08.10.2020

Nowy Napis Co Tydzień #070 / Filmowiec musi opowiadać historię

Andrzej Mirek: Czy wierność wobec pierwowzoru/źródła wyklucza artystyczną kreację?

Tadeusz KrólJest dla niej ogromnym ograniczeniem. Jednak jest w tym także potencjał. Adaptator musi doszukiwać się, dogrzebywać do ukrytych znaczeń, symboli… Próbujemy zrozumieć intencje autora, mimo tego, że są one zawoalowane, ukryte. Takie dogrzebywanie się jest pomocne przy interpretacji. Pokazuje, potocznie mówiąc, „co się za tym kryje” i „co autor miał na myśli”. Przykładem może być twórczość Kafki. Przy adaptacji jego dzieł niezwykle pomocna będzie na przykład wiedza o tym, jak wyglądało jego życie – samotne, smutne i tak naprawdę tragiczne. Czy zatem w jego twórczości jest element autobiograficzny? No i to jest pytanie o interpretację. Czy możemy interpretować utwór, opierając się na życiu autora, czy też powinniśmy zupełnie się od tego odciąć? 

Adaptacja to zatem pójście na łatwiznę skorzystania z gotowego tekstu, czy wręcz przeciwnie – ogrom ograniczeń i kompromisów?

Z jednej strony mamy szacunek do autora, treści, przekazu, konstrukcji… a z drugiej – istnieje ogromna potrzeba zostawienia swojej pieczątki, swojej interpretacji. Te dwa światy powinny być tożsame. Jednak filmowcy, adaptatorzy czasami inaczej widzą pierwowzór, inaczej go interpretują. Zdarza się, że wyraźnie wbrew zamierzeniom autora. W realizowanej wiele lat temu dla Teatru Telewizji adaptacji książki Horacia Quirogi pod tytułem Biała zapaść miałem dylemat… Główny bohater opowiadania przed śmiercią zakochuje się… i umiera. Spotyka swoją miłość „po tamtej stronie”. Autor opowiadania postawił akcenty na życiu po śmierci, na przemijaniu, szansie na następne życie… A dla mnie najważniejszym stał się wątek miłosny. I niejako zafałszowałem wymowę, poprzestawiałem akcenty… i w efekcie powstało dzieło o miłości, a nie o przemijaniu.

Jakie są najistotniejsze trudności przy adaptowaniu literatury na ekran?

Film i literatura to dwa różne światy. Posługują się innymi środkami wyrazu. Niektóre zdania, które padają w literaturze, na przykład „Coraz częściej przychodził do Marii”, są w zasadzie nie do przełożenia na język filmu. To także działa w drugą stronę – film/obraz może przenieść taki emocjonalny potencjał, który jest nie do wykreowania w literaturze. Jest jeszcze jeden aspekt – wierność oryginałowi. Gdyby przenieść literalnie Wojnę i pokój, to prawdopodobnie nie wyszlibyśmy z kina przez kilkanaście godzin. Co zrobić z tą wiernością wobec oryginału? To jest pytanie, które zawsze pojawia przy przenoszenia literatury na obraz.

Czy istnieją książki/autorzy nieadaptowalni? Pozostają wyzwaniem, czy lepiej po prostu zostawić je/ich w spokoju?

Powstała adaptacja Ulissesa. Nawet udana… Ale rzadko zdarza się, by filmowa materia sprostała literackiej wyobraźni. W większości przypadków adaptacje są uboższe niż książki, a widz, jeśli zna książkę i później idzie na film zrealizowany na jej podstawie, często wychodzi zawiedziony. Świat wykreowany w kinie nie pasuje do jego wyobrażenia. Myszkin miał wąsy i był silny, a w adaptacji filmowej to słaby, wrażliwy człowiek. Widz porównuje dwa światy – swoją wyobraźnię z wyobraźnią reżysera. Niestety zawsze wyobraźnia widza będzie lepsza, pełniejsza, głębsza.

Książka daje wiele możliwości odczytania. Każdy czytelnik inaczej wyobraża sobie Annę Kareninę czy Javerta z Nędzników. A filmowiec dokonuje niejako gwałtu na wyobraźni widza. Mówi mu: tak wygląda Anna Karenina, a tak Javert. I tu się zaczyna problem… Bo dla widza, który znał literacki pierwowzór, bohaterowie są INNI. Widz zatem nie zgadza się z filmowcem i en bloc odrzuca jego wersję. 

Celowo upraszczam. Kilka lat temu obejrzałem film pod tytułem Pachnidło. Był to film przyzwoity… ale moje wyobrażenia o bohaterach prysły. Stały się miałkie. Dla mnie – czytelnika i widza – wersja filmowca była nie do zaakceptowania. Rozbiła się o moje wyobrażenie. Paradoksalnie autor filmu precyzyjnie oddał fabułę, jego dzieło było skrupulatne, świetnie zrealizowane, dobrze zagrane, ale mimo wszystko – mnie rozczarowało. 

