16.04.2020

Nowy Napis Co Tydzień #045 / Herzlishe Grüße aus Großdeutsches Reich. „Wakacje w Trzeciej Rzeszy” Julii Boyd

„TOMASZ Michał nie jest lokajem. Właściwie jest owocem. Owocem pewnego związku, w którym i ja, że tak powiem, maczałem palce. Nie powinien pan być dla niego zbyt surowy. Jest pańskim bliskim krewnym. Nie trzeba nigdy o tem zapominać, że wszyscy ludzie w jakiś sposób są w końcu ze sobą spokrewnieni”
A. Słonimski, „Rodzina. Komedia w trzech aktach”

 

W roku 1940 Bolesław Miciński w liście do Jerzego Stempowskiego tak prezentował ewentualną lekcję historii w przyszłości:

– Co robili – proszę Pani Profesorki – ludzie w latach 1920–1940?
– Jedni – moje dziecko – robili samoloty, a drudzy patrzyli.
– Czy patrzyli na samoloty – proszę Pani Profesorki?
– Nie – moje dziecko – w ogóle tak sobie patrzyli.
– A co zobaczyli – proszę Pani Profesorki?
– Zobaczyli – moje dziecko – jak sprawdziły się słowa wieszcza, który powiedział: dażdalis, jebiona mat’B. Miciński, Pisma. Eseje, artykuły, listy, Kraków 1970, s. 528.[1].

To rzeczywiście jedna z możliwości: przygotowanie do pytań elementarnych, do podjęcia rozmowy na najwyższym szczeblu.

Ale z drugiej strony – po co zaprzątać sobie głowę tak straszliwymi rzeczami, jak lęk przed piekłem, jak rozważania o wojnie, nienawiści i abstrakcji, jeżeli można było o wiele milej spędzić czas. Chociażby wyjeżdżając do Niemiec. W latach 1920–1940. Na wakacje, na miesiąc miodowy, do Weimaru tropami Goethego i Lotty.

Tę właśnie perspektywę proponuje angielska historyczka Julia BoydJ. Boyd, Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi, tłum. M. Moltzan-Małkowska, Warszawa 2019.[2], na podstawie materiałów zgromadzonych w kilkunastu archiwach, odnoszących się do sfery życia prywatnego. Oto jak możemy sobie wyobrazić namysł poprzedzający wyjazd: nie może być aż tak źle, jak wypisują pismacy po różnych gazetach. Sporo przesadzają, ostatecznie muszą z czegoś żyć. Kurs marki niemieckiej jest korzystny w tym roku, tyle się słyszało o gościnności i kulturze niemieckiej, że po prostu nie wypada nie zobaczyć spektaklu w Oberammergau, widowiska w Bayreuth, nie przejść się po Weimarze, Norymberdze, Berlinie… Ten cały Hitler to jakiś pajac, zapewne skończy marnie, a tu jeszcze za pasem olimpiada, gospodarze się postarają, w końcu tyle się mówi o niemieckim porządku, poza tym sporo mają do nadrobienia po tym, co przeszli ostatnio…

Tak możemy sobie wyobrazić namysł przed decyzją o wyjeździe do Niemiec na wypoczynek w dekadach poprzedzających wybuch drugiej wojny światowej – na spotkanie z wielką kulturą, na łowy w poszukiwaniu blond chłopców o wysportowanych ciałach, przy okazji dbając o trawienie podczas kuracji w Marienbadzie…

A zatem wyruszamy. Przed nami świadectwa z tych wypraw – do kraju, który wolno podnosi się z konsekwencji przegranej wojny, którego pracowici obywatele z dumą i godnością znoszący pobyt okupantów francuskich, angielskich i amerykańskich, zaczynają patrzeć z nadzieją w nadchodzącą przyszłość. Może trochę irytować mogą awantury z Żydami, ale przecież wynagradzać to mogą nocne, jakże „malownicze” marsze z pochodniami. Niepostrzeżenie zmienia się nazwa kraju, ale o to dbają przecież biura podróży, z renomowanym biurem podróży Thomasa Cooka na czele, wiza musi być w paszporcie… Pojawiają się przed nami relacje z archiwów brytyjskich, amerykańskich, niemieckich, australijskich i nowozelandzkich, stamtąd przybywają wędrowcy, podróżnicy, pisarze, turyści.

