21.11.2019

Nowy Napis Co Tydzień #024 / Następca (mono na głosy)

Tekst przeznaczony dla jednej osoby, niekoniecznie mężczyzny, która „gra” wszystkie zawarte w nim ścieżki głosowe.
Może być wykonywany na scenie, ale intencją autora była potencjalna realizacja w formie zmediatyzowanej – najlepiej radiowej, ewentualnie telewizyjnej.
Może też funkcjonować jako opowiadanie. Albo poemat.

Copyright by: Artur Grabowski, 2003/2007.

Mam na imię Hamlet.
Wiem, że to głupio…, że brzmi jak
cudze… Ale tak brzmi moje
imię: Hamlet.

To nie on, to ja; wypowiadam słowa, tylko słowa, jego. Bo Hamlet nie mówi. Poza tym w porządku.

Więc ja mówię, a jego słyszą; daję im go słyszeć. Mój głos… staram się go nie zagłuszać…, kiedy głoszę, kiedy on… moim głosem… Bez niego – nic… Głos.

No, ale dlatego ja właśnie, ja. Będę musiał opowiedzieć wam tę historię w jego imieniu. Nie zwracajcie na mnie uwagi, niech będzie, jakby mnie nie było; możecie sobie wyobrażać, że to jego, Hamleta słyszycie. Nie będzie mi przykro.

Naprawdę, już nie raz mówiłem za niego; to znaczy, oddawałem mu głos, swój. On chce tego, wiem, jest moim najlepszym przyjacielem. Jak brat.

No, bo Hamlet nie ma głosu. Ma język, mięsisty język, i pięknie sklepione podniebienie, i wszystko inne jak trzeba, tam w środku. Tylko ten głos, nie wychodzi z niego. Nie chce go opuścić; bo przecież musi tam być, w nim.

Nie zawsze tak było. Zmienił się po trzydziestce, do syna ani słowa. Lekarze nie wiedzą, co to jest; nawet w Szwajcarii go badali, i Chińczycy – nic. Podejrzewają, że nie chce; podejrzewają go, że się zaparł. Ale to nie prawda! Ja wiem, że on chce; wiem, to mój najlepszy przyjaciel; prawie brat.

Wydawało się, jakby sam głos, czysty głos, się w nim skończył. Głos dotarł do końca, do niego. A myśli sunęły przez głowę słowami, nie wtulonymi w dźwięki; słowa nie skalane krtanią, nie poczęte z drżenia strun, wysłowione a nie wypowiedziane; dojrzałe w chwili poczęcia, nie skonane w cudzych uszach. Stado słów, słowa za słowami, bezgłośnie przed siebie.

Reszta była chyba… czymś, nie do…, skoro została, w nim. Można to było tylko napisać. „Zapisz, zapisz, to trzeba zapisać” – mówił we mnie, do mnie.

Wiedział, że odtąd wszystko, co wyjdzie z niego, będzie zarejestrowane. Rejestracja. Chciał tego? Że będzie martwe zaraz po urodzeniu, od razu wieczne. Chciał tego? Pisał, zamiast wypowiadać, spisywał. Pisał, dyktując. Dyktował. Zanim zaczął z tym mówieniem pisma, leczył; jak ojciec. Pisał, bo nie chciał leczyć? Pisał, bo chciał milczeć? Leczył, żeby nie mówić, a potem przestać i pisać? Żebym słyszał to, co chciał zapisać? I co ma być zarejestrowane.

Przecież nie napisałby tych wszystkich… tego kłącza monologów, gdyby wolał… gdyby po prostu nie chciał używać słów… Przeze mnie? Chociaż, najbardziej to lubił kazania; właściwie mógłby na nich poprzestać.

Mówił niejasno (męczyło mnie rozkładanie akcentów), ale to właśnie zjednywało mu słuchaczy. Ich czujność, ich uwaga, ich skupienie na jego (chciałem powiedzieć: głosie?) słowach. Zasłuchani, byli w nim zasłuchani.

Odkąd musiałem mówić za niego, to znaczy: od chwili, kiedy on zaczynał mówić przeze mnie, zacząłem się im przyglądać, z uwagą. Ruchem głowy badałem ich skinienia, a wzrokiem śledziem ich oczy; chodziło mi tylko o kierunki, o te miejsca w kościele, do których się kierowali, razem, ale każdy z osobna. On mówił, ja głosiłem, a oni oddychali tym (czym?) jego zwracaniem się do nich. Wydawało się, prawie niewidocznie, że oddech przychodzi do nich i wraca do siebie; że coś faluje nimi jak wiatr wysoką trawą…

Szczególnie kobiety; chciały się do niego zbliżyć, ale nie dotknąć, jakby wolały, żeby nie tu był i nie gdzie indziej, jednocześnie. Przypominało mi się to zawsze, jeszcze raz, tego samego dnia wieczorem, przed zaśnięciem. Tak właśnie ktoś, kto śpi na zbyt dużym łóżku, przed zaśnięciem kładzie na poduszce małe radio, wyszukuje słów w oddechu mówiącego. Kobiety to lubią – szum myśli w głosie.

On chyba nie mógł tego powstrzymać, słów. „Jego myśl była – ktoś potem napisał – jak wierzba na wietrze: zakorzeniona, chwiejna, samotna”. Tylko wiatr i drzewo; drzewo jako symptom wiatru. Najczęściej pisał homilie, dużo słów, długie, dygresyjne komentarze. Komponował je tak pięknie, tak przekonująco, że wielu by sobie wzięło do serca każde słowo (wszystko, co głosił), i może nawet niektórzy zdołaliby się od tego poprawić, i wyrzec się grzechu na dobre, gdyby nie to, że zawsze w końcu (mówiąc, czułem przykre drapanie w gardle) przyznawał się, że jest niewierzący; że nie ma nawet wątpliwości.

No, ale muszę opowiadać, muszę już zacząć. Pamiętajcie tylko, że to nie ja, nie ja mówię; to on mówi do was, mój brat, Hamlet.

Mój ojciec chciał, żebym zabił twojego. Przyszedł do mnie we śnie; nie widziałem twarzy, poznałem po głosie, a nauczono mnie wierzyć w sny, i powiedział: „On nie będzie pieprzył twojej matki”. Zapytałem: „kto tam?”. Jakby stał za drzwiami. A on na to: „sam odpowiedz”. Odpowiedzieć? Komu? Czy tam jest ktoś, kogo mógłbym
poznać?

Wiedziałem, o kogo chodzi, chociaż nie wymienił nazwiska; tak już jest w snach, że się wie. „Musisz to zrobić, jeśli na świecie jest sprawiedliwość”. On oczywiście wiedział, że ja wiem, że już od dawna nie ma. Ale i tak musiałem. Właśnie dlatego musiałem, tym bardziej, sam. Co? Wymierzyć sprawiedliwość? To nie takie proste. Chodziło mu przecież o zemstę; słuszny odwet, który przywraca porządek. Ale „mieć rację” nie wystarczy, potrzebowałem nienawiści i trochę odwagi. Przyszedł przecież zedrzeć ciemność. Wrócił? Chciałem go o coś zapytać, już nie pamiętam o co, ale nie mogłem; zostałem sam. Z tobą? No tak, to w końcu twój ojciec. A ty jesteś moim przyjacielem. Więc wszystko zaczęło się
komplikować.

W tym miejscu muszę przerwać i wtrącić coś od siebie. Otóż on nigdy nie mówił o mnie: „mój najlepszy przyjaciel”, jak ja mówiłem o nim, tylko zawsze: „mój przyjaciel”. A to dlatego, że nie miał innych. Prawdopodobnie ze względu na to kalectwo, to znaczy, przez swoją odmienność, nie można go było zrozumieć. To znaczy: nie tyle nie mógł porozumieć się z ludźmi, co raczej nie zdołał spowodować, żeby go słuchali. Nie. Nie, nie chciałem powiedzieć „słuchali”, miałem na myśli, że nie „słyszeli”; nie jego, jego wcale, tylko mnie słyszeli; a jego właśnie „słuchali”. Wsłuchiwali się w jego słowa, szczególnie kobiety, puszczając, że tak powiem, mój głos mimo uszu. No, bo on, po prostu, nie słyszał, co mówi! A ludzie, jak czegoś nie usłyszą, to nie uwierzą. Może dlatego, że mają uszy? Tylko uszy do słyszenia? To się tylko tak wydaje, że kobiety słuchają oczami. Kiedy w końcu coś do nich dociera, to są to już suche słowa; bez śliny, bez ust, wyschnięte. Ja zresztą, przyznam, też go nie słyszałem. Tylko swój głos, mój, mówiący jego słowa, głos. Dosyć. Tyle chciałem powiedzieć od siebie.

