07.09.2023

Nowy Napis Co Tydzień #219 / Zapiski świeckiego anachorety

Poręczny format, minimalistyczna czarno-biała okładka z zarysem klasztornej kraty, tytuł Dziedziniec pogan, autor Marcin Cielecki – oto, na pierwszy rzut oka, wizualne przedstawienie recenzowanej książki. Wprawdzie nie ma w niej chronologii zaznaczanej datami, ale mimo to odczuwamy następstwo czasowe i nie będzie błędem, jeśli książkę nazwiemy dziennikiem. Jednocześnie ma ona charakter duchowego raptularza. W pierwszym zapisie, zatytułowanym Księga meldunkowa, są słowa: „Cisza. Milczenie. Samotność. Myślę, że się już zameldowałem”. Gdzie? W klasztorze sióstr karmelitanek bosych w Spręcowie pod Olsztynem. Autor diariusza przyjeżdża tu parę razy w roku na kilkanaście dni, aby pisać.

Literatura jest dla niego dwojaką namiętnością: namiętnością czytania i namiętnością pisania. A nawet swoistą religią. Dlaczego? Bo wyznaje:

Do kaplicy schodzę tylko na mszę świętą, raz dziennie, z samego rana. […] Ja nie jestem tu, aby się modlić; jestem tu, aby pisać. (Choć głęboko wierzę, że to jest jakaś jednia).

Dziedziniec pogan to utwór o pisaniu i o przeczytanych książkach, o mnóstwie lektur. I o refleksjach, przemyśleniach na ich kanwie: religijnych, filozoficznych, najogólniej ujmując – egzystencjalnych. Autor upaja się, rozsmakowuje w czytaniu i pisaniu, bo jakże inaczej odebrać takie stwierdzenie: „Wkładam pióro do ust, smakuję atrament czerniący papier”. Owo wyznanie odbieram symbolicznie, bo pisząc je, autor raczej uderzał palcami w klawiaturę laptopa.

Pisarz zamyka się w wynajętym klasztornym pokoju, aby pisać. W skupieniu, ciszy i samotności. Gdy w refektarzu, czyli klasztornej jadalni, spotyka kogoś, stara się nie nawiązywać kontaktu, aby się nie rozpraszać. Gdy wychodzi na spacer i widzi świeckiego pracownika klasztoru, który kosi trawę, nigdy z nim nie rozmawia. Stwierdza:

Ilekroć jestem na spacerze, staram się omijać go szerokim łukiem. Nie pragnę żadnych kontaktów, zdawkowego papierosa, rozmów o niczym. On ma swoją pracę, ja swoją – zasady są czytelne.

Dodaje: „Wiem, że to egoistyczne, ale wolałbym być tu sam”. Wyjątkiem jest spotkanie z najbliższymi, gdy odwiedza go żona z synami. Siebie nazywa „dzieckiem hałasu i pośpiechu”. W klasztorze tego nie ma, co nie znaczy, że nie musi mieć się na baczności. Chodzi o relację względem samego siebie:

Jedyne niebezpieczeństwo grozi mi tu z mej własnej ręki. Tabun złych myśli, stado nerwic, hordy głupich błędów przeszłości tylko czekają na znak. Kreślę się więc krzyżem i idę spać.

Jest więc środek zaradczy.

Cielecki pisanie traktuje jak terapeutyczną mantrę:

W klasztornej celi uzyskuję niespotykaną dotąd klarowność myśli, czernię papier aż do opuchnięcia palców, w rytm oddechu wyprowadzam miarowe uderzanie w klawiaturę. Wdech: jestem pisarzem, wydech: jestem pisaniem. Wrócę do domu i powiem Żonie, wskazując na pokaźny plik kartek: było warto. Przyjechałem tu, aby pisać.

W innym miejscu dodaje: „Zawsze chciałem pisać. Tak, od dzieciństwa”. W etycznej hierarchii pisanie umieszcza przed czytaniem: „Nie piszę, czytam. Czy będzie mi wybaczone?”. Miał nawet taki pomysł – mówi żartobliwie – aby założyć elitarny zakon pisarski złożony ze znajomych poetów pod nazwą „Zakon Kartki i Pióra”. I żyć tylko pod dyktando pisania. Oczywiście on sam byłby przełożonym.

Dziedziniec pogan jest książką wyraźnie intertekstualną. Dużo w niej przywołań innych utworów poprzez cytowania, parafrazy, aluzje, glosy. O czym? O dzisiejszym człowieku i świecie, o Bogu, o wolności, o przypatrywaniu się własnej duszy, ale i ciału, o roli brewiarza w literaturze, ale przede wszystkim we własnym życiu: „Minął już czas zachwytów, porwań pod sam sufit. Teraz jest przeżuwanie wersów, rozgryzanie słów, żucie codzienności”. Cielecki postrzega brewiarz paradoksalnie, a zarazem dialogicznie: „Brewiarz to paradoksy, gdzie nie ja czytam, ale ja jestem czytany”. Brewiarz jest jednym z bohaterów książki. Kilka razy pojawia się w tytułach poszczególnych zapisków.

