24.10.2019

Nowy Napis Co Tydzień #020 / Wielka Improwizacja

Słuchowisko radiowe

2018

OSOBY:
GUSTAW
KAZIMIERZ
KIBICE
SPIKER

Czas akcji – środa trzeci maja 1967

GUSTAWOWI HOLOUBKOWI i KAZIMIERZOWI DEJMKOWI z prośbą o łaskawe wybaczenie poświęca

Autor

 

(Krakowskie Przedmieście. Przystanek autobusowo-trolejbusowy. Słychać pomruki Chaussonów, Jelczy, stukot kopyt dorożkarskiej kobyły o asfalt. Warszawa trąbi, Syrenka basuje. Nadciąga szum trolejbusu-skody.)

GUSTAW-
Jestem za stary. Dla mnie, ta propozycja przychodzi za późno.

KAZIMIERZ-
Ile pan ma lat – czterdzieści i cztery! Zresztą nigdzie nie jest powiedziane ile on ma lat… To jest nasz?

GUSTAW-
Tak, nie, pięćdziesiąt sześć nie. Nasz jest pięćdziesiąt trzy, najlepiej pięćdziesiąt trzy bis… pod sam stadion. Tam ma pętlę. Dwadzieścia lat za późno.

KIBIC-
Śmierć Hanysom… ja ich zniszczę… To jest pięćdziesiąt trzy? Panie szanowny?

GUSTAW-
Pięćdziesiąt sześć.

KIBIC-
O pan profesor… profesor Trutka. Szanowny panie profesorze. Kłaniam się nisko…

KAZIMIERZ-
Widzi pan na całym Krakowskim stoją tylko trzy pomniki – Książę Józef Poniatowski, Kolumna Zygmunta III Wazy i Mickiewicz. Król, książę – bohater i on – nauczyciel z Kowna.

GUSTAW-
No tak… ale tam jest mowa o spisku studenckim. Studenckim. A ja mam czterdzieści cztery. Przechodnie tytułują mnie profesorem a nie wołają za mną te – studenciak! Słyszał pan.

KAZIMIERZ-
Sam pan widzi – akurat – czterdzieści i cztery. Mam tyle samo… prawie.

GUSTAW-
Może Wojtek, Tadeusz, albo Damian. Dla mnie to jest naprawdę za późno.

KAZIMIERZ-
On, kiedy miał czterdzieści cztery przestał pisać. Zajął się zbawieniem narodu.

GUSTAW-
Co pan powie? Mickiewicz?

KAZIMIERZ-
Tak, Mickiewicz.

GUSTAW-
Przestał pisać? A ile lat miał jak umarł? Pięćdziesiąt sześć?

KAZIMIERZ-
​​​​​​Pięćdziesiąt siedem…

GUSTAW-
I przestał pisać, kiedy miał czterdzieści cztery? Trochę szkoda.

KAZIMIERZ-
Postawiliśmy mu pomnik za to, co napisał do czterdziestki. W sumie. Potem było już tylko gorzej. Jakby mu ktoś prąd odciął. Zresztą cały ten romantyzm… jest może ładny, ale głupi.

GUSTAW-
Głupi?

KAZIMIERZ-
Głupi. Po prostu. Te mgły, te noce, te wichry. Może w latach niewoli romantyzm spełniał swoją rolę, podobnie w czasie okupacji. Ale warunkach wolnego kraju? Jest pięćdziesiąt trzy. Jedziemy do krańcówki? Tak.

(szum hamującego trolejbusu, pneumatycznie otwieranie drzwi)

KIBIC-
Zsunąć mi się tu – panowie szlachta! Miejsce dla pana profesora! Młody! Do przodu, do przodu!

2.

(w trolejbusie)

GUSTAW-
Będzie pan tak łaskaw i poda dalej bilety nasze do skasowania.

KIBIC-
Panie profesorze, szkoda fatygi… to jest pojazd meczowy, tu kanara nie uświadczysz. Wszyscy podróżujemy za friko…

GUSTAW-
Nalegam… Pan poda… temu panu nasze bilety. Tam musi być gdzieś kasownik.

KIBIC-
Jak pan uważa. Pan profesor… szacunek. Jak pan coś powie…

KIBIC II- (śpiewa, melodia – Celito lindo)
Na dworze jest mrok,
w pociągu jest tłok
Kibice na Legię jadą
Wtem nagle ktoś wstał
Zaśpiewam ja wam
O Legii mej ukochanej…

KIBICE- (KILKUNASTOOSOBOWY CHÓR MĘSKI)-
Hej WKS do boju Legia Warszawa!
Dwie bramki Gadocha, dwie bramki Trzaskowski
I Legia ma mistrza Polski…
Hej WKS do boju Legia Warszawa!
Dwie bramki Gadocha, dwie bramki Trzaskowski

GUSTAW-
Myśli pan, że w wolnym kraju, romantyzm nie ma żadnej roli do odegrania? Panie dyrektorze?

KAZIMIERZ-
Nie. Jest bezużyteczny. Pasuje nam, jak rodowe srebra do meblościanki i regału.

GUSTAW-
Ale to w końcu rodowe srebra, nasze – innych nie mamy.

KAZIMIERZ-
Niestety. Należy nad tym ubolewać. Zamiast porządnych dramatów, dramaty narodowe. Zamiast powieści, wierszowany opis życia szlachetków. Rzeczywiście, to jest jak srebra rodowe, ani tego używać, ani sprzedać. Pokazać za granicą. Niezrozumiała, wsobna kultura. Reżyseruję w Essen. Niemców wszyscy rozumieją. Nas nikt.

3. (NA STADIONIE. SPIKER odczytuje składy drużyn, początkowo, gdy wyczytuje nazwiska przyjezdnych towarzyszą temu gwizdy. Przy zawodnikach gospodarzy – oklaski, okrzyki entuzjazmu. Dla porządku przypomnę oczywistość – ulubieńcami kibiców Legii są w tej historycznej chwili: Władysław Grotyński, Lucjan Brychczy, Janusz Żmijewski. Natomiast Kazimierz Deyna gra dopiero siódmy mecz w Legii, jeszcze nie zdobył żadnej bramki, jest nieznanym nowicjuszem.)

SPIKER-
Z numerem siódmym Stanisław Ślusarek, z numerem ósmym Stanisław Szymczyk, z numerem dziewiątym Stanisław Dawidczyński, z numerem dziesiątym Antoni Zuśka i z numerem jedenastym Krzysztof Hausner. Trenerem drużyny Cracovii jest Adam Niemiec. Drużyna gospodarzy WKS Legia Warszawa wystąpi w następującym składzie. W Bramce z numerem pierwszym Władysław Grotyński… z numerem drugim Horst Mashelli, z numerem trzecim Jacek Gmoch, z numerem czwartym Feliks Niedziółka. Z numerem piątym Antoni Trzaskowski. Z numerem szóstym Bernard Blaut.

