27.06.2019

Nowy Napis Co Tydzień #003 / ​​​​​​​O pożytkach wynikających z nietłumaczenia (się) poezji i z poezji

Obejrzyj całe wystąpienie Andrzeja Niewiadomskiego oraz debatę o twórczości

Kiedy zaczynałem swoją przygodę z poezją, czy szerzej: literaturą, jeszcze jako czytelnik, jeszcze jako mieszkaniec PRL, i – jak to bywa w pewnym wieku – chłonny i łasy na wszelkie książkowe emocje i kontury nowych światów młodzieniec, co jakiś czas w rozmaitych pismach natrafiałem na ankiety skierowane głównie do poetów pod modyfikowanym na różne sposoby hasłem-pytaniem: „Dlaczego piszę”? Nigdy nie miałem tyle cierpliwości, by zagłębiać się w treść odpowiedzi, pomijałem je skrzętnie, koncentrując się na wierszach, ewentualnie na wywodach krytycznych dotyczących poezji. Od tego czasu, mimo że upłynęło trzydzieści lat z okładem, nic się nie zmieniło, jeśli chodzi o mój stosunek do sprawy. Nic się też nie zmieniło, jeśli chodzi o beztroskę zadawania podobnych pytań. Zazwyczaj poeci reagują na nie dwojako: albo obracając to w dowcip, sygnalizując swój dystans, nonszalancję, a czasem wręcz prześmiewcze nastawienie, siląc się na rozmaite koncepty mające wykazać ich biegłość i polot (czasem też intelektualną ostrość zmierzającą do wypunktowania wszystkich absurdalnych – ich zdaniem – podstaw tego typu wywodów), albo też konstruują piękne zdania o posłannictwie poezji, o jej metafizycznych źródłach, zbawczych mocach, roli społecznej, a w najlepszym razie o egzystencjalno-terapeutycznych walorach wiersza. Być może w obu przypadkach są rzeczywiście przekonani do tych racji nakazujących przebywać poezji w sferze cudownej lekkości lub poważnego ciężaru gatunkowego. Nie wiem, tego nie można do końca wiedzieć, czy mamy do czynienia z hipokryzją, czy też z autentycznym wyznaniem. Należałoby rozważyć także tę możliwość, że niektóre wmówienia przyjmowane są po pewnym czasie za głęboko uświadomioną prawdę, a niektóre prawdy w chwilach szczerości jawią się wyłącznie jako podręczny strój wkładany na użytek własnego wizerunku ukształtowanego wcześniej.

Rozważanie tego zagadnienia i pytań, jak poeci czują się ze swoimi deklaracjami dotyczącymi poezji, wydaje mi się zajęciem jałowym. Bardziej interesuje mnie konkretne postawienie sprawy: nie widzę po prostu powodu, dla którego miałbym nie pisać. I zawsze zastanawia mnie traktowanie poezji jako nieco wstydliwego zatrudnienia. Ma ono zresztą w wieku XX dość długą tradycję, z powtarzanymi jak echo deklaracjami wziętymi z eseistyki Czesława Miłosza czy też z jego wierszy, pośród których znajdujemy i takie mówiące, że „w samej istocie poezji jest coś nieprzystojnego” i że „wiersze wolno pisać rzadko i niechętnie”. Nie widzę w uprawianiu poezji niczego, co powodowałoby, iż muszę się z tego tłumaczyć. Nie wiem też, dlaczego pisanie wierszy po trzydziestce miałoby być czymś gorszącym. Chyba że gdzieś w tle takich stwierdzeń czai się przekonanie o wyłącznie konfesyjnym albo też egzaltowanym charakterze poezji. Nie znajduję także powodów, dla których miałbym się tłumaczyć z mojej mowy wiązanej w kontekście czasu, w którym żyjemy. Poezję uprawiano w różnych formach i z różną intensywnością od początku istnienia tego, co nazywamy cywilizacją zachodnią. Co więcej, wiersze pisali żołnierze, politycy, chłopi, urzędnicy i gospodynie domowe, tak zwani wolni ludzie czy też „ludzie niepotrzebni”, słudzy, królowie, barmani, myśliwi, młodzieńcy z dobrych domów, starcy z domów starców i tak dalej, i tak dalej. Innymi słowy, skoro poezja istniała „od zawsze”, to dlaczego miałaby przestać istnieć? Zresztą wokół „końca poezji” powstał też swojego rodzaju przemysł literacki i na problematyzowaniu tego „końca” wyrosły imponujące dzieła.