Więc wszystko zaczęło się komplikować. Twój ojciec zrobił ze mnie swojego syna, lekarza. „On się nadaje na lekarza. Ludzie go słuchają. A w tym zawodzie liczy się zaufanie”. Słyszałem to ciągle. Musiałem go słuchać; ale nie musiałem przecież go
posłuchać.

Dlaczego nie mówię? Wola wyrazu ucieka przed niewolą składni; zdania nie mogą znaleźć wśród znaków wzoru prawdopodobieństwa. Mam w głębi coś do przedstawienia, coś, co znika, kiedy tylko opuszcza wnętrze. Nie zostaje we mnie, wyraża się z siebie,
zaraża.

Pracowaliśmy razem, ręka w rękę. Widziałem wiele kobiet, które dzięki niemu mniej cierpiały. I dzieci, miał rękę do dzieci. Wzywali go do najtrudniejszych ułożeń, umiał odwracać płód w macicy. Przyjeżdżali z zagranicy. Kiedy dziękowali mu za „przywrócenie życia”, on precyzował: „powtórne wydarcie z ziem utraconych”. Nie rozumieli. Lekarza nie trzeba rozumieć. Dalej używali tego wytartego zwrotu (nie mógł znieść, jak ktoś kaleczył język bezmyślnym użyciem metafor), a on niecierpliwie ich poprawiał: „zawracanie z drogi
repatriantów”.

Gdybym wycofał się wcześniej, być może nie byłoby nikogo podobnego w naszym rejonie. Z czasem ja też byłem dobry, ale nie tak; za wcześnie przerwałem, liczy się praktyka. „Ginekologia – mawiał – to wkładanie ręki w grób”. Właśnie tak, „w grób” zamiast „do grobu”, jakby tam coś rosło, zakopane. Nauczył nie wąchać: „jak cuchnie zgnilizną, to z tego musi być życie”. Zawsze się sprawdzało. „Drogą Natury do Nieskończoności”, tak zatytułował swoje pamiętniki, z przedmową Heideggera. Dużo czytał, założył nawet zeszyt synonimów, żeby nie powtarzać słów, których najczęściej musiał używać. Kiedy ktoś umierał, mówił „stopniał” albo „roztajał”; jak zapisywał pigułki: „wpuścimy pani robaczki”, a jak plemnikobójcze: „trutka na duszyczki”. Nie, nie uważał się za poetę. „Nie mamy do niej dostępu. Poeci to nasi myśliwi, przynoszą nam ścierwo, żebyśmy mogli się nażreć, a resztę
wypchać”.

Skrobanek nie robił. „W tym kraju, w naszej części kraju, obowiązują jeszcze pewne zasady. Skuteczne zasady zamiast przykazań, które nikogo nie mogą już skazać”. Wniosek, rezultat, skutek – tych słów używał najczęściej; sprawdziłem, kiedy przygotowywałem edycję korespondencji z Jungiem. Trudno to nazwać wymianą opinii, właściwie traktat w siedemnastu (każdy dokładnie na dziewięć stron) listach, bo Karl Gustaw twierdził, że z jego strony nic się nie zachowało. „Teraz płaczą, myślą, że mnie wezmą na litość; przecież nie są ciemne baby, wiedziały, co z tego będzie; chcą żebym je rozgrzeszył, a do księdza czemu nie idą? Bo ich nie
wyskrobie”.

Życie, mawiał, jest nie do zniesienia. „Szydzi z tych, co ośmielają się mierzyć je ciosami”. Precyzyjne i niejasne aforyzmy, odkąd zapoznał się z wczesnym Wittgensteinem („później staje się mętny”), zaczął je numerować. Jak cięcia skalpela; raniąc, odbierają przytomność, zanim przedłużą agonię. „Istota rozumna nie daje sobie radości, może ją tylko brać w siebie”. Mówił to, pokazując białe zęby, jakby chciał nauczyć nas uśmiechu. Stąd chyba wziął się ten fragment „o oczyszczeniu” w jego książce. Pisze: „Jeśli konfesjonał to jest takie urządzenie do utylizacji grzechów, to dym z tego pieca tworzy chmury, które w okresach niskiego ciśnienia odgradzają nas od nieba, a potem padają z nich deszcze”. I dalej, na końcu akapitu: „Trzeba być okrutnym, jeśli chce się coś
uratować”.

Kiedy miał lat trzydzieści, spłodził syna; potem ja miałem trzydzieści i też spłodziłem syna; a teraz mój trzydziestoletni syn spłodził, jak słyszałem, syna. Wtedy, przed trzydziestu laty, nie wiedziałem, że trzydzieści lat wcześniej spłodził mnie ktoś
inny.

Teraz, trzydzieści lat później, on ma już dziewięćdziesiąt trzy; i w każdej chwili może mi uciec; więc jeśli mam go… usunąć. Tak, zdaję sobie sprawę, że moje wahanie może skończyć się wbrew mojej, i twojej, woli; rozumiem doskonale, że nie będzie w porządku, że nie zostanie wypłacone zadośćuczynienie, ani na to, ani na jakiekolwiek, konto. Ojciec? Tylko echo kroków… Chodzi po murach, po obrzeżach, natrętny jak gołębie w średniowiecznych miastach. Nie, jak kawki! Wyciąga ze mnie śmieci. Tak, to będzie moja
wina.

Tylko, czy właśnie teraz? Kiedy jemu nie żal życia; może nawet, podejrzewam, o tym tylko marzy, żeby nareszcie uwolnić się od wózka, od cewnika, od ślinociągu, od rurki oddechowej i od tej grubej pielęgniarki, której nie może przerwać, kiedy kaleczy mowę Goethego i jeszcze trzeba jej za to płacić, a pieniądze na to wszystko idą z jego oficerskiej emerytury, i z profesorskiej, i jeszcze z ubezpieczenia. Pieniądze, które mogłyby posłużyć jego wnukowi na rozwój talentu („Mój wnuk gra na rzadkim instrumencie, Bach na nim grywał, ale on ubóstwia Telemana.”), a jego wnuczce na edukację jego prawnuków; bo czterech chłopaków wykształcić to są, w dzisiejszych czasach, koszty. Mam więc dać mu
wolność?

Nie powinien był przychodzić we śnie? Pozwoliłem usnąć temu, co człowieka budzi nad ranem, bez przyczyny. Wracam do łóżka, podnoszę stopy, po raz ostatni dotykam ziemi. To wyobraźnia wpędza nas w szaleństwo, każe odpowiadać duchom. A sny? Nie dodają siły; sen budzi wahanie, kiedy zostajemy z nim sam na sam. No to, po co to jest we mnie? Żeby zgniło? Już nie raz byłem blisko, naprawdę, prawie. Ale zawsze, kiedy mam się zdecydować, słyszę mamę. Nie wiem, co mówi, jej głos osłabia. To naturalne? Tak, ale zawsze zaskakuje; jak rytm tętna znaleziony, niespodzianie, w uchu przytkanym poduszką. Mama? Lęk ma się od matki, ambicję po ojcu. Mama. Ktoś ją rozdzielił, rozciął na dwa profile: po jednej stronie miłość, po drugiej
szczęście.

