27.02.2020

Nowy Napis Co Tydzień #038 / wypominki, połajanki

Kiedyś byliśmy tacy romantyczni. Wychodziliśmy na dach, siadaliśmy obok zmurszałego komina i patrzyliśmy przed siebie, na nasze miasto. Najlepiej, kiedy wieczorem Siwy przynosił ze sobą kilka ciepłych browarów. Rozdawał po jednym, sobie zostawiając resztę. Nasze wygłodniałe i spragnione spojrzenia ucinał bez złośliwości.

Mniej jest więcej, barany!

– Zimne?

Zimne było wieczorne powietrze i rzeka, która ledwie połyskiwała w dole, wijąc się leniwie. A dziś musieliśmy podporządkować się jego ulubionemu mottu. Mniej jest więcej. Nie mieliśmy ze sobą tranzystora. Tej nocy nie będzie na dachu tłumionej na falach średnich dyskoteki z Luksemburga, ani muzyki z wieży radiowej FunkturmWest Berlin.

Siwy rozparł się wygodnie, gdy zza komina, mrucząc basowo, do lądowania podchodził nocny samolot z Warszawy.

– O, jedno mu tylko wyszło – wymądrzał się Kulawy.

– Chyba tobie jajo! Nie jedno, ale drugiego nie widzisz, głąbie jeden, gondola silnika zasłania podwozie. Ty się znasz na maszynach!

Siwy znał się na samolotach jak nikt. Wiadomo, jego stary był kolejarzem na towarowym, to musiał pewnie znać się i na samolotach. A tak serio, to ojciec Siwego był profesorem na uniwerku. Ale kto tam wtedy mówił „na uniwerku”. W każdym razie nie żeby Siwy się ojca wstydził, tylko nie szpanował, jak Szczepan, ojcem lekarzem. Ale temu też darowaliśmy, bo jego stary z kolei nie miał farta jako spec od zdrowia i osierocił Szczepana. Ale nie było najgorzej. Laski lubiły tekst na kolejarza. A ja? Co niby miałem robić? Kiwałem tylko głową w rytm odgłosów, które dobiegały z drugiej strony dachu, z placu, gdzie krzyżowały się szerokie aleje i ulica nazwana od dnia wyzwolenia, co według jednych było nową niewolą, a według drugich szansą, naszym oknem na wszechświat, ten po naszej stronie kurtyny. A ulice były jeszcze pełne dzwoniących i tłukących się tramwajów, autobusów i trąbiących samochodów, ciągnących w stronę tej części naszego osiedla, którą Niemce wybudowali tu z niczego w niespełna cztery lata.

Tamtego wieczora nie myśleliśmy o setce domów, które okupant nam tu na swoje tysiącletnie panowanie postawił. Może nieświadomie omiataliśmy ich dachy wzrokiem, bo nasz i tak był wyższy. No i nawet nie gadaliśmy o dziewuchach. Nie było z nami dziś Baśki. Podobno poznała faceta i poszła w tango.

– Włosy przefarbowała, widziałeś?

Siwy musiał mieć telepatyczny wgląd w moje myśli. Znałem chyba przyczynę.

– Daj jeszcze jednego browara – poprosiłem nienachalnie.

Popatrzył, jak to Siwy potrafił, spod oka, jak zezowaty porucznik Columbo, detektyw z amerykańskiego kryminału, co się go w czwartkowe wieczory zamiast Kobry i okolicznych dachów oglądało. Siwy niby się zastanawiał, ślepiąc spod oka, ale chytry dziś nie był i kapsel z brzękiem zleciał po spadzistym dachu.

Uśmiechnęliśmy się do siebie. Jakaż to musiała być niespodzianka, gdy na dole komuś nie manna, nie deszcz, ani nawet nie, kurwa, grad, a zwykły zwyczajny kapsel spadł z nieba. Metalowy kapsel z naszego browara.

– Uważaj, bo będziesz go łapał!

Siwy zarechotał, patrząc jak Kulawy ze strachem złapał się kurczowo piorunochronu, gdy on sam, nic sobie nie robiąc z nachylenia dachu, wyciągał przed siebie długie nogi w wąskich dżinsach. Kulawy, mimo lęku wysokości, a może przestrzeni, kto naprawdę to wiedział, nawet sam Kulawy, mimo tego paraliżującego lęku, nie właził za nami na dach po stalowych stopniach drabinki, starając się nawet nie drgnąć, podczas gdy Siwy i ja po całości rozglądaliśmy się zza kominów.

