25.07.2019

Nowy Napis Co Tydzień #007 / Wyjść poza skórę świata. O wierszach Anny Adamowicz

Anna Adamowicz jest z pewnością jedną z tych poetek roczników 90., która ceni sobie tradycję literacką, jednocześnie ignorując najwyraźniejsze trendy i mody w środowisku współczesnej poezji. Poetka debiutowała w 2016 roku tomem Wątpia, który wcześniej nominowany był do Nagrody Głównej XIX Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jacka Bierezina i za który otrzymała również nominację do Nagrody Literackiej Gdynia 2017 w kategorii poezja. W 2019 roku ukazała się jej druga książka Animalia.

Pomiędzy pierwszą i drugą pozycją występują znaczące różnice, zarówno tematyczne, jak i formalne. W pierwszej książce interesuje ją przede wszystkim człowiek jako podmiot i jako przedmiot obserwacji. Jak na diagnostyczkę laboratoryjną przystało, skrupulatnie przygląda się ona martwym ciałom, żywe również traktując jak potencjalnie martwe. Bardzo blisko temu obrazowaniu do sztuk wizualnych, zwłaszcza do prac Magdy Hueckel zebranych w dwóch cyklach: Obsesyjne autoportrety (2006) i Nie-obsesyjne autoportrety (2016), w których artystka za pomocą kadrów pokawałkowanego ciała prowokuje dyskusję o starzeniu się, chorobie i umieraniu kobiecego ciała. Tytułowe wątpia, które oznaczają po prostu wnętrzności, traktowałabym również jako fałszywą figurę etymologiczną – rdzeń słowotwórczy odsyłałby nas nie tyle do egzystencjalistycznie zabarwionej refleksji o sensie istnienia, ile do zwątpienia w racjonalno-empatyczny modus bycia ludzkości. Stąd niedaleko już do drugiej książki, w której Adamowicz kreśli zupełnie inną wizję wspólnoty. Choć ścieżka tej ewolucji jest jak najbardziej zrozumiała i czytelna. Najpierw należy zwątpić w to, co wielkie, żeby w ogóle dojrzeć to, co małe. W Animaliach poetka przygląda się światu wielogatunkowemu, nie interesują jej już tylko ludzkie korpusy, ale wspólny świat zamieszkiwany przez kręgowce i bezkręgowce. Taki podstawowy podział zwierzęcego ekosystemu staje się również, nomen omen, kręgosłupem tej książki.

Wartością poezji Adamowicz nie jest jednak tylko zrewidowanie podejścia do ludzkiego ciała oraz przejście od perspektywy antropocentrycznej do próby wypracowania perspektywy nie- bądź postantropocentrycznej, ale sam przemyślany i tematyzowany gest ustalenia pozycji i struktur wspólnego świata na nowo. W wierszu tytułowym Animaliów Adamowicz odwraca porządki, każde zwierzę wysyłając „hyc na maszt”, a każdego człowieka „hyc pod spód”, jednak dobrze wie, że nie o prostą zmianę miejsc w hierarchii tu chodzi. Dlatego szybko komplikuje tę kwestię, proponując kontaktowanie się z wszechświatem poprzez czerwone oczy muszki owocówki (obieranie), tak jak i dzikowi zakłada krawat i gogle VR. Dzięki tym zabiegom dzieje się w wierszach to, co w dobrej sztuce najcenniejsze. Służy ona ponadgatunkowym interesom społecznym, nie sprowadzając jednak tego zaangażowania do tematycznej alegoryzacji. Poezja miałaby raczej pomóc rozmontować świat, jaki znamy, zobrazować wiwisekcję społecznych ciał, a także na nowo określić potrzeby i łączące je relacje. Owo społeczne ciało oglądane jest w wielu wymiarach: od kosmicznego poczynając, a na poziomie leśnego podszycia kończąc.

