04.07.2019

Nowy Napis Co Tydzień #004 / Tancerz

22 listopada 1954 roku agencje prasowe w Ameryce i Europie informowały o nagłej i niespodziewanej śmierci w Nowym Jorku Andrieja Januariewicza Wyszynskiego, ambasadora Związku Radzieckiego przy ONZ. Wszystkie gazety drukowały życiorysy zmarłego.

Pełnił on najwyższe funkcje państwowe. Był wicepremierem, szefem Komitetu Informacji – połączonych wywiadów: wojskowego i cywilnego, ministrem spraw zagranicznych. Natychmiast po śmierci Stalina MSZ objął Mołotow, a Wyszynski został wysłany do Nowego Jorku. Jednak najbardziej zasłynął jako prokurator. Karierę rozpoczął w latach trzydziestych, oskarżając w największych procesach politycznych okresu wielkiej czystki. Szybko doszedł do stanowiska prokuratora generalnego.

Dla gazet lewicowych był mężem stanu, wielkim prawnikiem, naukowcem, teoretykiem prawa i ideowcem zwalczającym nieubłaganie wrogów komunizmu. Dla mediów prawicowych – zbrodniarzem, który doprowadził do sądowego mordu na setkach niewinnych ludzi, których zmuszono do przyznania się do winy przy zastosowaniu tortur.

„Washington Post” 2 grudnia opublikował sensacyjne informacje dotyczące okoliczności śmierci ambasadora. Powołując się na źródła związane z ambasadą radziecką, reporterzy twierdzili, że już w październiku Wyszynskiego pilnie wezwano do Moskwy, a krótko przed jego śmiercią przybył w tej sprawie specjalny kurier dyplomatyczny. Centrala ponownie żądała natychmiastowego powrotu do Rosji; Wyszynski miał nadal zwlekać z wyjazdem. Przez ostatnie trzy dni swego życia wieczorami, przez wiele godzin, rozmawiał z jednym z najsławniejszych dziennikarzy radzieckich, Jurijem Sizowem. Odwiedzał on prywatne mieszkanie Wyszynskiego w towarzystwie młodej kobiety, swojej asystentki i stenografki.

Reporterzy „WP” długo poszukiwali Sizowa w Ameryce i Europie. Bezskutecznie. W radzieckiej agencji informacyjnej TASSTASS – Tielegrafnoje Agienstwo Sowietskogo Sojuza – Telegraficzna Agencja Związku Radzieckiego (obecnie: Rosyjska Agencja Prasowa).[1] i moskiewskiej „Prawdzie”, których Sizow był pracownikiem, nikt nie potrafił lub nie chciał powiedzieć, gdzie się znajduje.

Zniknął bez śladu.

Jeden z informatorów gazety utrzymywał, że Wyszynski popełnił samobójstwo. Zgon stwierdził rankiem 22 listopada lekarz poselstwa Aleksiej Kossow. FBI, wykorzystując policję, próbowało zbadać zwłoki, lecz funkcjonariuszy nie wpuszczono na teren ambasady. Nie minęły dwadzieścia cztery godziny, gdy trumna z ciałem zmarłego odleciała specjalnym samolotem do Moskwy razem z lekarzem i kurierem dyplomatycznym.

FBI przez kilka miesięcy kontynuowało śledztwo, lecz Sizowa i jego asystentki nie odnaleziono. Ani dziennikarzom, ani policji nie udało się także odszukać lekarza, Aleksieja Kossowa.

Cztery dni wcześniej, piątek 18 listopada 1954 roku

Cadillac i dwa fordy ochrony zatrzymały się pod bramą wjazdową na teren ambasady. Kierowcy trąbili, bramy nikt nie otwierał; trwało to dość długo, wreszcie pojawił się wartownik z karabinem, bez czapki, w pomiętym mundurze; otworzył. Wyszynski na tylnej kanapie auta budził się z trudem, mozolnie, z przykrym poczuciem zagrożenia. Po śmierci Stalina odetchnął, a teraz znowu…

– Przyspał gnojek – powiedział kierowca. – Pewnie zapił. Ukarać, towarzyszu ambasadorze?

Wyszynski popatrzył na wystraszonego kaprala, prężącego się na baczność.

– Zdegradować i do domu – powiedział.

Przypomniał mu się nieprzyjemny incydent. Dwaj studenci z transparentem: „Stalinowski oprawca: przyznanie się na torturach jako dowód winy!”.

Tyle miał prelekcji, wykładów o praworządności w Związku Radzieckim. Zawsze był witany serdecznie, nawet z entuzjazmem, nie tylko w krajach socjalistycznych, ale na Zachodzie, w Ameryce… Nigdy dotąd nic takiego się nie zdarzyło. Cóż za bezczelność! Przyznanie się oskarżonego do winy jest oczywiście koroną dowodów, temu nie można zaprzeczyć, lecz nigdy jawnie nie głosił, że samo w sobie wystarczy do orzeczenia o winie. Wręcz przeciwnie! Tłumaczył to później zebranym bardzo dokładnie: Artykuł 136 KPK RSFRR omawia niedopuszczalność wymuszania w śledztwie zeznań lub przyznania się oskarżonego do winy w drodze przemocy, gróźb i tym podobnych środków. Cytował własną pracę Teoria dowodów sądowych w prawie radzieckim. A że praktyka bywa inna? A czy gdziekolwiek w świecie jest inaczej? Dobre sobie! Czy amerykańscy policjanci nie biją podejrzanych?

Studentów z transparentem szybko usunięto z sali, rektor i towarzysze z Komunistycznej Partii Stanów Zjednoczonych gorąco przepraszali, lecz fatalne wrażenie pozostało. A to miała być najbardziej lewicowa uczelnia na wschodnim wybrzeżu! Kasajew sprawdzał, ręczył, no… trzeba mu powiedzieć parę słów!

Kolumna okrążyła klomb, auta potoczyły się na podjazd. Wysiadł, lecz po chwili cofnął się po teczkę zostawioną na siedzeniu auta. Specjalnie ją tam zostawił. Chciał przyjrzeć się ochroniarzom. Czy mu się zdawało, czy był z nimi kurier z Moskwy? No proszę! Jest! Wysiadł z forda, a inni zwracają się do niego z widocznym szacunkiem, jak do szefa. Dziwny kurier! Pilnuje go? Czyżby już coś zwąchali? Niemożliwe!

Przed wejściem i później, w gabinecie, witali go współpracownicy. Pierwszy sekretarz ambasady Kuźniecow, drugi – rezydent wywiadu Kasajew, sekretarka Anastazja Manina, portier kłaniał się w pas.

– Dzień dobry, towarzyszu ambasadorze, jak podróż?

– Jak prelekcja, towarzyszu ambasadorze?

– Może kawy, bardzo jesteście zmęczeni, towarzyszu ambasadorze?

– Poczta – rzucił. – Proszę o pocztę.

Przeglądał pośpiesznie. Nie przyszło nic ze Szwajcarii! Wciąż nic! Nie chcą ich wypuścić? Kapoczka, gdyby już tam była, dałaby znać natychmiast.

– HammerskjöldDag Hammerskjöld – sekretarz generalny ONZ.[2] się nie odzywał? – spytał sekretarkę.

– Nie.