W relacjach zaprezentowanych w książce Julii Boyd przeważają pozytywne opinie, chociaż nie brakuje i malkontentów, zapewne przyzwyczajonych do nieco innego stylu życia. Oto piętnastoletni Bradford Wasserman w drodze na czwarte Światowe Jamoboree Skautowe, zorganizowane w roku 1933 na Węgrzech, zanotował w swoim dzienniku: „W Niemczech musimy nosić niebieskie chusty, bo ten laluś Hitler nie pozwala nosić czerwonych. Ma nie po kolei w głowie”. Amerykańskiemu nastolatkowi, Żydowi z Richmond w stanie Wirginia, sama podróż wydawała się ekscytująca, lecz z prawdziwą ulgą wrócił do kraju. Na pokładzie niezbyt luksusowego statku spostrzegł: „mnóstwo Niemców i Żydów. Zapewne cieszą się, że wyjeżdżają. Widzę mężczyznę w jarmułce. Chce mi się spać”. Był sierpień 1933 roku. Po powrocie do Ameryki zapewne udało się autorowi tych zapisków porządnie wyspać – wiadomo, że zmęczyła go wizyta w ówczesnych Niemczech. Nie tylko dlatego, że nie dało się nic utargować z Żydami niemieckimi.

Podobnie zmęczyć mogły odwiedziny w tym kraju wielu innych podróżników, którzy pojawili się w Niemczech w latach 1919–1945 – przybyli jako turyści, nie jako żołnierze czy ofiary terroru. Nie brakowało jednak w III Rzeszy atrakcji, pięknych widoków, godnych uwagi inscenizacji. No i jeszcze rozmaite opowieści znajomych o nocnym Berlinie…

A zatem wyruszamy i my, bowiem już w 1919 roku:

„Niemcy zapraszają” – głosi tytuł ulotki turystycznej skierowanej do amerykańskich turystów. Na okładce młody mężczyzna w bawarskich portkach ze skóry i kapeluszu z piórkiem idzie skrajem leśnego wąwozu. Nad nim góruje gotycki zamek, a w tle kusząco lśnią zaśnieżone góry. Rozentuzjazmowany człowieczek wskazuje zachęcająco na zamieszczoną wewnątrz fotografię, która przedstawia liniowiec w nowojorskim porcie, gdzie słońce wschodzące zza Statuy Wolności zwiastuje nową, wspaniałą przyszłośćTamże, s. 19.[3].

Co prawda, pierwsza wojna światowa zakończyła się zaledwie kilka miesięcy temu, ale to przecież nie powód, by nie mogły zarobić hotele, biura podróży, autorzy książek podróżniczych czy reportaży. Przeto sezon turystyczny uznać należy za otwarty.

Arogancja zwycięzców, ignorancja turystów

W pełni podzielam zdanie autorki książki, że narrację o wakacjach w Niemczech hitlerowskich należy zacząć tak szybko, jak to tylko możliwe. Wszak w roku opublikowania cytowanej wyżej ulotki Adolf Hitler został już wypisany z wojskowego szpitala w Pasewalku; 6 września 1919 roku wstępuje do Niemieckiej Partii Robotników, przemianowanej w następnym roku na Narodowosocjalistyczną Niemiecką Partię Robotników (NSDAP). 29 lipca 1921 roku zostaje jej przewodniczącym z tytułem wodza (Führer). W listopadzie roku 1921 powstają Oddziały Szturmowe SA (Sturmabteilung). Partyjne pismo „Völkischer Beobachter”, kupione w grudniu 1920 roku przez NSDAP, przekształcone zostaje w ogólnokrajowy dziennik, będący od 1923 roku jednym z filarów propagandy nazistowskiej. Nawet nie spostrzeżemy, kiedy na mapach pojawi się oficjalna nazwa państwa: Rzesza Niemiecka (Deutsches Reich), od 1938 zastąpiona przez nazwę Rzesza Wielkoniemiecka (Großdeutsches Reich). Ostatecznie na wakacjach czas płynie bardzo szybko, nie tylko pod panowaniem „historii spuszczonej z łańcucha”.