– Nowe? Z bazaru? – Kulawy musiał się przymilić, żeby zatrzeć strach i wrażenie, które wywołał swoim lękiem o Siwego. Musiał, taki już był Kulawy lelawy.

– Czyś ty ochujał? Stary i matka nie mają lekko. To od ciotki, z Berlina!

Popatrzył teraz inaczej, z zimną pogardą, na Kulawego. Zaczynał być znudzony. Już mu się nie chciało finezyjnie otwierać kolejnej butelki o drugą. Trzasnął lekko w znany sobie wyłącznie sobie sposób flaszką o metalową obejmę komina, a szyjka odskoczyła odłupana prawie regularnie.

Na piątym piętrze, tuż pod nami, musiała być niezła impreza. Z balkonu waliło dymem z fajek w rytm okrzyków i tanecznej muzyki. Nie, nie grali nic specjalnego. Jakieś fajansiarskie jazzowe kawałki. A kiedy Siwy, tym razem trzymając się jednak linki piorunochronu, wychylił się i zawisnął nad przepaścią ulicy, zobaczył palących facetóww białych koszulach i laski w mieniących się sukienkach nad kolana.

– Normalnie, kurwa, niewinni czarodzieje!

Kulawy już nic nie mówił. Przyległ jak wklejony w ścianę komina.

Siwy wyraźnie nie był dziś w nastroju. Odchylił głowę, charknął i z charakterystycznym ciumkaniem splunął przez zęby w dół, w stronę balkonu pełnego imprezowiczów. Miał to gdzieś.

Aha, jasna sprawa. Baśka poszła w tango.

Piwo nie dość, że było ciepłe, to wykrzywiało gębę powszechną kwaśnością naszego lokalnego browaru.

– He, he, młody, co? Wykrzywia gębę? Napiłoby się żywca, co nie?

Kulawy, zakneblowany strachem, patrzył zazdrośnie, jak z grymasem przełykałem ciepłe łyki z drugiej butelki, a kiedy piwo z chlupotem spływało przez grdykę i przełyk, grymas przemieniał się w uśmiech choćby z powodu jego spojrzenia.

Nie było co gadać. Nie poradzisz, skoro Baśki dziś z nami nie było. Otarłem usta i wzruszyłem ramionami, zapinając pod szyją starą ramoneskę. Samoloty zwykle lądują pod wiatr. Nie trzeba było być orłem, by to wiedzieć, bo skoro ten przed chwilą pochodził ze wschodu, to wiało od zachodu, bez zmian. Zrobiło się chłodno. To nie był żaden tam Palace Garden. To było nasze miasto nocą.

Kiedy tak siedzieliśmy koło komina przy zsuniętej klapie na strych, wyglądaliśmy, jakby było nam niby wszystko jedno. Mnie nie było.

Nie chodziło o Baśkę. Nie było tu ciebie, bo skąd byś się miała wziąć. Z tego zasranego Tarchomina? Splunąłem w dół, podobnie jak Siwy przed chwilą. Tylko głowa mi po tym zwisła dłużej niż powinna. Tak, kurwa, właśnie tak jak pod sklepem w Tarchominie.

Siwy zgrywus miał oko. Niby nie patrzył, nadal kukał ostrożnie na balkon, ale widziałem, że na dłuższy moment zaczepił spojrzeniem o mnie.

Impreza pod nami chyba już się kończyła. Nie było słychać hałaśliwej muzy, gadania i przekrzykiwania się, trzaskania drzwi i szurania krzeseł. Nie czuć było nawet dymu ze szlugów. Nie wiedziałem, że grzaliśmy dupy na pokrytym papą dachu już tyle czasu. Nawet tramwaje w dole przestały dzwonić jak oszalałe. Na skrzyżowaniu ruch zamierał. Wszystko było pozornie zwyczajne, jak kwaśny smak ciepłego piwa w nocy, w którą niczego się już nie spodziewasz i nic już się więcej nie przydarzy. Nawet do końca nie wiadomo, co robić dalej. Nawet myśli masz mniej.