– A Zarubin?Grigorij Zarubin – od czerwca 1952 roku do stycznia 1958 roku ambasador nadzwyczajny i pełnomocny ZSRR w USA.[3]

– Tak, prosił o pilny kontakt.

– Dobrze, jutro. Poza tym coś ważnego?

– Nic takiego. Jeden dziennikarz, Rosjanin, prosi o wywiad.

Spojrzał na zegarek, dochodziła siódma. Wziął gazety, korespondencję i papiery do podpisu. Pójdzie do mieszkania, poczyta wieczorem.

Już wychodził, kiedy coś go zatrzymało. Przeczucie?

– Co to za dziennikarz?

– Jurij Sizow.

– Sizow?! Sizow! I dopiero teraz o tym mówisz? Nie wiesz, kim jest Sizow? Co za idiotka! – mruknął pod nosem, na tyle jednak głośno, żeby wszyscy usłyszeli.

– Dzwoń do niego zaraz. Przyjmę go jutro, po pracy. Dzwoń natychmiast.

„Sizow chce rozmawiać! Przecież sam na to nie wpadł. KC? Wydział propagandy? Czego chcą? Sizow zawsze rozmawia z właściwymi ludźmi. Nigdy się nie myli, zawsze wie, co w trawie piszczy. Sizow! Więc może nie jest tak źle? Kapoczka uważa, że Chruszczow przygotowuje krytykę całego okresu rządów Stalina, terroru… Ale to by było zdumiewające. Przecież Chruszczow sam ma ręce po łokcie we krwi. Jak by mógł? Może jednak Kapoczka się myli?”

Wieczór pierwszy. Sobota 19 listopada 1954 roku

Przeglądał gazety. W amerykańskich wszędzie wywiad MołotowaWiaczesław Mołotow – ówczesny minister spraw zagranicznych ZSRR.[4]. Nienawidzi Mołotowa, a Mołotow jego. Ale tu akurat minister ma rację. USA, Anglia i Francja nie odpowiadają na propozycję zwołania konferencji w sprawie bezpieczeństwa zbiorowego w Europie. I wywierają nacisk na inne rządy, aby opowiedziały się przeciw. Amerykanie chcą remilitaryzować Niemcy Zachodnie. Półmilionowa armia niemiecka miałaby stać się częścią bloku atlantyckiego. I to ma sprzyjać pokojowi? Jak widać, jedynie Związkowi Radzieckiemu naprawdę zależy na utrzymaniu pokoju.

We wszystkich krajach socjalistycznych masowe wiece protestu przeciw remilitaryzacji Niemiec Zachodnich.

„Prawda” donosi o nowym wydaniu Chłopów Władysława Reymonta w ZSRR i mającym się rozpocząć w Moskwie Festiwalu Filmów Polskich. Celuloza, Młodość Chopina, Skarb i wiele innych. Gdyby teraz wrócił, mógłby obejrzeć… Często są lepsze od radzieckich.

Przeczytał kolejną listę skazanych występujących o rehabilitację. „Tłumy wracają z obozów, gdzie ich rehabilitują komisje obozowe, ale to im nie wystarcza”. Szukał nazwisk tych, których sam oskarżał. „Wiele znanych postaci: ProskurowIwan Josifowicz Proskurow – generał porucznik lotnictwa, szef wywiadu Armii Czerwonej, bohater Związku Radzieckiego, aresztowany i rozstrzelany bez sądu na rozkaz Ławrientija Berii pięć dni po ataku Niemców na ZSRR.[5], KolcowMichiał Jefimowicz Kolcow – dziennikarz i pisarz, korespondent „Prawdy” w czasie wojny w Hiszpanii, przyjmowany przez Stalina na Kremlu, oskarżony o trockizm i rozstrzelany w 1940 roku.[6] – to nie moje sprawy. Ale prokuratorzy KrylenkoNikołaj Wasiliewicz Krylenko – prokurator generalny i komisarz ludowy sprawiedliwości. Oskarżał w pierwszych wielkich procesach politycznych, Wyszynski u niego praktykował. Skazany i zabity w 1938 roku.[7] i Akułow, sławny prawnik PaszukanisJewgienij Paszukanis – sędzia, teoretyk prawa, aresztowany i rozstrzelany w 1940 roku.[8] – owszem. Teraz niewinni! Pośmiertnie. Zaraz się okaże, że wszyscy wrogowie ludu byli niewinni!”

Poranna poczta znów bez wiadomości ze Szwajcarii.

Sizow umówiony na siódmą wieczorem. Też będzie pytał o konferencję? A może o tych niewinnych?

„Kapoczki i Ziny w Rosji zostawić nie można. Jak nie wypuszczą ich z kraju, nie będzie można skorzystać z propozycji Amerykanów. Więc trzeba się Sizowowi pokazać jak najlepiej. Zostawić sobie furtkę… Kto za nim stoi? Chcą skompromitować czy wybielić?”

W południe drugi sekretarz dostarczył dossier dziennikarza. Nie było tam niczego nadzwyczajnego, dane powszechnie dostępne. Zdjęcie sprzed wielu lat, niewyraźne. Młody człowiek w grubych okularach z bujną czupryną. I z chustą komsomolca.

***

Sizow został sprawdzony przy wejściu, obszukany przez ochronę ręcznie i wykrywaczem metalu. Zabrzęczało przy wielkiej skórzanej torbie z aparatami fotograficznymi; kazali wyjąć, pokazał. Chcieli otworzyć kamerę filmową; wytłumaczył, że prześwietliliby taśmę. Dali się przekonać. Powiedzieli, że towarzysz ambasador zaprasza do siebie. Strażnicy poprowadzili go aż pod drzwi, na drugie piętro po szerokich schodach wyłożonych czerwonym dywanem. Biura zajmowały parter i pierwsze piętro. Na drugim tylko biblioteka, archiwa i prywatne apartamenty ambasadora.

Od wejścia biegała wokół ich nóg tłusta szorstkowłosa jamniczka; radośnie poszczekiwała, łasiła się do gościa. Kiedy usiedli w fotelach przy niskiej ławie, z trudem wgramoliła się na kolana swego pana. Wyszynski głaskał ją i podawał do pyszczka czekoladki z bombonierki.

– Rozpieściłem ją strasznie – powiedział. – Nic już nie chce jeść, tylko te czekoladki.

– Jak się nazywa? – spytał Sizow.

– Mimi. Starzejemy się razem – Wyszynski się uśmiechnął. – Ma prawie jedenaście lat. Według psiego kalendarza jest mniej więcej w moim wieku. Ale psi czas biegnie szybciej niż ludzki, więc zapewne to ja ją przeżyję. Lubicie psy, redaktorze?

– O, tak, bardzo. Miałem owczarka alzackiego jeszcze jako dzieciak. Potem już nie mogłem… Praca, wciąż w drodze, na wyjazdach, niestety.

– A ja zawsze miałem jakieś psy. I musiałem patrzeć, jak odchodzą. To jest nie w porządku, nie sądzicie, redaktorze?

– Tak?

– Że psy żyją krócej od nas. Kochamy je, opiekujemy się nimi jak dziećmi, a one starzeją się i umierają. To tak, jakby nasze dzieci umierały przed nami.

– Tak, to smutne. Lecz dzieci z czasem dorastają, usamodzielniają się, a psy do końca pozostają dziecinne.

– Właśnie….

