21.11.2019

Nowy Napis Co Tydzień #024 / To, co po pisaniu

Zobacz całe wystąpienie Artura Grabowskiego

Pisanie o sobie piszącym to niemal donos na kogoś, kto ratuje mi życie. Stąd chyba to niejasne, ale dojmujące, poczucie zażenowania, że mam to zrobić publicznie. Na szczęście, pisanie o własnym pisaniu jest właściwie niemożliwe… bo pisanie nie jest własne. 

dramat pisania (wierszem i prozą)

Pisanie wiersza, dramatu, opowiadania, czy eseju jest przede wszystkim stanem doświadczania samego procesu pisania. Bez wejścia w zimny nurt pisania, bez oddania się mu, stanu tego nie można doświadczyć. Paradoksalnie jednak, chociaż pisanie przychodzi nie wiedzieć skąd, to właśnie wewnętrzne przyzwolenie sobie na bycie piszącym warunkuje samo pisanie.

Nie wiem, co było pierwsze, nie wiem, jak to będzie dalej; nie wiem również teraz, przed tą kropką. Jak to dobrze, że istnieją te nic nieznaczące znaki przestankowe – pauzujące, przecinające, a wreszcie powstrzymujące słowotok pisaniny w najmniejszym punkcie przestrzeni, tutaj. Nieoczekiwanie jak zderzenie czołowe, nieuchronnie jak brak paliwa.

 

Słowa wchodzą i wychodzą, czuję, że przekraczają jakiś próg, ale nie mam pewności, po której stronie mają dom. Dzieje się tak nawet wówczas, kiedy mam napisać prosty list wzywający do odpowiedzi lub formalne podanie o przyjęcie. Samo zapisywanie słów i formułowanie zdań w celu ich utrwalenia powoduje, że schodzę z traktu codziennych czynności i podążam ścieżką równoległą, na której każdy krok robię tylko po to, żeby go postawić; więcej nawet, idę dla pozostawienia śladu, bo utrwalenie, nawet jedynie mentalne, należy do samej istoty pisania. Tym pisanie różni się od myślenia, marzenia, czy śnienia, które wprawdzie również korzystają ze słów, ale nie muszą się im oddawać, w nich się zatracać, bo używają tworów językowych do serfowania po świadomości.

Pisanie jest stanem bycia raczej niż egzystowania, bo praktycznie wyprowadza piszącego poza czas. Wprowadza go w proces, wpuszcza w nurt pisania, który płynie gdzieś poza toczeniem się życia piszącej osoby. Nie wiem, czy korytem, w którym porusza się ta rzeka, jest osadzona w głębokiej pamięci tradycja, czy podziemny korytarz orfickiego wtajemniczenia, czy odcisk Adamowego nazywania. Wiem tylko, że pisząc, przestaję być sobą, czuję, że ktoś mnie przejmuje. Nie koniecznie ktoś obcy, może to ja sam, sobie tylko nieznany, nim jestem. Och nie, nie uważam się za romantyczne medium! Ale też nie za klasyka, za pewnego swej sztuki majstra. Raczej zaciągam zobowiązanie, podpisuję kontrakt, może cyrograf. Ciągnie mnie ku sobie to, co się realizuje, bo chce się ze mnie wypchnąć. W chwilach największej twórczej pewności czuję, że coś chce być. I ja temu przytakuję. Materia, materia, materia – w niej robota wyzwala duszyczkę.

Uzmysłowić na użytek publicznej dostępności rzecz pisania nie oznacza wyrzeczenia się prywatności jako przedmiotu słownej obróbki. Przyznam nawet, że dzięki temu wyobcowaniu, czuję się wręcz zobowiązany do korzystania z tego, co moje tylko, moje osobiście, a więc moje osobno. Tak, jakby moje nie było mną, lecz było we mnie. Piszę więc w imieniu kogoś, kogo nie znam, ale ten ktoś jest moim znajomym, może nawet krewnym. Zabieram się do pisania, żeby mu odpowiedzieć, bo on mnie zaczepia, zaczepia mnie o coś. Czepia się więc tego, co na progu, co dzieli i łączy słowa, migrujące między ciemnym jak źrenica umysłem a jaśniejącą linią horyzontu, który otacza świadomość od wewnątrz. Piszący, którym bywam, rozporządza moim światem, czyli światem po prostu, a więc tym, co z innymi nieuchronnie współdzielę. Ja piszę jako My – jestem Nimi osobiście i jedynie.

