12.12.2019

Nowy Napis Co Tydzień #027 / Czerstwa piętka i towary luksusowe. „Robodramy w zieleniakach” Patryka Kosendy

1. Aperitif

Robert Rybicki reklamuje Robodramy w zieleniakach jako „najweselszą książkę poetycką ostatniego dziesięciolecia, do tego brawurową”, o autorze mówiąc: „Przeca to nowy Aleksander Wat!”. Patryk Kosenda poprzedza swój debiut mottem z filmu Kuso: „Resztę pozostawiam twojej wyobraźni. To ostatnia rzecz, która przy tobie wytrwa”, tym samym już na wstępie sygnalizując czytelnikowi, że w trakcie lektury może sobie poszaleć, dopowiedzieć ciąg dalszy i nie ograniczać skojarzeń, które prawdopodobnie zaprowadzą go daleko poza wiersze. Dodajmy, że film Stevena Ellisona bardziej znanego jako Flying Lotus, uznawany jest za jeden z najohydniejszych, najobrzydliwszych, najbardziej przegiętych tworów w dziejach kina. Wszystko nam zatem mówi, że będzie grubo, będzie odlot, będzie miazga. Po takich deklaracjach mamy prawo obiecywać sobie wiele. Apetyt zaostrzony, więc przechodzimy do wierszy. Niech się dzieją.

2. Zupa na-winie (co się)

Kosenda przy okazji wywiadu towarzyszącego antologii Połów. Poetyckie debiuty 2017 zapytany przez Grzegorza Smolińskiego o rozgadanie swoich wierszy, przytłoczenie odbiorcy mnogością kontekstów, właśnie tę mnogość – „intertekstualny miszmasz lub zwykły pierdolnik” – uznał za kluczową cechę swojego pisania w ogóle (mówiąc już językiem Robodramów… – „nade wszystko jestem przesyt / dla przyjaciół porzyg”). Do wielkiego kotła zwanego poezją wrzucił to, co miał pod ręką, a że pod ręką miał wiele i jego językowa spiżarnia to prawdziwy arsenał, dostaliśmy wiersze „na bogato”. To bogactwo szczególnie dotyczy języka. Poeta prowadzi na nim eksperymenty, testując jego możliwości i giętkość. Frazeologizmy, skostniałe formy językowe, fragmenty cudzych tekstów, idiomy, zlepki, i tak dalej; wiersze Kosendy pracują na każdym z tych obszarów. Udawane przejęzyczenia wybijają odbiorcę z rytmu lektury, każą uważnie pochylić się nad tekstem, uniemożliwiają bezrefleksyjne czytanie. Jeśli przed Robodramami w zieleniakach odczuwaliśmy językowy spokój, skutecznie zostanie on zaburzony. Poczynione niby mimochodem drobne zmiany świadczą o olbrzymiej pracy, jaką autor wykonał nad poetyckim idiolektem. Jego misterność zasługuje na uznanie. „korpusie buzi daj”, z korpusem językowym ten buziak to co najmniej namiętny pocałunek.

Rybicki w blurbie odsyłał nas do Wata – i choć to oczywiście odpowiedni trop, ja w Kosendzie widzę więcej Józefa Baki z całą jego barokowością, przepychem i językowymi grami, choć bez przaśności i rozbuchanej cielesności. Przede wszystkim jednak Kosenda w poezji robi to, co François Rabelais robił w prozie: za pomocą języka kontestuje współczesną rzeczywistość. Na stronie korporacji ha!art Robodramom… towarzyszy krótki opis, w którym przeczytamy, że „w wierszach twórca stara się przeforsować unikalną dla polskiej poezji współczesnej formę zaangażowania poprzez dziwność”. To zdanie trafione w sedno. W jednym z utworów pada pytanie (retoryczne właściwie): „czy nic nie jest prawdą / chyba że cię rozśmiesza?”. Kosenda chce rozśmieszać, bo chce prawdy, szczerości i zaangażowania. Nie boi się też śmieszności – narażamy się na nią jedynie wtedy, gdy jesteśmy autentyczni, a do tego przecież dąży poeta. Gargantua i Pantagruel świetnie by się czuli w Pokoju Zdziczeń, nucąc pod nosem pieśń pasierba pierożkarza. Mogliby się swobodnie przechadzać po tej książce.

3. Na główne „kromeczka w ramach mecenatu”. I trzeba zjeść ziemniaczki

Choć Kosenda świetnie opanował poetyckie stylizacje i umie mówić wieloma językami, to jedynie anturaż towarzyszący temu, co dla niego najważniejsze: zaangażowaniu. W rozbuchanym słowotoku poeta przemyca uwagi całkiem serio, dokonuje trafnych diagnoz, dając się poznać jako świetny obserwator i komentator. Obleka to, oczywiście świadomie, w językową watę; zadaniem czytelnika jest przedrzeć się przez te efektowne, czasem wręcz efekciarskie, zabiegi stosowane w Robodramach…, by wyłuskać fragmenty, w których autor krytykuje określone postawy lub postępowanie, sygnalizując równocześnie inne rozwiązania czy wzorce. Mogłoby się wydawać, iż stosując taką metodę twórczą debiutant dużo ryzykuje: czytelnik może pozostać na pierwszej, językowej linii frontu, nie brnąć dalej, zatrzymać się na poziomie beki, memu, heheszkowania. Kosenda jednak godzi się na to ryzyko i darzy odbiorcę zaufaniem. W końcu, jako czytelnicy, na co dzień mamy do czynienia z natłokiem różnorakich bodźców, równoległością skrajnych informacji oraz ogólnym informacyjnym chaosem. Docierające do nas wiadomości musimy dzielić na te ważne i fake newsy, czemu więc nie mielibyśmy sobie poradzić podczas lektury tego tomu. Poza tym, co może być pewnym zaskoczeniem, metoda Kosendy po prostu się sprawdza. Rzetelna lektura tych wierszy wymaga koncentracji, więc jedno klarowne zdanie wynurzające się niespodziewanie z poetyckiego chaosu czyni tym większe wrażenie i tym bardziej przykuwa uwagę. Kosenda świetnie potrafi grać tym kontrastem i wykorzystać go dla nadrzędnego celu: zaangażowania odbiorcy.