Sizow rozglądał się ciekawie. Byli w wielkim gabinecie z drzwiami balkonowymi wychodzącymi na duży półkolisty taras oparty na kolumnach nad wejściem do budynku. Pod ścianami regały z książkami, pod oknem wielkie biurko z mnóstwem dokumentów i stosem numerów dwutygodnika Sowieckie prawo. Jakieś zdjęcia w stojących ramkach. Pod oknami w drewnianych donicach rododendrony rozrośnięte aż pod sufit, naprzeciwko ława i skórzane fotele. Dwumetrowe portrety Lenina i Stalina, całe postacie, olejne oryginały.

Na każdym wolnym miejscu ścian wisiały oprawione fotografie z sal sądowych i spotkań dyplomatycznych. Na kilku Wyszynski obok Stalina. Na jednym obaj z Churchillem, na innym z Rooseveltem. Na stoliku przy drzwiach amerykański adapter z niklowaną tubą.

Dziennikarz i ambasador przyglądali się sobie uważnie. Wyszynski w świetnie skrojonym ciemnym garniturze. Po pracy zawsze przebierał się w jakieś domowe ubrania, lecz tym razem uznał, że musi także wyglądem robić wrażenie na swoim rozmówcy. Nieco krępy, średniego wzrostu, grubokościsty, z wysokim i szerokim czołem, z dolną szczękę kanciastą, jakby zbyt dużą. Starannie przycięte cienkie wąsy. Niedawno skończył siedemdziesiąt lat, lecz nie sprawiał wrażenia starego. Poruszał się szybko i energicznie. Wyprostowany jak wojskowy, oficer. Rudawe, mocno siwiejące, rzadkie włosy. Okulary w grubej, czarnej oprawce; patrzył na swego gościa przenikliwie, rozparł się w fotelu, mrużył oczy.

Sizow po czterdziestce, wysoki, lecz trochę już tęgawy, w dżinsach i mundurowej kurtce, w przyciemnionych okularach, niczym by się nie wyróżniał na amerykańskiej ulicy. Krótko ostrzyżony, miał na policzku wąską bliznę kilka centymetrów w dół od lewego oka. Kilkudniowy zarost. Wyjął notatnik i pióro.

– O czym mamy rozmawiać? – spytał Wyszynski.

– No, o wielu rzeczach. Piszę waszą biografię, towarzyszu ambasadorze. Sekretarka nie powiedziała? Zebrałem już wiele wiadomości, lecz brakuje mi chyba jeszcze więcej.

– Biografię? – zdziwił się Wyszynski. – Z czyjej inicjatywy? Wy czy KC?

– No, ja, oczywiście, lecz towarzysze z Wydziału Propagandy, rozumiecie, popierają. Jestem waszym wielkim wielbicielem, zawsze was podziwiałem, aż dziwne, że dopiero teraz spotykamy się po raz pierwszy. Słyszałem, że także SimonowKonstantin Michajłowicz Simonow (1915–1974) – pisarz, poeta, dramaturg, korespondent frontowy podczas drugiej wojny światowej. Najbardziej znany jako autor powieści o wojnie, wydawanych także w Polsce.[9] chciał pisać waszą biografię. O, to wielka postać, wielki pisarz. Znacie pewnie jego książki. Zgłosił się z tym do KC, lecz ja byłem pierwszy, i tak już zostało.

– Wiecie, redaktorze, że sam napisałem w trzydziestym drugim bardzo obszerny życiorys, autobiografię właściwie? Dla potrzeb wydziału personalnego partii.

– Wiem, oczywiście czytałem. Ale najciekawszy okres waszego życia wtedy dopiero się zaczynał.

– Ile wam to zajmie? To znaczy rozmowy ze mną? Lada dzień muszę lecieć do Moskwy.

– Trzy, cztery dni co najmniej.

– No, to będzie trudne. Cóż? Próbujmy.

Podszedł do biurka i podniósł słuchawkę telefonu:

– Nie łączcie z nikim – i po chwili: – Tak, chyba że Chruszczow. Ale tylko on.

Wrócił do Sizowa.

– To zaczynajmy od razu.

– Może coś o rodzinie i dzieciństwie, towarzyszu ambasadorze, na początek…

– Ojciec był farmaceutą w Odessie, potem przeprowadziliśmy się do Baku, matka była nauczycielką gry na fortepianie. Pięknie grała, trochę mnie też uczyła słuchać muzyki. Chodziliśmy na koncerty, kiedy tylko była okazja, do filharmonii, do opery…

– Rodzina polska z pochodzenia, prawda? To prawda, że jesteście spokrewnieni z polskim kardynałem, Stefanem Wyszyńskim?

– Nie, no skądże! – Wyszynski się oburzył. – Jesteśmy Rosjanami od kilku pokoleń. („Potrzebne mi pokrewieństwo z jakimś klechą!”) W Polsce jest wielu Wyszyńskich, to popularne nazwisko. A wy, towarzyszu redaktorze, jesteście krewnym Marka Sizowa, naszego attaché wojskowego w Londynie?

– Chyba nie, ale nie jestem pewien.

– No widzicie! Dzieciństwo? Odessy w ogóle nie pamiętam, byłem za mały. A Baku? To było wtedy straszne miasto! Stary port, stare miasto dwunastowieczne, później pod panowaniem perskim, włączone do Rosji dopiero na początku XIX wieku. Bajeczny pałac szachów Szyrwanu, meczety, mieszanka ludności azerskiej, Ormian, Turków, Persów, Gruzinów. No i Polaków trochę. Miasto leżało na ropie, taplało się w ropie, dosłownie pływało w ropie po uszy. Część miasta leży trzydzieści metrów poniżej poziomu morza, więc na ulicach błoto mieszało się z ropą; można było podpalać kałuże. Ropa wypływała na wody w zatoce. Czasem fale same się zapalały. Nawet już nie pamiętam, jak to było możliwe, ten samozapłon, ale widziałem to nieraz… Bandytyzm kwitł niebywale, mieszał się z antagonizmem Azerów i Ormian; przestępczość najwyższa w całym imperium rosyjskim.

Wyszynski wstał, zaczął chodzić po pokoju, zapatrzył się gdzieś przed siebie. Mimi zsunęła się na podłogę i podreptała na swoje posłanie koło biurka. Wodziła oczami za panem.

– Potworne fortuny wyrastały na ropie i na przeraźliwej nędzy robotnika. Wyzysk i warunki pracy były takie, że mężczyźni żyli tam średnio mniej niż trzydzieści lat. Zarabiali tak mało, że wynajmowali już nie pokoje, bo nie było ich na to stać, tylko łóżka w kwaterach na godziny, na zmianę z innymi. Choroby, głód, niewyobrażalne cierpienie, beznadzieja. Wszędzie dookoła bezrobocie, więc burżuj mógł płacić grosze; wyzysk nieludzki, bezlitosny. A kapitaliści budowali pałace. Jeden postanowił zbudować sobie dom ze szczerego złota. I zbudowałby, pieniędzy miał dość, tylko że złoto jako materiał budowlany okazało się do niczego. Tylko dlatego go nie zbudował… Baku dawało wtedy połowę światowego wydobycia ropy. A w niektórych miejscach pałace sąsiadowały z drewniakami. Było mnóstwo eleganckich restauracji, kabaretów, burdeli, lecz część ulic jeszcze pod koniec wieku nie miała twardej nawierzchni. Bogaci jeździli powozami, potem automobilami, a dzieci żebrały na ulicach, sprzedawały się za grosze.