Ona mówiła, co on mówił. Nie mówiła, kto; więc nie od zaraz wiedziałem, że on. Że jego słowa jej głosem. „Oni otwierają ziemię, wypuszczają duchy. Wiedzą, że mamy zachłanną wyobraźnię, którą łatwo opętać; potem te upiory dyktują nam warunki, a my dajemy się nabrać, że jest do opanowania coś poza przyjemnością; sięgamy wyżej i zostawiamy im glebę, którą oni uprawiają i zbierają z niej jak z własnej”. To z listów. Takie małe karteluszki wypełniało się oszczędnie; zazwyczaj skargi i pragnienia; ludzie tak piszą, kiedy nie mogą mówić. On nie, on nie dlatego, przecież mówił. Zależało mu na tym, nie żeby ktoś go usłyszał. Głośno, do nikogo; cios, cios, aż do bólu w gardle. Zresztą, on tak wszystko, jakby walczył, jakby nie umiał inaczej niż przeciw. Czytała: „Oni mają rację, ja się urodziłem brudny. Chcą, żebym był brudny; mogą o mnie mówić miłosiernie: «chory», a potem ogłoszą, że zarażam i zdezynfekują. Nie, nie oczyszczą, nieczysty, będę nieczysty. Bo przecież człowiek już taki się rodzi: opluty i zakrwawiony; i przez całe życie próbuje się domyć, codziennie. Może z nimi jest inaczej, co?”. Tak mówią jego, za niego,
listy.

Krzyczał: „Jesteśmy ze sobą zbyt blisko…”, więc kładłam mu dłoń na wargach, trzymałam przez chwilę i nim zdążyłam go pocałować, kończył szeptem: „Bliźniacy, którzy stoją naprzeciw siebie, widzą to samo, odwrotnie”. Oczy wbite w pustkę, całym ciałem kłóci się z powietrzem. On kładł mi dłonie na biodrach, ja brałam w dłonie jego czaszkę; język, obrazy, śpiew zaczynały we mnie taniec między jego dłońmi. Pozwalał się pocałować; tylko tyle, nawet nie poruszał ustami, nie obejmował, odwracał się, wychodził, uważając, żeby nie trzasnęły drzwi; bez pożegnania, jakby miał
wrócić.

Taki był. Widzę go w tym szarym garniturze w czarne pręty, nigdy inaczej. Żartował, że to zarazem piżama i mundur, cały mężczyzna. Nie rozbieraliśmy się, żeby
szybciej.

Ucieczka… Na szczęście nie udana. Próba? Wszystko na próbę, bez rozczarowań. „Musimy być czujni, gotowość ważniejsza jest niż działanie”. Nigdy nie zrozumiałam, dlaczego się zdecydował. Samoloty coraz częściej płoszyły kawki. Może zmęczone dłonie puściły się w końcu krawędzi. Kiedy balansuję na chodniku (Nie cierpię adidasów!), faceci wpatrują się w mój tyłek. Moje biodra zachowały kształt
dotyku.

Krzyczał często. To znaczy: chciał krzyczeć, w porę jednak powstrzymywał go głos, zaczynał się krztusić, jakby połykał coś przez ściśnięte gardło. A kiedy spytałem, jak wyglądał, odpowiedziała: był raczej smutkiem niż gniewem zamaskowany. A w głosie? Pytałem. „W głosie nic; jego głos był przy mnie, nie oddzielony”. Oczy niebieskie, z taką krótkowzroczną, dużą źrenicą, wciągały w głąb i można było się w nich przejrzeć, jednocześnie. Tak jezioro wciąga w siebie niebo w nocy. Niebo w nocy, noc w jeziorze. Nie chciałam, żeby na mnie patrzył; wyobrażałam sobie, że jego wzrok przechodzi przez moje ciało i obrysowuje plamę na ścianie, za mną. Nie rozmawialiśmy; on tylko czasem, nie codziennie, mówił coś szybko wpatrzony w powietrze; jak ci bezdomni w tramwajach, którzy są z nami, ale skądinąd. „Ten kraj jest za mały, brak nam przestrzeni duchowej, musimy stać się kontynentem”. I jeszcze, że dopiero teraz, tu, jest wolny; bo nie musi robić tego, na co mu pozwolą. „Oni panują dla mnie, rozumiesz, dla mnie zbudowali ten cały porządek”. Nie chciał, żebym rozumiała. To pycha czyniła go więźniem w domu. Tacy jak on są niepowstrzymani, chcą czegoś, na co ich nie stać. Bo jest w nim bojaźń i wyobraźnia, które odbierają wolę? A przecież człowiek sam narzuca sobie dyscyplinę; kto w porę nie uświadomi sobie konieczności, na zawsze popadnie w niewolę. Nie, nie wiem, co było dalej. Ale wiem, że niebezpiecznie jest pozwalać na wolność takim, co to nie umieją powściągnąć ambicji. Czy coś dobrego może być z rzeczy
niedobrej?

Wtedy jeszcze tak o tym nie myślała. On krzyczał, a ona wierzyła, jak dzika nimfa faunowi. Ciało jakby pogrzebano w nim kości. Skóra bez naskórka, młoda. Musiał być niski, jak ja, trochę łysawy, włosy wypadają z braku cynku, oddech krótki, krztusił się, pluł żółtą śliną z ziarenkami krwi. Wrzód pęka do wnętrza. I na pewno wymachiwał rękami. Tak zwykle robią ci, którzy nie mogą się wysłowić. Wiecie, takie włoskie gesty: dłoń trzepoce przy piersi, a potem w górę, jakby chciała wyrwać coś z
ukrycia.

„Uprowadzają nasze kobiety; nie dlatego, że są piękne, dlatego, że są nasze; żebyśmy im zazdrościli. Uczynili nas swoim lustrem; chcą, żeby ich podziwiać, chcą nam być do pozazdroszczenia, żeby mogli czuć na sobie nasze zawistne spojrzenie; bo oni muszą być lepsi, bo tylko tak umieją być. Chcą nam wydrzeć, co u nas stracili”. Zamykał oczy: „Europa jest naszym domem”. Rozkładał ręce, które wskazywały: szpital, obóz, oświęcimskie lasy, drogę na Trzebinię; dalej horyzont, zesztywniały na mrozie, i to, co za nim. „Wiem, że tak nie jest? I co z tego. Nie wierzę sobie. Bo skąd ja to wiem? Kto mi to we mnie podpowiada? Bezgłośnie może wejść cokolwiek. Zalęgnie się i złoży nasienie”. Chwile odpoczywał i dodawał, prawie zawsze, na zakończenie: „Morze zawraca języki”. Twierdził, że to cytat, po angielsku. Prawdy boją się jak epidemii, jak wirusa nieuleczalności. Kiedy zaczynał bełkotać, widziała: jego oczy nie zatrzymują się przed ścianami przedmiotów, wzrok przechodzi przez zasieki zmysłów. Jak ktoś, kto widzi rzecz w jej granicach. „Jego wolność zagraża nam wszystkim”. „A przecież, kto chce być bardziej ten musi walczyć albo pościć, w obu kierunkach bezpowrotnie”. Stał przy niej, wrośnięty w swój ciężar. „Bo człowiek nie może poruszyć ciała siłą własnej woli”. Porusza nim
ciężar?

No właśnie; czemuż miałbym, skoro nie śpię, wykonywać polecenia usłyszane we śnie? Co w tym głosie przekonuje mnie do brudnej zemsty. Zemsty? Za to, że się narodziłem? Nic. Nic przekonujące. Czy to się leczy? „Miejsce zranione pogardą obrasta nienawiścią. Osamotniona słabość ma czelność domagać się swego kosztem wspólnego pożytku”. Miał na to recepturę: na dwa rozdziały z Maxa Schellera, dwa akapity z Genealogii
moralności.

Nie zawsze przez mamę, niekiedy do mnie. Czasami sam, we mnie. Słyszałem, ale nie jestem pewien. „Oni chcą, żebyśmy ich słuchali; ale nie mówią do naszych uszu, ich głos dociera do naszych oczu; mówią nam w twarz. Cicho! krzykną jak do psa, i my zaraz uszy po sobie. Wolno nam tylko kwilić, lubią nasze skomlenie, jest takie liryczne. A przecież nie wyrwali nam języka z gęby, samiśmy swój głos połknęli. Wolno nam było tylko kiwać albo kręcić głową – tak–nie – jakby w deskę młotkiem”. Zamykał oczy: „Ten skrawek błota, który za całe bogactwo ma nazwę”. Ja go rozumiem, Oreste, pamiętam, jak twój ojciec dał mi do zrozumienia, że tylko przez szacunek dla matki nie wyrazi wprost swojej dezaprobaty. Ale się na mnie nie obraża, bo już i tak poniosłem karę, tracąc pełnię jego zaufania. „Miałeś szansę udowodnić, że wiesz, jak należy grzecznie się nie wtrącać”, powiedział kiedyś, gdy wziąłem stronę matki. Musiał się poczuć, jakby go nie było, przez chwilę, w domu. Gdzie był
wtedy?