Chłopaki musieli czuć podobnie. Kulawy zaczął wiercić się niespokojnie, ale nie śmiał odezwać się bez pozwolenia. Siwy popatrzył w końcu na mnie wymownie. Nie musiał nic mówić, oczy mówiły same.

– Spadamy?

– Poczekaj – odpowiedziałem na niewypowiedziane wątpliwości – jeszcze chwila.

Wyjął zmiętą paczkę najtańszych fajek i zapalił. Nas oczywiście nawet nie usiłował częstować. Taki właśnie był Siwy. I dobrze.

Zrobiłem się jakoś zupełnie spokojny. Odpłynął Tarchomin i nerwowy niepokój.

– Był taki film... – zacząłem, ale Kulawy musiał wtrącić swoje trzy grosze.

– Ty znowu o tych czarodziejach?

Ten ćwok zawsze, kurwa, musi wtrącić swoje trzy grosze. Zawsze! W takim momencie. Masz przed oczami scenę, w której ona... Ale nic już nie powiedziałem. Wystarczyło, że Siwy zerknął z ukosa na Kulawego i skinął przyzwalająco głową.

– Był taki film. Ciemno. Nic prawie nie widać. Nagle pojawia się ręka w białej rękawiczce, rozumiecie? Widać jedynie dłoń na czarnym tle. Tańczy, wyginając palce, jak nogi w tańcu. Normalnie jakby była człowiekiem, jakby tańczyła. Dosłownie na palcach, powoli, spokojnie, nie jak ci pod nami. Za chwilę zjawia się druga i zaczyna do tamtej przymilać. Rozumiecie? Normalnie jak w tańcu-macańcu.

– Co za nuda...

Kulawy nie byłby sobą, gdyby nie dogadał. Siwy popatrzył, a wtedy ten stulił pysk.

– I one się sobą zaczynają interesować. Ręce. Taka, rozumiesz, sytuacja, jak w parku wieczorem. Ona stoi, on podchodzi, chwil kilka pomarudzą, pomigdalą i ruszają w tango...

– Widziałem.

Siwy zaciągnął się ostatni raz. Wrzucił żarzącego się peta do komina, którego cug zaraz wywiał resztki żaru i rozrzucił gwieździście w nocnym powietrzu.

– Widziałem ten film, ale stary. Czarnobiały jeszcze, to musiał być stary. Teraz takich nie robią. Do widzenia, do jutra.

– Co ty Siwy! Już leziesz? Gdzie idziesz?

Kulawy jak zwykle przestraszył się, że Siwy go zostawi i znowu będzie zwykłym podwórkowym popychadłem, a nie kumplem mitycznego Siwego z wypraw na dach, znajomością, którą będzie można imponować wśród pedalskich lizusów z pobliskiego liceum. „Se la wi”, jak mówił ojciec Baśki, zawodowy wojskowy, wywalając wieczorami Siwego z mieszkania.

– Debilu. Do widzenia, do jutra. Film. Taki był tytuł. Ale ty kurwa jesteś debil.

Siwy niby był wkurwiony, ale wkurw był z łagodnych, perswazyjnych, intelektualnych i swój skutek prawilnie odniósł.

– Skąd ja mam wiedzieć? Baśka by wiedziała. – Kulawiec usiłował odzyskać rezon, przymilając się Siwemu.

– Zaczekajcie – poprosiłem jeszcze raz.

– Będziesz dalej opowiadał? – Siwy się skrzywił. – To już wszystko było.

– Poczekajcie.

Wcale nie chciałem, żeby nastąpiło jakieś interludium czy inne intermedium na wieczornym dachu. Ale posłuchali. To znaczy Siwy posłuchał, bo przecież Kulawy, ten debil, nie miał nic do gadania. Siedzieliśmy chwilę w ciszy, kiedy ci piętro niżej włączyli adapter. Widać impra przygasła, ale nie wywiało wszystkich. A może jakiś frajer robił nastrój, bo udało mu się obłaskawić jedną z dziewczyn w mieniących się sukienkach? Ktoś zagrał na fortepianie. Zastukały cicho talerze perkusji.

Normalnie, staccato, przygrywka z kropką nad nutami.