W 1900 roku skończyłem gimnazjum, miałem siedemnaście lat i socjalistyczne poglądy. Czytałem Plechanowa, Marksa. W tych warunkach nie mogło być inaczej. Wstąpiłem na uniwersytet w Kijowie, na prawo, ale po roku wyrzucili mnie właśnie z powodu moich przekonań. Pilnowała mnie policja, śledzili, rewizje w domu. W 1901 roku w mieście powstała partia socjalistyczna, zaraz do niej wstąpiłem. W 1906 roku zostałem aresztowany, ale nie mieli dowodów, wkrótce zwolnili.

– Byliście wtedy bolszewikiem?

– Byłem mienszewikiem, niestety. Jak mi powiedział wiele lat później pewien zasłużony członek partii, człowiek nie rodzi się bolszewikiem. Dojrzewałem do tego jakiś czas. Na Bajłowce siedział wtedy Stalin. Koba właściwie – taki wtedy miał pseudonim. Koba kazał mnie przenieść do swojej celi, bo mienszewicy i bolszewicy siedzieli osobno.

– Kazał?

– Owszem, kazał! Stalin siedział tam już od kilku miesięcy i to mu wystarczyło, żeby uzyskać takie wpływy. Rządził więzieniem jak sam naczelnik. Był w świetnych stosunkach z kryminalnymi, wszyscy się go bali i szanowali go. Nie afiszował się z tą swoją władzą, raczej nawet próbował ją ukrywać, ale mówiło się, że naczelnik słucha go we wszystkim. No, wydał też kilka wyroków śmierci na donosicieli. Zostali zabici przez kryminalnych, a sprawców oczywiście nie wykryto.

– Znaliście się już wcześniej ze Stalinem, prawda?

– Oczywiście. Stalin wiedział, że dostaję paczki żywnościowe od żony i rodziców, więc wziął mnie do siebie także z tego powodu. Paczki można było odbierać raz na miesiąc. Załatwił, że mieliśmy je prawie codziennie. Już wtedy Stalin był kimś zupełnie niezwykłym, byłem nim zauroczony. Zafascynowany! Zajmował się zdobywaniem pieniędzy dla partii. Nie tylko oczywiście, ale głównie tym. Organizował napady na banki, porywał dzieci bogatych fabrykantów i wymuszał okup. Proponował burżujom ochronę. Jeśli się nie zgadzali, ich rafinerie płonęły, lub ich dyrektorzy znikali albo robotnicy strajkowali. Największą jego akcją był napad na transport pieniędzy na rynku w Tyflisie. Rzecz stała się sławna na cały świat, bo zginęło czterdziestu ludzi, kozaków i przypadkowych przechodniów. Od bomb, które rzucali. Gdzie w napadzie na bank ginie czterdziestu ludzi? Koba mówił, że to Kamo przesadził z tymi bombami. Kamo kierował akcją, a Koba patrzył na to przez okna tawerny. No ale suma była też imponująca. Milion rubli!

Raz obrabował statek Carewicza Grigorija, parowiec płynący z Odessy do Batumi, wiozący oprócz pasażerów także pieniądze.

– Słyszałem, że i wy, towarzyszu prokuratorze, braliście w tym udział.

– Nie, nie, skądże. Partia zabraniała takich ekspropriacji, ale Lenin po cichu chętnie przyjmował pieniądze. Wtedy jeszcze często mienszewicy i bolszewicy zgodnie współpracowali. Stalin był przeciwnikiem podziału, uważał, że to osłabia partię. Na Kaukazie zresztą do partii należeli prawie sami mienszewicy, bolszewików było niewielu. Ja miałam drużynę, grupę bojową, która likwidowała zdrajców i prowokatorów. Stalin robił to samo. Często wymienialiśmy się informacjami, nawet organizowaliśmy wspólne akcje.

– Strzelaliście osobiście, towarzyszu ambasadorze?

– Nie, nigdy. Tylko kierowałem wykonaniem zadania.

Sizow podkreślił coś w swoim notatniku. „No, już łże na pewno, bandyta, wykonywał nawet zabójstwa na zlecenie, za pieniądze!”

– Ja nie strzelałem, ale do mnie strzelano.

– Kto taki? Policja?

– Latem 1908 roku w Kijowie próbowali mnie zlikwidować czarnosecińcy. Dokładnie Związek Narodu Rosyjskiego. Strzelali na ulicy z jadącego samochodu, na szczęście niezbyt celnie. Byłam z żoną, oboje zostaliśmy ranni. Związek był finansowany przez Ochranę i ten zamach niewątpliwie był inspirowany przez policję. Sprawców, rzecz jasna, nie wykryto. Czarna Sotnia wykonała wiele zamachów na działaczy robotniczych, ale nie tylko. Zabili Andrieja Karawajewa, zabili deputowanego do Dumy Grigorija Jollosa. Kadeta profesora Michaiła Herzensteina zastrzelili w Terijoki podczas spaceru nad morzem. Próbowali nawet zabić premiera Wittego.

– Towarzyszu ambasadorze! – przerwał Sizow. – Wróćmy do napadu na statek… Alosza Swanidze, szwagier Stalina, mówił mi, że braliście w tym udział. Rozumiem, że to historia nie do publikacji, ale opowiedzcie mi prywatnie, proszę. Wszystko, co napiszę, dam wam do autoryzacji. Daję wam uroczyste słowo komunisty. Zresztą nawet gdybyście nie wierzyli, to przy waszych wpływach zawsze możecie zatrzymać publikację, nie dopuścić do druku, gdyby coś wam nie odpowiadało.

– Swanidze wam mówił! Niemiecki szpieg – Wyszynski skrzywił się.

– Nigdy się do szpiegostwa nie przyznał. A słyszałem, że Stalin obiecał mu ułaskawienie, jeśli się przyzna. Wolał umrzeć…

Wyszynski chwilę milczał, zastanawiał się. „Jednak chyba chcą mnie skompromitować. A właściwie… Do tego wystarczyłoby kilka artykułów, po co aż biografia? Z drugiej strony jeśli ten pismak ma wymyślać jakieś brednie, to lepiej niech wie, jak było”.

Ale po co wam to właściwie? – spytał.

– Bardzo proszę. Nie będę notował.

– Cóż… Byliśmy młodzi, w gorącej wodzie kąpani, śpieszyło nam się do rewolucji, a partia potrzebowała pieniędzy. Rewolucja potrzebuje pieniędzy jak parowóz węgla. Robiliśmy dla partii brudną robotę. Ktoś musiał. Koba z początku zlecił mi tylko zaopatrzenie w broń. Miałem w Odessie umówiony zakup kilkudziesięciu mauzerów – z magazynów marynarki wojennej. Wiecie, takie z długą lufą i magazynkiem przed rękojeścią.

– Wiem, wiem. Futerał drewniany można umocować tak, że stanowi kolbę jakby krótkiego karabinka, bardzo celne.