Początkowo Niemcy, nie tylko na skutek postanowień traktatu wersalskiego, stanowią raczej wątpliwą atrakcję turystyczną. Inflacja, głód, ryzyko rozpadu kraju, zagrożenie ze strony komunizmu, nieudany pucz Hitlera w nocy z 8 na 9 listopada 1923 roku nie sprzyjały stabilizacji. Sami zaś Niemcy nie byli przygotowani na upokorzenia, jakie przyniósł im traktat wersalski. Sytuacja zmienia się diametralnie 1 grudnia 1925 roku, kiedy w Londynie podpisany zostaje traktat lokarneński. Niemcy przystępują do Ligi Narodów, 10 lat po rozejmie stają się drugą co do wielkości potęgą przemysłową na świecie.

Pozostaje im pamięć o niezbyt godnych postępkach wojsk okupacyjnych – arogancja Brytyjczyków konkuruje z postawą Francuzów, przypominających nieustannie, kto wygrał ostatnią wojnę. Oto pełna oburzenia relacja amerykańskiej kwakierki:

Przybyłam do Moguncji 3 września o czwartej po południu. Kiedy wyszliśmy z pociągu na peron, nagle zmroziło mnie na widok, który ukazał się moim oczom. Wiele się mówi o francuskiej okupacji, toteż spodziewałam się ujrzeć wojskowych na podobieństwo naszych Murzynów z Południa. Tymczasem zobaczyliśmy dzikusów. Mieszkałam rok na Filipinach i w pierwszej chwili pomyślałam, że znów się tam przeniosłam, tyle że czarni mieli na sobie mundury zamiast przepasek na biodrach. Nade wszystko było mi ich żal. Nie sądzę, byśmy mogli oczekiwać od nich więcej niż od umundurowanych małp. Wnosząc z ich twarzy, na pewno nie są bardziej cywilizowaniTamże, s. 44.[4].

Niemniej wstrząsający dla autorki przytoczonej relacji był marsz z pochodniami w Wiesbaden, w trakcie którego afrykańscy żołnierze przeszli z plakatami, wyobrażającymi karykatury „Hunów”.

Wszystko, co złe musi jednak mieć swój kres. Wolno postępuje międzynarodowa rehabilitacja Niemiec, niejaki Alojzy (sic!) Hitler trafia do więzienia. Życie w Niemczech powoli wraca do normy. Rozpoczyna się okres siedmiu lat tłustych, dzielących traktat w Locarno od czarnego czwartku na giełdzie nowojorskiej. Dochodzi tutaj do głosu zadziwiający dualizm: pojawiają się przed nami brzydcy, otyli Niemcy oraz wysportowani, opaleni młodzieńcy; ponure, pamiętające pruskie czasy budynki widziane w swojej szpetocie za dnia ustępują przed nocnymi kabaretami tego samego miasta. Przytoczone relacje – a jest jeszcze przed pożarem Reichstagu – sytuują nas między rzeczywistością filmu CabaretPrzypomnijmy, że film Kabaret jest przeniesioną na ekrany wersją musicalu autorstwa Johna Kandera i Freda Ebba o tym samym tytule, który po raz pierwszy wystawiono na deskach Broadwayu w 1966 roku. Widowisko muzyczne oparto na książce Chtistophera Isherwooda The Berlin Stories oraz sztuce Johna Van Drutena I Am a Camera.[5] a światem przedstawionym w powieści Aleksandra Döblina pod tytułem Berlin Alexanderplatz. Dzieje Franciszka Biberkopfa.