KAZIMIERZ-
Wie pan, dlaczego tu jestem, dlaczego przyszedłem z panem na mecz? Mecz tej pańskiej Cracovii.

SPIKER-
Z numerem siódmym Janusz Żmijewski… z numerem ósmym…

GUSTAW-
Nie mam pojęcia, panie dyrektorze. Nie chodzi pan na mecze futbolowe?

SPIKER-
Wiesław Korzeniowski, z numerem dziewięć wystąpi Lucjan Brychczy, kapitan drużyny.

KAZIMIERZ-
Nie, nie chodzę… Jestem reżyserem. Nie cierpię improwizacji. Nieprzewidywalnych zdarzeń w widowisku.

SPIKER-
Z numerem dziesięć Kazimierz Deyna.

KAZIMIERZ-
Co powiedział? To jakiś kawał? On podał moje nazwisko?

SPIKER-
Z numerem jedenastym zobaczymy Roberta Gadochę.

GUSTAW-
To było chyba trochę inaczej. Jakby Dejna, Kazimierz, ale Dejna.

KIBIC-
Deyna. Młodziak, jeszcze nic nie pokazuje. Apostel to jest gracz…

GUSTAW-
Nie chodzi pan?

KAZIMIERZ-
W życiu, skądże znowu. Raz Ludwik… Benoit zaciągnął mnie na ŁKS, żebym zobaczył jak się bawi proletariat. To poszedłem – Veni, vidi. Nic ciekawego.

SPIKER-
W rezerwie pozostają…

GUSTAW-
To dlaczego pan tu przyszedł…?

KAZIMIERZ-
Jak to dlaczego? Przyszedłem tu, ponieważ z panem, proszę pana, nie można się normalnie wódki napić.

GUSTAW-
Panie dyrektorze, no bez przesady, czasem kieliszeczek wypiję, no dwa.

KAZIMIERZ-
Nie, ja pana nie potępiam. W pracy to nawet wolę mieć do czynienia z aktorami niepijącymi. O ile tacy istnieją.

GUSTAW-
Ja istnieję. I Zdzisław.

KAZIMIERZ-
O – Zdzisław. Nie uważam niepijących za ludzi nudnych czy podejrzanych. Tu jednak chodzi o rolę główną. Kluczową. U Szekspira ta rola byłaby rolą tytułową.

SPIKER-
Sędzią głównym zawodów jest Stanisław Kania, na liniach wspomagają go Józef Czyrak i Janusz Mościcki. Sędziowie reprezentują Poznański Związek Piłki Nożnej.

KAZIMIERZ-
Pomyślałem, że wspólne obejrzenie meczu futbolowego może nam zastąpić wódkę.

GUSTAW-
Myśli pan? Dość zajmująca kombinacja.

KAZIMIERZ-
Uznałem, że skoro nie ma sensu iść z panem do Spatifu, a burdel, ten przybytek upokarzania kobiet, socjalizm szczęśliwie zlikwidował…

GUSTAW-
Szczęśliwie?

KAZIMIERZ-
Oczywiście. Likwidacja burdeli to przecież największe osiągnięcie Polski ludowej.

GUSTAW-
Ciekawe. Nigdy nie myślałem o tym w tych kategoriach.

KAZIMIERZ-
W tej sytuacji, uznałem, że stadion będzie najwłaściwszym miejscem. Mamy rozmawiać o roli Gustawa-Konrada w Dziadach Adama Mickiewicza. Pan wykona tę rolę w mojej reżyserii na scenie Teatru Narodowego.

GUSTAW-
Rzeczywiście, wobec nieistnienia burdelu, stadion wydaje się być najlepszym miejscem na tę rozmowę. Akceptuję pański tok rozumowania. I doceniam poświęcenie.

KAZIMIERZ-
Cieszę się, dla dobra teatru jestem w stanie znieść bardzo dużo, nawet mecz piłkarski. No i?

GUSTAW-
Cóż, dyrektorze, rola Gustawa-Konrada jest najbardziej pożądaną rolą w całym polskim repertuarze. Jestem dumny, że mi ją pan zaproponował. Marzyłem o niej. Dwadzieścia lat temu.

KAZIMIERZ-
Widzi pan. Kto mówi, że marzenia się nie spełniają? Taka jest siła naszego ustroju.

GUSTAW-
Więcej. Przygotowałem Wielką Improwizację na egzamin do szkoły aktorskiej.

KAZIMIERZ-
Świetnie! Jest więc pan gotów. I rola gotowa. Mogę iść do domu. To do widzenia.

GUSTAW-
Pan siada. Nie, no nie jestem gotów, przecież to było zaraz po wojnie.

KAZIMIERZ-
Tym lepiej. Po dwudziestu kilku latach ma pan ją ułożoną, osadzoną. Życzę szczęścia panu i sukcesu pańskiej drużynie. Pan jest za Cracovią? Czy za Legią?

GUSTAW-
Całe życie za Cracovią. Dyrektorze, jesteśmy dorośli. Przyszliśmy tu, żeby rozmawiać otwarcie. Otwarcie powtarzam po raz kolejny – jestem za stary. Propozycja zaszczytna, ale spóźniona. To muzyk wirtuoz może grać, kiedy chce i
 co chce. Aktor jest ograniczony. Pod tym względem. Zaznaczam.

KAZIMIERZ-
Nie musiał pan zaznaczać. Wbrew plotkom nie uważam, że dupa jest do srania, a
 aktor jest do grania.

GUSTAW-
To dziwne. Ja tak uważam. Co jak co – ale dupa ma bardzo określoną funkcję. Aktor, cóż – podobnie.

KAZIMIERZ-
Oczywiście. A jak ja powiedziałem?

Ryk stadionu – JEEEST!

GUSTAW-
Bramka!

KAZIMIERZ-
Tak? A kto strzelił?

GUSTAW-
Jedenastka… Gadocha chyba.

SPIKER-
W szóstej minucie gry, bramkę dla Legii zdobył Robert Gadocha, oznaczony numerem jedenaście. Legia Warszawa – Cracovia jeden do zera.

KAZIMIERZ-
To ci, w pasy, to jest Cracovia?

GUSTAW-
Tak, przed wojną mówiło się pasiaki. A teraz częściej słyszy się – pasy.

KAZIMIERZ-
Pana drużyna przegrywa, to dlaczego pan bije brawo?

GUSTAW-
Ładna akcja, młody, ten właśnie Deyna minął dwóch graczy Cracovii i podał na skrzydło, Gadocha kiwnął obrońcę i strzelił po ziemi.