Zobaczmy, jak Adamowicz udaje się to ambitne zadanie realizować. Zaczyna od przesunięcia człowieka na pozycję, którą zawsze zajmowały podmioty (na przykład zwierzęta) mniej ważne w antropocentrycznej hierarchii bytów, czyli pozycję obcego. Jej podmiot mówi: „ty, człowieku, / też jesteś ciemny i mętny, i boję się ciebie” (osobliwość (obcy z wnętrza mówi)), nie zapominając jednak, że różnica międzygatunkowa jest niezbywalna, a rezygnacja z gatunkowej przynależności niemożliwa. Dlatego osią swojej narracji czyni wspólne gatunkom przerażenie tym „najlepszym ze światów”, w którym wszystkie razem koegzystują.

Z tego strachu trzeba „zacisnąć zęby na skórze świata, skórze kontynentu, / skórze tego kraju, skórze profesora, skórze bomby / jądrowej, skórze neutrina pędem przez ciało / bez śladu” (trismus). Metaforyczna, ale zarazem jak najbardziej materialna skóra wyznacza granice wspólnego świata, na które podmiot przeprowadza pewnego rodzaju rewolucyjny zamach – chce je rozerwać, przegryźć, pozbawić je ciągłości i spoistości. Współczesne filozofki wielokrotnie podkreślały niebezpieczeństwo związane z myśleniem o skórze jako barierze, która odgradza nas od świata i od wszystkiego tego, czego nie chcemy uznać za swoje. Jeżeli więc podmiot motywowany w głównej mierze strachem zaciska zęby na skórze zarówno w wymiarze globalnym, jak i jednostkowym, to dąży on do tego, żeby zmienić sposób myślenia o świecie jako zbiorowisku oddzielonych jednostek odpowiedzialnych tylko za siebie. Z takiej wizji braku wspólnoty „urodzić się” mogą bowiem tylko Marność i Pożoga, metaforyczne córki obrazujące destrukcję świata wspólnych wartości i międzygatunkowych relacji. Rozerwanie skóry byłoby więc gestem prowadzącym do ustanowienia nowych, blokowanych dotychczas połączeń, pomiędzy tym, co moje, i tym, co obce, a  w efekcie podważenia zasadności roszczenia sobie prawa własności i posiadania świata. Jak można posiadać go na wyłączność, skoro i tak się umiera – zdaje się pytać Adamowicz. Żaden z kluczy nie nadaje się do „dokręcania” tego stałego układu, skoro nasze bycie przypomina przerywane miganie kursora (kipu). Wyjść poza tę skórę, spojrzeć na wszystko inaczej niż surowym ludzkim okiem i czujnym uchem, porzucić ambicję sprawowania władzy nad kosmosem i losem, wreszcie przyznać się do własnej śmiertelności – to dobry początek zmiany myślenia o wspólnym byciu w świecie. Wbrew pozorom zmiana ta nie prowadzi wcale do chaosu i utraty kontroli, wręcz przeciwnie – do wzajemnej ochrony i większej wrażliwości na cierpienie istot zamieszkujących przestrzeń obok nas. Istotom tym zapewnia przede wszystkim prawo do samostanowienia – życia, odczuwania i komunikowania. W końcu każdemu i każdej z nas może kiedyś brakować „łapki, by się ochronić” (technique is everything). Wtedy najpewniej zrozumiemy, czym jest ów ponadgatunkowy strach, o którym pisze poetka.