Z poezją jest więc tak, że ktoś musi to robić, ktoś musi pisać wiersze, tak jak ktoś musi uprawiać rolę, choć narzędzia i metody się zmieniają. A że wypadło – między innymi – na mnie? Trudno. Brawo. Ani się tym zachwycam, ani też na to wybrzydzam.

Zjawisko poezji – w związku z ową długą tradycją – powinniśmy przyjmować jako coś naturalnego, tak jak przyjmujemy wiele innych zjawisk i zajęć, bez których trudno wyobrazić sobie to wszystko, co składa się na dziwność naszego bycia. Widocznie w moim mózgu zachodzą procesy umożliwiające zestawianie słów i zdań w taki sposób, który nazywamy wierszem. I to jest podłoże mojego pisania, niewiele więcej na ten temat mam do powiedzenia, bo wszelkie dywagacje o utylitarnych funkcjach poezji są mi z gruntu obce.

W tym miejscu docieramy do części drugiej pytania, która wydaje się bardziej zajmująca: „dlaczego tak, a nie inaczej”, dlaczego moje wiersze wyglądają tak jak na przykład w moich książkach poetyckich, choć pewnie mogłyby wyglądać inaczej? Właśnie słowo „mogłyby” wydaje się kluczowe. Na każdym etapie ich powstawania dopuszczam taką możliwość. Dlaczegóż by nie? Obce jest mi założenie niewykraczania poza daną konwencję gatunkową czy wersyfikacyjną, tak jak obce jest mi również założenie, że wiersz jest czymś w rodzaju sportu, i jeśli mamy osiągnięcia w dziedzinie sonetu, to dobrze byłoby też mieć osiągnięcia w dziedzinie fraszki.

Dlatego też słowo „sposób” wydaje mi się podejrzane – wiersz jest każdorazowo nową przygodą, w której z jednej strony uczestniczy jakiś mój zamysł konstrukcyjny, z drugiej zaś biorą udział moje, nazwijmy je tak, predyspozycje, coś, co można byłoby nieudolnie definiować jako wewnętrzny rytm. W zderzeniu tych elementów tkwi istota pisania. Ich siła oddziaływania odmierzana jest przy każdym nowym wyzwaniu poetyckim w rozmaitych proporcjach. Czasem więcej do powiedzenia ma konstrukcja modyfikująca jakiś pierwotny, wewnętrzny impuls, rodzącą się frazę czy powtórzenie, czasem to konstrukcja będąca punktem wyjścia zostaje niejako wykoślawiona przez kaprysy irracjonalnych wtrętów, które jednak – z perspektywy – okazują się solą utworu. Nie mam więc „sposobu”, dowartościowywanie jednego elementu poezji kosztem drugiego, konstytuujące rozmaite programy i manifesty nowoczesnej (a nawet ponowoczesnej) poezji, w świetle doświadczeń minionych prawie stu pięćdziesięciu lat wydaje mi się zabiegiem chybionym. Po okresie doktrynerstwa nastał czas pytań i wahań, co nie jest jednak równoznaczne z dowolnością maskującą płyciznę artystyczną.

Tak czy owak, napięcie między tymi dwoma czynnikami organizuje wiersz, który – tak myślę – winien być całością zamkniętą i otwartą zarazem. Czy też inaczej: zmierzać ku któremuś z tych stanów rzeczy i na tej drodze nieustannie zbaczać, schodzić na manowce kierunku przeciwnego. Jeśli więc miałbym opowiadać o jakiejś „własnej” poetyce, to wolałbym raczej mówić o zasadzie pojmowania mechanizmów poezjowania jako o uświadomieniu sobie wspomnianego napięcia, którego nie zamierzałem i nie zamierzam w żaden sposób łagodzić ani też dawać pierwszeństwa któremuś z jego biegunów.