– Właśnie… Więc skoro i tak już musiałem wybrać się do Odessy, zająłem się rozpoznaniem na miejscu. A potem pokierowałem całą akcją. Carewicz Grigorij przewoził co drugi tydzień wypłaty dla robotników z banku w Odessie dla kilkunastu zakładów w Batumi, Suchumi i Nowym Atosie, więc znaczne sumy. Woził też zwykłych podróżnych, na ogół bogatych burżujów. Carewicz Grigorij to był parowiec zbudowany jakieś czterdzieści lat wcześniej jako luksusowy statek wycieczkowy. Siedemdziesiąt metrów długości, bocznokołowiec, dwa pokłady spacerowe jeden nad drugim, dwa smukłe kominy, wysokie, strasznie dymiące. Kiedy planowaliśmy tę ekspropriację, czasy swojej świetności miał dawno za sobą, był trochę podniszczony, wciąż jednak modny wśród bogaczy. Popłynąłem więc pierwszy raz w najtańszej zbiorowej kajucie głęboko pod pokładem po to tylko, żeby się przyjrzeć, jak wygląda załadunek, ochrona, gdzie trzymają skrzynki z pieniędzmi. Były w końcu korytarza w ostatniej kajucie dodatkowo oddzielonej stalową kratą od reszty. Obok kajuta drugiej zmiany strażników. Akurat obok naszej, wieloosobowej. Pieniędzy pilnowało ośmiu policjantów. Rejs był długi – sześć dni. Przez całe Morze Czarne, ponad tysiąc kilometrów. Statek po drodze zawijał do portów w Sewastopolu i Noworosyjsku, więc policjanci pełnili służbę po czterech na zmianę, co dwanaście godzin. Podróżowałem jako Ukrainiec, majster z rafinerii, rzekomo w drodze z urlopu w domu do pracy. Niby że morzem do Batumi, dalej koleją do Baku. Zaprzyjaźniłem się z bosmanem i dwoma marynarzami, popiliśmy. Wciągnęli do spisku jeszcze jednego. Mieli nam pomóc opanować statek w zamian za udział w łupie.

Dwa tygodnie później popłynęliśmy już w dziesięciu. Pogoda była piękna, noce ciepłe, niebo pełne gwiazd. Na górnym pokładzie grała orkiestra, bogacze się bawili, tańczyli; było kilku kupców, fabrykantów, kilku wojskowych, jakieś dwie rodziny arystokratyczne. Jedni wracali do pracy, inni wybierali się na urlop. Drugi poziom to była druga klasa. Urzędnicy, rzemieślnicy, studenci. Nam z dołu wolno było wychodzić tylko na niższy pokład i tylko od zmierzchu do świtu. Ten statek był jak carska Rosja w miniaturze.

– Stalin był z wami?

– Nie. Koba nigdy osobiście nie mieszał się w takie awantury, nie narażał się. Kierował i organizował. Z daleka, z bezpiecznej odległości. Miał czekać na lądzie koło Gagry z osłami do transportu i przewodnikami, którzy mieli nas poprowadzić przez góry Abchazji. Patrzyłem na tych z wyższych pokładów z nienawiścią. Przyznaję, nienawidziłem ich i nie mogłem się doczekać, kiedy zobaczę ich przerażone burżujskie mordy, gdy opanujemy statek. Zaczęło się według planu, czwartej nocy rejsu.

Wyszynski przerwał.

– Napijemy się może czegoś, towarzyszu redaktorze? Trzeba by coś zjeść. Zobaczmy, co przygotowała kuchnia.

Podszedł do płaskiej szafy między portretami Stalina i Lenina, która okazała się drzwiami do windy kuchennej. Wyjął kilka tac, półmiski z kanapkami, sałatkami i zimnym mięsem. Kawior, jajka w majonezie, szprotki, łosoś, kruche ciasteczka. Z barku wyjął butelkę czerwonego wina i koniak.

Siedli do stołu. Sizow pił wino i wodę mineralną, Wyszynski najpierw trochę wina, a potem koniak w dużym kieliszku. Pił go jak wódkę jednym haustem i od razu znowu napełniał. Postawił dla Mimi talerzyk z kanapkami z kawiorem i łososiem. Suczka jadła kawior i łososia, zlizywała masło, a bułkę zostawiała nietkniętą.

– Tak myślałem – śmiał się Wyszynski. – Bułki nie ruszy. Nie wiem, czy to jej wychodzi na zdrowie. Ale co tam! Żyje sobie jak królewna.

– Dziś niewiele notuję – rzekł Sizow – ale obawiam się, że jutro nie będę nadążał. Jeśli pozwolilibyście, przyszedłbym z moją asystentką. Świetnie stenografuje. Pozwolicie?

– A kto to taki?

– Młoda Rosjanka, urodzona już tutaj, w Ameryce, ale komunistka i dobra towarzyszka. Należy do Komunistycznej Partii USA, bardzo ideowa.

– Ważne, czy ładna – zażartował Wyszynski. Mrugnął do Sizowa i oblizał wargi. Napełniał kolejny kieliszek koniakiem i oczy mu się zaszkliły.

– Bardzo ładna.

– To niech przyjdzie. Jak nazwisko?

– Anna Adijewa.

Wyszynski wziął notatnik z biurka i zapisał. Wrócił do opowiadania.

– Opanowaliśmy statek w dziesięć minut. Ludzi podzieliłem na cztery grupy. Trzy odpowiadały za spokój na trzech pokładach, a ja z czwartą za przejęcie dowodzenia i pieniędzy. Była czwarta nad ranem. Opanowaliśmy mostek kapitański, nasz bosman objął dowodzenie. Słuchał go sternik, słuchała maszynownia. Kapitan, obudzony w swojej kajucie, oddał klucze do schowka z pieniędzmi. Oznajmiliśmy, że przejmujemy statek w imieniu partii socjalistycznej i proletariatu Rosji. Trząsł się ze strachu i nie stawiał oporu. Problem powstał, kiedy wezwaliśmy policjantów do otwarcia drzwi do kajuty z forsą. Były zamknięte od środka, nie do otwarcia z zewnątrz. Otworzyło się małe okienko w drzwiach okutych blachą stalową i zamiast odpowiedzi padły strzały. Bronili się zajadle. Okazało się jednak zaraz, że mają drzwi opancerzone, ale ściana dzieląca ich od sąsiedniej kajuty jest zwyczajna, cienka i łatwo można ją przestrzelić. Zaczęliśmy więc ją dziurawić na oślep. Może po stu strzałach któryś został trafiony i poddali się. Tymczasem towarzysze bolszewicy rozbroili oficerów z pierwszej klasy, a wszystkich bogaczy pozbawili biżuterii i pieniędzy. Popłynęliśmy w stronę lądu. Świtało już, kiedy przesiedliśmy się do szalupy, spuściliśmy skrzynki z pieniędzmi i powiosłowaliśmy w stronę brzegu. Sygnalizowaliśmy nasze przybycie światłami. Ludzie Koby odpowiedzieli. Dwie godziny później mała karawana złożona z osłów objuczonych skrzynkami z pieniędzmi i sześćdziesięcioma pistoletami ruszyła w góry. Nazywano nas mauzerowcami od tych pistoletów. Zwyciężyliśmy! Czułem się wielki i silny, wspaniałe uczucie! No, tak się skończyła ta nasza akcja.

– Marynarze, wasi wspólnicy, poszli z wami? Co z nimi zrobiliście?

– To i o tym wiecie?

– Wiem.