I nagle włączyła się trąbka. Też stonowana. Czuło się, że muzyk na siłę pilnuje zwolnionego rytmu, że wolałby pognać z tempem w szybsze, wyższe brzmienie. Ale ciągnął sentymentalnie. Klawisze fortepianu stukały już równiej, perkusja jednak weszła w inną fazę. Wytyczała szlak.

Pianista poszedł w jej kierunku. Zaczęła się zabawa na cztery ręce. No nie, tak formalnie to na dwie ręce, dwie pałeczki i ustnik.

Fiesta. Dopiero później, parę lat później, znalazłem to dobre słowo.

Wszyscy, jak na komendę ojca Baśki, wznieśliśmy lunety butelek do nieba, sącząc ostatnie łyki kwaśnego, ciepłego piwa, myśląc, co tamtych dwoje piętro niżej, bo słychać było jedynie muzykę.

Tempo zwolniło, trąbka ucichła, tylko klawisze fortepianu stukały.

– Zepsuło się?

Kulawy, ten giguś, potrafił wstrzelić się w nastrój. Normalnie artystyczna dusza dzielnicy. Jemu i tak było wszystko jedno.

– Coltrane. Mniej jest więcej. To Coltrane. Artysta minimalista.

– Co?

Kulawy nie zrozumiał.

– Koltrejn, de-bi-lu, de-bi-lu, de-bi-lu. Taki styl. Posłuchaj i ucz się, jebany niemoto! Koltrejn, powtórz, Najlepszy muzyk na świecie.

– Spadamy.

Siwy podniósł się i otrzepał tyłek. Nie patrzył i nie czekał na melorecytację Kulawego, tylko zapytał mnie prosto:

– Idziesz?

Nawet nie kiwnąłem głową, lecz podciągając się, złapałem za krawędź komina.

Nie było co gadać. Siwy był dla nas jak guru. Znał się na muzyce i na modzie. No, wiadomo, każdy miał swój styl. Kraciaste spodnie albo dżiny. Budrysówka albo ramoneska. Glany robocze, czasem wojskowe komandosy, bo martensów nie było, albo zwykłe chińskie trampki. Ale nikt inny nie umiał rzucić byle uwagi tak, by pozostali nie musieli mieć wątpliwości. Siwy potrafił.

Kiedy się zbieraliśmy, Kulawy patrzył pytająco, ale ja też udawałem, że nie zwróciłem na tego maminsynka uwagi. Pod kominem w świetle księżyca błysnęła ubita szyjka butelki po piwie. Nie trzeba było nic gadać. Faktycznie, czasem mniej jest więcej.

 

***

 

To był rzeczywiście JohnColtrane. Dowiedziałem się tego dopiero po latach, siedząc wieczorem w tanim barze na tyłach Adenauerallee na St. Georg, kiedy usłyszałem tę samą, co wtedy na dachu, melodię.

Bar był prawie pusty. Kilku klientów dopijało piwa przy ladzie. Pod sufitem kręciła się zupełnie nie od parady lustrzana kula dyskotekowa, od czasu do czasu błyskając po oczach. Ktoś wrzucił pieniążka do vintydżowej, amerykańskiej szafy grającej. Może i nie była amerykańska. Nieważne. Ale wyglądała. Cały bar utrzymano w takim stylu. Pin-upy i lata pięćdziesiąte. Ale to nie był kicz. Wszystko grało w niezwyczajnym, sentymentalnym stylu, pasując, gdy samotny facet lub babka zachodzili tam wieczorem posiedzieć przy barze i muzyce, zapoznać sobie podobnych.

Lusterko kuli poraziło siatkówkę oka jak zajączek słoneczny, jak odbicie światła w rozbitej butelce. Wtedy, po latach, przypomniałem sobie, jak siedzieliśmy na dachu w tamtą chłodną noc. Nie miałem pojęcia, co stało się z Siwym. Podobno wyjechał. Kulawy podobno się stoczył. Tyle wiedziałem, że do dziś Baśka w pustym mieszkaniu czeka na swoją wielką miłość.

Melodia była ta sama. Trębacz ciągnął modulujący lead łapany przez pianistę i perkusjonistę. Ale był jeszcze kontrabas. Wtedy, w szumie miasta, tego nie wychwyciłem. Dopełniał brzmienie trąbki, fortepianu i zimnych dźwięków talerzy.