Wziąwszy to po uwagę, miałbym też kłopot ze wskazaniem wierszy, które realizują mój sposób myślenia o poezji, bowiem tak jest z każdym napisanym i zaakceptowanym po dłuższym lub krótszym namyśle albo po tak zwanym odleżeniu się utworem. Jeżeli zaś kwestie „dlaczego” i „w jaki sposób” mają być rozważane w kontekście Iwaszkiewiczowskiego Stawiska, to jest to doskonały pretekst do tego, by wyartykułować jeszcze inne, ogólne przekonanie, niebędące częścią żadnej poetyki: to mianowicie, że poezja nie powinna odgrywać żadnej służebnej roli, interweniować, brać udziału w walce, opowiadać się za czymś i tym samym przeciwko czemuś. Poezja, jak zresztą i pozostała część literatury, powinna być, wzywam na pomoc Iwaszkiewicza, artykulacją daremności, powinna być (dopowiadam sobie) zjawiskiem „doskonale niepotrzebnym”.

Należy tu sformułować kilka wyjaśnień. Kiedy używam słowa „powinna”, nie mam na myśli, oczywiście, powinności, do których wypełniania byliśmy, i wciąż jesteśmy, wzywani, łudząc się, że jako twórcy jesteśmy wolni. Mówię raczej o „wewnętrznej” powinności poetyckiej, o czymś, co nakazuje pozostać właśnie przy nieoczywistości gestu poetyckiego wbrew pokusom jego zinstrumentalizowania. Nie oznacza to ani tego, że pragnąłbym w prosty sposób powtórzyć znany gest deklarowania autonomii aktu twórczego, zmierzający możliwie jak najdalej w kierunku odseparowania wiersza od wszystkiego, co wierszem nie jest, nie znaczy to też, że w jego obrębie nie mogą się pojawiać świadectwa uczestnictwa poety w życiu zbiorowości. Problem polega na czym innym, na forsowanym przez otoczenie literatury poglądzie (a jest to już kolejne wychylenie wahadła, więc myślę, że nie należy się tym zbytnio przejmować) o nieuchronności ideologicznych motywacji i „przesłań” oraz niemożności odnalezienia języka wolnego od tych determinant. Jest to jeden z wielu przesądów, znajdujący zresztą potwierdzenie w dziwacznych zachowaniach poetów, którzy niekoniecznie muszą się deklarować jako zwolennicy określonego światopoglądu czy – gorzej – partii politycznej, ale za to ulegają stadnym odruchom, nie wiedząc, niczym pan Jourdain, że mówią językiem nie prozy, lecz poetyckiej ideologii, mimo że wypierają się tego, głosząc wszem wobec wolność poetyckiego gestu. W związku z tym kluczowe jest pytanie, jak uniknąć takich marnych rezultatów, pozwalając jednocześnie wierszowi, by pożonglował sobie różnymi sloganami, intelektualnymi wmówieniami, potrzebą wyższości rosnącą na licznych kompleksach i, używając słów innego poety, „donosami rzeczywistości”. Rzecz nie w tym, żeby świata nie było w wierszu, rzecz w tym, by w sposób niedostrzegalny dla poety nie zamieniał się on, nawet wtedy kiedy na to nie wygląda i ma postać niewinnej zabawy językowej, w deklarację.

I wreszcie wyjaśnienie dotyczące „niepotrzebności”, która mogłaby – na pierwszy rzut oka – pozostawać w konflikcie z twierdzeniem o poezji jako zajęciu podobnym wszystkim innym zajęciom i mającym od zawsze swoje miejsce w obrębie szeroko pojętej kultury. A czyż rzeczy „niepotrzebne” nie stanowią jej koniecznego komponentu? Pod warunkiem, że nie będzie to nieprzydatność śmiecia, lecz właśnie doskonałość tego, co nie może służyć ani jako łóżko, ani jako pistolet. Pozostaję zatem przy czymś, co – też nieprecyzyjnie – nazywam zasadami, a nie regułami poetyki. Tłumaczenie przez poetę sensów własnych wierszy, wskazywanie na jakikolwiek ich ilustracyjny aspekt ma w sobie niezbyty komponent śmieszności, ale ma też coś z upokarzającego procederu, kwestionującego – w ostatecznym rozrachunku – wszystkie wysiłki zmierzające do nadania wierszowi kształtu co najmniej niepokojącego, intrygującego czy wieloznacznego.