Kiedyś mnie przyłapał, leżałem już w łóżku… Zapytał mnie, po co się modlę. „Liczysz na ostrzeżenie, czy na przebaczenie?”. Chorował wtedy, po kilku tygodniach pierwszy raz na nogach. „Mówią, że wiara uzdrawia; ale czy nie musimy przedtem oddać się chorobie?” Wierzył, że dlatego choruje, żeby mógł
leczyć.

Zdrowy rozsadek i niezachwiane poczucie godności, dostarczą godziwych pozorów słuszności. „Złe rymy! Banalny rym mdli, wywołuje torsje. Etyka, panowie, prawdziwa etyka, jest dwuwymiarowa; płaska fotografia rzeczy, których istnienia, gdzieś i kiedyś, nie da się zaprzeczyć. Złe rymy. Cholera, pchają się te brudne końcówki. No, co się gapicie? Lepsza brudna szyba?”. Odwracał się w stronę ramek ustawionych na kominku. „Jestem drogowskazem!”. Nie wskazywał drogi, palec przykładał do płaskich podobizn. Kiedy deszcz rozmiękcza drogi, wnętrze opiekuńczo nie wypuszcza za drzwi. „Etyka! Precyzyjny, prosty system; oto, czego trzeba bronić”. Przed kim? Mógł o to zapytać, ale był komendantem szpitala dla zatrudnionych w obozie; dla powołanych w pole prosto z wnętrza ogrzanego ujarzmionym ogniem; był tu dla ich żon i dzieci, dla ich kucharek i krawców. Nie zapytał siebie, czemu boisz się tych, których leczysz. Boi się nawet ich dzieci, tych niepoczętych najbardziej. Nie może sobie ich wyobrazić. Jedyne, co przychodzi mu do głowy, to grupa karłów w ciemnych okularach. Proszę mi spojrzeć w oczy, panie pułkowniku, przecież dla lekarza każdy człowiek jest pacjentem, prawda? Nie wierzył w ludzką zdolność decydowania. Prawda? Prawda jest grudką ciasta, mieści się w krtani albo w pięści. Puszczają wiązadła i ciało opada pod własnym
ciężarem.

W młodości takie imię jakoś mi jeszcze pasowało, ale z wiekiem… trudno się ludziom dziwić, coraz częściej widziałem uśmieszek na twarzach, pobłażliwie ironiczny. Jakbym to ja sam wymyślił sobie rolę błyskotliwego nieudacznika. No, bo jaki on jest, ten Hamlet? Nieobowiązkowy, niewychowany, arogancki, aspołeczny, roztargniony, rozgadany, a przede wszystkim pozbawiony charakteru, natura pozornie kulturalna, w istocie dzika, niepoddająca się jakimkolwiek imperatywom, umysł może nawet lotny, ale poza wszelkimi kategoriami. Chciałem być inaczej, ale byłem za bardzo. Hamlet to jest, bądźmy szczerzy, komediant, marny aktorzyna, co to bez przerwy musi kogoś przedrzeźniać, bo nie umie zagrać po swojemu. Źle się czułem z tym imieniem; jakby było czyjeś. W urzędach często mylili się: „Helmut?”; więc kiedy z uprzejmą podejrzliwością udawali analfabetów, nachodziła mnie pokusa, żeby nie zaprzeczać. Ale jakby to wyszło na jaw, mógłbym mieć
kłopoty.

Nie raz go pytałem, skąd to imię, takie głupie, takie nieprawdziwe. Nie odpowiadał. Aż w końcu kiedyś, przy pacjentce, z jedną ręką w jej kroczu, z drugą na pępku, bo przekręcał w niej płód. Ciągle ta sama śpiewka, że mama chciała Artur, ale to przecież takie wymyślne imię, z bajki. Już bym wolał z legendy, ja na to: przynajmniej nikt nie wie, jaki był ten Artur; a Hamlet, wiadomo, wszystko zapisane, słowo w słowo, nic nie można zmienić. „Znałem kogoś o tym imieniu”. Ale kogo, nigdy nie powiedział. Zawsze jednak starałem się dociągnąć dialog do tego miejsca. Wiedziałem, że tutaj jest koniec, że będzie musiał się zatrzymać; nagle stanie się ostrożny, żeby mu się nie wymsknęło. Tutaj zaczynałem, stąd zaczynałem się domyślać; to znaczy: na razie tylko fantazjowałem, ale on i tak się bał, trochę. Ale
czego?

Matka mówi: on mówił: „Tylko taką przewagę mamy nad nimi jak Aborygeni nad antropologiem, że nas nie rozumieją; się boją. Boją się, co o nich możemy pomyśleć. Bo oni myślą, zapamiętaj sobie, tylko o sobie; myślą, że my myślimy o nich”. Obsesja myślenia, obsesyjne myśli oskarżają bez opamiętania, spuszczone ze smyczy rozsądku i woli. Umysły ludzkie w popłochu… „Pamięć o tym ich kalectwie trzeba nosić w sobie jak sztylet w cholewie”. Gdzie ja to
słyszałem?

Tym nożem miałem go przebić. Wyobraziłem to sobie jako krótki zabieg inwazyjny. Jakby ktokolwiek mógł nastawić zwichnięty staw czasu. Nożem? Rysuję na skórze granicę, za którą Chrystus śmieje się jak Budda. Przypomniałem sobie o nim, kiedy już ogolony, po śniadaniu, pomagałem sobie łyżką ubrać buty; poczułem chłodny metal w dłoni. Nagle krótki rozpad światła, promień odbity od klingi, chwila niewidzenia. Wychodziliśmy razem do kliniki. Tak, nożem.

Nie, nie należy go potępić; ja wiem, że go boli. Jesteśmy podobni, jeszcze nie inni, jak ziarna. Czego? Nie powtarzałbym tego wszystkiego za nim, gdyby nie przemawiała przeze mnie wiara. Tak, Hamlet, to wiara głosi, zwątpienie cicho rozmyśla. Poezja idzie spod ziemi i wyciąga nam ciężar spod nóg; bez niej nie zrobiliśmy kroku. Pisać, zapełnić niezapisane. Wymazać, i zapisać, to co wymazane. Czy można ścierać warstwy głosu? Hamlet, wiem, że jesteś, tam, w słowach, wysłowiony, przeze mnie; pamiętam dosłownie: „Oddychaj, aby mówić ze mnie, Oreste.

Kiedyś znalazłem szary zeszyt, jego dziennik, z czasów, kiedy byłem mały. Mały? Mniejszy od myśli, wcześniejszy od Boga we mnie; nie umiałem nawet pisać. Opisał w nim wypadek, w listopadzie, na Teneryfie. Był na jakimś kongresie, prawie dwa tygodnie, więc zabrał psa. Jego ukochany pies („mój przyjaciel”, nie dodał „jedyny”) uczęszczał, on posyłał go na jakieś kursy tresury, gdzie uczyli różnych pożytecznych usług: noszenie gazety w pysku, aportowanie drewna, trzymanie się nogi oraz, niestety, ratowanie tonących. No więc, tak się złożyło, że ciągnął jakąś nastolatkę (nie pamięta imienia, córka norweskiego dyplomaty, „na pewno pełnoletnia”) na nartach wodnych; miała słabe nogi (skąd mógł to wiedzieć?), ale radziła sobie, więc dodał gazu („dałem się ponieść fantazji”) i wtedy jakoś tak się wykręciła… A takie psy są nauczone, wyszkolone, żeby ratować, taki nie myśli tylko skacze. Nie zdążył się nawet odwrócić, żeby wyłączyć silnik, a już ich widział zaplątanych w linę; potem zaraz oboje wyrżnęli o boję (tak mu się zrymowało) i już. Dalej nic na ten temat. Stąd wiem, że pies nazywał się, miał na imię, Hamlet. Musiał go bardzo lubić, skoro nie wziął sobie nowego. Wtedy, tamten Hamlet, musiał mieć chyba ze dwanaście lat. Był już
stary.