KAZIMIERZ-
Ale przecież pan jest kibicem Cracovii…

GUSTAW-
To nie ma znaczenia. W teatrze oklaskuję zarówno Hamleta, jak i
 Klaudiusza. I na pańskiej premierze będę oklaskiwał wszystkich aktorów. Gustawa – Konrada i Senatora Nowosilcowa. Chyba, że obsadzi mnie pan w roli Sowietnika… a może w poślednim diable. Wtedy nie będę klaskał, będę się kłaniał. Na przykład mogę zagrać tego niedojdę, który fuszeruje całą sprawę Belzebubowi – tego, który nie wytrzymuje i krzyczy – Carem!

KAZIMIERZ-
Niestety, nie zagra pan żadnej z tych ról.

GUSTAW-
Krzyknę – żeś Ty nie ojcem świata, ale… carem!

KAZIMIERZ-
Właśnie tak nie powinien tego pan mówić.

GUSTAW-
Jak? Co – ja źle powiedziałem?

KAZIMIERZ-
Tak trochę, było, wie pan, jak zwykle to grają. Zachwycony sobą onanista, staje mu do wewnątrz. Tak to do tej pory grali…

GUSTAW-
Przesadza pan…

KAZIMIERZ-
Przesadzam? Nazywam rzeczy po imieniu. Pan zagra Gustawa – Konrada inaczej.

GUSTAW-
Nie.

KAZIMIERZ-
Nie? Co znaczy to nie? Nawet gdyby pan chciał, to nie ma pan warunków by zagrać porządną egzaltację. Nieznośnego patosu też pan nie potrafi zagrać. Pan zapewne myśli, że partia nie proponuje panu recytacji rewolucyjnych wierszy, bo jest pan bezpartyjny?  

GUSTAW-
Nie myślałem o tym. Być może dlatego nie otrzymuję takich propozycji.

KAZIMIERZ-
Nie, nie biorą pana, bo pan nie umie.

GUSTAW-
Ja?

KAZIMIERZ-
Pan. Pana twarz się nie rozświetla i pan się nie zachwyca. Nie potrafi się pan podniecić całym ciałem. Zapalić to pan może tylko carmena.

GUSTAW-
Palę Dunhille. Z Pekao. Pan się poczęstuje. Właśnie – przyznaje pan, dyrektorze, że jako aktor jestem ograniczony. Ostatnio polubiłem też słowo podtatusiały.

DEJMEK-
Dunhill. Niezłe. Dziękuję. Podtatusiały – też niezłe.

GUSTAW-
Obaj wiemy, że podtatusiały Gustaw-Konrad to nonsens. Jestem aktorem charakterystycznym, średniego pokolenia. Podtatusiałym.

KAZIMIERZ-
Właśnie takiego Konrada chcę. Chcę pana. Jest pan najlepszym polskim aktorem. W każdym razie w moim teatrze. I nie będzie pan grał diabła-raptusa ani Sowietnika, który wypowiada sześć kwestii. Pan mi zagra Gustawa-Konrada.

GUSTAW-
Panie dyrektorze, mam dwie córki, mieszkam w alejach Ujazdowskich, mam samochód. Jestem zadowolony z życia. Chwilami jestem, wstyd powiedzieć – szczęśliwy. Jak ja mam powiedzieć Wielką Improwizację? Monolog ambitnego, głodnego sławy poety, który akurat przebywa w więzieniu.  Jak mam to zagrać?

KAZIMIERZ-
Oczekuje pan szczerej odpowiedzi?

GUSTAW-
Szczerej, oczywiście.

KAZIMIERZ-
Nie wiem. Nie mam pojęcia.

GUSTAW-
Jak to – pan nie wie?

KAZIMIERZ-
Po prostu – nie wiem. Nie lubię romantyzmu, nie znoszę wręcz. Moja rodzina nigdy nie posiadała rodowych sreber. Nie chcę tego reżyserować.

GUSTAW-
To się świetnie składa, pan nie chce reżyserować, ja nie chcę grać.

KAZIMIERZ-
Niestety – jako dyrektor Teatru Narodowego nie mogę tego nie wyreżyserować. Kordiana, Dziadów, pewnie Nie-Boskiej. Bez tego nie nadaję się na dyrektora narodowej sceny.

GUSTAW-
Świetnie się pan do tego nadaje. Między nami mówiąc dyrektorze.

KAZIMIERZ-
Namawiali mnie na te Dziady wszyscy. Oni też.

GUSTAW-
Oni?

KAZIMIERZ-
Tak. Nawet oni. Nie mogłem się dłużej uchylać. Kordiana wymęczyłem, ale Dziady to zupełnie odmienna historia. Pan wie. Nie ma takiej drugiej sztuki na świecie.

GUSTAW-
Ja wiem.

KAZIMIERZ-
Konstrukcja leży, nie wiadomo, kto jest bohaterem. Bohater przez większość sztuki przebywa za kulisami. Snuje się, snuje po scenie, snując mnóstwo dygresji.

W tej sytuacji reżyser nie ma wyjścia – musi się oprzeć na wybitnych wykonawcach. Od razu pomyślałem o panu.

GUSTAW-
Ja bym się tej reżyserii nie podjął.

KAZIMIERZ-
Pan nie żartuje. Od razu pomyślałem, że pan będzie wiedział, jak to zagrać.

GUSTAW-
Palę Dunhille, nie mogę zagrać głodnego, samotnego, więzionego! Po prostu nie mogę.

KAZIMIERZ-
Właśnie dlatego pan zagra Konrada. Chcę, żeby zagrał go pan inaczej.

GUSTAW-
Inaczej? To znaczy jak?

KAZIMIERZ-
Nie wiem. Może tak, jak to jest napisane.

GUSTAW-
Wszyscy grają tak, jak jest napisane.

KAZIMIERZ-
Nie. Nikt jeszcze nie zagrał tego jak należy.

GUSTAW-
A jak należy?

KAZIMIERZ-
Nie mam pojęcia. Ale jeśli ktoś ma szansę powiedzieć Wielką Improwizację jak należy, to jest to pan.

GUSTAW-
To jest akurat dość proste. Trzeba tylko pamiętać, że tytuł – Wielka Improwizacja jest największym kłamstwem w całej polskiej literaturze.

KAZIMIERZ-
Tak? Tak pan uważa?

GUSTAW-
Oczywiście. To nie jest improwizacja. To jest tekst doskonale skonstruowany, logiczny, bezbłędny. Dlatego aktor nie może tego grać, jakby w tej właśnie sekundzie doznał iluminacji. Jakby spłynęło na niego natchnienie i poszedł… a po dobrym kwadransie klepania rymów i wykrzykiwania wykrzykników pada na twarz. Bez sił, bez ducha…

KAZIMIERZ-
A jak to grać?