Poeta to ktoś, kto zmierza do konfrontacji wiersza z rzeczywistością, przy czym słowo „rzeczywistość” rozumiem tu szeroko, na sposób filozoficzny, nie jako wyłącznie świat społeczny, wyłącznie meandry języka czy przestrzeń własnych wyobrażeń. Toteż rzeczywistości się w wierszu nie ściga ani nie goni namiętnie, jak chciał nasz noblista. Jedni nazwą ową czynność tak właśnie, inni będą chcieli rzeczywistość diagnozować lub po prostu opisywać, jeszcze inni zagłębiać się w nią, nie da się też uniknąć deklaracji dotyczących „objawiania się” rzeczywistości, „doświadczania” jej, a to pewnie nie koniec szeregu wyliczeń. Tak czy owak, w każdym z tych wariantów poezja jest wykorzystywana do czegoś, podczas gdy słowo „konfrontacja”, niepozbawione – to prawda – niebezpiecznych skojarzeń, pozwala żyć w przekonaniu, że choć szanse są nierówne, pożytek z takiej sytuacji może być całkiem spory, nie mówiąc o przywoływaniu chwalebnej historii Dawida i Goliata. W takiej konfrontacji poezja uświadamia sobie poza tym własne granice lub bezgraniczność, własne właściwości (a nie właściwości troskliwie pielęgnowanej poetyki, „szkoły” czy – nie daj Bóg – mody) i własną możliwość zmiany, ewolucji, metamorfozy.

Co powiedziawszy, nie zamierzam tłumaczyć ani sugestywności zastosowanych chwytów, ani intensywności tak zwanego natchnienia, ani też sugerować, że oto wiersz realizuje jakieś teoretyczne postulaty i że zadanie to udało mi się znakomicie wykonać. Jedynym programem wiersza jest sam wiersz, jedyną polityką w wierszu jest polityka wiersza. Kto ma uszy, niechaj słucha, i kto ma oczy, niechaj patrzy.

Mogę jedynie pokazać, jak wiersz konfrontuje się z rzeczywistością i co w związku z tym ma do powiedzenia o niej, o samym sobie, ba, co rzeczywistość mówi o wierszu i jakie w związku z tym uruchamiają się echa. Można to zrobić, powiedzmy, w wymiarze laboratoryjnym i kameralnym, by nie powiedzieć, kontemplacyjnym, jak w utworze, któremu nadałem tytuł Horyzont:

Za kolejnym horyzontem otwiera się
świat średnich rozmiarów, przestrzeń, która
daje się poznać, rozłożona na dnie
i miesiące, położone jeszcze niżej.
Fałduje się, opada i wzbiera, wszystko
jest tam na swoim miejscu, a prócz tego
odrobina koniecznego chaosu, miejsce
nigdy nie dotyka nudy. Domy i drzewa
budują rytm, zwarte i rozproszone rzeczy
gadają niezbyt głośno, poszumy i echa
w otwartym oknie; z tarasu prowadzą
ku wartkiej wodzie, za ogrodem lustro,
w którym niebo przejmuje i odbija
książki i mapy z biblioteki. Na nic
nie jest jeszcze za późno, je się niekoniecznie
do syta, z rozmysłem i swobodnie się
siedzi, godzinami, patrzy, użycza
siebie rzeczom, nie kontrolując tempa,
przemierza się pagórki, dziedziny – albo
dziedziny się ustanawia. Odpoczywa się
nad wodą i lustrem. Mówią: nie bój się
innego wiersza, świata, innej kieszeni
ziemi, sięgnąć się nie bój, odbić, poruszyć

Można też czasem pomylić różne odmiany rzeczywistości, a może one same się mylą i zajmują nieodpowiednie miejsca, i wtedy poezja niekoniecznie staje się jakimś obowiązującym punktem odniesienia, bo – na pierwszy rzut oka – oferuje mało atrakcyjne rozwiązania, a do tego żywi niechęć do absolutyzowania samej siebie, wykonujemy więc ruch odejścia, co „musi” się przekładać na tytuł Od:

Nagie góry i pojedyncze ściany,
nad łatami traw: wyblakłych, zielonych.
Gołe góry i pnie w kręgi pocięte,
poobcinane czubki nad płatami.
Obnażone góry i przykurcze chmur,
spod obłych mięśni biel, jeszcze nie światło.
Dalej już tylko rozdzielone włókna,
lecz pozbierane sągi, klocki, dachy
nad komórkami, piramidą, rdzawym
narzędziem – jednym obok drugiego – i
życiem; kosteczki ułożone równo –
jedna nad drugą – przykryte strzępami
skóry, powiązane prowizorycznie
kruchym wężem naczynia. Pozostają
do odnotowania obwoźne warsztaty
epifanii i obwoźne warsztaty
cynizmu, stacjonarne warsztaty
gramatyki i leksyki. Jest późna
jesień albo wczesna zima, nie chcą się
odróżniać i tylko jedna droga
biegnie tędy, wychodzona do znudzenia.
Trzeba się ruszyć w poprzek, przez zapadliska,
błoto, mokre, płowe trawy, rowy,
przebyć nagie góry, gołą głowę na wiatr
wystawić i z obnażoną ręką, bez
narzędzia, potykać się, zbierać, łykać
i oddychać nie wiadomo czym, nie
wiadomo co nazywać spoiwem, oko
odzwyczajać od równo ułożonych
rzeczy, życia, obszaru

Można wreszcie zadumać się nad nieuchwytnością pewnych kategorii albo zatarciem granic między tym, co abstrakcyjne i konkretne, nieliczącym się z aktualnie obowiązującym dyskursem promującym albo konkret, albo abstrakcję. Bo poezja musi się też bronić przed samą sobą i nic nie poradzimy na to, że musimy operować słowami zastawiającymi na nas pułapkę, tak jak robi to na innej – ale czy na pewno na innej? – płaszczyźnie świat nieuchronnie zmierzający ku końcowi, zawsze „od” i zawsze ku końcowi, napoczętemu i ledwo uszczkniętemu przez poezję. Zawsze zatem staramy się powiedzieć, co dzieje się zawsze w wierszu Zawsze:

Niespodziewanie otwiera się widok.
Opactwo na wzgórzu, u stóp zielony
kołtun, proste, szerokie linie wyżej,
baszty i mury elegancko wyszczerbione.
Trzydzieści lat temu autostopowicze,
głodni, kradliśmy tu włoskie orzechy.
Teraz wolę napatrzeć się za wszystkie
czasy, powracając – niestety – do starej
koncepcji: geometria, architektura,
geologia, sztuka fortyfikacji. Wejść
do wewnątrz, na wzgórze, na sześciany wież;
bramy można w każdej chwili otworzyć,
bastiony rozbroić, wytrasować ścieżki
na wzgórzu, ale – póki co – pozostańmy
przy tych rzeczach i widokach. Królują
wiersze, które wzbudzają rechot, lecz
to gdzie indziej się dzieje, w innym świecie
też rządzą wiersze kompromitujące
odważną powagę. Wiersze o schyłku
sprawdzają się zawsze, ponieważ są za
wszystkim, choćbyś zawsze powtarzał, że
tego słowa nie używasz, choćbyś
zawsze zastrzegał się i za wszystkim się
chował, kiedy wszystko odsłania otwarte
opactwo, twierdzę. Wiersze sprawdzają się,
a oczy toną. To, co przeczy, trwa – i 
dzieje się – na dobry początek

Nie szukałem tych wierszy, by coś „zilustrować”, sięgnąłem do tych, które przygotowałem do kolejnej książki poetyckiej. Będą ze sobą sąsiadować, więc był to wybór naturalny, mówiący tylko tyle, że pisanie jest procesem ciągłym i że to, co ma stanowić o swoistości każdego indywidualnego języka, pojawia się w najmniej spodziewanym, to znaczy każdym, momencie.

Nie mogę zatem do końca wytłumaczyć, dlaczego „tak”, a nie „inaczej”. Po prostu dlatego, że zawsze jest zarówno „tak”, jak i „inaczej”, dlatego że „inaczej” odbija się od „tak”, po czym mamy do czynienia z ruchem w przeciwną stronę, dlatego że na horyzoncie „tak” widać „inaczej”, a tam gdzie rysuje się kres „inaczej”, mówimy „tak” i widzimy „tak” – właśnie tak.

 

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Andrzej Niewiadomski, ​​​​​​​O pożytkach wynikających z nietłumaczenia (się) poezji i z poezji, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 3

Przypisy