Mamy przemyślenia na kanwie mnóstwa lektur – rozmaitych co do tematu i miejsca w artystycznej hierarchii. Są te z literackiego kanonu, i te z peryferii. Przykładowo wymienię zaledwie niektóre. Oto chociażby: Dziennik Andrzeja Kijowskiego, Na nieludzkiej ziemi Józefa Czapskiego, Jezus z Nazaretu Benedykta XVI, Dzieciństwo Jezusa Johna Maxwella Coetzeego, Zachód słońca w Milanówku Jarosława Marka Rymkiewicza, Lód Jacka Dukaja, Baśń o wężowym sercu Radka Raka, Bezkres poranka Michała Gołębiowskiego, Jezus Niechrystus Piotra Augustyniaka, Antropocień Andrzeja Marca. W zbiorze lektur pojawia się również Kaznodzieja Gartha Ennisa i Steve’a Dillona – amerykański komiksowy bestseller o dziwnym, westernowskim, popkulturowym poszukiwaniu Boga. To opasłe, sześciotomowe dzieło ważące prawie siedem kilogramów jest dla Cieleckiego „porywającą lekturą”, bowiem z tej opowieści wyłania się ciekawy obraz świata i Boga. W lekturach i zarazem książce Cieleckiego znalazło się miejsce zarówno dla znanych filozofów (św. Augustyn, Pascal, Sołowjow, Maritain, Bauman, Kołakowski…), jak i dla bohaterów „naszych neurotycznych czasów” (Batman, Wiedźmin, Khonshu…). Cóż, nawet do zamkniętego, klauzurowego klasztoru wdziera się popkultura i internet. Gdy Cielecki pyta zakonnicę, skąd siostry biorą kulinarne przepisy, ta odpowiada: z internetu, od Magdy Gessler. Co autor książki humorystyczne puentuje: „Pierwsze słyszę, aby anioły pichciły przepisy diablicy. Ale grzesznikowi smakuje”.

Wchodząc w koneksje z kulturą masową, Cielecki nie redukuje komponentu religijności, a przynajmniej metodologicznie nie zakłada takiej redukcji. Stara się, na ile możliwe, ochrzcić popkulturę. Nie jest to religijność lightowa. Oczywiście nie uprawia absolutyzmu dogmatycznego ani – biegunowo ujmując – łatwego relatywizmu. Książka ma charakter świadectwa. Tchnie autentyzmem. Autor postrzega człowieka jako istotę z natury swej otwartą na transcendencję, co podkreślał w teologicznych zapatrywaniach Karl Rahner. Ów teolog, jeden z najbardziej wpływowych i cenionych w dwudziestym wieku, zyskał przydomek „mistrza nowoczesnych herezji”.

Cielecki w swojej książce nie straszy, nie złorzeczy, ale my uważni i myślący czytelnicy zauważamy, że życie w świecie bez Boga, bez wyższej instancji, bez Transcendencji jest czymś bardzo płytkim, a nawet przerażającym. Pokazywał to w swoich filmach Ingmar Bergman, Andriej Tarkowski, a nawet – chociaż bez tak wyraźnego ujęcia religijnego, a raczej ogólnie, w tonie metafizycznym – Jim Jarmusch, który jako muzyk nagrał albumy o religijnie brzmiących tytułach: Concerninh the Entrance into Eternity (w jednym z utworów recytuje fragment mistycznego tekstu św. Jana od Krzyża) i The Mystery of Heaven. Cieleckiego bardziej jednak interesuje literatura niż film. Pisze o sekularyzacji nowoczesnego świata. Wzywa, aczkolwiek nienachalnie, do chrześcijańskiego świadectwa w epoce świeckiej, w epoce, jeśli nie „śmierci Boga”, to Jego uśmiercania. Ewangelii nie podporządkowuje współczesnej kulturze świeckiej, płytkiej, masowej, ale tę kulturę masową stara się chociaż trochę ochrzcić, oczywiście do pewnego stopnia, gdyż nie można jej przebóstwić, całkowicie ureligijnić. Raczej nie widzę Cieleckiego wśród apologetów modnego obecnie postsekularyzmu, czyli ponowoczesnego powrotu do religii, od sekularyzmu właśnie do postsekularyzmu. Przykładem może tutaj być zbiór tekstów Johna Caputo i Gianniego Vattimo After the Death of God. Bardziej niż do teologii sięgają ci autorzy do filozofii – zwłaszcza do Heideggera i Derridy. Swoje dywagacje opierają – zwłaszcza Caputo – na postmodernistycznej teologii krzyża skupiającej się na wizji słabego Boga. W tym miejscu można przywołać jego zdobywającą coraz większy rezonans książkę znamiennie zatytułowaną Weakness of God.

