08.10.2020

Nowy Napis Co Tydzień #070 / O „Dzienniku pandemicznym” Walerego Butewicza

Obejrzyj reportaż

Po długiej pracy analitycznej i zapoznaniu się z 260 zgłoszonymi pracami Jury organizowanego przez Instytut Literatury konkursu literackiego „Dziennik pandemiczny” w składzie: dr Małgorzata Peroń, dr hab. Roman Bobryk, prof. Michał Januszkiewicz, prof. Piotr Müldner-Nieckowski (przewodniczący) postanowiło przyznać: nagrodę główną (honorarium w wysokości 5000 PLN) zdecydowanie najlepszej pracy Walerego Butewicza pt. Dziennik pandemiczny.

O Dzienniku pandemicznym Walerego Butewicza

Walery Butewicz skorzystał z okazji epidemii koronawirusa 2020 roku oraz konkursu na jej dziennikowy opis i napisał żywiołowy tekst, co do którego systematycznego prowadzenia można mieć pewne wątpliwości. Ma on strukturę do dziennika mało podobną, ale to nas specjalnie nie zajmuje wobec tego, że jego budowę konstruuje narzędzie iście budowlane – język.

Tak, za pomocą języka – nieraz to się przecież okazało w historii literatury – można budować wszystko, co się zechce, na przykład światy równoległe, przyszłe lub przeszłe. Dlaczego autor nie mógłby więc stworzyć takiego, który opowiada o tym, co tu i teraz, ale odwrotnie, przeciwnie, z ukosa i dystansu?

Nie znam życiorysu autora, ale się domyślam, że jego podstawy językowe nie są tylko polskie. Już we wstępie pojawiają się gry słowne, których metodę (nie same te wyrażenia) spotykamy na przykład w twórczości współczesnych pisarzy ukraińskich. Są też świadome zaburzenia szyku wyrazów w zdaniach albo pewne drobne lecz zauważalne, urocze skrzywienia składni, delikatne odejścia od standardów semantyki. I te stworzone specjalnie dla nas nazwy: dnoc (dzień plus noc), zabawy miesięczne: „wtorniedziałek”, „środbota”, „marcepad”, „kwieździernik”, albo metafory i sentencje:małpa zepsuła się, jak stała się człowiekiem”;„piszę do szuflady, ale ona mi nie odpisuje”;„oko zaopatrzności”.

Pojawiają się już w pierwszych zdaniach utworu i pokazują, że autor nabierał umiejętności słowotwórczych tam, gdzie znani mi ukraińscy poeci Andrij Bondar czy często nawiązujący do Zbigniewa Herberta rzeźbiarz Aleksander (Sasza) Overczuk albo Oksana Zabużko.

Jednak Butewicz jest inny, moim zdaniem ciekawszy. Wnosi bowiem do literatury polskiej to, co kiedyś dawali Joseph Conrad poetyce angielskiej czy Vladimir Nabokov francuskiej i amerykańskiej – własne brzmienie, własny dowcip językowy, nowe słowa, pewne rekonstrukcje lub renowacje frazy.

Nie tylko jednak o dowcipne projekcje i celne paremie, ani nawet o swoisty klimat opowieści tu chodzi. Tekst faluje, nabiera mocy, słabnie, aby znów się wznieść – bo jest to ciągła próba protestu przeciwko zastanej rzeczywistości, schematyzmowi, brakowi rozsądku. Skrzy się od akcentów i zwrotów akcji.

Powierzchnia utworu ułatwia czytanie, ale w głębi dzieje się poważniej i jeszcze mocniej. Pojawia nam się obraz świata, jaki doskonale znamy, ale którego bez wątpienia nie zauważamy, bo go na co dzień nie chcemy. Świat pandemiczny nie tylko z powodu koronawirusa. To świat wymagający, w którym powinniśmy być pożyteczni, zdrowo myślący, empatyczni, tylko nie wiemy, jak to uczynić, bo czego się nie dotkniemy, od razu się psuje.

Utwór Walerego Butewicza to dzieło niewielkie, ale wybitne.

prof. Piotr Müldner-Nieckowski

Zapraszamy do zapoznania się z reportażem

 

 

Jeśli kopiujesz fragment, wklej poniższy tekst:
Źródło tekstu: Jury konkursu literackiego „Dziennik pandemiczny”, O „Dzienniku pandemicznym” Walerego Butewicza, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2020, nr 70

Przypisy

    Powiązane artykuły