Czyżbym zatem pisał w imieniu czytelnika? Chcę czy nie chcę, ostatecznie na to wychodzi. Język mój jest przecież nie mój, lecz nasz, przeze mnie tylko wynajęty, a wewnętrzny przymus utrwalania procesu pisania skazuje to, co przeze mnie zapisane subiektywne, na istnienie w postaci bytu międzyludzkiego. Nie dla czytających wszakże piszę, lecz do nich. Nigdy jednak nie wyobrażam sobie mojego czytelnika (byłoby to, tak czuję, nieuczciwe); przeciwnie, cenię sobie to, że go nie znam, za to znana mi jest sama jego obecność – jako coś, co we mnie tajemniczo nasze. Tylko wtedy pozwalam sobie na pisanie, kiedy piszę od siebie – w dwojakim sensie tego od, czyli z przedsubiektywnej konieczności i nie dla własnej korzyści. Co nie znaczy, że bez egoistycznej przyjemności… Ależ tylko tak!

Ja-piszące jest więc ostatecznie ja-wspólnotowym? Wydaje mi się to jedynym wyjaśnieniem i jedynym usprawiedliwieniem cudu długotrwałego istnienia literatury. Czemuż bowiem nie pozostawiono nas ze słowami, którymi moglibyśmy się tylko obrzucać, szybko i skutecznie, za to jednorazowo? Niewierzącym w cuda niechaj to wystarczy za argument logiczny.

Dlatego pierwszym, pierwotnym tematem każdego pisania, nawet najbardziej dokumentarnej prozy, jest zawsze samo pisanie. Dlatego niezbywalnym, koniecznym przedmiotem każdego pisania, nawet najbardziej fantastycznej poezji, jest zawsze realne doświadczenie. Dlatego najbardziej nawet abstrakcyjna farsa zapisuje międzyludzkie spotkanie. Dialog, wydarzenie, język – genetyczne ujęcia tkwią w samej istocie ludzkiego obcowania ze światem. A jednak postrzeganie literatury przez pryzmat gatunków, uniwersalne i mimo wszystko trwałe, dowodzi, paradoksalnie (a więc zarazem logicznie i mistycznie), że pisanie jest tym, co w literaturze (i w życiu) przed-gatunkowe.

riposty, frazy, sekwencje

Zaczynam od mówienia o pisaniu, bo chyba chcę wykręcić się od mówienia o rodzajach, gatunkach, konwencjach… Chciałbym też jakoś zrozumieć własną pisarską skłonność do wielogenetyczności. Odczuwam to jako ciemny instynkt, żeby nie powiedzieć żądzę, a zarazem jako rodzaj powinności – daję upust rozpuście i nie daję sobie zgody na łatwiznę. Cóż, historia literatury poucza, że nie ma moralisty nad dandysa.

Ta skrupulancka samodyscyplina i ta sobiepańska nonszalancja pospołu powodują, że piszę z łatwością i  w miarę jak zostawiam za sobą coraz więcej zapisów, wzrasta we mnie pewność, że robię to tak, jak powinienem. Więcej nawet, utwierdzam się w poczuciu, że całe to moje pisanie jest realizacją jakiegoś tajnego planu, jakiejś całości, która podsuwa mi okazje do pisania, żeby się mną posłużyć. Najczęściej więc piszę „przy okazji”, nie noszę w sobie wielkich planów literackich. Tym okazjom ufam coraz bardziej świadomie, a teoretyzując, w istocie badam siebie, jestem wyznawcą studiującym teologię swojej wiary. Pozwalam sobie na to drobne oszustwo wobec akademii w przekonaniu, że ostatecznie taki proceder skutkuje obiektywną korzyścią. Nie, nie czeka na mnie dogmatyczny korpus doktryny, raczej zostanie po mnie osobista tradycja mojej własnej praktyki. Coraz częściej sam rozpoznaję, z niejakim zadziwieniem, w swoim pisaniu integrującą je konieczność. Nawet to, co kiedyś wydawało mi się przypadkowe, zbędne nawet, jawi mi się po latach jako naznaczone przynależnością do układanki o nieukończonym jeszcze, ale dopełniającym się już obrazku.

