażone, są fascynujące, to gdy wyobrazimy sobie świat funkcjonujący w zgodzie z całą ich siatką czy systemem, nieuchronnie pojawia się poczucie znużenia i miałkości. Miałką figurą jest choćby „modelowy” mężczyzna z wiersza maleman:

maleman

 

na świecie są tylko trzy rzeczy warte grzechu
ferrari damskie krocze i opera

 

mocny uścisk dłoni szczere spojrzenie

 

dobę przed meczem zalecana jest wstrzemięźliwość
by zbudować w sobie napięcie skupić energię
zawierza intuicji jest arogancki
z tupetem walczy o marzenia
marzenia każdego które spełnią się nielicznym

 

nie stara się ładnie wyglądać
ani macho ani mięczak
potrafi używać kosmetyków
ale nie będzie się tym podniecał

 

już ma forsę jeszcze ma fantazję
dziś ma duże poczucie odpowiedzialności
nawet za duże

 

wie co ważne kocha i jest kochany

 

jestem fast-manem

 

nie może zostać przeciętniakiem
jego wrażliwość została ukształtowana
przez codzienną bliskość
artystycznych geniuszy

 ***

Ani Pietrek, ani Witkowska nie piszą wierszy moralizujących – przeciwnie, ich poezja opiera się na niedopowiedzeniach, na właściwie obliczonych momentach wycofania z wiersza, otwierających pole manewru dla czytelnika. Zamiast prowadzić odbiorcę za rękę, obie poetki dają mu punkt wyjścia czy odbicia – mocne konstatacje, które mają wywołać refleksję, opór, grozę, pobudzić do reakcji. Obie nie wahają się wykorzystać w tym celu tonów pozornie dydaktycznych czy wręcz autorytarnych – ale robią to w sposób od samego początku krytyczny, przewrotny, nastawiony raczej na spór niż proste „przebicie się” do czytelnika.

I chociaż obie autorki korzystają też chętnie z poetyckiej ironii – Pietrek częściej bodaj niż Witkowska – to ich grę z językami norm i napomnień można widzieć jako jeden ze sposobów, na jakie młoda poezja próbuje wyjść poza panironiczny paradygmat lat 90. Bo chociaż dydaktyczny ton nie służy u nich prostym dydaktycznym celom, to nie jest też pretekstem do dowcipu, łatwym przedmiotem oczywistej kpiny – przeciwnie, pozwala powiedzieć coś na poważnie o absurdach i kryzysach współczesnego świata.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Paweł Kaczmarski, Poetyckie debiuty dekady #4, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 16

Przypisy