– Trzeba było ich zlikwidować. Domagali się swojego udziału. Redaktorze, to byli zwyczajni bandyci. Wydaliby nas na pewno, gdyby wpadli w ręce policji. Nie można było ryzykować. My zdobyliśmy pieniądze dla partii, dla rewolucji. A oni chcieli się tylko wzbogacić. Doszliśmy do miejsca, gdzie ścieżka szła nad przepaścią. Kilka strzałów… ciała zepchnęliśmy w przepaść, na której dnie płynął strumień. Spróbujcie to zrozumieć, towarzyszu redaktorze. Muszę wam powiedzieć, że co najmniej połowa bolszewików z grupy bojowej Koby to także byli przestępcy, bandyci i gangsterzy. Ale to już byli inni ludzie. Brali udział w napadach, żeby zdobywać pieniądze dla rewolucji. Dla siebie nic nie chcieli. Tylko po każdej akcji zawsze jeden dzień się bawiliśmy. Po Carewiczu Grigorijuwynajęliśmy w Batumi apartament w dobrym hotelu. Koba podziękował wszystkim w imieniu partii, dobrze zjedliśmy, popiliśmy. Koba recytował własne wiersze po gruzińsku. Tłumaczył. I śpiewał. Nie macie pojęcia, jak on pięknie śpiewał; miał cudowny głos. Wszyscy prosili go, żeby jeszcze śpiewał, i jeszcze. Koba był wtedy taki: rewolucjonista, poeta, idealista, a zarazem człowiek niezłomnej woli, ogromnej energii. Bawiliśmy się do rana. Jednak wobec sumy, którą zdobyliśmy, poszły na tę zabawę marne grosze. Nigdy nie braliśmy nic dla siebie. Ja miałem pieniądze od rodziny, Koba w ogóle nie dbał o siebie, o swój wygląd, chodził zaniedbany, w jakichś zniszczonych ubraniach. Był niewysoki, szczupły, dziobaty na twarzy po dawno przebytej ospie, jedną rękę miał z niedowładem i krótszą; tylko oczy świecące jak u wilka. Żółtawe. Miał niesamowite powodzenie u kobiet i dziesiątki romansów. Ale wreszcie i on się zakochał. W Tyflisie poznał rodzinę Swanidze. Były tam trzy piękne dziewczyny: Maria – Mariko, Aleksandra – Sasziko, i najpiękniejsza, najmłodsza Jekaterina – Kato. Prowadziły pracownię krawiecką. To się wtedy modnie nazywało atelier. Pochodziły ze szlachty. Ubierali się u nich arystokraci i wyżsi oficerowie z żonami. Miejsce było doskonałe na kryjówkę. Żaden policjant nie wpadłby na pomysł, że może się tam ukrywać niebezpieczny rewolucjonista.

Kato odwiedzała Stalina w więzieniu na Bajłowce. Przyjeżdżała aż z Tyflisu. Wyobraźcie sobie, że wzięli ślub w więzieniu! Potem, po wyjściu na wolność, powtórzyli ten ślub w cerkwi. Koba był nieprzytomnie zakochany. Ale jak wyszedł z więzienia, rewolucja tak go pochłaniała, że całymi tygodniami nie widywał się z żoną. Nie zauważył nawet, że ona choruje, i to coraz poważniej. Nie zauważał, że brakuje jej pieniędzy na lekarzy. Wywiózł ją wreszcie do Batumi, żeby była bliżej, przy nim. Lecz tamtejszy gorący klimat wpływał na nią jak najgorzej. Kato zmarła. Nie wiem, czy był to tyfus, czy gruźlica, czy może jedno i drugie. Dopiero wtedy Koba zrozumiał, co się stało. Powiedział podobno: „Ta cudowna istota zmiękczyła moje kamienne serce. Teraz już nikt z ludzi nie ma dla mnie znaczenia”. Rozpaczał tak, że towarzysze odebrali mu rewolwer, bo bali się, że popełni samobójstwo. Na pogrzebie położył się w grobie na jej trumnie, żeby go zasypali razem z nią. Uciekł dopiero, kiedy zauważył, że tajniacy otaczają miejsce pochówku. Przeskoczył przez mur cmentarza; tyle go widzieli. No, widzicie redaktorze, takie to były dzieje i nasze czasy. To wszystko nie do publikacji, przypominam! Sam się sobie dziwię, że wam to wszystko opowiadam. Budzicie zaufanie, macie taką szczerą twarz. A ja, wieloletni prokurator, nauczyłem się odróżniać kłamców.

– Dziękuję, towarzyszu prokuratorze. Dla dziennikarza to ważna cecha, budzić zaufanie rozmówcy.

Wyszynski nalał sobie koniaku do kieliszka i wypił. Butelka była pusta, poszedł po następną do barku.

– No, a wy, towarzyszu ambasadorze? – pytał Sizow. – Nie mieliście wtedy jakichś przygód miłosnych? Jakaś love story… przydałaby się. Chciałbym was pokazać nie tylko jako działacza państwowego i wielkiego prawnika, ale także jako człowieka z krwi i kości. Opowiedzcie coś o tym, ludzie będą czytać, ludzie to lubią, zwłaszcza kobiety.

– Czy ja wiem? – Wyszynski zatrzymał się na chwilę na środku pokoju, tarł palcami oczy, zastanawiał się. – Nie wiem, czy to dobry pomysł. Była pewna historia, właściwie mogę wam opowiedzieć. Zaczęła się nawet na tym rejsie z Carewiczem Grigorijem. A skończyła trzydzieści lat później, tragicznie. Ale to zakończenie – znów nie do publikacji…

– No trudno, opowiadajcie.

– Tak… To się zaczęło na Carewiczu Grigoriju. Bywałem na pokładzie pierwszej klasy, mimo zakazu. Zawsze widywałem tam ładną dziewczynę, może siedemnastoletnią, ze sztalugami, malującą sceny mające miejsce na pokładzie. Morze zawsze było w tle. I wielkie niebo nad nimi, mewy. Ludzie na leżakach, spacerujący, grający w karty, rozmawiający przy relingu, orkiestra. Zerkałem na jej prace, przechodząc i zauważyłem, że były świetliste i pogodne. Bardzo mi się podobały. Była młodziutką szatynką, w białej sukni i wielkim kapeluszu, lecz fizycznie sprawiała wrażenie dojrzałej kobiety. Raz czy drugi nasze spojrzenia spotkały się, lecz była doskonale obojętna. Dopiero tego ranka, kiedy opanowaliśmy statek, zauważyłem, że patrzy na mnie z zainteresowaniem. Jeden bolszewik zabierał jej biżuterię i torebkę z portfelem, a ona, zupełnie się tym nie przejmując, bardzo długo patrzyła na mnie. Widziała, że kieruję akcją, i chyba ją to zainteresowało. Dopiero wtedy spostrzegłem, jaka jest piękna, i nagle bardzo zapragnąłem nawet nie kochać się z nią, lecz móc być z nią blisko, zwyczajnie tylko rozmawiać. Być obok, być kimś znajomym. Kimś bliskim.