Jakimś cudem przecież udaje mi się łączyć obowiązkowe „naukowe” eseje i przymuszone „pragmatyczne” recenzyjki z „artystyczną” grafomanią. Pomiędzy moimi dramatami, esejami, wierszami, narracjami, dygresjami, spekulacjami – nie ma genetycznych różnic, wszystkie należą do jednej rodziny. A przecież nigdy nie czułem, że „muszę pisać”, że to jest moje powołanie, czy choćby tylko mania właśnie. Zostałem pismakiem z lenistwa, z tego, co przyszło samo, a ja to do siebie dopuściłem. Pozwalam sobie być z tego dumnym. Nie muszę pisać, najchętniej robiłbym nic konkretnego. Gdyby dało się żyć samym życiem, bylibyśmy w pełni ludźmi. Może to jeszcze nastąpi.

 

Poezja rodzi się we mnie z medytacji, to esej jest dla mnie miejscem ekspresji, dramat wyzwala we mnie i zapisuje wewnętrzny stan napięcia, opis i opowiadanie biorą się z refleksji nad doświadczeniem. Nie przypadkiem spowiadam się z moich czynności grzesznych w tej właśnie kolejności, bo notuje ona proces rozwojowy mojego pisarstwa. Na tej drodze kolejny literacki rodzaj nie powodował porzucenia poprzednich etapów, lecz był symptomem instynktownego dodawania kolejnego wymiaru do tej płaskiej strony, którą otwiera przede mną język, kiedy mnie kusi, żeby się z nim zadać. To dzieje się zawsze tak samo, również w tej chwili.

dramatyzuję

Przyznam, że ze wszystkich rodzajów, gatunków i form to dramaty piszę najchętniej i z największą radością; depresyjne tragedie i nonsensowne komedie z jednakim poczuciem wewnętrznej zgody z własną najgłębszą naturą. Śmiem też podejrzewać się o to, że na tym polu osiągnąłem niejaką inwencyjność formalną i oryginalność językową, choć świadomie nie bardzo spektakularną. Jak każdy piszący teksty do mówienia i ja chciałbym być częściej wypowiadany ustami aktorów, ale nie staram się o to specjalnie. Będę szczęśliwy jeżeli moim językiem aktorzy będą chcieli mówić za lat sto.

Dramat przynosi mi szczególną satysfakcję – możliwość obcowania z czymś nowym w literaturze. Nie jest to wszakże jedynie moja własna zasługa, a raczej skutek wpływu epoki, w której przyszło mi tworzyć. W literaturze polskiej ostatniego trzydziestolecia proza i poezja dramatyczna doznały bowiem najbardziej radykalnej przemiany spośród wszystkich rodzajów piśmiennictwa, okazały się najbardziej nowatorskie estetycznie. Dwa pozostałe tradycyjne rodzaje literackie nie doświadczyły, jak się zdaje, nadzwyczajnych skutków politycznego i kulturowego wstrząsu; ewoluowały i dojrzewały ze spokojem właściwym kolejnemu pokoleniu patrycjuszowskiej rodziny. Bo czyż literatura, a teatr tym bardziej, nie jest – no, niestety – tworem na wskroś mieszczańskim?

Ze wszystkich piszących po roku 1989 to dramatopisarz, przekształcając podsłuchaną prozę rodaków w wypowiadaną poezję, najskuteczniej zdołał utrwalić wspólną wyobraźnię nas dzisiejszych. Udało się to dzięki szczęśliwej katastrofie, której skutkiem było pomieszaniu rodzajów i gatunków. Spowodowało to ich wzajemne przesiąknięcie sobą i zarażenie się pospołu wirusem nowego języka Polaków. Wrażliwy jak nigdy na mowę pospolitą, a zarazem wyczulony na intymne podszepty, dramat poddał się naporowi żywiołu, a dramatopisarz, uwolniony od konieczności opowiadania sprawnie zawiązanych akcji, mógł oddać się pisaniu. Skutek tego okazał się zaskakujący – dla poezji i dla prozy, bo oto obie stały się dramatowi znowu potrzebne. Autor dramatu jest bowiem zawsze poetą albo prozaikiem, a często jednym i drugim w tym samym utworze. Język dramatu posługuje się konwencją pisania/czytania właściwą poezji i prozie, różni się od nich tym tylko, że domaga się uznania tekstu za wypowiedź osoby. To właśnie założony w konwencji rodzajowej wypowiedzeniowy sposób istnienia napisanego tekstu pozwala dramatowi zachować genetyczną swoistość.