Niemcy stają się atrakcyjne dla zamożnych przybyszów z krajów anglojęzycznych – ze względu na możliwość przeżycia doświadczeń erotycznych i intelektualnych raczej niedostępnych w ich krajach, a nieoficjalnie tolerowanych przed ostateczną rozprawą Hitlera z Ernstem Röhmem. Christopher Isherwood w szczególnej perspektywie opisywał wyprawy swoich bliskich znajomych, prezentując poszukiwaczy doświadczeń erotycznych jako kupców, którzy:

[…] weszli do dżungli. Otaczali ich tubylcy [niemieccy chłopcy z klasy robotniczej, przyp. M.A.] – o mentalności dzieci, nieufni i zaciekawieni, przebiegli i zgoła nieprzewidywalni. Dwaj kupcy mieli to, na czym zależało tubylcom – pieniądze. To, ile dostaną i za co, stawało się przedmiotem targu. Tubylcy lubili się targować dla samego targowania. Francis rozumiał to doskonale. Nigdy się nie śpieszyłJ. Boyd, Wakacje…, s. 56.[6].

Dodatkowym atutem ucieczki do Niemiec dla arystokratów z całego świata było marzenie o porzuceniu świata konwenansów. Pomijając drobne, acz dotkliwe problemy związane z codziennym obcowaniem z przedstawicielami klasy średniej, niebagatelną atrakcją był manifestowany spontaniczne w Niemczech kult zdrowia, opalonych młodych ciał, nie tylko chłopięcych i dziewczęcych, ale także kobiecych i męskich. I to nie tylko na plaży, ale także przy pracy:

W Niemczech nie uświadczysz człowieka, który kosi trawnik w grubej kamizeli, ciężkich galotach i meloniku, co widziałem na drugi dzień po powrocie do Anglii, w upał, dodajmyTamże, s. 61.[7].

Wolno pojawiają się kolejne atrakcje, godne uwagi turystów z krajów anglojęzycznych. Pewne załamanie ruchu turystycznego przynosi Czarny Czwartek 24 października 1929 roku. Światowy krach na giełdzie kończy niemieckie nadzieje na trwały dobrobyt, w Niemczech pojawia się zwyczajna bieda, natomiast w tamtejszej polityce panować zaczyna marazm i nuda (tak przynajmniej utyskuje w swej korespondencji Isherwood, rejestrujący przemiany życia w Niemczech). Wreszcie 30 stycznia 1933 roku można obserwować jak najbardziej godny uwagi spektakl:

Kolumna światła ruszyła ulicami na podobieństwo migocącego węża, pod Bramą Brandenburską, przez Pariser Platz i w Wilhelmstarsse. Maszerowała cała niemiecka młodzież. Podążali szóstkami, w brunatnych koszulach, każdy z rozpaloną pochodnią w dłoni, a w zwartych szeregach nie było luki przez bite pięć godzin. Pochodnie rzucały dziwne różowe, roztańczone światło na surowe, zwykle szare ulice, a w murach igrały ogromne, roztańczone cienie. Łopotały setki krwistoczerwonych flag z plamami swastyk, od sztandarów niesionych na ramieniu po papierowe chorągiewki w rękach dzieciTamże, s. 99.[8].

„Poruszające doświadczenia”

Z wolna ład zaczyna wracać do Niemiec, zakłócany drobnymi ekscesami, ale ostatecznie to przecież Niemcy, ze swoimi problemami, bogatą historią i niepodważalnym miejscem w dziejach kultury europejskiej. Nie zawsze ich zachowania bywają w pełni zrozumiałe czy aprobowane, ale przecież trudno ich jednoznacznie potępiać. Przynajmniej takie stanowisko zaczyna dominować wśród autorów zgromadzonych relacji, spędzających w Niemczech wakacje, szukających tu inspiracji, podziwiających krajobrazy i pracowitych, schludnych ludzi.

Nie można tutaj pominąć wzruszającej relacji Philipa Conwella-Evansa, ponoć historyka, ponoć sympatyka faszyzmu (choć wedle innej wersji miał być pracownikiem wywiadu brytyjskiego):

Przez jakiś czas panował ogólny gwar, po czym nagle wszyscy zaczęliśmy przysłuchiwać się rozmowie pana Lloyda George’a z Hitlerem. Trudno opisać atmosferę, jaka wtedy zapanowała. Przybrała uroczysty wymiar. Człowiek zdawał sobie sprawę, że Wielki Przywódca imperium brytyjskiego i Wódz, który przywrócił Niemcom dawną pozycję, spotykają się na wspólnym gruncie. Byliśmy świadkami symbolicznego aktu pojednania między dwoma narodami. Wszyscy słuchali uważnie: doświadczenie było poruszająceTamże, s. 266.[9].