GUSTAW-
To jest proste. Trzeba to zagrać tak, żeby widz, słuchacz zrozumiał, że aktor wypowiada jego uczucia, jego myśli. Każdy wie, że świat mógłby być lepszy, nasze życie powinno być lepsze. I że dobry pan Bóg mógłby się bardziej starać.

KAZIMIERZ-
Tak? Myśli pan, że na przykład tutaj, na tym stadionie ktoś oprócz nas myśli o
 tym, jak urządzony jest świat?

GUSTAW-
Nie mam pewności. Ale myślę, że tak. Inaczej sztuka nie miałaby sensu. To trzeba opowiadać, nie recytować.

KAZIMIERZ-
Opowiadać? Co opowiadać?

GUSTAW-
Weźmy pierwsze zdanie – „Samotność… cóż po ludziach, czym śpiewak dla ludzi?”. Zwykle interpretuje się to – Jestem cudowny, pocałujcie mnie w dupę.

KAZIMIERZ-
A według pana, co to znaczy?

GUSTAW-
Posłuchajcie ludzie, gdybyśmy nauczyli się słuchać siebie nawzajem, to może byłoby nam lepiej na tej ziemi.

KAZIMIERZ-
To jest niuans interpretacyjny. Psychologizowanie.

GUSTAW-
Nie. To jest fundament. On nie jest egotykiem. Rzeczywiście kocha naród. To jest prawda, że za miliony… Zresztą ma pan rację, to jest ponad siły. Ponad moje siły.

KAZIMIERZ-
Proszę kontynuować – „Gdzie człowiek, co z mej pieśni całą myśl wysłucha[…]”

GUSTAW-
Ma pan rację. To jest monolog na ponad dwadzieścia minut. Mam być sam na scenie? I mówić przez dwadzieścia minut? Kto to wytrzyma?

KAZIMIERZ-
Nie wiem. Tak na marginesie – Konrad nie jest sam w swojej celi.

GUSTAW-
No tak, są tam diabły, anioły. Słyszy głosy. Dwadzieścia minut mówię, a parę koleżanek i kolegów dogaduje mi z boku. Zaiste – bardzo to zajmujące.

KAZIMIERZ-
Tam jest jeszcze ktoś.

GUSTAW-
Nie, nie ma nikogo. Diabły, anioły, duchy. I Konrad.

KAZIMIERZ-
Konrad ma partnera w tej rozmowie.

GUSTAW-
Kogo? Boga? To pan jednak wierzy? W Boga?

KAZIMIERZ-
To nie ma nic do rzeczy. Tam jest On. On tam jest. W sensie fundamentalnym. Teatralnym. Aktor gra dwie role – Gustawa-Konrada i Boga. On musi z nim rozmawiać. Bez tego nie mamy tej sceny.

GUSTAW-
Rozmawiać? Chyba mówić do niego?

KAZIMIERZ-
Rozmawiać. Zapewne wie pan, czym jest modlitwa?

GUSTAW-
Aktor wybiera jeden punkt i zwraca się w jego kierunku z wykrzyknikami – „Milczysz […] milczysz!”. Tak grają to wszyscy. Wszyscy, których widziałem.

KAZIMIERZ-
Jeśli widzowie nie będą patrzyli tam, gdzie pan zdecyduje, że pan tam widzi Boga… to nie mamy tego przedstawienia.

GUSTAW-
I kto to mówi? Pan, członek partii marksistowskiej, ateista.

KAZIMIERZ-
Pan mnie niepotrzebnie osądza. Pod koniec okupacji chciałem wstąpić do klasztoru. Do Bernardynów.

GUSTAW-
Doprawdy? I co się wydarzyło? O ile wiem, nie jest pan zakonnikiem. Panie dyrektorze.

KAZIMIERZ-
Ojczulek spowiednik poprosił mnie, bym zaczekał do końca wojny.

GUSTAW-
I co?

KAZIMIERZ-
Nic. Wojna się skończyła, jak pan wie.

GUSTAW-
Stracił pan wiarę?

KAZIMIERZ-
Słucham?

GUSTAW-
Proszę mi wybaczyć. Czy stracił pan dar wiary?

KAZIMIERZ-
Tak. Tak. Straciłem dar wiary. Kiedyś Bóg był dla mnie równie rzeczywisty jak ten stadion. A nawet bardziej rzeczywisty – moja wiara była istotna i intensywna. Dawała mi poczucie osadzenia. Zakotwiczenia. Rozumiemy się?

GUSTAW-
Tak, chyba pana rozumiem. Zakotwiczenie.

KAZIMIERZ-
W świecie. Osadzenie w Kosmosie. Teraz czasem teatr, moja praca, daje mi takie momentalne, chwilowe zakotwiczenie. Na mgnienie oka przestaję być przelewany z pustego w próżne. Takie tam rozterki człowieka dwudziestego wieku. Chyba mnie pan nie rozumie?  

GUSTAW-
Obawiam się, dyrektorze, że niestety rozumiem. Podróżny bez biletu, bez miejscówki. Pędzący ekspresem z nicości w nicość. Ja to tak nazwałem. Na swój prywatny użytek.

KAZIMIERZ-
O… ale, pan patrzy!

Ryk stadionu –  JEEST!

SPIKER-
W trzydziestej siódmej minucie gry drugą bramkę dla warszawskiej Legii zdobył grający z numerem dziewiątym kapitan drużyny Lucjan Brychczy. Stan meczu dwa do zera dla Legii.

GUSTAW-
Palę Dunhille. Proszę bardzo, pan się częstuje. Nie mogę zagrać człowieka pozbawionego praw, ojczyzny, człowieka, który nie ma nadziei.

KAZIMIERZ-
Dla mnie zbyt aromatyczne. Ale przecież pan pamięta…

GUSTAW-
Co pamiętam?

KAZIMIERZ-
Był pan w Powstaniu?

GUSTAW-
Nie… Jestem z Krakowa.

KAZIMIERZ-
Ale coś pan pamięta? Każdy z nas coś pamięta. Obóz, łagier, powstanie, front, szafę, piwnicę. Do wyboru, do koloru. Nasi sąsiedzi…

GUSTAW-
Byłem w obozie jenieckim w Niemczech, potem przewieźli nas do Torunia. Umierałem z głodu, w trzydziestostopniowym mrozie. To mam pamiętać?

KAZIMIERZ-
To znaczy, że pan pamięta. Coś więcej? Każdy pamięta więcej.

GUSTAW-
Potem gruźlica. Gruźlica próbowała mnie zabić przez szesnaście lat.

KAZIMIERZ-
I co?

GUSTAW-
I nie zabiła. Cudem.

KAZIMIERZ-
Zło… zło dotknęło każdego z nas. Zło z natury swej jest niepojęte.

GUSTAW-
Słucham? Nie rozumiem.