Przywołajmy kilka wyrwanych z wierszy fraz, które powiedzą nam trochę więcej o tych wierszach w ogóle: „brać odpowiedzialność za to, co obalone”, „wszyscy modlimy się o szok”, „powstańcie, pastuszkowie, łapy na widoku!”, „maleńcy ludzie pełni maleńkich gofrów / podglądają rzeź [zobacz ich brzemienne liturgie]”, „chwalimy cudze, bo dobrze znamy swoje”, „Wiesz: nie lubię krzywdy, naginania ceremoniady.”, „Skołuję ci dowolny syndrom, nawet ten luksusowy brak pogardy.” Dodajmy do tego jeszcze nieco obszerniejszy fragment tekstu my, [dopis]!:

4. zapomniałam zakorektorować genitalia:

na scenie Anthony Ba$$$ dAt A$$ Miłosz
ja mówię żołd wy mówicie pogrom!
morowo w dechę zajefajnie martwo

ZERKAŁECZKO POWIEDZ PRZECIE KTÓRE ŚWIATY DZISIAJ ZMIECIE!

To tylko kilka wybranych przykładów pokazujących, po co tak naprawdę są Robodramy w zieleniakach. To poezja na wskroś współczesna w wielu aspektach. Po pierwsze relacjonuje bieżące wydarzenia i jest odpowiedzią na otaczającą nas rzeczywistość. Po drugie stosuje język, którym operujemy na co dzień. Po trzecie przywołuje konteksty, w tym literackie czy filmowe, obecne w kulturze XXI wieku. Po czwarte wreszcie jej forma jasno wynika z kształtu, jaki przyjmuje dziś informacja czy komentarz. Internet z sytuacjami trudnymi, kryzysowymi radzi sobie często metodami niedostępnymi poza jego obszarem. Przywołując chociażby głośne ostatnio hasło „Amica ma krew na rękach”: odbiło się ono szerokim echem w dużej mierze właśnie z racji sposobu, w jaki zostało nagłośnione, to jest: memy, demotywatory, nakładka na zdjęcie profilowe, hasztag, i tak dalej. Kosenda podobną zasadę działania adaptuje dla poezji: problem nagłaśnia tym bardziej, że korzysta z nietypowych metod informacyjnych. Jeśli jest beka, to użyteczna, ma z niej coś wynikać. Jesteśmy ogłuszeni nawałem informacji, a hasło „ZAKAŁECZKO POWIEDZ PRZECIE KTÓRE ŚWIATY DZISIAJ ZMIECIE!” ma szansę do nas dotrzeć. Bo parafrazuje to, co już znane i dzięki temu zaskakuje (a przecież „wszyscy modlimy się o szok”). Bo jest rytmiczne. Bo się rymuje. W końcu dotrze do nas też jego sens, okrucieństwo przemycone słowami bajki, a więc świata oswojonego i bliskiego. Do mnie w każdym razie dociera to wyraźniej niż połowa nagłówków krzyczących z gazet i portali. Warto dodać, że Kosenda do wszystkich wspomnianych wyżej zabiegów dodaje jeszcze pracę na obszarze graficznym wierszy, czego tu nie da się pokazać, a co można samemu sprawdzić, czytając książkę. To już raczej ozdobnik, taki final touch, jeszcze jeden element wybijający odbiorcę z toku lektury, odwracający – albo przykuwający – uwagę.

4. Widoki na dokładkę?

Robodramy w zieleniakach Patryka Kosendy to książka, z którą pewnie nie każdy będzie się czuł komfortowo, ale też nie o komfort odbiorcy tu chodzi. Może wręcz o dyskomfort – to przecież częściej on, w postaci wyrzutów sumienia, zazdrości, poczucia porażki czy odrzucenia stanowi dla nas bodziec do zmiany postępowania lub przynajmniej do jakiegoś namysłu, weryfikacji postaw. Na palcach jednej ręki możemy policzyć w polskiej kulturze to „zaangażowanie poprzez dziwność”, a równie mało jest przykładów łączenia humoru (czarnego, przaśnego, makabrycznego; jakiegokolwiek) z powagą, tego zwykle nie umiemy. Kosendzie w Robodramach… się to udało. Nie wiem, czy jest to projekt, który ma szansę równie udanej kontynuacji na tych samych zasadach, ale to już zmartwienie poety. Na razie ogarnijmy ten debiut. Bawmy się i martwmy się.

 Patryk Kosenda, Robodramy w zieleniakach, Korporacja ha!art, Kraków 2019.

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Anna Mochalska, Czerstwa piętka i towary luksusowe. „Robodramy w zieleniakach” Patryka Kosendy, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 27

Przypisy

    Powiązane artykuły