Propaganda hitlerowska potrafiła doskonale wyreżyserować inne „poruszające doświadczenia”, głęboko zapadające obserwatorom w pamięć, wywierające na nich głęboki wpływ. Oto pod wpływem wizyty w Niemczech – to jest w kraju, gdzie nie wolno było sprzedawać nieobyczajnej literatury, który wydał wielkiego religijnego Marcina Lutra i którego przywódca unikał alkoholu i tytoniu – jeden z afroamerykańskich duchownych decyduje się zmienić imię własne i syna na Martin Luther King.

Olimpiada zimowa i letnia, festiwale wagnerowskie w Bayreuth, Pasja w Oberammergau to stałe elementy składające się na owe kolejne „poruszające doświadczenia”, podporządkowane machinie propagandowej. Są dopracowane w najmniejszych szczegółach, by nic nie zostało pominięte przez obserwatorów. Tak swoje przybycie do Oberammergau opisuje na przykład angielska dama w średnim wieku:

Człowiek wysiada z pociągu i trafia do innego świata – krainy jak ze snu albo z baśni. Długowłosi mężczyźni o silnych, opalonych rękach, ubrani w białe koszule i haftowane szelki zarzucają walizki jak wiązkę chrustu na rozłożyste plecy. Ludzka masa wylewa się ze stacji na główną ulicę z wysokimi domami o dwuspadowych dachach, przez mostek nad rzeką Ammer. Docieramy do rynku, z uroczym budynkiem starej oberży po jednej stronie i hotelem Wittelsbach po drugiej. Wszędzie ukwiecone balkony, wysunięte okapy, pod którymi harcują jaskółki, parasole i kolorowe ścianyTamże, s. 146.[10].

Henry Ford, obejrzawszy Pasję w roku 1930, podarował odtwórcy głównej roli auto, Rabindranath Tagore natomiast napisał jeden z najbardziej znanych swoich wierszy, Dziecko.

Jest pięknie, a w Niemczech odbywa się coraz więcej „poruszających doświadczeń”. Oto enumeracja tych, którzy wówczas zostali „poruszeni”: Charles Lindbergh, David Lloyd George, maharadża księstwa Patiala, car Bułgarii, Samuel Beckett, a także

[…] zwykli podróżni, od kwakrów pacyfistów, poprzez żydowskich skautów, po afroamerykańskich akademików i weteranów pierwszej wojny światowej. Studenci, politycy, muzycy, dyplomaci, uczniowie, komuniści, poeci, dziennikarze, faszyści, artyści, oraz – ma się rozumieć – turyści […], chińscy naukowcy, olimpijczycy i norweski pronazistowski laureat Nagrody NoblaTamże, s. 8–9.[11].

Czy wywiózłbyś córkę Żydówki?

Pora się pakować, wakacje jeszcze nie dobiegły końca, ale dłużej tu zostać z własnej woli nie wypada. Nie znajdziemy w książce relacji turystów, którzy zdecydowali się spędzić wakacje zorganizowane przez biuro podróży Thomasa Cooka w 1939 roku.

Pora zatem, by przyjrzeć się propozycjom innego biura podróży. Na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich postanowił zachęcić turystów do przyjazdu do Kraju Rad. Równie ważny dla młodego komunistycznego reżimu był napływ twardej waluty, jak i poprawa wizerunku. Żeby tak się stało, nie można było ruchu turystycznego pozostawić przypadkowi. Stąd konieczność powołania do życia instytucji, która jednocześnie zajmować się miała międzynarodową reklamą, zapewnieniem zakwaterowania i kontrolą ruchu turystów. W 1929 roku zaczęło działać przedsiębiorstwo Intourist, którego pierwszymi pracownikami byli głównie funkcjonariusze NKWD. Biuro zaoferowało „tanie i wygodne wycieczki do ZSRR w zimowym turystycznym sezonie 1936” – taką reklamę znajdziemy między innymi na łamach „Wiadomości Literackich”. Ale to inna historia.