Jakieś pół roku później spotkałem ją w Kijowie. Była siostrą mojego przyjaciela, kapitana… Nazwiska nie wymienię. Nadia… Tak się złożyło, że jej starszy brat, Matwiej, akurat wpadł w kłopoty. Był nałogowym hazardzistą. Wziął pieniądze z kasy pułkowej, postawił na wyścigach, był pewien, że wygra, i oczywiście przegrał. To była wielka suma, zbyt wielka nawet na możliwości ich rodziny. Ojciec był sędzią, ważną osobą w Kijowie, ale nie miał oszczędności, więc nawet dla niego była to suma nieosiągalna… Matwiej chciał strzelić sobie w łeb. Udało mi się odwieść go od tego zamiaru, przynajmniej na jakiś czas. Miałem trochę pieniędzy, on wziął też tyle, ile mógł, od rodziny. Partia zarabiała bardzo dobrze na przemycie różnych towarów do Turcji i z powrotem. Wyłożyłem swoje pieniądze i jego, a po kilkunastu dniach mogłem przyjacielowi dać całą sumę. Zaprosił mnie do siebie, do domu, przedstawił jako swojego wybawcę. Nadia była jego siostrą, patrzyła na mnie już zupełnie inaczej niż na statku.

– Wynikł z tego romans?

– Tak, cudowny, choć krótki. Jej ojciec miał dobre kontakty z policją i szybko dowiedział się, że jestem poszukiwany. Nie zdradził, lecz córce zabronił wszelkich kontaktów ze mną. Mimo to spotykaliśmy się jakiś czas. Wreszcie uciekła z domu. Spędziliśmy tydzień w Soczi, to były piękne dni, niezapomniane. Jej ojciec popierał partię oktiabrystów, lojalną wobec cara, powstałą w 1906 roku po powołaniu Dumy Państwowej; była pod jego wpływem. Interesowała się polityką, choć taka młodziutka. Widziała doskonale całe zło i niesprawiedliwość systemu, lecz uważała, że należy go zmieniać drogą ewolucyjną, legalną. A przecież Duma nic wtedy nie znaczyła. Rząd był powoływany i odwoływany przez cara, tylko przed nim odpowiedzialny. Duma nie mogła niczego zmienić. Kochaliśmy się i dyskutowaliśmy na przemian. Mówiła, że rewolucja to wyzwolenie strasznych zbrodniczych żywiołów. Dobrze znała historię Rewolucji Francuskiej. Fascynowała ją moja działalność podziemna. Dałem jej Katechizm Nieczajewa, coś z Bakunina, Marksa. Wylegiwaliśmy się na plaży, a wieczorami tańczyliśmy w nocnych lokalach. Nawet teraz, kiedy zamknę oczy, potrafię przywołać zapach jej rozgrzanej słońcem skóry, włosów… Wiecie, redaktorze, jest mnóstwo pięknych kobiet, ale ona była niezwykła i jakaś taka… łagodna. Niepowtarzalna.

– I co dalej, jak to się potoczyło?

– Znalazł nas prywatny detektyw wynajęty przez jej ojca i mogłem tylko albo rozstać się z Nadią, albo pójść znowu siedzieć. Płakała, rozpaczała, ja także. Ale czas wszystko zatarł, uleczył rany. Czytałem potem o niej, miała wystawy, była znana. Nawet wystawiała swoje prace z innymi malarzami w Berlinie. Wybrałem się raz na jej wernisaż w Moskwie, po latach, lecz spóźniłem się, już jej nie było. Kiedy przyszedł czas realizmu socjalistycznego, pisano, że jej sztuka należy do minionej epoki i nie odpowiada potrzebom proletariatu. Jej brat zginął na froncie w ostatniej ofensywie Brusiłowa w 1917 roku, więc i ten kontakt wygasł. Poznałem Kapoczkę, Kapitolinę, zakochałem się i ożeniłem. Nie widziałem Nadii przez trzydzieści lat, straciłem ją z oczu. Miałem rodzinę, zapomniałem.

Spotkałem ją znowu w trzydziestym siódmym, kiedy byłem już prokuratorem generalnym Związku Radzieckiego. Czytam akta… Nadieżda M., żona pułkownika M., przyjaciela marszałka Tuchaczewskiego. Oboje podejrzani o szpiegostwo na rzecz Niemiec. Nie od razu się zorientowałem, o kogo chodzi, bo nie znałem nazwiska jej męża, lecz było zdjęcie. Na jakimś przyjęciu przy stole Tuchaczewski, M. i pułkownik Wehrmachtu von Bülow. Dużo starsza i wciąż piękna. Jakbym dostał pałką po głowie. Czytam, co na nią mamy. Nie do uratowania! Więc teraz znów nie do publikacji, redaktorze. Wezwałem ją na przesłuchanie, może znajdzie się coś, jakieś okoliczności łagodzące; gdyby chciała zeznawać, podać jakieś istotne fakty dotąd w śledztwie nieujawnione… Nie była zaskoczona, musiała wiedzieć, kogo spotka. Udaje, że mnie nie poznaje. Ja też. Ale kiedy jej nalewałem herbaty do filiżanki, ręce tak mi się trzęsły, że połowę wylałem. Siedzi już kilka tygodni i do niczego się nie przyznaje, więc teraz, zwykłą koleją rzeczy, dostanie się w ręce takich, co potrafiliby z Marksa wymusić zeznanie, że jest kontrrewolucjonistą.

Poszedłem do Jeżowa. Nie było to łatwe, bo byliśmy akurat chwilowo w nie najlepszych stosunkach. Wypuście ją, towarzyszu komisarzu, mówię, a ja wam się kiedyś odwdzięczę, kiedy będziecie potrzebowali. „Chętnie – mówi Jeżow. – Chętnie bym to dla was uczynił, ale Stalin zainteresował się nią, więc nic nie mogę, sami rozumiecie”. Tego się obawiałem. Teraz może pójść z tym do Stalina, donieść, że chciałem ratować niemieckiego szpiega. To by się mogło dla mnie skończyć śmiercią, strasznie ryzykowałem. Moim obowiązkiem było zbadać sprawę, oskarżyć i doprowadzić do skazania. „Co można zrobić, towarzyszu komisarzu?” – pytam. „Bo ja wiem? Ona nie chce mówić? Fatalnie. Żeby jej oszczędzić cierpień, chyba tylko kulka w głowę. To mógłbym wam załatwić…” Chłód przeszedł mi po plecach, ale kiedy chwilę pomyślałem… To było jeszcze nie najgorsze rozwiązanie. Nie do publikacji, towarzyszu redaktorze. Nie do publikacji, w żadnym razie! Zgodziłem się. Jeżow, sam biorąc w tym udział, nie mógł już mi zaszkodzić. Jeszcze tylko postarałem się, żeby odbyło się bezboleśnie. BłochinWasilij Błochin (1895–1955) – kat na Łubiance. Zdaniem niektórych danych zastrzelił osobiście 30 tysięcy ludzi. Brał udział w mordowaniu polskich oficerów w Ostaszkowie. Wielokrotnie odznaczany i pochowany z honorami.[10] poszedł do jej celi w nocy, kiedy spała…

– A nie mogliście z tym pójść do Stalina? Przecież byliście z nim tak blisko.

– Skądże! Stalin nie znosił próśb o ułaskawienie. Kiedyś jego druga żona, Nadieżda Alliłujewa, prosiła, żeby uwolnił jej kolegę ze studiów, ręczyła, że niewinny. Stalin się wściekł. Od razu przy niej zadzwonił na Łubiankę i kazał natychmiast go rozstrzelać. Prędzej mnie samego kazałby rozwalić, niż ją wypuścić.