Chciałem już iść, dopijałem ostatnie piwo. Piwo jest dobre. Uspokaja, wyrzucając z duszy zły stres i skisły nastrój, zapraszając w zamian obślinioną lirykę, plątąjącą język marzeniami o niezrealizowanej miłości, nie zawsze z młodości to nie zawsze tej młodej.

– Coltrane– gardłowym hamburskim akcentem rzucił patrząc mi w oczy zza nalewaka wyraźnie zafascynowany barman. – Weniger ist mehrniem.: Mniej jest więcej.[1].

Kiedy melodia się skończyła, nie dałem się jak nigdy. Zapłaciłem za piwo, nie łapiąc się na takie numery i podszedłem do szafy. To był kawał maszyny. Połyskujący i podświetlony jukebox wyglądał jak prawdziwy Seeburg select-o-matic z czterdziestego dziewiątego, wysoki, stojący mocno jak ty na zgrabnych nogach. Piękny i dużo większy niż ledwie trzy lata starszy wurlitzer.

Skąd byłem taki mądry? Kiedy wyjechałem, imałem się jak każdy różnych zajęć. Kiedyś trafiła się fucha, tu, w Hamburgu. Oczywiście, w SanktPauli. Żeby było zabawniej, w knajpie, która była jednocześnie muzeum z fliperami i szafami grającymi. pinnballe, pinboxy a między nimi lśniące światełkami stare wulitzeryzodiaki. Był nawet prawdziwy filben maestro, istny rarytasczterdziestego roku.

Takie tam, nic chwalebnego. Sprzątanie, czasem jakaś naprawa. Ale zobaczyło się i posłuchało w życiu tego i owego, nowego.

Seeburg Select-o-matic miał na froncie pod przezroczystą zaokrągloną pokrywą podświetlone opisy kawałków z numerami i literami, którymi później, po wrzuceniu monety, wybierało się melodię. Ten tutaj też był taki, kusząc połyskiem i bordowymi literami Mr. Love100 tracks. Przerzucałem wzrokiem opisy. Sto kawałków. To trwało chwilę. Ale Coltrane był tylko jeden.

In a sentimental mood.

Ożeż! Miałem przecież już wyjść. Teraz stałem przy starodawnej szafie grającej jak Kulawy, sparaliżowany strachem przy kominie, i znowu ciągnęło mnie jak cholera w kierunku baru. Ale może to ja byłem sparaliżowany tym, co mogę znowu poczuć. Wiesz, jak to jest, kiedy nie możesz się zdecydować, czy zamówić jeszcze jedno, czy już ci wystarczy. Łatwo jest przeholować. Czasem dobrze jest przeholować. Czasem nie. Czasem piwo nie leczy. Czasem mniej jest więcej.

Kiedy wzrasta sentymentalizm, oczywiście za przyczyną chmielu i słodu, i wszystkich braków, które nosisz w sobie od lat, truizm przejmuje stery. Nie poradzisz. Wiesz, że w życiu nie ma nic za darmo. Chyba że ktoś ci postawi.

Wsadziłem rękę do kieszeni. Grzebałem, podrzucałem drobniaki, nie chciało mi się wyjmować, ważyłem w dłoni na ślepego. Muszę się też przyznać, że odbiło mi się kwaśną treścią. Przecież wiecie, jak to jest.

– Orzeł czy reszka?

Nie było ważne, że orzeł miał rozszerzające się do dołu niemieckie skrzydła. Nie wszyscy się jeszcze przyzwyczaili, że nie ma już marek. Ale dwa ojro to jest dwa ojro. I dobrze.

Orzeł wylądował! I dobrze. Mniej jest więcej. Wrzucę i sobie pójdę. Muzyka łagodzi obyczaje, jakoś to obczaję. Normalnie poezja wieczorową pora. Prosit!

Nie będę już myślał o tobie. Nie będę pił i nie dopadnie mnie znowu obraz twoich pięknych nóg z pomostu na Mazurach. Przecież weniger ist mehr. Już kurwa dość. Dość piwa. Dość życia. Dość twoich boskich nóg. Dość tego permanentu, pierdolonego ciągłego braku. Co tam, czysta poezja, co smakuje jak pleśniowy stożek roithamera, serowy bouton de culotte!