Julia Boyd we wstępie do książki Wakacje w Trzeciej Rzeszy odwołuje się do prywatnej perspektywy czytelnika. Pisze, podejmując próbę narracji bezpośredniej:

Wyobraź sobie, że jest lato 1936 roku i jedziesz na miesiąc miodowy do Niemiec. Świeci słońce, ludzie są przemili – życie jest piękne. Podążasz na południe przez Nadrenię. Podziwiasz jej zamki i winnice, jak urzeczony patrzysz na ogromne, wyładowane barki z wolna sunące po Renie. Docierasz do Frankfurtu. Właśnie zaparkowałeś samochód z nalepką GB w widocznym miejscu i ruszasz na wycieczkę po mieście, uchodzącym za jedną ze średniowiecznych, architektonicznych pereł Europy.

 

Nagle podchodzi do ciebie kobieta, która wygląda na Żydówkę. Ściska za rękę utykającą nastolatkę w bucie na grubej podeszwie, a w jej oczach widzisz strach. Wszystkie niepokojące pogłoski o nazistach – prześladowanie Żydów, eutanazja, tortury, odsiadki bez procesu – malują się na twarzy tej zdesperowanej matki. Zobaczyła nalepkę GB i błaga, żebyś wywiózł jej córkę do Anglii. Co robisz? Odwracasz się ze zgrozą i odchodzisz? Okazujesz współczucie, ale mówisz, że nie możesz nic zrobić? Czy może wywozisz jej córkę w bezpieczne miejsce?

 

Po raz pierwszy usłyszałam tę opowieść z ust Alice, córki angielskiego małżeństwa, które tego doświadczyło. W upalne, letnie popołudnie siedziałyśmy w jej sielskim ogrodzie w Cambridge, popijając lemoniadę. Kiedy Alice pokazała mi zdjęcie uśmiechniętej Grety z dzieckiem w objęciach, na potwierdzenie szczęśliwego zwieńczenia tamtego wyjazdu, próbowałam sobie wyobrazić, co zrobiłabym na miejscu jej rodziców. Doszłam do wniosku, że mimo poruszenia losem kobiety i sprzeciwu wobec działania nazistów najprawdopodobniej wybrałabym kompromis. Łatwo mówić, ale czy naprawdę jesteśmy w stanie przewidzieć naszą reakcję? Jak zinterpretowaliśmy to, co dzieje się na naszych oczach?Tamże, s. 7–8.[12]

Czytelnik tomu staje przed wyborem, przynajmniej tak powinno być w przypadku nawiązania bezpośredniego dialogu z autorką. Kto ciekaw, może wywiad z autorką obejrzeć w siecihttps://www.youtube.com/watch?v=RU5R6chHVNo [dostęp: 29.01.2020].[13].

Julia Boyd zadała sobie sporo trudu, wertując anglojęzyczne archiwa. Dzięki niej powstała opowieść o tym, jak spora część wykształconych, wrażliwych i inteligentnych obywateli ówczesnego świata, mniej czy bardziej dosadnie powtórzyć mogła, może mimowolnie, może mniej dosadnie, słowa z listu Bolesława Micińskiego: dażdalis, jebiona mat’. A przecież miało być zupełnie inaczej…

Książka Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi jest ważną publikacją – może niekoniecznie pod względem faktograficznym, znajdziemy bowiem tutaj rzeczy doskonale znane. Pomoc, niesiona przez kwakrów wycieńczonym Niemcom po pierwszej wojnie światowej aż się prosi o pytanie, gdzie była ta pomoc w przypadku getta warszawskiego, ale chyba nie to jest najważniejsze. Odkrycie niemieckich młodzieńców przez zachodnich artystów i poszukiwaczy nowych doświadczeń to przecież fakt nieźle znany wszystkim zajmującym się kulturą współczesną. Imponujące inscenizacje dramatów Wagnera, pasja w Oberammergau znalazły swoje dopełnienie w organizacji igrzysk olimpijskich, przeniesionych na ekrany filmowe przez Leni Riefenstahl. Propaganda hitlerowska miała też kontynuację w wielkich produkcjach kinowych i artystycznych Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Koncepcje „tego lalusia Hitlera” z kolei miały odzew w narastającej fali antysemityzmu, pojawiającego się nie tylko w Europie.