– A była winna?

– Redaktorze! Niewinne są tylko dzieci i zwierzęta – Wyszynski pogładził Mimi po pyszczku. – Małe dzieci i młode zwierzęta. Oczywiście, że była winna. Nawet jeśli sama nie szpiegowała, to była przecież żoną szpiega, zdrajcy ojczyzny. To co najmniej osiem lat więzienia. Artykuł 58 paragraf 12 mówi jasno o odpowiedzialności karnej za „niedoniesienie o popełnieniu przestępstwa”. Przecież nie doniosła. Zresztą nawet nie ukrywała swojej nienawiści do komunizmu i towarzysza Stalina. Pytam ją: „Jak mogliście tak zmarnować swoje życie na walkę z komunizmem?”. Co odpowiedziała? Nie zgadniecie. To się w głowie nie mieści. Nie! Nie powiem wam. Nie mogę.

– Ależ towarzyszu ambasadorze, przecież tego nie napiszę; powiedzcie.

Wyszynski nalał sobie koniaku i wypił. Usiadł w fotelu, spuścił głowę, milczał. Westchnął i wyszeptał:

– Nie, nie powtórzę. To było pełne nienawiści i pogardy. Tak była zaślepiona i fanatyczna.

– Coś takiego! Byliście przecież wtedy prokuratorem generalnym ZSRR. Jak mogła?

– Nie rozumiem tego do dziś, chociaż wiele razy o tym myślałem.

– Przejmujecie się tym? Piastowaliście najwyższe funkcje w państwie, byliście odznaczani. Jakie dostaliście odznaczenia?

– Order Lenina sześciokrotnie, trzykrotnie Czerwonego Sztandaru Pracy, Bohatera Pracy Socjalistycznej pięciokrotnie, medal „Za obronę Moskwy”, „Za Wojnę Ojczyźnianą”, „W upamiętnieniu” 800-lecia Moskwy”. No i Nagrodę Stalinowską za pracę naukową. To tylko najważniejsze. Jeszcze wiele innych.

– Która z prac naukowych była najważniejsza?

– O prymacie polityki i ideologii nad prawem w ustroju socjalistycznym.

***

Sizow patrzył z podziwem, jak Wyszynski opróżnia kolejny wielki kieliszek koniaku, nie wykazując oznak upojenia alkoholowego. Tylko oczy mu błyszczały.

– Co się z wami działo w czasie „Wielkiej Wojny”? – pytał.

– Nic ważnego. Działałem w partii, głównie pisałem. Publicystyka. Jeszcze w 1913 roku udało mi się skończyć studia; mimo wszystko. Chciałem poświęcić się karierze naukowej, lecz władze uczelni to uniemożliwiły. Urodziła się Zinoczka, nasza jedyna córka, przeprowadziliśmy się z Kapitoliną do Moskwy.

– Co tam robiliście?

– Zostałem przewodniczącym komitetu dzielnicowego Jakimanskaja, a potem tamtejszym komisarzem policji. Później przyszła rewolucja lutowa…

– To wtedy podpisaliście ten nieszczęsny list gończy za Leninem?

– Musimy o tym mówić?

– Tylko dla porządku, oczywiście nie do druku.

– Decyzję wydał ówczesny minister sprawiedliwości rządu tymczasowego Pierewierziewa. Uważał, że ma dowody, że Lenin brał pieniądze od Niemców, że był niemieckim szpiegiem, co oczywiście było bzdurą. Ja byłem na tyle naiwny czy głupi, że w to wierzyłem. Na murach Moskwy pojawiły się ogłoszenia o ściganiu Lenina z moim, niestety, podpisem. To zaważyło na całej mojej przyszłości. Może nie wiecie, lecz wtedy wielu bolszewików uważało, że Lenin powinien się ujawnić i przed sądem dowieść swojej niewinności. To Stalin przekonał wszystkich, że na uczciwość burżuazyjnego sądu nie można liczyć. Kiedy w październiku bolszewicy przejęli władzę, oczekiwałem wszystkiego najgorszego, lecz widocznie mieli ważniejsze sprawy, niż ścigać Wyszynskiego. Ich władza długo jeszcze ledwie się trzymała, chwilami wisiała na włosku. Wojna domowa toczyła się raz na korzyść białych, raz czerwonych, raz zielonych. Na początku 1919 roku pojawiło się widmo klęski rewolucji. Pojechałem wtedy do Tuły do Grigorija Kaminskiego. Był naczelnikiem Samodzielnego Umocnionego Rejonu Tulskiego. Oddałem się do jego dyspozycji, chciałem walczyć. Kazał mi czekać na jakiś przydział, aż w końcu nic z tego nie wyszło, bo niebezpieczeństwo minęło. Rok później starałem się o przyjęcie do partii bolszewickiej. Sprzeciw zgłosiło kilku towarzyszy, którzy nie mogli zapomnieć, że dawniej byłem mienszewikiem, lecz Stalin się dowiedział i doprowadził do tego, że zostałem przyjęty.

– Stalin was lubił?

– Myślę, że lubił i cenił. Miał też na mnie haka, tę sprawę ścigania samego Lenina. Po latach niewielu o tym wiedziało czy pamiętało. A Stalin zawsze pamiętał takie sprawy.

– A wasza kariera prawnicza? Kiedy się zaczęła?

– Właściwie należałoby powiedzieć, że w 1918 roku. Toczył się wtedy głośny proces Romana Malinowskiego, bolszewickiego posła do Dumy, zdrajcy. Nie brałem w nim udziału, lecz bardzo dokładnie śledziłem jego przebieg. Zainteresowała mnie psychologia zdrady, interesowała potem przez wiele lat, kiedy byłem już prokuratorem, i interesuje do dziś. Otóż w czasie przewrotu październikowego Malinowski był na Zachodzie. Niepojęte, dlaczego wrócił do Rosji, bo przecież było pewne, że nowa władza przejmie archiwa tajnej policji. A tam były wszystkie jego donosy, pokwitowania na pięćset rubli miesięcznie, zadania otrzymywane od Ochrany. To Ochrana poleciła mu wygłaszanie w Dumie i wszędzie indziej gwałtownych napaści na mienszewików, żeby pogłębiać podział w partii, żeby ją osłabiać. Ale Lenin też zwalczał mienszewików, jak tylko mógł, więc mu się to podobało, i niemal do końca niezłomnie wierzył w niewinność zdrajcy. Może więc bywa i tak, że zdrajca czuje jakąś potrzebę wyznania winy i poniesienia kary? Potem wielokrotnie spotykałem się ze zdrajcami, szpiegami, terrorystami, trockistami i wszelkimi innymi kanaliami przyznającymi się do winy, a nawet proszącymi o surową karę. Nieraz pytałem oskarżonych, jak mogli, co czuli, na przykład planując zabójstwo Stalina. Na przykład lekarz, profesor Pletniew, sławny kardiolog. Pytałem go, a on nic nie potrafił odpowiedziećW rzeczywistości profesor Pletniew powiedział, że podpisze każde zeznanie, które mu podsuną, lecz prosi o zwolnienie go od spotkań z napawającym go obrzydzeniem Wyszynskim.[11].

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Stefan Türschmid, Tancerz, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 4

Przypisy

    Powiązane artykuły