KAZIMIERZ-
Rozumie pan. Zło jest niepojęte. Każdy normalny człowiek jest przekonany, że zło na świecie jest zbędne. Wszelka satrapia, niewolenie ludzi, zabijanie. Moglibyśmy się bez tego spokojnie obyć.

GUSTAW-
Myśli pan?

KAZIMIERZ-
Myślę. Na dobrą sprawę nie ma żadnego istotnego powodu, abyśmy nie stworzyli mądrej, roztropnej i czułej wspólnoty. Widzi pan jakiś rozsądny powód, aby ludzie skakali sobie do gardeł? Żywności jest dość, przestrzeni dość.

GUSTAW-
No, ja widzę, panie dyrektorze, że pan jednak wierzy…

KAZIMIERZ-
Nie, nie wierzę. Jestem materialistą, marksistą do pewnego stopnia.

GUSTAW-
To nieważne, jak pan siebie nazywa. Ale pan wierzy w ludzkość… to ciekawe.

KAZIMIERZ-
Tak, to ciekawe. Rzeczywiście, bardzo ciekawe. Uważam, że humanizm, wiara w
 człowieka jest naszą jedyną szansą.

GUSTAW-
Wie pan, patrząc na świat z perspektywy choćby przeżyć naszego pokolenia, chyba łatwiej jest wierzyć w miłość Boga niż w mądrość ludzkości. Pan wybaczy…

KAZIMIERZ-
Wiem, wojna, okupacja, obozy, to wszystko, co stało się na wschodzie… pan wie…

(Ścisza głos)

GUSTAW-
Możemy mówić otwarcie, jesteśmy na stadionie. Kraina biała, pusta i otwarta.

KAZIMIERZ-
Nieważne.

GUSTAW-
Nieważne?! Pan to mówi? Pan, słyszałem, był w partyzantce?

KAZIMIERZ-
Miałem osiemnaście lat, to byłem w partyzantce. Wszyscy szli. Chciałbym zapalić tego pańskiego. Dunhilla. Skoro palenie Dunhilli jest dla pana źródłem nadziei. Może i ja coś poczuję.

GUSTAW-
Proszę bardzo. Nie chodzi o nadzieję. Raczej dodają mi otuchy. Te angielskie papierosy. Jest gdzieś Anglia, gdzie można mówić i myśleć. Tam podobno można nawet chcieć.

KAZIMIERZ-
Dziękuję. My też możemy mówić. Jesteśmy artystami, ludźmi teatru.

GUSTAW-
Oprócz teatru jest jeszcze cała reszta. Zresztą w teatrze aktor kłamie. Musi kłamać, udawać.

KAZIMIERZ-
I właśnie dlatego czasem jest nośnikiem prawdy.

GUSTAW-
Tak pan myśli? Strzelałem do Niemców. Byłem ochotnikiem w trzydziestym dziewiątym. Poszedłem, wszyscy szli. Nie widziałem ludzi, do których strzelam. Do nas też pruli z cekaemów. Też nie widzieli pewnie, do kogo strzelają. Koledzy, ochotnicy jak i ja, nie wszyscy wrócili. Pan strzelał?

KAZIMIERZ-
Nie mogę tego zapomnieć.

GUSTAW-
Ja też nie potrafię zapomnieć. Nawet nie próbuję. Czy do pana strzelano?

KAZIMIERZ-
Nie wiem, jakim cudem po tym wszystkim zostałem artystą. Jak to się stało?

GUSTAW-
Właśnie dlatego zostałem artystą, po tym wszystkim. Chciałem zrobić wszystko, żeby było inaczej.

KAZIMIERZ-
Tak, żeby lepiej urządzić świat, mieć rząd dusz.

GUSTAW-
Poszedłem do teatru, tam były egzaminy. Strasznie się rozpłakałem przy Słowackim i Tuwimie. Głodny byłem i bałem się. Przyjęli mnie. Człowieka, który recytując wiersze płakał. Ciągle się tego wstydzę – to było, fatalne, żenujące. Dziś takich kandydatów wyprasza się z egzaminu. Wtedy było inaczej. Może dlatego, że trwała jeszcze wojna.

KAZIMIERZ-
Rozumiem, pan chce powiedzieć Wielką Improwizacją właśnie o tym, co pan przeżył. Ci młodzi ludzie, tu, na stadionie, tego nie pamiętają.

GUSTAW-
Nie chcę jej powiedzieć. Nie chcę mówić o bólu i rozpaczy, utracie nadziei.

KAZIMIERZ-
Dla tych tu młodych świat zaczyna się każdego ranka i każdego wieczora umiera. By obudzić się na nowo następnego ranka… My – ludzie teatru musimy…

GUSTAW-
Musimy. Tak, musimy. Bezwzględnie musimy.  Muszę zagrać senatora Nowosilcowa. Bardzo chętnie. Postać złożona psychologicznie, motor akcji, psychopata, hedonista, człowiek lękliwy, piękna partytura… cudownie to panu zagram.

KAZIMIERZ-
Bardzo dobry pomysł. Tylko Nowosilcow nie opowie, jak to jest mieć siedemnaście lat i umierać na mrozie z głodu.

GUSTAW-
Miałem szesnaście lat wtedy.

KAZIMIERZ-
Szesnaście, jeszcze lepiej. Wielką Improwizacją pan to powie. I zapyta się pan pana Boga – dlaczego odwrócił się plecami? Dlaczego to wszystko go nie obeszło? Dlaczego nie zesłał na Niemców dziesięciu plag, choćby jednej plagi…?

GUSTAW-
A ich to coś obejdzie? Tych ludzi tutaj?

KAZIMIERZ-
Nie? To niech pan zapyta Boga o deszcz.

GUSTAW-
O deszcz?

KAZIMIERZ-
Niech go pan zapyta, dlaczego we wrześniu trzydziestego dziewiątego nie spadła w Polsce ani jedna kropla deszczu. Oni zrzucali bomby a domy płonęły jak słoma. A potem była ta syberyjska zima, a my w tych spalonych domach…

GUSTAW-
Panie dyrektorze, spokojnie. Po co ja mam im to opowiadać? Niektórzy z nich mają skutery. Widział pan? Na mecz przyjechali na skuterach.

KAZIMIERZ-
Właśnie tym na skuterach ma pan to opowiedzieć. Jak to jest – być samotnym, więzionym.

GUSTAW-
Im mam przekazać mój ból i mój strach, i moją rozpacz? Dlaczego oni mają to czuć? Niech żyją sobie jak żyją. Mogę im tylko zazdrościć. Nie pamiętają. I dobrze.

KAZIMIERZ-
Nie, na to nie ma zgody. Ludzie nieznający historii skazani są na jej powtarzanie.

GUSTAW-
Skąd pan to zaczerpnął? Tę formułkę?

KAZIMIERZ-
Nie wiem, tak się mówi.