Mama lubiła najbardziej, spośród tych, co przychodzili (bywali?) do naszego domu, starego psychiatrę. Kiedy tylko usiadł na kanapie, coś się w nim włączało. Mówił zapalczywie, bez nadziei na zrozumienie, jak ktoś, kto opowiada o czymś, co jak sądzi, nikomu innemu nie mogło się przytrafić. Pamięta, że kiedy podawała ciastka do koniaku, zwracał się do niej: „My, droga pani Schneider, mamy coś in common, jak to mówią w Stanach, coś pospolicie wspólnego”. Wiedziała, o co mu chodzi, ale wiedziała, że czekał na: „Co takiego, profesorze? Czyżby pochodzenie?”. Był jej za to wdzięczny; uśmiechał się do kieliszka, nastrajał głos na ton wykładu: „Nie, droga pani, nie pochodzenie – przeznaczenie”. Teraz dopiero, niezauważalnie zaciskając dłoń na szyjce, zaczynał napełniać ich kieliszki. Nalewał z wysoka, żebyśmy słyszeli, jak płyn uderza o dno. „Być pomiędzy, zawsze pomiędzy. Wykorzystujecie nas, żeby się nienawidzić, a potem sobie wybaczacie. Prawda, pani Schneider, pani też to czuje? Jesteśmy waszą granicą, wschodnią i zachodnią. Bo my jesteśmy czarna kreska, czarno na białym. Spójrzcie na nas, stary doktor i piękna pani Schneider (jakby ktoś podnosił jej spódnicę i pokazywał żylaki) mamy ten sam profil, wyraźny. Prawda,
panowie?”

„Przy wyjściu spotkasz niezliczone stado bakterii. To dla nich żyjemy; najmniejsza małość w dużych ilościach; biosfera, trawnik tak gęsty, droga pani Schneider, że ani źdźbło nie drgnie na wietrze”. Lubił na koniec zdmuchnąć świeczkę zanim się
dopali.

„W naszych czasach, droga pani Schneider, świadomość każdego człowieka wypełniona jest po brzegi i nie ma w niej miejsca na cokolwiek, czego nie odrzucałby nasz lęk przed wystąpieniem z brzegów. Tylko szaleńcy mieszają wiatr z wodą…”. Dalej nie słuchała. Nie powstrzymywał błota; mógł sobie pozwolić, żeby w nią wlewać to, czego musiał tam, w gabinecie, wysłuchać za pieniądze. Kobieta jest przecież naczyniem, aż do dna wypełnia ją życie. W kuchni słychać było krzyk talerzy, którymi biła żeliwny kant
zlewu.

Nie chciałem powiedzieć zdrada, chciałem powiedzieć słaba, bo to bardziej po niemiecku. „To przez to, że jestem za dobra, za dobra dla ciebie”. Nie wiem, dlaczego krzyczała. Może czuła, że dobro jest tylko żywiołem, jak podziemna rzeka, skryta i niepowstrzymana, że nie da się tak po prostu być dobrym, bo dobre z nas wypływa, więc musi być coraz lepsze i lepsze, aż w końcu natrafia na słabość, staje się nie do zniesienia, przelewa się i marnuje. „Żydzi mówią cierpliwość, Ruscy mówią pokora, a ja mógłbym się oskarżyć o takie rzeczy, których nawet Niemcy nie wymyślą. Tylko że ja tego nie zrobiłem; nic nie zrobiłem”. Tu mama robiła przerwę, wtrącała: „Nie chciałam rozumieć. Nie pytałam. Bałam się, że gdybym mu przerwała, mógłby połknąć
język”.

W pralni było ciepło; kładliśmy się na białych płótnach, każde z fioletową pieczątką. To było jedyne miejsce, gdzie mógł tak mówić, i tylko do mnie. „Tacy jak ja pełzają między niebem a błotem”. Kto miał mu pokazać lustro, w którym by się zmieścił? Nie pozwalał odpowiadać: „Niech się nasz umysł tym żywi, nie język”. Był kiepskim aktorem, nie umiał pogodzić przypadkowego znaczenia słów z mimowolnymi znakami ciała. Głos uwalniał się z jego zaciśniętych warg, uciekał przed nim. Słowa ciągnęły mu głowę do nieba. „Niezdecydowanie, niezdecydowanie – tego nie można zarzucić doktorowi Schneiderowi!” (Śpiewaj głośniej, ptaszku). Kiedy przestawał krzyczeć, leżał jak pusty kostium. Jak coś, co nie
czeka.

Obserwowaliśmy ptaki; krążyły nad barakami, siadały na drutach, a potem bliżej, bez lęku wsadzały dzióbki pomiędzy źdźbła trawy zgniecione naszymi ciałami”. „Patrz, kawki; mają dla siebie cały
śmietnik”.

Albo ci dwaj, których spotkałem na Golfstromie, kiedy odbywałem służbę w marynarce. Palacze na kontraktach, nierozłączna para, jakieś żydowskie nazwiska; powtarzali mi (ja stawiałem) z pijacką pewnością: „… i ma pan szczęście, poruczniku, że pana stamtąd wyrwali; tatuś pana to by się ucieszył. Też bym oddał swojego syna, chłopak byłby mi kiedyś wdzięczny”. A jak wróciłem, to ojciec: „Możesz śpiewać, ptaszku”. I jeszcze: „Świat stoi przed tobą otworem”. Jakbyśmy stali przed bramą wiezienia, tyłem do wyjścia. Dwóch tatusiów, mój chłopczyku, to dwie
wolności.

Tutaj znowu muszę przerwać, na chwilę, tylko żeby coś wyjaśnić. Otóż Hamlet, słyszeliście, zwrócił się bezpośrednio do mnie; powiedział „chłopczyku”, a wcześniej „ptaszku”; jakby to on sam był, tutaj, tu z nami, i jakbym to nie ja mówił za niego. Owszem, zdarzało mu się nie rozpoznawać się w swoich słowach, zarzucał mi wtedy, że mu coś wmawiam; i może czasami miał rację; ostatecznie jesteśmy rodziną, podobni jak bracia. Ale nie tym razem.

Dwie wolności. Więc najpierw uciekłem do Stanów; półroczny kurs angielskiego, a potem Tybet, siedem miesięcy w aśramie. Wszędzie jak w domu, nuda. A tam, w tamtej części, nie byłem. Po co? Aha, ta wizyta! Zapomniałem. Kiedy byłem w marynarce, weszliśmy na polski kuter torpedowy, w Gdańsku, siedemnaście minut. Wysyłałem wszystkim taką samą śmieszną kartkę z biało-czarnym zdjęciem stoczni, widok z góry. Jak to leciało, Oreste? „Dokonałem abordażu na nieprzyjacielski okręt. Stop. Odcięło mnie od swoich. Stop. Obchodzą się ze mną miłosiernie. Stop. Pewnie na coś liczą. Stop. Jestem tu jedynym jeńcem. Stop. Nie wracam. Stop. Czekam”. Kiedyś dojechałem aż do Drezna; mają tam rokoko. Spotkałem dziewczynę, z Łodzi chyba. „Długo byliśmy sobie potrzebni, ale się wyrównało”. Mówiła do mnie jak do innego; jakbym nie był dwudziestoczterolatkiem, jakbym nie bał się tych jej zadartych piersi, pachnących jakimś owocem. „Wy nami musicie pogardzać, a my możemy wam zazdrościć. Dlatego my musimy owocować, musimy, a wy możecie nie”. Jakoś tak to brzmiało, niezupełnie po niemiecku, ale nie wiedziałem, jak mam ją poprawić, bo w zasadzie było poprawnie. Te stamtąd były dobre w łóżku; chociaż zupełnie nie myślały o seksie, za to uwielbiały wzniosłe zdania w stylu Adorna: „Korzystacie z owoców (Śliwki! Chyba śliwki) zbrodni, dlatego się nas boicie”. Dziwki zawsze dużo mówią, przedłużają rozbieranie tym gadaniem. To było wiosną, stamtąd już blisko, czuło się w powietrzu słodki odór. Nie warto było posuwać się
dalej.