Tytułowy trismus, czyli szczękościsk blokujący artykulację, stanowi metaforę tego strachu, ale też jednocześnie odmowy współudziału w nieludzkich i agresywnych praktykach regulacji populacji i konkwisty świata naturalnego. Wszechobecna przemoc ma przecież charakter strukturalny, nie jest doraźnym działaniem, ale konsekwentną polityką mającą na celu ustanowienie sztywnych hierarchii pomiędzy panującymi i poddanymi, kontrolującymi i kontrolowanymi. Adamowicz świadomie uczłowiecza dzika, ubierając go w krawat i zakładając mu gogle VR, a także daje się wypowiedzieć lądownikowi InSight, docierającemu na Marsa, nie po to, żeby odwrócić proporcje, ośmieszyć ludzkie ambicje i przywrócić „naturalną” równowagę. Robi to, by uświadomić nam, że niszczycielska działalność człowieka w erze antropocenu będzie miała (ba, już ma!) katastrofalne skutki tak samo dla zwierząt, jak i dla ludzi: „teraz jesteśmy panami świata i królowymi życia na galach, / bankietach i afterach, jedząc wódkę, pijąc padlinę, […] // ale wszyscy skończymy tak samo: głowa na stole, / odarta z przydatków. nosek drażniony piórkiem, nosek, / któremu brakuje łapki, by się ochronić. // właśnie o to chodzi” (technique is everything). Wszystkich nas łączy zatem kondycja kruchości wobec świata, która, owszem, oznacza, że jesteśmy śmiertelni („śni mi się że jestem kursorem”), ale w okresie trwania jednych łatwiej uśmiercić niż innych. Wiersze Adamowicz pisane są właśnie w obronie tych innych.

Z poezji autorki Wątpi wyłania się smutna diagnoza społeczno-kulturowa, jej najcenniejszą lekcją jest sygnalizowany wielokrotnie problem ze zdefiniowaniem roli człowieka oraz z wypracowaniem nowej definicji kultury. „Nasze oko jest surowe i chrupiące”, a więc nasza, czyli ludzka perspektywa jest perspektywą mięsożernych decydentów. Wystarczy jednak podważyć tę „naturalną” wizję świata podporządkowanemu człowiekowi, a okaże się, że decydenci trafiają do malutkich pudełek w zoo, bo sami stanowią dla siebie zagrożenie. Natomiast największe osiągnięcia ludzkiej techniki, takie jak sunąca ulicami Las Vegas autonomiczna Tesla, która rozjeżdża rosyjskiego robota, oglądane z prawdziwie kosmicznej (bo z powierzchni Marsa) perspektywy, nie są niczym istotnym. Zresztą, to dzik ogląda ludzi przez zaprojektowane przez nich gogle VR i widzi tylko migające w przecince leśnej sylwetki, które mogą sobie zrobić krzywdę.

W świecie, w którym rozgrywa się wyścig technokracji o najwyższy stopień zaawansowania i kontroli sztucznej inteligencji, poezja nie pełni tylko funkcji dydaktyczno-moralizatorskiego komentarza przypominającego „co w życiu jest prawdziwie ważne”, nie funkcjonuje też jako nostalgiczna pieśń o światach minionych, których już nigdy nie będzie można odzyskać. Anna Adamowicz dołącza do grona poetów i poetek, którzy wspólnie sygnalizują pewne ogólne przesunięcie w sferze wrażliwości poetyckiej i budują inny wymiar estetyzacji. Kiedy więc jedni nadmiernie estetyzują przedstawiane światy, a inni świadomie rezygnują z wszelkiego rodzaju upiększeń, autorka estetyzację prowadzi dwutorowo, wracając do źródłosłowu samego pojęcia: aisthesis ma oznaczać zarówno to, co jest odczuwane, jak i to, co jest do odczuwania przez innych. Dzięki temu równoważnemu podejściu udaje się jej uniknąć instrumentalizowania dyskursów, którymi posługuje się w swoich książkach: medycznego i kulturowego (w odsłonie historii sztuki oraz historii literatury). Skoro więc o odczuwanie chodzi, nie powinno dziwić nas, że Adamowicz wszystkim swoim podmiotom umożliwia wysłowienie własnych odczuć, nawet jeżeli wymusza to antropomorfizację podmiotów, które artykułują własne potrzeby w zupełnie innym kodzie. Tylko w ten sposób jest bowiem w stanie zobrazować opisywaną już szczegółowo nieuzgadnialność perspektyw ludzkich i nieludzkich. Od tytułowego zwątpienia w pierwszym tomie przechodzi jednak do podjęcia wysiłku krytyki i przepracowania roli człowieka w aktualnie zamieszkiwanych przez niego światach.

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Monika Glosowitz, Wyjść poza skórę świata. O wierszach Anny Adamowicz, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 7

Przypisy