GUSTAW-
Zresztą wtedy nie czułem, że samotny, więziony mam jakąś siłę. Siłę wystarczającą, aby obalać trony. Kto pamięta trzydziesty dziewiąty, nie może poważnie traktować przeżyć Gustawa-Konrada. Nieszczęśliwa miłość, aresztowanie, wyjazd do Rosji… To pieszczoty, nie represje.

KAZIMIERZ-
To niech pan to powie.

GUSTAW-
Ja? Właśnie dla nich, dla tych młodych ludzi powinien pan obsadzić Konrada ich rówieśnikiem. Czy ja wiem…? Może Faraon? Może ten młody, który grał w
 Popiołach?

KAZIMIERZ-
Tak… świetne propozycje. Szczerze mówiąc, jeśli pan nie zagra Konrada, to trzeba się zastanowić się, czy w ogóle nie wywalić Wielkiej Improwizacji.

GUSTAW-
Jak to? To niemożliwe. Jesteśmy teatrem Narodowym.  

KAZIMIERZ-
Skreślić. Tekstu mniej, głowie lżej. Wysokość gaży nie ulega zmianie.

GUSTAW-
Skreślić Wielką Improwizację?

KAZIMIERZ-
Tak. Przecież pan to sam powiedział.

GUSTAW-
Nie mówiłem nic podobnego.

KAZIMIERZ-
Mówił pan – aktor, sam jeden na scenie. Szwendają się te diabły i anioły, coś tam dogadują, ale tak naprawdę on ma sam jeden trzymać ludzi za twarz przez dwadzieścia minut. To jest wieczność. Który aktor temu podoła? Jeśli nie pan, to kto?

GUSTAW-
Czy ja wiem?

KAZIMIERZ-
A kto ma wiedzieć? Dobrze, że pan już przestał wymieniać tych młodych zdolnych. Dalej – do czego doprowadza scena Wielkiej Improwizacji?

GUSTAW-
Do egzorcyzmów. To ja bym pięknie zagrał, na przykład jako ksiądz Piotr.

KAZIMIERZ-
Nie, nie księdza Piotra musi zagrać aktor partyjny.

GUSTAW-
Słucham?

(Głośny gwizdek sędziego)

SPIKER-
W tej chwili sędzia główny zawodów zakończył pierwszą połowę spotkania. Legia Warszawa prowadzi z Cracovią dwa do zera.

(Ruch dookoła, ludzie wstają, ruszają do bufetów, toalet)

KIBIC II-
Zygmunt! Zygmunt!

GUSTAW-
Księdza ma grać członek PZPR?

KAZIMIERZ-
Właśnie. To jest istota aktorstwa. Aktor nie powinien się wcielać, przeżywać. Ma grać. Ja też grałem, Lenina. A nie mam z nim nic wspólnego.

GUSTAW-
Ja – Dzierżyńskiego. Też się nie poczuwam.

KAZIMIERZ-
No to się rozumiemy. Nikt nie oczekuje od Rubinsteina, że stanie się fortepianem.

GUSTAW-
Nie, może nie… Ale skreślić Wielką? To o czym będą te Dziady?

KAZIMIERZ-
Egzorcyzmy, dla mnie jako materialisty, są nie do przyjęcia. Nauka nie uznaje istnienia duchów. Więc nie ma także opętania, a co za tym idzie – egzorcyzmów.

GUSTAW-
Jeśli nie mamy do czynienia z opętaniem, to co się przytrafiło Konradowi w celi? Niech pan to określi – lapidarnie i naukowo?

KAZIMIERZ-
Zwariował. Miał atak epilepsji. Bredził…

GUSTAW-
A diabły i anioły?

KAZIMIERZ-
Też nie istnieją. Nie latały nad Oświęcimiem i nie fruwały na Kołymie. Nie ma ich. To jego omamy.

GUSTAW-
Omamy?

KAZIMIERZ-
Halucynacje. Jako praktycy teatralni wiemy, że sceny z wariatami są bardzo zabawne, pobudzają, a czasem budzą publiczność. Pod warunkiem, że są krótkie.

GUSTAW-
Żartuje pan dyrektorze?

KAZIMIERZ-
Nie. W Kordianie najlepsze sceny to te w domu wariatów. A w Hamlecie z kolei – scena szaleństwa Ofelii, proszę pana, gdyby pan widział Modrzejewską…

GUSTAW-
Pan też nie widział Modrzejewskiej… dyrektorze. Ale Dziady bez Wielkiej Improwizacji nie istnieją. I rola Gustawa-Konrada przestaje istnieć.

KAZIMIERZ-
Dlaczego pan się tym przejmuje? Przecież chce pan grać Nowosilcowa. Bez Wielkiej Improwizacji Gustaw-Konrad schodzi na drugi plan, głównym bohaterem staje się Senator. Pan w tej roli osiągnie niewiarygodny sukces. Przebiegły, ambitny i umie się zabawić… on jest motorem intrygi… wszystko prawda. Jeśli w Dziadach jest intryga, to jej autorem jest Nowosilcow i jego kamaryla.

GUSTAW-
Bez Wielkiej Improwizacji nie ma Dziadów. To jest sztuka o Gustawie-Konradzie. On jest protagonistą.

KAZIMIERZ-
Niech pan spojrzy na tych żołnierzy. Tych tam na dole trybuny. Ich tu przyprowadzają całymi plutonami. Tak jak do teatru.

GUSTAW-
Frekwencja stoi wojskiem i szkołami.

KAZIMIERZ-
Może niektórzy z nich interesują się piłką nożną, teatrem – żaden. I co? Dla nich będzie się pan mierzył z Bogiem? Skreślę Wielką Improwizację i po krzyku.

GUSTAW-
Nie ma Dziadów bez tych słów. Ludzie chcą usłyszeć – „Samotność – cóż po ludziach, czym śpiewak dla ludzi?”.

Tak jak chcą usłyszeć hejnał w południe…

KAZIMIERZ-
Proszę posłuchać. Zagramy trzecią część, jako dramat właściwie kryminalny. Polityczno-kryminalny, w stylu czy ja wiem – Dostojewskiego. Walka o władzę, pieniądze i wpływy. To jest temat!

GUSTAW-
Grałem raz w kryminale, szefa szajki. Nawet w kryminale nosiłem pseudonim profesor.

KAZIMIERZ-
Dostojewski! Wszystko będzie oczywiste. Młodzi, polscy i litewscy idealiści, elita, pokolenia dają się zwieść i wykorzystać prowokatorom. Oni mają ten sam cel, co zawsze. Chcieli pozyskać większe środki, z centrali, na działania policyjne. Większe środki to rosnące apanaże. Ordery są ważne. Ale forsa jest dla nich najważniejsza. Ruble, ruble moskiewskie…

GUSTAW-
Rozumiem. Dziady jako Biesy. Trochę będzie szkoda.