Pisanie dramatu zatem, pisanie go dzisiaj, pozwala mi być poetą i narratorem, kreatorem i komentatorem. Jako dramatopisarz mogę dać upust żądzy wielogatunkowości. Ta żądza tkwi we mnie głębiej niż moje pisarskie ego, powierzchowne jak ekran lusterka, małostkowe jak robaczki literek. Ta żądza jest ludzka, bardziej nasza niż moja. Pisząc dramat, raczej więc słucham słów, niźli je wypowiadam. Słyszę ich poetycką źródłowość, ich narracyjną objętość, ich dialogiczny zasięg – jednocześnie. Dzięki temu oddaję się samemu pisaniu. A potem już tylko redakcje, próby, przepisywanie – codzienna opieka nad potomstwem, które dojrzewa do samodzielności.

wersuję

Wiersze pisuję, bo same się podsuwają. Biorę je więc jak własne. Ale zarazem w poezji mam chyba najmocniejszą świadomość przynależności do tradycji. Poezja wychodzi od poezji, żeby do niej dotrzeć. Poezjowanie to ledwie częściowo uświadomiona kontynuacja poezjowania, które zaczęli inni. Podłączam się tylko pod ten przepływ energii. Dlatego nie jestem poetą jednego stylu. Nie chcę nim być. Jeżeli kiedyś okaże się, że jednak coś łączy wszystkie moje wiersze, to ja nie będę tego wiedział. Tym czasem każdym kolejnym tomem odkrywam i realizuję jakby inny obszar swoich poetyckich możliwości.

Poezja też jest dla mnie sztuką najgłębiej osadzoną w języku. Właściwie nie wiem, o czym jest wiersz, wiem tylko, że on chce być jako następstwo słów. Dlatego może, w przeciwieństwie do wielu moich współczesnych kolegów, nie piszę ani poetyckich ciągów, ani fragmentów, lecz staram się każdy wiersz zamknąć w osobną kompozycję. Tekst wiersza odczuwam jako dramatyczny przebieg mówienia (również mówienia wzrokiem), piszę wersami, traktując przebieg lektury jak performans. Chciałbym, żeby wiersz taki dało się zapamiętać i z pamięci użyć go jak przedmiotu, partytury, narzędzia do rozbudzania wyobraźni. Wyobraźni językowej, bo w samej istocie języka poezji jest coś niepokojąco nieprzeźroczystego, coś co zabiera nas ze świata i cofa w przedpercypowalną rzeczywistość, którą reprezentują słowa, kiedy używamy ich niepraktycznie.

subiectum obiektu

Nie istnieje coś takiego jak myśl niczyja. Nie wierzę w żadną humanistyczną naukę. Nie umiem i nie lubię nauczać; wypowiadając się „o czymś”, pozwalam tylko podglądać innym swoje myślenie. Nie należy mi się profesorski tytuł? Należy mi się profesorska pensja!

Esej zdąża do jasności. Meandrycznie, przez ciemne zakątki, ale jednak ostatecznie chce wyjść na drogę wiodącą ku siedzibom ludzkim. Pisząc esej, mam wrażenie, że mówię na głos – jestem słyszany i słyszę samego siebie. Może dlatego, że eseje piszę zwykle na zamówienie, na okoliczność, w odpowiedzi. Mówiony głośno, esej jest jednak w istocie zapisem słuchania czegoś, co chce być wypowiedziane. Dlatego rozpada mi się na elementy: język, układ tekstu, tematyczne nurty – to ścieżki, które pozwalają mi śledzić myśl, bo ta nie wiadomo skąd przychodzi. Nad esejem pracuję więc najbardziej świadomie, ale raczej w sferze kompozycji. Komponowanie eseju jest jak ćwiczenie w sporcie – zaskakuję mięśnie umysłu niepraktycznymi ruchami retoryki. Nie jestem miłośnikiem sportu, ale sprawiają mi przyjemność takie aktywności, które wymagają pracy z własnym ciałem w izolacji: pływanie, jazda konna, narty. Ale najbardziej lubię chodzić, włóczyć się, gubić się i odnajdywać. Być sobą gdzieś, rozejrzeć się z uwagą, jak to zdarza nam się wtedy, kiedy zawiedzie nas w nowe miejsce. Pisanie eseju to samotna droga przez las: słucha się własnego oddechu i szmerów puszczy, czuje się własne wnętrze jako otoczenie. Ach, tak iść sobie, sobie, sobie! W pisaniu eseju, nawet najbardziej „teoretycznego”, jest coś z radosnej bezinteresowności, niekoniecznie coś z wolności bycia; wolności, o którą toczy się walka, bo przecież esej, jak mówiłem, bywa na ogół zadaniem do wypełnienia.