Jestem teraz jak bezimienny narrator Bernhardowskiej Korektyw domu preparatora zwierząt Höllera, przybyły, by zrobić wreszcie porządek z papierami mieszkańca mansardy domu nad rzeką Aurach w Oberösterreich, tego szczęśliwca, erudyty z Cambridge, który wybrał wreszcie wolność, popełniając samobójstwo. Czas, żeby dopełnić zadania, porządkując w głowie papiery po mniej sławnym erudycie. A głowa?

Lubi głowa tańczyć, na mansardzie Höllera!Fragment wiersza Pawła Harlendera, Lubi głowa tańczyć, Kraków 2018.[2] Jeszcze dwa ojro i będzie fertig, będzie z nami Schluß.

Moneta nie chciała się ze mną rozstać. Maszyna zwracała ją kilka razy. Przypomniał mi się podpatrzony od młodych numer z metra, kiedy automat biletowy nie łykał i ciągle wypluwał pieniążka. Teraz, kiedy nikt nie patrzył, a zresztą miałem to gdzieś, potarłem rant monety o metalowy bok szafy. Wreszcie załapało. Zaszumiało, zachrzęściło i z blaszanym trzaskiem pieniążek wpadł do środka, wprost na zapadnię. Wybrałem odpowiedni numer z opisu. Chwilę trwało, zanim czarna płyta podjechała z rechotem i zgrzytem pod ramię, które nasunęło igłę we właściwy rowek. Trąbka zaczyna!

In a sentimental mood.

No to płyniemy, Kochanie. Każdy najbliższy port jest lepszy, niż ten twój, mityczny. Płyniemy, meine Liebchen. Lecimy, moja piękna. To w końcu Freihafen Hamburg, wolny obszar celny, wydzielony z miasta pod koniec tamtego fin de sièclowego stulecia, które pozwala do dziś nie płacić za dawne zaniechania. Dalej, już koniec z tym, moja piękna o twarzy Niny Hoss, moja cudowna Umo Thurman.

Melodia się skończyła. Wkładam łapę głębiej. Ohydne łapsko, środkowo-, nie, wschodnioeuropejskie, pracowite. Na szczęście wyrwane z tamtego kurwidołka. W kieszeni brzęczy jeszcze kilka monet z symetrycznym, niemieckim orłem z węgla i stali. Lecimy? No to płyniemy. Mniej jest więcej.

– Dawaj pan dwa od razu. Jakie? Co się pan zgrywasz? Weniger ist mehr!

– Szanowny pan może już do domu?

Calm down – włączą się natrętny amerykaniec, kładąc mi rękę na ramieniu, ale odpycham chamską amerykańską rękę światowej sprawiedliwości.

– Jebał cię czarny, duży pies, skurwielu, ty luju z kur wielu! – wołam do tamtego po polsku, bawiąc się słowami, uśmiechnięty i wyluzowany, może nie zrozumie.

A kiedy gość uspokojony odchodzi, zwisam z baru uprzejmie, nienachalnie i baaardzooo eeeelegancko, jeszcze bliżej. Mówię do barmana:

– Comisię pan tu verfickte und verfluchte Scheiße wymądrzasz! Jeszcze posłuchamy, jak się bawi Europa Wschodnia. Dawaj tutaj In a sentimental mood. Koltrejn, de-bi-lu, Masz tu dwa ojro i wrzucaj w slota, ha, ha w slota! Skądś ty się tu, fuck, wziął taki plastic people? Tatuś nie przyjechał tu swoim trabbim 601Rostocku? Wiedziałem! Skąd wiem? Coś mi tak patrzy z twego ryja! Że jak? Że se mam, enerdowcu jeden, nie pozwalać? Ty chamie jeden, nie wiesz, że klient nasz pan! Cichoooo, cichaaa noc, już nie płaczę. Lej pan, panie bartender, ten wasz sikacz, wasz miejscowy kuddel, i nie marudź, mi, barman! Świeży ten pils? No!

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Mariusz Sambor, wypominki, połajanki, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 38

Przypisy

    Powiązane artykuły