No, ale czas kończyć, jeszcze tylko tamto. Nigdy sam nie opowiadam tej historii, nigdy swoimi słowami. Zapamiętałem wszystko, słowo w słowo; to jej opowieść, mojej matki. Umiem tylko powtórzyć, co powiedziała, kiedy skończyłem trzydzieści lat i wiadomo już było, że będę miał syna; tego, który ma trzydzieści i, jak mi mówiono, też oczekuje
potomka.

Było tak. Przychodzili do zony kobiecej codziennie rano, żeby budować piec, taki do spalania śmieci. To był Wielki Tydzień, robiło się ciepło, na wiosnę dużo ludzi umiera. W drodze powrotnej wynosili ciała dzieci. „Słońce rozmnaża robaki w padlinie”, powiedział kiedyś, nie wiem dlaczego, zapamiętałam. „Dobrze, że oni tak dbają o higienę, przynajmniej mam robotę”. Zajęło im to miesiąc; starali się przeciągać, bo w czasie przerwy dostawali zupę. Ja byłam blisko, tam, gdzie chodzili po cegły. Musieliśmy bardzo uważać, żeby na siebie nie patrzeć. On zawsze coś mówił, jak wchodził, żebym poznała po głosie. Najczęściej: „Przyszedłem po cegły”, po niemiecku, bo znał trochę, jak wszyscy, od Żydów. Potem słyszałam kroki, i że zdejmuje kłódkę, i znowu kroki, po schodach. Kiedy kroki cichły, zaczynałam liczyć do czterdziestu, czasem jeszcze dziewięć, bo bałam się, że za szybko, i podnosiłam rękę, jak w szkole, żeby zgłosić potrzebę. Latryna była na zewnątrz, trzeba było obejść magazyn od strony drutów, było tam okienko do piwnicy. Baliśmy się, że ktoś może się domyślić, więc umówiliśmy się na co trzeci dzień; ale raz nie przyszłam, ze strachu, a potem dwa dni pod rząd. Właśnie wtedy, zaraz na początku, jakiś dzień po tym, jak zaczęli przychodzić do pieca, zauważyłam objawy. Ale byłam dobra w szyciu, więc Grupowa nie chciała mnie stracić, stąd ten szpital. Najpierw ucieszyłam się, że szybko umrę; potem, po pierwszym razie, dowiedziałam się, że nie od razu, że chcą mnie leczyć. Co trzy dni wychodziłam na badanie i na zastrzyk, cieszyłam się z mycia. Jeszcze przez dwa miesiące, po tym jak skończyli z piecem, przychodziłam raz w tygodniu do doktora Schneidera, na przegląd. Był
łagodny.

Nie wiedziałam jeszcze nic o jego matce; raz tylko chciał mi coś powiedzieć, starał się trochę po polsku; chyba to, że była podobna do mnie. Nigdy później nie pytałam go o tamto; dużo opowiadał o niej, ale nie lubiłam słuchać. Nie, nie żeby matka, nie mogłam znieść jego głosu; podczas rozmowy wyobrażałam sobie kogoś innego; nie tylko mężczyzn. Bo jak się widzi czyjąś twarz, to wystarczy, ale głos jest niczyj, musisz wymyślać. Kiedy dowiedzieliśmy się o tobie, to znaczy on miał już pewność, zaczął mnie karmić; mleko, ryby, jabłka. W końcu nie dało się ukryć. No, bo z czego taka gruba? Poszedł do komendanta szpitala i przyznał się do
gwałtu.

Pułkownik, profesor, nawet się nie śmiał; poklepał go po ramieniu i zawsze w towarzystwie powtarzał ten dowcip: „Przepisał mi trutkę na szczury”. Musiał szybko coś wymyślić i wtedy przypomniał sobie o zdjęciu swojej matki od komunii. „Ona jest czysta Niemka, panie profesorze, niech pan zobaczy, zrobione w Danzig, w trzydziestym trzecim. Jej ojciec nie mógł znaleźć pracy, chciał dostać posadę w policji, a wie pan pułkownik, jak to z Polakami, straszni nacjonaliści. W końcu został nawet aspirantem, ale musiał się ukrywać”. „Czego pan ode mnie oczekuje?”. Nie chciał nawet o tym słyszeć, mówił, że jakby to doszło do komendanta obozu, to szubienica. No więc nie miał wyjścia, zawsze chciał mieć syna. Na drugi dzień przyniósł butelkę koniaku i książkę w twardej oprawie. „Freud? Czyta pan Freuda, doktorze? Tutaj? Niech pan zachowuje się rozsądnie, naraża pan nie tylko…”. „Spokojnie” – zawsze tak to opowiadał, dramatycznie – „spokojnie, profesorze, jesteśmy we własnym gronie; niech pan spojrzy, tu jest dedykacja”. „I wtedy – zawieszał głos na chwilę, zdradzając tłumioną pokusę aktorstwa – jego natura uległa rozwadze”; brzmiało jak cytat z Goethego, ale nigdy nie udało mi się tego znaleźć. Na pierwszej stronie „Die Traumdeitung”, piórem: „Mojemu uważnemu słuchaczowi oraz, mam nadzieję, przyszłemu koledze, Sigmund Freud”. „Skąd pan to ma?”. „Z tego łóżka, zostawił pan pod poduszką, pewnie ktoś nagle zapukał; rozumiem, jak też mam czasem ochotę zdrzemnąć się w gabinecie”. Obaj byli lekarzami, uczonymi i oficerami. Więc nawet nie spytał, czy znam niemiecki; znałam kilka słów, jak wszyscy Żydzi; a jak zaczęłam pracować w szpitalu, najpierw w kuchni, potem w pralni, to szybko się nauczyłam. Kiedy mieli wejść Rosjanie, szpital ewakuowano w pierwszej kolejności; potem, już w amerykańskiej zonie, zostałam pielęgniarką. Tak
było.

Ja miałem urodzić się później, rok później, tutaj, w Monachium. Musieli mamę, podobno, rozciąć, bo nie mogła wyprzeć. Ojciec jej nie operował, jakiś Amerykanin, czarny, ale nie całkiem, z Kuby chyba. Miał na imię Oreste, mamie się podobało. Ojciec tym razem się zgodził, chociaż wolałby Horatio, dla zachowania symetrii. „Brzmi podobnie; ale kiedy nie można rozstrzygnąć, decydują względy estetyczne”. W pracy musi wysilać się po angielsku, wieczorem czyta Kanta po francusku, „bo znam to na pamięć”.

Jestem wtedy trochę niższy, wyrównamy się w trzecim roku, do dwunastego kupują nam to samo ubranie, w tym samym rozmiarze. Hamlet mawiał, że jesteśmy bardziej niż rodzina, „bo mniej spokrewnieni”. Aż do jego trzydziestych urodzin uważaliśmy się za braci, potem przyjaźń. Przyjaźń? Tylko mnie opowiadał swoje sny; z czasem zacząłem śnić to samo; to normalne, mówił psychiatra, przyjaciel ojca, „wzajemna autosugestia”. Oczywiście, nie ma żadnej pewności; obrazy mogą liczyć na słowa, tylko. Nie zostały po nim fotografie, dobrze. Fotografiom wszystko można wmówić. Kto łamie kontury kształtu, gubi się w niczyim kraju. Człowieka, którym szarpią emocje, natura pozbawia odbicia. Mówiło się „tamten Polak” albo krótko: „tamten”. Mama pamięta „słabo” tamten głos: „wysoki, jakby jeszcze niezupełnie męski”. W naszych snach ma twarz odsłoniętą. Ale, kto to jest? Skąd? No właśnie, takie pytania nawiedzają wyobraźnię. A przecież sny to są projekcje i żaden umysł nie może przekroczyć swojego horyzontu. Czułem jego wzrok na sobie, dotykał mnie; musiałem milczeć, bo nie przypominam sobie swojego głosu.