Z powodu tego eseistycznego egotyzmu rzadko cytuję innych autorów. Zawłaszczam ich myśli i miażdżę je na materię, z której lepię swoje. Interesuje mnie prawda? Tak, ale za jej jedyny sprawdzian biorę szczerość. Bo esej jest literaturą. Może nawet ze wszystkich gatunków on jest nią najbardziej. W eseju nie chodzi przecież o myśl nową, lecz o wysłowienie czegoś tak nieoczekiwanie, żeby czytelnik sam sobie się dziwił, że dotychczas nie uświadamiał sobie tego, co przecież musiał wiedzieć zawsze.

Każdy esej jest jednak jakoś wtórny wobec doświadczenia samego pisania. Każdy esej jest więc o pisaniu? Nie wiem, ale czuję, że w tej mowie skierowanej najbardziej do innych, pozornie najbardziej obiektywnej, najbardziej się odsłaniam. Może dlatego wstydzę się trochę, kiedy piszę esej. Przymuszam się do tego, ale w zamian dostaję najbardziej spontaniczny odzew od czytelników. Może chodzi o to, że w eseju dochodzi do kontaktu z czytającym niejako obok formy? Esej, nawet językowo wyrafinowany, dąży sam z siebie do przeźroczystości. Nie, żeby przezeń świat podglądać (nie lubię reportaży!), lecz żeby spotkać się na terytorium myślenia. W eseju myśl bierze odwet na języku za jego nad nią dominację. W tym małżeństwie kobiecość ma chwilę triumfu.

Po kilku latach pisania esejów zaczynam dostrzegać, że mimowolnie podążałem za jakimś wątkiem, który okazuje się świadectwem mojego dojrzewania. Mam poczucie, że ktoś kazał mi myśleć o czymś, bo było to ważne samo w sobie. Wtedy eseje komponują mi się w cykle, w książkę. I wtedy mówię sobie: to ostania, nie ma sensu tego ciągnąć. To nieprzyzwoite!

obiektywu kwadrat

Opowieści zacząłem pisać najpóźniej. Nie umiałem? Coś mnie powstrzymywało. Najpierw lewa ręka (ta od poezji) łapała za prawą (tę od dramatu), potem ekran (świadomość) odpychał palce (ciało) od klawiatury. Litery nie chciały ułożyć się w słowa, słowa nie łączyły się ze sobą, zdania brzmiały twardo, niewiarygodnie. Historie nie chciały się rozwinąć, frazy natychmiast kończyły się kadencjami, jak wersy albo dialogi. Spisywać gadulstwo? Żenada! Uroda wysłowienia mizdrzyła się do mnie z lusterka tak, że wstyd było wyjść z tym do ludzi. Jaka kobieta zakocha się w kabotynie, prezentującym się w stringach albo w podkoszulce z logo projektanta? Skreślałem się, targałem fatałaszki. Siedziałem pośród szmat, z których każda była łachem, bo założona na plecy nieuchronnie stawała się kostiumem. Już po kilku zdaniach zaczynało do mnie mrugać oko stylu, więc odmawiałem słowom, a one opuszczały mnie zanim do czegoś między nami doszło. Co można powiedzieć, używając słów tak, jakby ich nie było? Po co opowiadać zamiast mówić? Po co opisywać zamiast pisać?  