(Słychać gwizdek sędziego)

SPIKER-
W drużynie Cracovii po wznowieniu gry nastąpiły dwie zmiany. W bramce Henryka Jałochę zastąpił Leopold Michno, natomiast grającego z numerem siódmym Stanisława Ślusarka zastępuje Janusz Orczykowski, numer czternaście.

GUSTAW-
Umarł Gustaw narodził się Konrad…

KAZIMIERZ-
Ta cała Wielka Improwizacja. Jest zbędna. A dla narodu kompromitująca.

GUSTAW-
Kompromitująca?

KAZIMIERZ-
Tak. Niech pan spojrzy na monologi Szekspira. „Być albo nie być”. Duński, młody książę rozważa samobójstwo. Życie jest przedstawione jako pasmo duchowych udręk i
 rozterek. Adresatem tych młodzieńczych rozważań jest on sam. Dla Hamleta inni ludzie nie istnieją. Tylko on jest podmiotem. Reszta postaci gra w jego przedstawieniu. Boga w Hamlecie nie ma. On wierzy zaledwie w duchy.

GUSTAW-
Głównie. O moim Hamlecie Adolf Rudnicki napisał, że wszyscy byli do niczego, tylko Duch Ojca zagrał jak trzeba, po bożemu.

KAZIMIERZ-
O mnie też piszą, szkoda gadać. Ale Hamletowi nie przychodzi do głowy nawiązywać partnerskiej relacji z Panem Bogiem. Faust także nie przychodzi do Boga z książką życzeń i zażaleń. Bohaterowie rosyjskiego romantyzmu chcą dupczyć ile wlezie. Swe przemowy adresują do babeczek.

GUSTAW-
Pochodzę z Czech, u nas nie było romantyzmu.

KAZIMIERZ-
Mój ojciec też był Czechem. Potwierdzam – Szwejk nie wadzi się z Bogiem. A tu, w tym naszym arcydramacie narodowym, nauczyciel z dziury nie większej od Błonia czy Skierniewic po prostu staje naprzeciw stwórcy świata i dalej go sztorcować. Jesteś taki? Taki! Taki, a nawet TAKI! I owaki. 

GUSTAW-
No tak, to jest sedno polskiego romantyzmu. Jesteśmy równi Bogom. W sumie, dlaczego nie, uzasadnienie można znaleźć w Piśmie Świętym.

KAZIMIERZ-
Tam jest mowa o stworzeniu na obraz i podobieństwo, nie ma mowy o równości. To jest wynalazek Adama Mickiewicza.

GUSTAW-
A Księga Rodzaju? Skoro sięgnęliśmy po owoc z drzewa wiadomości, zaczęliśmy odróżniać dobro od zła, a więc możemy moralizować, osądzać. Podejmujemy decyzje. Mamy wolną wolę – to są przymioty boskie.

RYK STADIONU-
Jest!

KAZIMIERZ-
Panie Gustawie, co to ma znaczyć?

SPIKER-
Trzecią bramkę dla drużyny wojskowych zdobył Robert Gadocha oznaczony numerem jedenaście. Legia prowadzi trzy zero.

GUSTAW-
Słucham pana, dyrektorze?

KAZIMIERZ-
Już pan brawa nie bije? Znowu mu ładnie podał, ten Deyna… akcja była bardzo ładna. Wjechali w nich jak w masło…

GUSTAW-
No, tak właśnie było. Chciałbym, żeby chociaż strzelili bramkę honorową. Na pożegnanie z pierwszą ligą.

KAZIMIERZ-
A spadają? Cracovia?

GUSTAW-
No, raczej. Co roku albo spadają, albo awansują. I tak w koło Macieju… żadnej stabilizacji, nawet najmniejszej. Człowiek chciałby zostać pochowany na ich polu karnym, ale czy to można przewidzieć, jakie te mecze kiedyś będą? Żeby jakaś okręgówka na moim grobie nie grała…

KAZIMIERZ-
Naprawdę? Chciałby pan zostać pochowany na polu karnym Cracovii?

RYK STADIONU-
Jeeest!

GUSTAW-
No nie ma co, chodźmy panie dyrektorze…

KAZIMIERZ-
Jeszcze nie koniec… zostało jeszcze pół godziny. Ja się trochę wciągnąłem.

SPIKER-
Czwartą bramkę dla drużyny Legii Warszawa zdobył Janusz Żmijewski, oznaczony numerem siedem.

GUSTAW-
Miałem potrzebę otrzymania lekcji pokory. Została zaspokojona z nadwyżką. Cracovia poległa cztery do zera.

KAZIMIERZ-
Może strzelą – honorową.

(GUSTAW podnosi się, zaczyna rytmicznie klaskać)

GUSTAW-
Zaczekaj pan – Nie Legia, nie Górnik
ani nie Zagłębie,
Tylko nasza Cracovia
Mistrzem Polski będzie!

KIBIC-
Wariat! Centuś! Wisła się pali! Urwałeś się z Tworek kolego?! Tu się Legii kibicuje! Tu jest Warszawa. Miasto nieujarzmione!

KAZIMIERZ-
Panie kolego, pan usiądzie, albo rzeczywiście chodźmy.

KIBIC-
Cracovia! Ta… jej miejsce jest w trzeciej, między Polonią a Wartą Poznań.

GUSTAW-
„Słuchaj, ty! – tych mnie imion przy kielichach wara.”

KAZIMIERZ-
Panie kolego, czas na nas.

GUSTAW-
Cracovia Kraków to duma wszystkich Polaków!

KAZIMIERZ-
Pan da spokój! Chodźmy…

KIBIC-
Żal mi pana – profesorze! W telewizji to pan masz taką gadkę, aż małżonka moja cichnie. A tu? W życiu… Żal mi pana.

KAZIMIERZ-
Pan nie robi grandy, panie Gustawie… tylko bez grandy…

GUSTAW-
Oczywiście, chodźmy. Chodźmy. Ma pan rację, dyrektorze…

KAZIMIERZ-
Gdzie pan biegnie…? Tam nie wolno! Spiker zawodów, co pan chce zrobić?

(Kroki przyśpieszają, trzaskanie drzwi. Nagle znajdujemy się w pomieszczeniu relatywnie cichym)

GUSTAW-
Dzień dobry panu!

SPIKER-
Mistrzu! To pan?

GUSTAW-
Mistrzu?! Może i mistrzu…

SPIKER-
Mistrzu, mistrzu… ja w swojej pracy to sam się sobie przyglądam. I mówię czasem sam do siebie – powiedz to, Stefan, bo Stefan mam na imię, powiedz to jak mistrz Gustaw. – Bramkę zdobył kapitan drużyny wojskowych Lucjan Brychczy, oznaczony numerem osiem.