Masz być wężem o gołębim sercu, pisał Święty Paweł. Dlatego właśnie zostałem pastorem. Arcybiskup był przerażony. Potem mówił, że poczuł na ramieniu rękę Opatrzności, która powstrzymała go przed wysłaniem, napisanego już, listu z nominacją na pasterza naszej diecezji… Czy to było oszustwo? Trochę inne ułożenie rąk, kazania krótkie jak uzasadnienie wyroku; żeby jak najszybciej dotrzeć do tej chwili, kiedy odbiorą ode mnie truciznę, która przywróci ich Matce. Czy można było inaczej ich uratować? Ojciec był dumny z siebie, kiedy po raz pierwszy widział mnie bez papistowskiej sukienki. „Moja krew”, kłamał, nie dodając tego o kościach. „Robaki życia”, tak chciał zatytułować swój doktorat z teologii
ciała.

Bałem się tych słów; nie mogłem odmówić im głosu. Ale niosłem je przed sobą jak fałszywą monstrancję, od której inni przyjmują błogosławieństwo. Wiedziałem, że on wyobraża sobie ciało Chrystusa na podobieństwo robaka, który panoszy się sobiepańsko w zamkniętym obwodzie pokarmowym. „Czy coś innego daje nam życie…” – tak właśnie, pytając, uczył nas ojciec biologii – „…niż to, co nas toczy? Zygota umiera.”. Zdanie było krótkie; pamiętam, że czekaliśmy na ciąg dalszy, ale on uśmiechał się i gwałtownym ruchem ramienia, gestem, który wyglądał na cios, odsłaniał zegarek spod mankietu: „No, to macie wolne”. Poszliśmy bawić się w wojnę. Wojna najlepiej nadaje się do zabawy w przyjaciół.

Podszept szeleszczących liści; wiatr trze skórą o skórę; głos bez słów każe się w siebie wsłuchiwać: słuchaj, oddaj się, daj posłuch. Czy teraz? Czy właśnie teraz, kiedy on tak bardzo boi się, że umrze przed matką? Czy to jest właściwy moment, Oreste, żeby oczyścić jego zwłoki na wysypisku ofiar? A może chodzi mu o to, bracie, żebym zdobył się na podniesienie ręki? Żebym w szeleście liści, sam przecież rozgrzebuję je butami, żebym usłyszał swój głos. Nie, nie twój, Oreste, ale ten, którego w kościele słuchają kobiety, zanim rozpuści się w nich opłatek. Żebym podniósł, żebym ja. Reszta nie należy do
mnie.

Reszta? „On nie będzie pieprzył twojej matki”. Tak miał powiedzieć, tamten, tamten ojciec do swojego syna. A dlaczego, nie? To jest również moja matka, jeszcze ładna, ojciec był dla niej łagodny. „Nie chcę zemsty, chcę równowagi”. „No, to na co czekasz, Hamlecie?” – Powiedziałem kiedyś, bez zastanowienia. „Zastanawiam się, skąd przyszedł”.

Zastanawiam się skąd przyszedł. Miał na sobie jakby mundur, ale nie widziałem jaki. Wiesz jak to w snach, rzeczy emanują sensem, który je otula. Byłem wtedy bezwzględny, sfrustrowany, i bardzo nie chciałem się bać. Jak to, skąd? Nie znali się przed obozem, po też nie. Zanim skończyłem to zdanie, mogłem sobie odpowiedzieć. Ale on zaczął. To nie był rozkaz, przyjacielu, tylko… Imperatyw? Tak, coś takiego, trochę służba, trochę pycha. Nie musiał dodawać: „rozumiesz?”, widział to we mnie jak w lustrze, to samo odwrotnie. Wtedy, po raz pierwszy, stanęliśmy naprzeciw siebie i punkt po punkcie dotykaliśmy na sobie różnic. Niczego więcej nie chciał ode mnie.
Rozumiesz? Nie.

Wiem, co powiesz, że trupa trzeba wyrzucić nim zacznie gnić i zatruwać; ale to ja będę musiał płakać po. Bo w tym miejscu, w tym zdaniu, znowu musimy się rozstać, Hamlet. To ty zawsze decydujesz. Ale nie tym razem; nie zostawisz mnie z nimi, z milczącą resztą. Nie, tym razem też. Nie, nie mam ci za złe; ostatecznie to też jakaś sprawiedliwość; ty będziesz czysty, cały w tym, co zapisane, a ja po tobie dziedziczę książki.

Nie czekał na jej zgodę, to jej pozwolił czekać na silniejszy powiew, który pchnie ją. Nie pchnął; chwiała się zakorzeniona w błocie, pojedyncza. Przecież świadomość wyprzedza wyznanie, tak nas nauczyli. Kto? Wszystkowiedząca samowiedza – „Z powrotem do Hegla!” – sprzyja erupcji ekshibicjonistycznych skłonności u osobników skłonnych do spowiedzi. „Bełkot!” Nigdy nie potraktowałby poważnie cytatu z Carnapa. „Mania skrupulanctwa, moja droga, bierze się z niemocy woli”. Mogła nie
brać?

Nigdy nie było inaczej, Oreste. Kiedy bawiliśmy się w leczenie ludzika (pamiętasz, ta laleczka z mydła, którą ukradliśmy mamie) trzeba go było rozkroić (wtedy się pokruszył), bo ja chciałem pod telewizorem, a ty siedziałeś na stole. Tak, tak było od początku. Zrozumiałem to niedawno; przypomniałem sobie to ukrzyżowanie (dzieci robią takie rzeczy), cośmy odgrywali nad morzem, gdzieś koło Wenecji, w takim pustawym hotelu, pamiętasz? Gdybym wtedy wiedział, nie upierałbym się przy tej roli; potem tobą się opiekowali, a ja miałem zakaz; już nie pamiętam czego. W końcu przekroczyliśmy
granicę.

Przybiegaliśmy obaj posiniaczeni pod jej szczupłe ramiona. Bracia muszą walczyć ze sobą od czasu do czasu: „Kto zwyciężył?”, „Remis! Remis!”, „Nic im nie jest?”. Oglądała nasze symetryczne rany… „Nic, po obu stronach”. No tak, mama nic nie powiedziała ojcu, ale… Nie mów teraz! Daj mi opowiedzieć. Mama zamknęła się z nami w pokoju: „Jesteście za blisko. Między wami nic nie ma; wasza granica…”. Tak powiedziała: „granica” i narysowała palcem, najpierw w powietrzu, a potem po czole, przez nos, usta, brodę. Powiedziała: „Macie wspólny profil. Wyobraźcie sobie, że to rzeka…”. Tak, mówiła: „wyobraźcie sobie”. Często właśnie tak: „Jeden brzeg dla ciebie, drugi…”. Drugi dla mnie. Drugi dla
mnie.

Albo to, kiedy znaleźliśmy przejechaną łasicę. Chyba właśnie wtedy, po raz pierwszy, poczułem, że moje ręce to ktoś inny. Ciało było martwe, ale jeszcze ciepłe. Rozciął. Nie było w nim życia, sama miękkość. Przez chwilę grzał ręce w obłoku pary, który gęstniał na mrozie i zaraz znikał, stygnąc w rozrzedzone do przeźroczystości powietrze. Czasami coś nam pomaga brakiem rozsądku; popycha i dalej ciężar ciała ciągnie w swoją stronę. Kiedy przestało dymić, włożył ręce do wnętrza; chlupnęło jakby ktoś zapłakał albo jakby kwas pił. Przyszło mi do głowy, że to mógłby być grób mojej matki. Skąd
przyszło?

Kiedy dowiedział się, że wiem: „Poznałeś warunki Hamlecie. Łaska słabszemu dała wyrównanie”. Cytował swoje słowa z naturalnie obcym akcentem. Mama przyjechała do mnie, do Wittenbergi, żebym był przygotowany… Moje ciało było w niej, już obce, ale jeszcze niczyje. Mam cię jak wyrwę, mówiła, jak wypowiedziane słowo. Teraz, kiedy mówię głosem, który mnie opuścił, tamto słowo – wyrwa – dociera do mnie, domaga się
narodzin.

