28.05.2020

Nowy Napis Co Tydzień #051 / Gąsior Fryc

Debiut Siergieja Lebiediewa Granica zapomnienia od razu przyniósł mu uznanie i zainteresowane publiczności, śledzącej to, co dzieje się we współczesnej rosyjskiej literaturze. Uznanie całkiem zrozumiałe, bo dostaliśmy powieść po raz pierwszy opisującą Rosję jako kraj zbudowany na pozostałościach łagrów. Zainteresowanie tą tematyką autor wyniósł jako uczestnik wypraw geologicznych za koło polarne. Młody chłopak po prostu napotykał w tundrze na pozostałości po barakach, ogrodzeniach, drucie kolczastym, odnajdował zachowane w wiecznej zmarzlinie przedmioty należące kiedyś do jeńców. Doświadczenie przerażającej krainy, wciąż istniejącej za sprawą konserwujących właściwości zimna, stało się punktem wyjścia do opisu przeżyć ludzi bezpośrednio odpowiedzialnych za funkcjonowanie tego piekła na ziemi. 

Granica zapomnienia imponowała panoramicznym ujęciem prowadzącym czytelnika od realiów podmoskiewskiej daczy aż po kopalnię uranu, ogromy otwór w ziemi wywiercony na Syberii niewolniczą pracą dziesiątek tysięcy zeków. Przewodnikiem po tym świecie stała się figura Drugiego Dziadka, ślepego starca, tak zwanego przyjaciela rodziny. Starzec skupił na sobie uwagę jako symbol jeszcze czegoś innego – oprawcy, który bezpiecznie dożywa swych dni w upadającym Związku Radzieckim. Tym samym Lebiediew poruszył problem winy za zbrodnie tysięcy swoich rodaków, winy dawnych funkcjonariuszy reżimu, którzy nie niepokojeni przez żadną władzę spokojnie dożywali swoich dni, łowiąc ryby i wychowując wnuki. To zapewne dlatego Granica zapomnienia nie spotkała się z tak przychylnym odbiorem w ojczyźnie Lebiediewa, jak w innych krajach, gdzie przyjęto ją entuzjastycznie. Powieść jest niemym oskarżeniem, ale zupełnie pozbawionym publicystycznego zacietrzewienia, nie włącza się bezpośrednio w debatę na temat winy i kary, toczącą się przecież w Rosji nie od dzisiaj. A dowody winy są zagrzebane w tundrze, wystarczy odkryć wierzchnią warstwę gleby, by natrafić na płytko pochowanych, zamęczonych ludzi. Dziesiątki tysięcy zamarzniętych trupów, które są częścią Rosji, jej historią, ale nie tylko historią – są również jej teraźniejszością. Gdzie tak naprawdę leży granica zapomnienia?

Dzieci Kronosa, druga wydana u nas powieść Rosjanina, to inna książka. Jej bohater, Kiriłł, moskiewski historyk, postanawia wytropić historię, którą pod koniec życia powierzyła mu babcia. Wszystko zaczęło się od wizyt na Niemieckim Cmentarzu, na które zabierała wnuka. Chłopiec wychowany w ZSRR z ciekawością patrzył na dziwne dla niego kształty nagrobków, na marmurowe anioły, na kamienną Biblię otwartą na płycie grobu, do którego zawsze przychodziła babcia Lina. Inny świat. Chłopak jest coraz starszy, tak samo jak kobieta. Jeszcze tylko niezrozumiała dla małego scena wrzucenia wiązanki kwiatów na wózek z trumną obcego człowieka zmierzający do cmentarnego krematorium. Wkrótce wszystko stanie się jasne. 

Siergiej Lebiediew w Dzieciach Kronosa przeprowadza nas przez dzieje trzech pokoleń Niemców osiadłych w Rosji. Są tu Niemcy i Rosjanie, Niemcy, którzy stają się Rosjanami, a potem znowu stają się Niemcami, wreszcie Rosjanie, którzy Niemców potrzebują, a potem przeklinają ich obecność i skazują na tortury, na śmierć oraz na zapomnienie. Swoją drogą ciekawe jest psychologiczne doświadczenie, które spotyka Kiriłła – dowiaduje się, że jest Niemcem, czyli odwiecznym wrogiem, który najechał ojczyznę i przysporzył jej tyle cierpień. Kiriłł żyje jednak w czasach, które umożliwiają mu eksplorację rodzinnej historii, dokładne, z detalami podążanie za najmniejszym śladem, a ponieważ z zawodu jest historykiem, poświęca się dochodzeniu prawdy o swojej rodzinie i o samym sobie.