Ale Stanley Kubrick powiedział: „Jeśli coś może być napisane lub pomyślane, może być także sfilmowane”… 

To prawie prawda. Można wszystko sfilmować. W końcu film posiada ogromną ilość środków wyrazu. Jednak czy będzie ten obraz filmowy działał na widza TAK SAMO jak to, co zostało pomyślane czy napisane? Wątpię.

Jakie dzieło literackie zaadaptowałby pan jako scenarzysta lub reżyser?

Od zawsze moim marzeniem byli Nędznicy. To jest bardzo filmowa historia – dużo się tam dzieje, są ludzkie dramaty i emocje, fabuła, którą można prawie przełożyć jeden do jednego. I jest to przede wszystkim o prostych uczuciach – godności, honorze, miłości… To jest po prostu filmowe. Natomiast adaptacji utworu, w którym piętno autora jest oczywiste czy wręcz stygmatyzujące, jak na przykład w Grze w klasy Cortázara, nie podjąłbym się nigdy. To piętno jest tak mocne, czy wręcz twórczo paraliżujące, że każda próba przeniesienia takiego utworu na ekran wydaje się bluźnierstwem.

Nadzorował pan różne realizacje. Jakie błędy adaptacyjne udało się panu wychwycić? 

Najczęstszym błędem adaptacyjnym jest nieposkromione ego twórcy filmowego. Oczywiście nie zawsze, ale filmowcy z zasady nie chcą być „odtwarzaczami”. Chcą być kreatywni, tworzyć własne światy, a te często nie są kompatybilne ze światem, jaki stworzył autor literatury. Andrzej Wajda, realizując Pana Tadeusza, opowiedział swoją historię. Oczywiście Wajda starał się zachować pozory czystej adaptacji, jednak ekranizacja stała się filmem Wajdy, a nie dziełem Mickiewicza. Filmem z historią, którą opowiedział nam Wajda. Czy słusznie? Z kolei ekranizując Ziemię obiecaną, reżyser opowiedział historię, która zgadzała się z się z przesłaniem autora książki. Jednak taki brak różnic interpretacyjnych jest rzadkością. Powstało kino artystyczne. Ważne i potrzebne. Możliwe, że ten „jednogłos” autora książki i autora filmowego jest przepustką, aby powstało arcydzieło… 

Czy w adaptacjach literatury kino artystyczne pozostaje w opozycji wobec komercyjnego?

Mam wrażenie, że w przypadku adaptacji kino artystyczne w odróżnieniu do komercyjnego główny nacisk stawia się na formę… Przekazy może i są podobne, jednak forma – NIGDY. 

Czy zatem w obrębie adaptacji filmowej można mówić o rozróżnieniu na adaptacje będące kinem artystycznym albo kinem komercyjnym? 

Tak, oczywiście. Można mówić o takim rozróżnieniu. Chodzi o osobowość twórcy filmowego. Czy wyobraża Pan sobie, aby Tarantino nakręcił Dziady? Autorzy filmowi sami dobierają sobie utwory, które z jakichś powodów ich poruszyły.

Bardzo proszę o to, żeby jako praktyk wytłumaczył Pan różnice między sytuacją A, gdy jest się zarówno scenarzystą, jak i reżyserem adaptacji, a sytuacją B, kiedy reżyser korzysta z gotowego scenariusza.

Niestety, obawiam się, że nie ma żadnej różnicy. Autor filmowy zawsze opowiada SWOJĄ historię. To jego zadanie i będzie dążył do urzeczywistnienia tego celu. Będzie naginał wymowę, interpretował na swoją korzyść każdy utwór literacki, także cudzy scenariusz. I słusznie. Gdyby postępował inaczej byłby nie twórcą, lecz odtwórcą. Musi obdarzyć ekranizowane dzieło swoją, jedyną i niepowtarzalną pieczątką.

Na ile wykształcenie filologiczne, najlepiej na konkretnych przykładach, ułatwia pracę nad adaptacją?

Niestety, wykształcenie filologicznie nie ułatwia, a wręcz przeszkadza. Przez kilka lat studiów uczono mnie, że między literkami, frazami, rymami kryje się coś większego, nieoczywistego. Coś stricte autorskiego. Wszak analiza literacka, ujmując to w najprostszych słowach, obejmuje słynne pytanie, „co autor miał na myśli?”. Taka analiza, tak pojmowana wiedza o literaturze – próby dotarcia do genezy i prawdziwej interpretacji dzieła literackiego – są zabójcze dla twórcy filmowego. Z odrobiną humoru można powiedzieć, że lepiej, aby autorzy filmowi za głęboko nie wchodzili w interpretację… żeby ograniczyli się tylko do opowiedzenia historii. 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Tadeusz Król, Andrzej Mirek, Filmowiec musi opowiadać historię, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 70

Przypisy

    Powiązane artykuły