Książka Cieleckiego pokazuje przemiany, jakim podlega chrześcijaństwo w XXI wieku, nie zamykając się w postsekularyzmie. Autor widzi płytkość kultury masowej, ale jednocześnie niemożliwość wydobycia się z niej. Ciekawe, co na to powiedziałby Witkacy? Stanisław Ignacy Witkiewicz był jednym z pierwszych krytyków kultury masowej. Dla niego nośnikami autentycznej kultury była przede wszystkim sztuka, filozofia i religia. W Pożegnaniu jesieni padają znamienne słowa: „Dziś tajemnica zeszła na psy i coraz mniej jest ludzi, którzy o tym właśnie wiedzą”. Taka diagnoza społeczeństwa została przedstawiona prawie sto lat temu. A jeszcze bardziej jest aktualna obecnie. Bohaterowie Witkiewicza, tak jak i sam autor, postrzegają życie jako coś okropnego, pustynię bez kresu, przez którą trzeba brnąć w zwątpieniu i męczarni. W usta księdza Wyprztyka Witkacy wkłada słowa mówiące o przyczynie kryzysu religijnego: „Religia ginie na tle zaniku indywidualizmu w uspołecznieniu”. Witkacy wyznawał bez pardonu: „Pogardzam wszystkimi i mam wstręt taki do hołoty umysłowej, że rzygam”. Był filozofem, który filozofię nie tylko „uprawiał”, ale przeżywał ją całym sobą, w maksymalnym natężeniu i intelektu, i emocji.

Marcin Cielecki również snuje diagnozy historiozoficzne. Niezmiernie ważny jest wątek aksjologiczny, przy czym oceny nie są narzucane, przeciwnie – dialogicznie rozważane. Zamykając się – zresztą na krótko – w klasztorze, nie ucieka od rzeczywistości, od świata, od życia. I ogromnie ważny jest aspekt sakralny, boski. Powie: „Trzeba mieć nie lada odwagę i nie lada siłę, aby czernić papier. Aby ze słowem porywać się na Słowo”. Mamy więc tutaj do czynienia z pokorą poznawczą, i nie tylko. Jeśli przywołana została tutaj kwestia słowa pisanego małą literą – czasami trafiają się potknięcia, które powinien wyeliminować raczej redaktor językowy. Otóż żona Miłosza miała na imię Janina, nie Jadwiga; Manson, przywódca zbrodniczej sekty religijnej, miał na imię Charles, a nie Charlie.

Są to zapiski nie tyle zza klasztornej furty (są one jedynie tutaj spisane), co z obcowania ze światem – współczesnym, niespokojnym, z którym się jednak trzeba dogadać, aby w nim żyć – jak najowocniej, najszczęśliwiej. Mimo że to takie trudne, ale – jeszcze – możliwe. Recenzowana książka jest publikacją oryginalną, osobną, co nie znaczy, że nie możemy poszukać jakichś powinowactw. Można ją, w pewnym sensie, porównać do Siedmiopiętrowej góry Thomasa Mertona, który zresztą wiele razy pojawia się w duchowym raptularzu Cieleckiego. Dziedziniec pogan jest tytułem książki. Taką samą nazwę miała inicjatywa ewangelizacyjna Benedykta XVI, polegająca na spotkaniach z niewierzącymi w miejscach świeckich i odpowiadaniu na ich pytania dotyczące Boga i świata. Te dwa „dziedzińce” korespondują ze sobą. Łącznikami są: szeroko pojęta ewangelizacja, świeckość i świętość, współczesny świat i w nim człowiek – pełen pytań, wątpliwości, ale – mimo wszystko – także nadziei.

Marcin Cielecki szczerze podaje nam swoje życiowe credo: „Cisza, samotność, milczenie – tylko to mnie interesuje, tylko tego szukam w miłości, ojcostwie, przyjaźniach”. Ma duszę anachorety.

Skończyłem czytać Dziedziniec pogan. Mam wrażenie, jakbym wyszedł z wielkiej biblioteki. Na pewno jestem ubogacony, ale i trochę przytłoczony ogromem lektur w tej przeczytanej lekturze. Otwieram okno. Chłonę świeże powietrze akurat po deszczu. Głaszczę mokrą sierść kota. Cóż, świat jest i w książkach, i poza nimi. Najważniejsze, aby umiejętnie przerzucić kładkę. Cielecki pamięta o tej kładce. Według niego

[…] literatura jest dla pisarza narzędziem bycia w świecie. Tylko pisząc, można poznać siebie. Zrozumieć zaś siebie samego to tyle, co opisać świat.

Ja również mam wielkie zaufanie do literatury, ale nie aż tak absolutne. Nie traktuję bowiem pisania jako jedynego sposobu poznania siebie. Marcin Cielecki ma inne zdanie. I ma do tego prawo.

 

Marcin Cielecki, Dziedziniec pogan, Warszawa 2023.

Minimalistyczna okładka książki. Czarna z białym geometrycznym wzorem układającym się w kształt klasztornego okna

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Jerzy Sikora, Zapiski świeckiego anachorety, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2023, nr 219

Przypisy

    Powiązane artykuły

    Loading...