Z tych poszukiwań pod piórem Lebiediewa znowu powstaje fresk, panorama dziejów Rosji gdzieś od końca wieku XVIII, kiedy pierwszy przybysz z Niemiec, lekarz i homeopata Balthasar Schwerdt, przybywa na dwór nieobliczalnego kniazia Uriatinskiego, a skończywszy na Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej i dramacie blokady Leningradu. Czy powieściowe zderzenie niemieckiego racjonalizmu z rosyjską nieprzewidywalnością ma symboliczne znaczenie? I tak, i nie. Potomkowie Balthasara, jak się szybko przekonujemy, stają się lojalnymi poddanymi cara, wchodzą w liczne koligacje z rosyjskimi rodzinami, przyjmują rosyjskie obyczaje, kultywują jednak język niemiecki oraz pamięć o przodkach.

Powoli, na fali wzbierającego nacjonalizmu i szpiegomanii podczas klęsk I wojny światowej, a następnie wojny domowej, rosyjscy obywatele niemieckiego pochodzenia znajdują się na pierwszej linii podejrzeń. Analizując ich powikłane losy, Lebiediew przywołuje casus pułkownika Miasojedowa, oskarżonego o szpiegostwo na rzecz kaiserowskich Niemiec, o czym pisał u nas Józef Mackiewicz (Sprawa pułkownika Miasojedowa, 1962). 

O przekleństwie pochodzenia, przekleństwie nazwiska „Schwerdt”, Lebiediew tak pisze: 

I Kiriłł znów powracał do rozmyślań o różnych pokoleniach rodziny i ich wzajemnych powiązaniach. Do tego, że Balthasar mimowolnie, niczym demiurg, stworzył świat rodziny, w którym żyli rozdrobnieni ludzie, składający się z niemieckich i rosyjskich połówek, ćwierci, ósmych części. Zbędni, przejściowi, uzupełniający, niewpisani w całej rozciągłości w obronny kontekst tradycji. W tym świecie istniała bardzo wysoka cena niewypału, przypadkowości, nieszczęśliwego zbiegu okoliczności; w nim niedorzeczne podejrzenie, smrodliwe oszczerstwo, niedobre spojrzenie miały wielką moc oddziaływania na rzeczywistość – dlatego że rozdrobnionych ludzi łatwiej sobie podporządkować niż jednolitych, łatwiej ich przedstawić jako demony z bieżącego politycznego bestiariusza.  

Kulminacja rodzinnego dramatu następuje podczas Wielkiej Czystki. Aresztowany zostaje pradziadek Kiriłła, Arsenij Schwerdt, wojskowy lekarz, który ginie oraz zostaje pogrzebany w zbiorowym grobie. I chociaż jeden z jego synów oficjalnie wyrzeka się go oraz potwierdza, że ojciec był niemieckim szpiegiem, wcale nie ratuje się przed śmiercią. Narracja dotyka dna, sowieckiego muru straceń, anonimowego dołu, do którego wrzucano popioły straconych. To dlatego babcia Lina cisnęła wiązankę róż na katafalk nieznajomego. Nazwisko „Schwerdt”, po 150 latach od przybycia do Rosji pierwszego przedstawiciela rodziny, doprowadza noszących je potomków do fizycznej zagłady, niczym tytułowe dzieci Kronosa, pożerane przez mitycznego ojca, ale także do zagłady głębszej – do zatraty własnej, rosyjskiej duszy. 

Symbolem okrutnego losu staje się u Lebiediewa niewinne zwierzę – gąsior sąsiadki. Na oczach chłopca pijany weteran wojny ojczyźnianej ukręca mu łeb. Dla niego to prawdziwy Fryc, odwieczny wróg, z którym walczył za czasów Stalina. Taki właśnie rosyjski tytuł – Gąsior Fryc – ma powieść Siergieja Lebiediewa, głos rozpaczy i rozrachunku, kolejne ważne świadectwo pisarza konsekwentnie starającego się współodczuwać bolesne dzieje Rosji i historię pokoleń Rosjan pożeranych przez nieubłagany Czas. 

 „Dzieci Kronosa”

S. Lebiediew, Dzieci Kronosa, tłum. G. Szymczak, Wydawnictwo Claroscuro, Warszawa 2019.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Wojciech Chmielewski, Gąsior Fryc, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 51

Przypisy

    Powiązane artykuły