Nigdy nie interesowało mnie śledzenie historii. No, może w dzieciństwie podążałem za podróżnikami z książek Verne’a albo za Tomkiem Wilmowskim, albo za Panem Samochodzikiem. Jednak podglądanie chłopców to nie moja bajka. Dzieciństwo literatury skończyło się u mnie gdzieś w siódmej klasie, odtąd przygody wolałem przeżywać osobiście, więc interesowali mnie już tylko bohaterowie, jako ewentualni towarzysze wypraw. Bohaterki też, bo zawsze tęskniłem za ciekawymi kobietami, a tych w literaturze naszej jak na lekarstwo. Gdzieś koło piętnastego roku życia odkryłem, że najpiękniejszą narracją są traktaty filozoficzne. Czytałem więc sobie na wagarach Platona i Nietzschego, Bergsona i Wittgensteina, Kartezjusza i Kierkegaarda – jako prozaików, których mogłem bez zakłopotania nie rozumieć. I nic nie musiałem pamiętać. Z pamięcią zresztą zawsze miałem problem. Nie mogłem powstrzymać się od czytania słów, wydarzenia z poprzedniej strony zapominałem już na następnej. Do dziś nie umiem opowiedzieć najprostszych fabuł. Kulawy diabeł ze mnie, myślałem, to i nie ma co udawać Behemota.

Na pisanie prozą otworzyła mnie dopiero dojrzałość. Zrozumiałem, że opowieść nie notuje tego, co jest, lecz to, co zostaje. Dojrzałość otwiera oczy, bo już wszystko się widziało? Wszystko oprócz siebie. W pamięci patrzymy na film o sobie, możemy więc opisać to, co nam się przedstawia. Zacząłem opisywać się w Ameryce, bo ona mnie sfilmowała. Narracja zaczyna się od pamiętam… Nasycone obrazy wpatrują się we mnie przez szybę samochodu. Pierwsze oznaki starzenia się w prowokacyjnie młodej krainie, która ma twarz nastolatki: urokliwą, ale jeszcze bez śladów urody, bo ta zawsze daje się poznać dopiero jako „przemijająca”. A przecież otworzyło mnie to nie na historie bynajmniej, lecz na samo opowiadanie. Powiadanie o czymś różni się, zrozumiałem, od mówienia czegoś. Tajemnica „prozy” tkwi w narracji. Chodzi o poczucie, że za to, co prezentuje się przytomności czytającego, ktoś odpowiada. Światy, które znamy jako światy zawsze są czyjeś. Dlatego, paradoksalnie, to właśnie „prozaiczne” narracje najskuteczniej separują czytelnika od świata samego w sobie, zastępując go światem cudzej percepcji.

Zacząłem więc pisać prozą, kiedy odkryłem w sobie Autora – autora świata jedynego w swoim opisie. Nauczyłem się pisać prozą, kiedy pogodziłem się z tym, że epika jest dramatem i liryką, i esejem – ukrytymi w opowieści o tym, co jest gdzieś nawet wtedy, kiedy wydaje się, że jest jedynie w języku. Ale to coś sobą będzie tylko dlatego, że kiedyś było kimś.  

Jeśli jednak, mimo wszystko, istnieje jakaś obiektywna wiedza o świecie, to wyraża się ona w formie powieści. Ale nie w „wielkiej powieści realistycznej o naszych czasach”! Raczej w powieści jako przepowiadaniu sobie wieści ze świata. Bo istotą prozy jest plotka. Czytanie (a więc i pisanie) opowiadania wymaga pokory zaiste rewolucyjnej: egalitarnego uznania braterstwa z innymi, żeby ocalić wolność każdego z osobna w jego przeznaczeniu. Czy dlatego nie umiałem opowiadać, że przeszkadzała mi arystokratyczna pycha samotnego wilka? Autor opowiadania nie podgląda i nie podsłuchuje języka jak poeta czy dramatopisarz, on go uprawia. Uprawiać glebę to pomóc jej urodzić znowu to, co było w niej od zawsze. Opowieść wydobywa osobę piszącą i czytającą z jego/jej własnej subiektywności, żeby postawić go/ją wobec nieodpartego.

Tak przynajmniej by się chciało. A przecież zarazem tylko w prozie autor ma styl. Co więcej, musi go mieć, bo opowiadanie nie może się bez niego obyć. Jakąż trzeba mieć w sobie pokorę bezczelności, żeby się tak wolnym obywatelom ze swoim narzucać! Na szczęście mamy wspólne interesy…

Tu chyba, na razie, póki co, przynajmniej – powinienem skończyć.

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Artur Grabowski, To, co po pisaniu, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 24

Przypisy

    Powiązane artykuły