GUSTAW-
Pięknie pan to powiedział.

KAZIMIERZ-
Przepraszam bardzo… dzień dobry, panie Gustawie czas na nas…

GUSTAW-
Mój dyrektor… pan Kazimierz…

SPIKER-
Ja pana dyrektora znam oczywiście, jeszcze jesienią sprzedawałem panu dwie parasolki. Miałem parasole, sprzedaż, naprawa, na Oleandrów. Znaczy na Partyzantów. Ale to wielki zaszczyt dla mnie… Czym mogę służyć? Szanownym panom.

GUSTAW-
Taki drobiazg. Chciałem coś powiedzieć.

SPIKER-
Pan mówi, słucham…

GUSTAW-
Ale chciałbym to powiedzieć przez mikrofon. Chciałbym… wystrzelić głos w całe obręby stworzenia… ten głos, który z pokoleń pójdzie w pokolenia:

SPIKER-
Panie mistrzu, pan jak coś powie… mistrzu… ja bym tak chciał… coś to będzie wywrotowego?

GUSTAW-
I tak i nie…

KAZIMIERZ-
„Dosyć – Pan Bóg z nami – Dzwonek! – słyszycie dzwonek? – runt, runt pod bramami! Gaście ogień – do siebie!”

SPIKER-
Ja bym tak przemówił, gdybym tylko mógł i umiał. Sklep mi zabrali, jeden syn w
 kamasze, drugi pije, bo milicjantem został, żona… szkoda gadać, ani zostać, ani wyjechać, ani umrzeć, ani żyć. Proszę, pan mówi… do tych. Mnie wszystko jedno, gdzie nie spojrzeć złodziejstwo, jak panu gardła nie szkoda… mistrzu, pan wiesz, co robisz…

KAZIMIERZ-
„Runt, runt pod bramami! Gaście ogień!”

GUSTAW-(głos przez megafony)
„Samotność – cóż po ludziach, czym śpiewak dla ludzi?
Gdzie człowiek, co z mej pieśni całą myśl wysłucha,
Obejmie okiem wszystkie promienie jej ducha?
Nieszczęsny, kto dla ludzi głos i język trudzi:
Język kłamie głosowi, a głos myślom kłamie;
Myśl z duszy leci bystro, nim się w słowach złamie,
A słowa myśl pochłoną i tak drżą nad myślą,
Jak ziemia nad połkniętą, niewidzialną rzeką.
Z drżenia ziemi czyż ludzie głąb nurtów dociek,
Gdzie pędzi, czy się domyślą? –”

SPIKER-(szeptem)
Patrz pan, grać przestali. Nawet sędzia się zatrzymał. Boczni tylko chorągiewki rozłożyli, jakby kierunek wiatru badali… co to się dzieje?

GUSTAW-
„Ty Boże, ty naturo! dajcie posłuchanie. –
Godna to was muzyka i godne śpiewanie. –
Ja mistrz!
Ja mistrz wyciągam dłonie!
Wyciągam aż w niebiosa i kładę me dłonie
Na gwiazdach jak na szklannych harmoniki kręgach.
To nagłym, to wolnym ruchem,
Kręcę gwiazdy moim duchem.
Milijon tonów płynie; w tonów milijonie
Każdy ton ja dobyłem, wiem o każdym tonie;
Zgadzam je, dzielę i łączę,
I w tęcze, i w akordy, i we strofy plączę,
Rozlewam je we dźwiękach i w błyskawic wstęgach. –”

SPIKER-
Publiczność wstała z miejsc, ale nie wychodzą. Nawet żołnierze. Nie gwiżdżą, nie klaszczą.

GUSTAW-
„Odjąłem ręce, wzniosłem nad świata krawędzie,
I kręgi harmoniki wstrzymały się w pędzie.
Sam śpiewam, słyszę me śpiewy –
Długie, przeciągłe jak wichru powiewy,
Przewiewają ludzkiego rodu całe tonie,
Jęczą żalem, ryczą burzą,
I wieki im głucho wtórzą;”

SPIKER-
Ma gadane… kawał aktora, nie ma co. Patrz pan… patrzą w jupitery. Jakby czekali na odpowiedź…

KAZIMIERZ-
Jupitery przygasają…

SPIKER-
Spadek napięcia w sieci… normalka…

KAZIMIERZ-
Zgasły… to też normalka?

SPIKER-
„Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, Co to będzie, co to będzie?”

GUSTAW-
„Widzisz, żem pierwszy z ludzi i z aniołów tłumu,
Że Cię znam lepiej niźli Twoje archanioły,
Wart, żebyś ze mną władzą dzielił się na poły –
Jeślim nie zgadł, odpowiedz – milczysz! ja nie kłamię.
Milczysz i ufasz, że masz silne ramię –
Wiedz, że uczucie spali, czego myśl nie złamie –
Widzisz to moje ognisko: – uczucie,
Zbieram je, ściskam, by mocniej pałało,
Wbijam w żelazne woli mej okucie,
Jak nabój w burzące działo.
Odezwij się, – bo strzelę przeciw Twej naturze;
Jeśli jej w gruzy nie zburzę,
To wstrząsnę całym państw Twoich obszarem;
Bo wystrzelę głos w całe obręby stworzenia:
Ten głos, który z pokoleń pójdzie w pokolenia:
Krzyknę, żeś Ty nie ojcem świata, ale…”

STADION, PIĘĆ TYSIĘCY LUDZI-
Carem! Carem! Carem!

KAZIMIERZ-
Coś pan narobił? Cofnij pan te słowa!

GUSTAW-
Już są tam – wykute. Przepraszam, panowie, chyba mnie trochę poniosło.

KAZIMIERZ-
Wszyscy pójdziemy na Sybir. Ja, pan, aktorzy i nawet część widowni.

GUSTAW-
Mówiłem panu, ja nie chcę tego grać, pan nie chce tego reżyserować. Z tego musi wyjść genialne… dziejowe przedstawienie.

(Wraca gwar stadionu, gwizdek sędziego)

SPIKER-
Wrócili do gry. Jak gdyby nigdy nic.

GUSTAW-
I co? Dalej cztery – zero. Spadamy z ligi.

KAZIMIERZ-
Spadamy.

GUSTAW-
Ale wrócimy.

KAZIMIERZ-
Wrócimy.

(Przeciągły gwizdek kończący mecz)

SPIKER-
W tym momencie pan Stanisław Kania, sędzia główny zawodów, zakończył mecz. Legia Warszawa pokonała Cracovię cztery zero. Podziękujmy zawodnikom za grę.

(Oklaski, oklaski przechodzą w rytmiczne oklaski teatralne, okrzyki brawo! Reżyser! Reżyser!)

KONIEC

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Wojciech Tomczyk, Wielka Improwizacja, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 20

Przypisy

    Powiązane artykuły