Zanim zamknę ten tom, by odłożyć go na półkę razem z innymi pracami przyczynkarskimi muszę odnotować jeszcze jedną uwagę, tym razem dotyczącą Polaków, a zapisaną ołówkiem przez działaczkę ruchu feministycznego – Thelmę Cazaleth:

Niemcy gardzą Polakami – głównie z uwagi na ich azjatyckie pochodzenie. Są przekonani, że bierzemy ich stronę w konflikcie z Francuzami; uważają, że powinniśmy zająć bardziej kategoryczne stanowisko w tej sprawie. Nie mają pojęcia o warunkach panujących w Anglii. Wyobrażają sobie, że nie doznaliśmy uszczerbku i zapomnieliśmy o wojnie. Są irytująco gruboskórni jako naród. Nic dziwnego, że partia Hitlera ocaliła Niemcy przed socjalistycznym/komunistycznym rządem, tworząc podziały. Prawie wszyscy młodzi są za Hitlerem. Niemcy zakładają, że w następnej wojnie staniemy po ich stronieJ. Boyd, Wakacje…, s. 96.[14].

Warto też zwrócić uwagę na pewną oczywistość. „Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi [podkr. M.A.]” – tak brzmi w języku polskim podtytuł omawianej książki. W oryginale pojawia się określenie: „everyday people”. Czy rzeczywiście na taki epitet zasługują ludzie, których relacje pojawiają się w omawianym tomie – nie jestem do końca przekonany. Ostatecznie nie każdy dysponował paszportem umożliwiającym swobodny wyjazd z Trzeciej Rzeszy. Raczej jest to perspektywa obywateli ówczesnej Europy, dysponujących dokumentami, umożliwiającymi swobodne przemieszczanie się po świecie.

Oddajmy po raz ostatni głos Bolesławowi Micińskiemu, myślicielowi zmagającemu się z problemami totalitaryzmu, nienawiści, okrucieństwa i abstrakcji. W jego Uwagach o polityce odnaleźć można następujące spostrzeżenie:

Mimo pozorów człowiek spragniony jest wielkości. Pozbawiony pokory, miłości, nadziei i wiary w ostateczną sprawiedliwość i cel istnienia – czas nasz dał się uwieść wielkościom wymiernym, małym, które narzucił mu totalizm – w rozmiarach stadionów, w rozciągłości autostrad i chamstwa. I tak jakby na świni ogromnej, siedząc okrakiem na pozłacanym bydlęciu bestii apokaliptycznej – wjechali wodzowie, kopnięciem buta rozwalając wrota przyszłościB. Miciński, Uwagi o polityce [w:] Pisma. Eseje, artykuły, listy, Kraków 1970, s. 163.[15].

W różnej formie powracają te spostrzeżenia w refleksji Micińskiego – nader dyskretnie zbliżają się do nich wypowiedzi zebrane w tomie przygotowanym przez Julię Boyd.

Ale dość tych rozważań. Zapewne czas najwyższy, by zaplanować tegoroczne wakacje. Może za granicą? Na jaki rejon się zdecydujemy? Nie może być aż tak źle, jak wypisują pismacy po różnych gazetach. Sporo przesadzają, ostatecznie muszą z czegoś żyć…

J. Boyd, Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi, tłum. M. Moltzan-Małkowska, Warszawa: Prószynski i S-ka, 2019.

Okładka książki "Wakacje w Trzeciej Rzeszy"

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Marek Adamiec, Herzlishe Grüße aus Großdeutsches Reich. „Wakacje w Trzeciej Rzeszy” Julii Boyd, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 45

Przypisy

    Powiązane artykuły