„Choćby raz urodzić – mówiła – to dać początek wieczności”. Popchnąć czyjeś życie? Odepchnąć od siebie? To jakby zabić muchę na świeżo wypranym sumieniu. „Wyrzeczony wyraz odrywa się od głosu, na zawsze, i musi szukać sobie rzeczy, która uczyni go słowem”. Nie, to nie mój ojciec, to twój; cytat z jego nieukończonej „Gramatyki okoliczności”, Getynga, stypendium Fundacji Humboldta, początek gimnazjum, nie zobaczyłem go ani razu przez pełne dziewięć miesięcy. Kiedy myśl wpycha się między emocje, robi się bardziej płaska od jednostronnej
kartki.

Ciało jest zbyt trwałe, żeby mogło roztajać i zmienić się w rosę, a potem utworzyć wzór szronu na liściach. Ciało ucieka, niecierpliwe. Nie wraca do formy; rozszerza swoje granice aż do ostatniej linii zasieków horyzontu. Otworzyliśmy w niej grób; źrenica ciemności zobaczyła nas razem. Czy po to jest miłość, żeby widziała w nas
winę?

Zabić? Wystarczyło, że nie byłem mu posłuszny; moim aktem wiary był wytrwały sprzeciw. Dużo się od niego nauczyłem; to nie to samo co zaufanie. Widziałem, że umie pomagać, jeżeli ktoś umiał prosić. Był zrównoważony, zdecydowany i lekki; poziomy jak skrzydła jastrzębia nad łąką. Nie, nie doskonale, tak prawie, żeby nie budzić zawiści. „Pacjent, tam za drzwiami – złapał mnie za rękę, kiedy chciałem wezwać następnego – ma się nauczyć cierpieć; od ciebie synu, od cierpliwego lekarza. Zanim go tu wpuścisz, musisz go osłabić; on liczy na twoją pomoc, podbijaj stawkę. No, czy możemy liczyć na inny
zysk?

Zysk. Każdego słowa używał z osobna; brał w usta narzędzie operacyjne zamiast niewolniczej wiary w niezawodność, przewidywalna skuteczność, chłodny i ostry instrument w pewnym uścisku. Bo przecież wiadomo, że ucho trzeba przed każdym otworzyć, głos dać poznać tylko tym kilku, którzy go złączą ze
swoim.

Zabić? Tego, który się nie myli? Miał rację z tą cierpliwością. Ja nie byłem w tym dobry, pracowałem, słabnąc. Nie kierowała mną ani litość, ani powinność, raczej lekarska zasada „nie szkodzić”. Czy powodował mną lęk przed zdobyczą? Zasada nieopłacalna, wygodna i bezpieczna, jak deklaracja neutralności. I tak by trwało: stopniowe przejmowanie praktyki, podejmowanie dziedzictwa, przyjęcie następstwa. Zapisał mi gabinet, dom tobie. A sen? Czemu przyszedł do
mnie?

Ten sen, w tobie niemy, do mnie mówi. Nie, tylko słyszę; porusza moim językiem, któremu nadajesz – ty Oreste – słyszalność. Obcy język; nie rozumiem, słucham i jestem posłuszny. Tak, dzięki niemu jestem, dzięki jego słuszności. Od niego, stamtąd, wiem, skąd jestem. Ale
dokąd?

Stopniowo chciałem coraz mniej; w końcu tylko tyle: nie zawieść oczekiwań, tych, co wytrwali w szlachetnej nadziei na sprawiedliwy odwet. Oni też wiedzą, że odwetu, że nadziei, że sprawiedliwości nie da się zdobyć szlachetnym cięciem. Czekają na mnie, a ja nie
przychodzę.

Zabij jego ojca. Nie zapytałem: „po co?” ani: „skąd przychodzisz?”. Głos przybiera kształt rozmowy, wabi nad głębię i ukazuje odbicie, które włada rozumem. Niewiedza wgryza się w pancerz grobowca, ciało ubiera się w poświatę… Sny dziecinne, niedojrzała wyobraźnia pasie myśli na polach za granicami rozumu. Zwariował, mówili; Hamlet to
szaleństwo.

Ciągnąłem długo; żeby jedni zdążyli uciec, a drudzy wrócić, lecz kiedy udało się osiągnąć jako taką stabilizację, nareszcie mogłem, musiałem się przyznać. Wiem, że to bolesne; wiem, że niektórzy, liczni, odstąpią; a są i tacy zapewne, którym pomógłbym jedną chwilką, bo tyle trzeba im było, by zamiast znowu upaść, mogli znowu stanąć, tym razem mocniej, z desperackim przytupem; wiem, że starczyłoby moje słowo, jeszcze jedno, by przywrócić komuś godność lub choćby uzdrowić mu duszę. Ale czy to, co nie należy do ciała, może
zachorować?

Zabić go. Jego? Jest bardziej niczym niż powietrze. A potem? Bez powietrza. Nie oddychając, dysząc; dusząc się każdym słowem, które wraca do gardła jak obcy język; cudzy język dławi. Oddech wraca na miejsce zbrodni, żeby znaleźć dla siebie więzienie. Tylko tak możemy wydrzeć, z czego nas odarto. Zapamiętać, uwięzić obce w
niezmiennym.

Twój ojciec… Ścięty w rozkwicie swych grzechów. Czy nie dlatego wraca? Zemsta, przywrócenie równowagi – niemożliwe, konieczne. To nie trucizna boli, to ból jest trucizną. Jasna wizja ślepca, który nie musi się rozglądać. Hamlet! Słyszysz?

Wiedziałem, że się odezwiesz. We mnie, twoim głosem. Mogliśmy liczyć tylko na siebie, Oreste, na najbliższego. Obserwowałem, jak twardniejesz, oddech coraz dłuższy, nawet w upał suche czoło. „Jego twarz jest twoim wizerunkiem.” Nie powiedziała „odbiciem”. Coraz bardziej podobny; osobny jak
autoportret.

Powiedz, czy wciąż chcemy tego, co wspominamy? Cofamy się do macierzyństwa, żeby odnaleźć niewinność; przywracamy sobie miękkość dziecięcego ciała, któremu wola i wiedza nie stawia oporu. Ale macica jest ciemna. Pragnąc pierwotnej wolności, wrastamy w niewinne, zakorzeniamy się w pozbawionym doświadczenia życiu niewolnika.

Kiedy miał lat trzydzieści, spłodził syna; potem ja miałem trzydzieści i też spłodziłem syna; a teraz mój trzydziestoletni syn spłodził, jak słyszałem, syna. Wtedy, przed trzydziestu laty, nie wiedziałem, że trzydzieści lat wcześniej… Ojciec? Tylko echo kroków.

Nie wierzę, że mu wierzą; dobierają sobie jego słowa i zszywają nimi swoje przypomnienia. „Nie wiem, dlaczego żyję. Żeby mówić? Żeby nie wiązać głosek w głosie? Żeby tylko słyszeć”. Budował zdania bezsensownie, jakby stosował reguły składni nieznane nikomu poza nim; jakby łączyła je wola naprawdę wolna. Jego mowa była… rozwiązła! Tak, rozwiązywała język. Głos, tylko głos mógł nad nią zapanować, ale cudzy.

Potem zadzwoń do mojego syna do Los Angeles, zapytaj o wnuka. Lepiej, żeby najpierw się urodził. A jak zapytają cię o przyszłość przeszłości… Odpowiedz. Mają prawo wiedzieć. Zacznij w przypadkowym miejscu, będą słuchać. Powiedz, że ostrze było zatrute, nic więcej. Ich myśli gonią się w popłochu, złapią się najbliższej wiary. Musisz ich tylko przekonać – tak, to najważniejsze – że nie chciałem ich ukarać. Najlepiej powiedz, że wszystko się zmieni.
Niech to usłyszą.

(Pisałem: kwiecień/maj 2003; kwiecień/maj 2006; listopad 2007)

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Artur Grabowski, Następca (mono na głosy), „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 24

Przypisy